31 października 2019

WYNIKI KONKURSU "I SZAFA GRA"

   ACH...WRESZCIE!!
:)))))))))))))))))))))))))))))))))
  Wreszcie możemy Wam zaprezentować wyniki Konkursu i szczęśliwych zwycięzców :)))

Szafa wędruje do Lidki ze Starej Kamienicy 😊 Już wkrótce fotorelacja.
 BARDZO SERDECZNIE GRATULUJEMY, a wszystkim Wam BARDZO DZIĘKUJEMY za udział w naszym Konkursie. Jesteście świetni, naprawdę..!! :)


21 października 2019

Stylowa Krystyna

   Coraz bardziej lubię ten dom.

Mija już pół roku odkąd osiedliśmy w nowym miejscu, a ja wciąż się przyzwyczajam. Nie sądziłam, że zajmie mi to tyle czasu. Wydawać by się mogło, że nie ma nic prostszego, niż zamienić ciasne mieszkanko na dużą przestrzeń, a jednak..
W małym wnętrzu jest przytulnie. Jakkolwiek byś go nie urządził. Wszystko masz pod ręką, a z domownikami masz kontakt przez cały czas. Tutaj, w tym wielkim domu, każdy ma swój kąt i żeby móc się sobą nacieszyć, musimy się ulokować w jednym z pomieszczeń, ot, na przykład, zasiadamy razem w salonie.
Tu też ciągle czegoś szukamy. I tuptamy w tę i z powrotem. Bez przerwy.
Nawet Julka odczuła dyskomfort związany ze zmianą metrażu, bo przeszło jej przez myśl, by zamienić swój pokój na jeden z naszych - maleńką pracownię lub sypialnię. Te pokoje są wąskie i mało ustawne, ale Jula uznała, że czułaby się w nich lepiej. Prosiliśmy ją, by przemyślała sprawę, bo teraz ma idealne warunki do nauki i zapraszania znajomych. Doszła do wniosku, że faktycznie, jej pokój jest idealny, ale chce go jakoś ocieplić. Podejrzewam, że skończy się na skuwaniu tynku do cegły... Coś tak czułam, że zimna Skandynawia to nie do końca jej świat i z czasem zatęskni za klimatem rodem ze starej baśni.. ;)


   Dzielę się dziś z Wami pstrykami moich kuchennych lamp. Zdradzę Wam, że pokochałam tę nieidealną kuchnię. Nieidealną, bo długą i wąską, jak kolejnowy wagon. Ale.. zabiegi, którym ją poddałam, uczyniły ją niezwykle klimatycznym miejscem. Jednym z tychże zabiegów było ubranie wszystkich lamp w retro-abażury. Naturalnie, to znów Krystyna - marka, której jestem wierna już od kilku lat ;)




Składając zamówienie prosiłam o wykonanie abażurów w klimacie retro, ale tak, by przepuszczały sporo światła. Producent wysłał mi dwie propozycje, jeśli chodzi o pasmanterię.
Postawiłam na słomiano-złote frędzle,




 i cóż.. wyszło genialnie. Uwielbiam je :)) Ociepliły wnętrze kuchni i nadały jej nostalgicznego charakteru. Pan domu śmieje się, że nie idzie mnie wygonić z kuchni.
O, i widząc kuchnię w obecnej postaci, stwierdzam, że jest jeszcze jedna rzecz, która dopełniłaby jej charakteru w stu procentach. Byłaby to jakaś stara, rzeźbiona ława do siedzenia, taka przypominająca siedzisko w kolejowym wagonie. Wyglądałaby cudnie. Może kiedyś taką znajdę..













O, mój wagon.. ;)




   Hol już też na finiszu. Zmieniłam ustawienie mebli. Pod ceglaną ścianą stanął myśliwski pomocnik - jakoś bardziej pasował mi tutaj, niż w salonie. Obok postawiłam naszą ulubioną lampkę, by wieczorami oświetlała punkt przechodni domu. 







   

W salonie zamieszkały nowe fotele. Bałam się czekając na ich przyjazd, bo w formie są dość nowoczesne, a i tkaninę obiciową wybierałam przy sztucznym świetle. Okazało się, że wyglądają świetnie. Tkanina pasuje do naszych staroci i nawet współczesna forma nie gryzie się z wystrojem salonu.
W zeszłym tygodniu przewiesiliśmy kryształowy żyrandol. Zawisł na werandzie, która jest oświetlona słońcem z trzech stron, tak więc lampa spełnia swoją rolę - cudownie odbija promienie słońca migocząc na ścianach salonu i tworząc scenerię jak z bajki. Wisi dość nisko właśnie po to, by łapać jak najwięcej światła. 


   Na zdjęciu poniżej widać też efekt naszych ostatnich prac - oszlifowaliśmy półokrągłą witrynę, którą kiedyś pomalowałam na biało. (PS NIGDY WIĘCEJ!!!!!) Jednak.. nie ma jak drewno. Tęskniliśmy za naturą. Jeszcze muszę ją zabejcować. 
Chcemy oszlifować jeszcze 3 meble, ale.. musimy się odpowiednio psychicznie przygotować ;))







Życzę Wam cudownego dnia, obfitującego w promienie ciepłego, jesiennego słońca.. :)


19 października 2019

Wydłużamy Konkurs!!

   Kochani,
odpowiadając na Wasze prośby, by przedłużyć czas Konkursu I SZAFA GRA, tak, byście mogli spokojnie powracać z zagranic różnistych i zgłosić uczestnictwo, przedłużamy Konkurs do końca października,
czyli losowanie szafy odbędzie się 31 października :)

Przyznam, że i nam przyda się więcej czasu, bo z Krzyśkiem "zaliczyliśmy" choróbska jesienne i mieliśmy mały zastój w pracach nad szafą.
Obecnie trwa już obróbka artystyczna, czyli do pracy wkroczyłam ja i wymalowuję dla Was wybraną  grafikę :)) Pracy jest sporo, spędzam więc w warsztacie sporo czasu. Ale.. już mi się podoba ;))))

Tak więc zgłaszajcie się spokojnie do ostatniego dnia miesiąca włącznie.
Szczegóły Konkursu tutaj - KLIK


   A żeby Wam udowodnić, że praca wre... oto mała zajawka :D





Wracam do obowiązków.
Przydałoby się wydłużyć dobę... ;)

:*


27 września 2019

10 URODZINY BLOGA RUSTYKALNY DOM

    Dziś....
kurka...
zaraz się rozbeczę normalnie...
;))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))


(dzisiejsze, z telefonu - rozmazane, bo Radosław Zawsze robi rozmazane...;)  )





10 Lat już jesteście ze mną. Od dziesięciu lat czytacie, śledzicie, inspirujecie się i inspirujecie mnie. A nade wszystko trzymacie mnie przy blogu. Bo zawsze w chwilach zwątpienia podnosicie mnie na duchu i motywujecie do tego, żebym nadal trwała przy blogu, przy Was...

Za te wspólne lata bardzo, ale to Bardzo Wam DZIĘKUJĘ. 
Dziękuję również mojemu mężowi i córce, którzy zawsze wspierali mnie w tym, co robię i nigdy nie podcinali skrzydeł.
Nie będę się tu wywnętrzać. Napiszę tylko tyle, że blog jest bardzo ważną częścią mojego życia. Blog razem z całym arsenałem 716 postów i Wami.


♥️♥️



   Często pytacie mnie, jak to się stało, że w ogóle zaczęłam blogować.
Dziesięć lat temu blogowanie w Polsce jeszcze nie było modne. Pojawiały się pojedyncze blogi wnętrzarskie, do których zaglądałam i z których czerpałam inspiracje. Nie myślałam wówczas, że kiedykolwiek sama będę blogerką i że blogować będę przez tyle lat.
Jak to się zaczęło..?
 Któregoś dnia po prostu wpadłam na pomysł, że zacznę dokumentować moje dążenie do spełnienia marzeń związanych z posiadaniem wymarzonego domu i własnego atelier.
Wtedy chciałam pisać dla siebie. Nie myślałam ( w zasadzie nigdy) o rozgłosie, czy o tym, by kiedyś rozwinąć się z pisaniem na tyle, by zacząć z tego czerpać profity.
Pisać zaczynałam tuż po wprowadzeniu się do mieszkanka na Starówce.
Tak wyglądał mój pierwszy baner główny bloga: (pamiętacie...?? ;) )





Serduszko ze zdjęcia wykonałam metodą decoupage'u, wtedy jeszcze bardzo mi bliską.
Na łamach bloga zaczęłam prezentować swoje rękodzieło. Zaczęłam malować meble. Pierwszy z pomalowanych przeze mnie trafił do pierwszej klientki, również blogerki, Agi Krawczyk, autorki bloga Oaza, dziś - mojej wieloletniej blogowej przyjaciółki... :)) (Aguś - z całego serca Ci dziękuję, że wciąż jesteś..) Trwały wraz ze mną przez lata Aga i inne dziewczyny, pasjonatki. I każda z nich wyjątkowa.
U Madzi z Rustic Home po raz pierwszy usłyszałam Loreenę McKennitt, która rozkochała mnie w swojej muzyce. Tak wsiąkłam w klimaty celtyckie.. Madziu... ♥️
Była też ze mną Ula- Ushii, czy Asia z Green Canoe, która rozwinęła skrzydła cudownie.. Wszystkieśmy już staruszki blogowe ;)



Tak 10 lat temu, kiedy powstał blog, wyglądało moje dziecię..






Dziś wygląda mnie więcej tak:






Doszłyśmy już do tego momentu kiedy...
nosimy ten sam rozmiar buta ;))






Dziesięć lat temu przed naszą kamienicą na Starówce jeszcze nie było żadnego budynku, tylko ruiny starego miasta. Codziennie rano budził nas śpiew ptaków i te widoki..





Dziś stoi przed nią kolejna kamienica, która zasłoniła piękny widok. 

A tak wyglądało nasze mieszkanie, gdy zaczynałam przygodę z blogiem..




Już wtedy kochałam się w drewnianych meblach i klimaciarskich durnostrojkach..



   Kiedy zaczynałam blogować, bardzo chciałam stworzyć pracownię, w której mogłabym się zatracić w swoich pasjach. Planowaliśmy kupno starego domu na wsi. Niestety, los nie był wówczas dla nas łaskawy.. choć.. tak mi się wtedy wydawało. Teraz, po latach, wiem, że to, co nas spotykało, to było najlepsze co mogło nas spotkać, byśmy dziś byli w tym miejscu, w którym jesteśmy.
Domu nie udało się kupić. Drugiego też. Na lata pozostaliśmy więc w naszym 43-metrowym mieszkanku w mieście. Tutaj odnawiałam meble (na trzecie piętro targaliśmy wielkie antyki), tu malowałam, tu powstawały wspomnienia. Na blogu prezentowałam swoje prace, wnętrza. Liczba czytelników stale rosła. Czytelników i blogowych koleżanek, bratnich dusz.
   Zaczęłam pisać częściej. Z czasem pojawił się pomysł otworzenia działalności. Powstała firma Rustykalny Dom. W swoim sklepiku sprzedawałam rękodzieło, jednak... sprzedawało się tak szybko i wpadało mi tyle zamówień, że nie nadążałam wrzucać produktów do sklepu. Projekt odszedł na drugi plan. Po czasie straciłam serce do sklepu i uznałam, że prowadzenie go to nie jest to, czym się chcę zajmować. Powróciłam do pracy w szkole. Zrezygnowałam z prowadzenia działalności i skupiłam się na blogu. 
To, co tworzyłam, z czasem skradło Wasze serca. Dzienne odsłony Rustykalnego zaczęły się plasować na poziomie przeszło 2 tysięcy, rosła liczna użytkowników unikatowych, wyniosła ponad 6 tysięcy, z całego, calutkiego świata. Są czytelnicy z Anglii, USA, Australii, Danii, Argentyny, Albanii, Hiszpanii... Zaczęłam śledzić ruchy na blogu, i tak na przykład zdarzyło się, że któregoś ranka włączyłam komputer, po nim analityka i zobaczyłam, że właśnie w tej chwili ktoś korzystając z urządzenia mobilnego czyta blog, ktoś.. w Japonii.. Wierzcie mi, to wspaniałe uczucie. Wtedy poczułam, że to, co robię, nie jest już tylko moje. Zaczęłam pisać i tworzyć dla siebie i innych. Moich rustykalnodomowych czytelników.

   Zaczęły wpływać propozycje. Czy zarabiałam na blogu? Owszem, blogowanie przynosi korzyści, jednak nigdy nie otrzymywałam stałych dochodów z tytułu prowadzenia bloga. Nigdy też nie było to moim celem. Pojawiła się taka myśl, lecz tylko przez chwilę. Szybko poczułam, że ja tak nie chcę. A oferty były różne... od zareklamowania dizajnerskich papierów toaletowych po nakręcenie serii programów dla telewizji. Za.. za bardzo marne grosze. Tu stanęłam przed dylematem, czy wejść w to i się rozreklamować na dobre, czy nie dać się sprzedać za bezcen i wybrać swoją niszę. Wiecie, co wybrałam... ;) 
Okazji było, jak wspomniałam, wiele. Niektóre były dla mnie bardzo atrakcyjne, nadarzyła się bowiem możliwość redagowania reportaży dla ogólnopolskiego magazynu. To było spełnienie marzeń, o pisaniu bowiem marzyłam od zawsze. Praca ta sprawiła mi ogrom przyjemności. Poznałam dzięki temu cudownych ludzi.
Tu zamieszczę małe sprostowanie. Znajoma osoba kiedyś mi powiedziała, że możliwość pisania dla magazynu sobie wyżebrałam. Nie. Otrzymałam propozycję, bo doceniono to, co robię. 

No właśnie...
Blogowanie to nie tylko przyjemności.
   Kiedy zaczynasz być rozpoznawalna, a twoje wnętrza i wizerunek zaczyna się pojawiać w mediach, otwiera się na ciebie zupełnie nowy świat. Świat zawiści i wyścigu szczurów. Złośliwe komentarze, rzucanie kłód pod nogi, uczestnictwo w pożal-się-Boże wielkich, blogerskich konkursach, które opierały się tylko i wyłącznie na zaistnieniu ich organizatorów.. To trzeba przeżyć, by zrozumieć. Doświadczenia te jednak nie zabiły mnie, jak widać. Wzmocniły mnie tylko. Uodporniły. Mój dzisiejszy pancerz jest bardzo gruby, a i zdrowego dystansu nabrałam do różnych zachowań ludzi, którzy w końcu są tylko ludźmi...


   Co się zmieniało w ciągu tych lat..? Jak ja się zmieniłam..?
Przytyłam. Rany, gdy oglądam zdjęcia sprzed dziesięciu lat... byłam taka ładna i szczuplutka... Teraz jestem wielka jak śląska klucha. Ale.. co dziwne, lubię siebie dziesięć razy bardziej, niż tych dziesięć lat temu ;) 
Na pewno stałam się dojrzalsza i odważniejsza. Wierzę we własne siły i to, że warto jest w życiu dążyć do celu. Nasze nieudane próby kupna domu powinny zrobić ze mnie zrzędliwą babę, lecz...nie zrobiły. Mam w sobie więcej optymizmu niż tych 10 lat temu. Do wielu spraw podchodzę z dystansem.
Domu na wsi nie ma, i nie będzie. Zmieniliśmy plany. Mamy mały domek sezonowy, tuż pod lasem. To nam wystarcza. Niedawno opuściliśmy też nasze małe mieszkanko. Oswajamy nowe-stare kąty, czyli nasze przedwojenne mieszkanie w kamienicy.

Czy mam konkretne plany?
Nie. Ja nie planuję. Już od jakiegoś czasu. Życie samo układa swój scenariusz. Staram się tylko być dobra. W tym co robię, rozwijać się, ale i być dobrym człowiekiem. Bo wiem już, że dobro do mnie wraca. Wracało wiele razy. I to, że trwam w swoich zasadach, zostaje nagradzane.

Czy zmieniłabym coś w swojej blogowej przeszłości i życiu..?
Nie.
Miałam firmę, której nie utrzymałam, miałam problemy finansowe, miałam nieprzyjemne przygody związane z kupnem domu, sama podejmowałam złe decyzje. Ale to mnie wiele nauczyło. Dostałam od życia wiele kopniaków, za które jestem wdzięczna. Bo dzięki temu wszystkiemu, co mnie spotkało, teraz mogę spojrzeć w lustro i powiedzieć: to jestem ja, kocham siebie taką, jaką jestem. Kocham to, co udało mi się stworzyć i co dziś mam. Szanuję to ogromnie.



   Mam marzenia, naturalnie. Bez parcia na szkło, ale.. chciałabym jeszcze zrobić kilka fajnych rzeczy w życiu. Tylko takich, które sama wybiorę. Nie narzuconych, albo tych, które "powinnam zrobić, by zaistnieć" w jakimś tam światku. Sama dokonam wyboru. Teraz mogę sobie na to pozwolić ;)



DZIĘKUJĘ... ♥️




21 września 2019

WYBIERZ GRAFIKĘ



Moi Drodzy, głosujemy na grafikę, którą mam wymalować we wnętrzu szafy - wpisujcie numer w komentarzach pod postem. 
Głosowanie trwa do końca jutrzejszego dnia, spieszcie się zatem :))



20 września 2019

KONKURS NA 10-LECIE ISTNIENIA BLOGA - tego jeszcze nie było!!!! :)))

Moi Drodzy,
wielkimi krokami zbliża się DZIESIĄTA rocznica istnienia bloga Rustykalny Dom :))))

Nie wyobrażacie sobie, jak bardzo jestem Wam wdzięczna za tych wspólnych 10 lat :)) 
Chcę Wam podziękować - zrobię to jeszcze online, a dziś mam dla Was, w nagrodę za Waszą wierność, prawdziwą petardę!!!!!
:))))))))))))))))))))))))))))))))

Na tę specjalną okazję połączyłam siły z, jak nazwał Maciej, "przyjaciółmi z boiska" - czyli facetami, z którymi współpracuję i którym podobnie w duszy gra. Są miłośnikami drewna, twórcami, artystami, a przede wszystkim entuzjastami tego, co piękne i nieszablonowe.

Kochani, ogłaszam...........

KONKURS

 "I SZAFA GRA" 

Do przygarnięcia jest, słoneczka moje, szafa, ale jaka..............ach..!!!!!!!!!





Regulamin Konkursu



1. Organizatorami Konkursu „I SZAFA GRA” są jej twórcy, czyli Krzysztof Wojciechowski (YAN CIEŚLA), Maciej Kupś (ROB IN WOOD) i Katarzyna Piekarz (RUSTYKALNY DOM)

2. Nagrodą w Konkursie jest wykonana przez Organizatorów szafa, prezentowana w materiałach filmowych promujących Konkurs. Szafa zostanie wykonana w trakcie trwania Konkursu. Zwycięzca deklaruje się ją przyjąć w stanie, jaki powstanie w wyniku prac Organizatorów

3. Uczestnikami Konkursu mogą być tylko osoby pełnoletnie i zamieszkujące na terenie Polski, bądź mieszkające poza terenem kraju, ale zaświadczające, że ewentualną nagrodę odbiorą na terenie Polski

4. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania, które odbędzie się w dniu 31 października 2019r. Losowanie będzie prezentowane online na mediach społecznościowych Organizatorów

5. Warunki udziału w Konkursie:


·         Polubienie każdego z trzech fanpage’y Organizatorów
       https://www.facebook.com/YanCiesla/
       https://www.facebook.com/rustykalnydom/
       https://www.facebook.com/Rob-in-Wood-444501209015331/
·         Zasubskrybowanie bloga Rustykalny Dom LUB obserwowanie bloga (kliknij "obserwuj", prawa strona bloga, u góry
·         Zasubskrybowanie kanału https://www.youtube.com/user/tamrock1972/featured
·         Pokrycie kosztów transportu szafy (koszt paliwa)
·         Wysłanie na adres e-mailowy: rustykalnydom@wp.pl zgłoszenia – należy wysłać e-mail o treści „Zgłaszam udział w Konkursie „I SZAFA GRA”, zapoznałem/-łam się z Regulaminem Konkursu i go akceptuję” podając swoje imię i nazwisko oraz miejscowość zamieszkania. W tytule maila należy wpisać „Konkurs”.
6. Organizatorzy zobowiązują się dostarczyć szafę do Zwycięzcy Konkursu po indywidualnie ustalonym terminie, nie później jednak niż do czterech tygodni od dnia losowania nagród

7.  Zwycięzca Konkursu powinien zgłosić się do Organizatorów e-mailowo bądź za pośrednictwem Facebook’a celem ustalenia szczegółów związanych ze sprawdzeniem spełnienia warunków Konkursu oraz sposobu dostarczenia szafy. W przypadku nie zgłoszenia się Zwycięzcy w ciągu siedmiu dni od dnia losowania nagród, Organizatorzy ogłoszą termin kolejnego losowania nagród, w toku którego wyłoniony zostanie kolejny Zwycięzca

8. Zwycięzca zobowiązuje się przyjąć nagrodę w stanie takim, jaki powstanie w wyniku prac twórców – Organizatorów i nie rościć sobie praw do zmiany/zamiany nagrody. Organizatorzy zobowiązują się dostarczyć Zwycięzcy nagrodę sprawną, w stanie, jaki zostanie zaprezentowany podczas finału Konkursu

9. Po wylosowaniu zwycięzcy, zostanie wylosowana kolejna osoba, która otrzyma drugą nagrodę, ufundowaną przez polskiego producenta abażurów do lamp, Abażury Krystyna – bon na zakupy u producenta,wartości 80 złotych

10. Wszelkie pytania/sprawy dotyczące Konkursu należy kierować do Organizatorów za pośrednictwem Facebook’a bądź na adres mailowy rustykalnydom@wp.pl

*zgłoszenia przyjmujemy do 31 października do godz.12:00







GRAFIKI DO WYBORU 
 - tę, którą wybierzecie w głosowaniu (wpiszcie numer w komentarzach tu, pod postem, bądź na Facebook'u, pod wpisem z informacją o Konkursie), wymaluję osobiście na tylnej ścianie szafy :D

Głosowanie na grafiki zamykamy w niedzielę 22 września, o północy :)




26 sierpnia 2019

Będą fotki, będą

    Kochani, w odpowiedzi na komentarze - będą zdjęcia, tylko uporam się z bałaganem. Właśnie skończyliśmy remont głównego holu (robiliśmy ściany i sufit) i wstawiamy meble. Pędziliśmy z pracami, bo za moment rok szkolny się zaczyna i wracam do pracy..
 W holu wieszamy ramy ze zdjęciami i obrazy. Chcę, by był miejscem obfitującym we wspomnienia. Dziś oprawiłam zdjęcia z Toskanii. Pięknie wyszły :)
Dajcie mi jeszcze chwilkę. Gdy tylko zniknę bałagan, chwytam za aparat. I za pędzel. Będą filiżanki z Janiołami. Oj będą... I zdjęcia półek kuchennych będą. Zaglądajcie :*

PS Sprzedaję mój piękny stół barowy. Niestety, w nowej kuchni się gubi, zupełnie tu nie pasuje.. Gdyby ktoś z Was był chętny, piszcie maila, albo podajcie info dalej ;) (rustykalnydom@wp.pl)


20 sierpnia 2019

Co tam aktualnie..

   Byłam w salonie sprawdzić jakie listwy nadawałyby się do zamontowania na blacie. Ceny powalają, ale listwy są ich warte. Niestety ;)
Znalazłam też listwę, która pięknie pasowałaby na wykończenie lamperii.
Nie da się wszystkiego od razu, więc rozważam różne opcje, kompromisy. Wiem już, że mój plan zrobienia "szybkich drzwi" do spiżarni się nie powiedzie. O czym mowa?
Stare drzwi od spiżarni wyjęliśmy. Nie domykają się, a ich stan pozostawia wiele do życzenia. Nie są zbyt atrakcyjne, by bawić się w ich czyszczenie. Poza tym naprawy zamków etc.. - cóż, gra nie warta świeczki. Coś jednak w wejściu być musi (póki co wisi zasłona), i to raczej drzwi, bo zimą będzie ciągnęło z niej chłodem.
Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, by zamontować parę drzwiczek, takich, jakie mamy w meblach kuchennych, z serii Bodbyn. Zmieściłyby się dwie dwumetrowe czterdziestki. Jednak po przeliczeniu kosztów okazało się, że kilkaset złotych wydalibyśmy na coś, co i tak zapewne w przyszłości będzie wymienione. Zrezygnowałam więc z pomysłu i uznałam, że lepiej odłożyć pieniądze i zamówić porządne, "normalne" drzwi.

   Wczoraj walczyliśmy z kuchennymi półkami ściennymi. Zamontowaliśmy półki ikeowskie, które w kuchni wyglądają masywnie i naprawdę pięknie ją ożywiły. Taka kropka nad "i". Została jeszcze jedna do powieszenia. Jutro chcemy się zabrać za remont holu. Ściany i sufity są w bardzo złym stanie po zalaniu, więc boimy się to ruszać... ale.. kiedyś trzeba. Cieszę się, że mam już kuchnię i mam gdzie gotować czy myć garnki. Zlew jest bardzo przydatny, szczególnie, gdy w łazience nie ma się umywalki ;))


16 sierpnia 2019

Włoska ceramika

   Zasypię Was dziś, zgodnie z obietnicą, zdjęciami porcelany sklepu Leoncini, znajdującego się w San Gimignano. Ja, jak również wspominałam, w tejże ceramice się zakochałam. W jej masywności, rozmiarach (kiedyś od koleżanki usłyszałam określenie "syndrom Napoleona"- ja go chyba właśnie mam), a nader wszystko- we wzornictwie. Szczególnie upodobałam sobie deseń z cytrynami w tle. Snuję się od kilku dni po kuchni i myślę, gdzie by tu wymalować coś podobnego... Dochodzę do wniosku, że jak tylko uporam się z wykończeniem kuchni (półki, listwy etc...), znajdę miejsce na cytryny.

  Oto rzeczona ceramika - UWAGA - grozi uzależnieniem...














   To, co widzicie na samym końcu, pod ścianą, to blaty stołów. Ich ceny liczone są w tysiącach (ała...!!), ale wygląd zwala z nóg..













 Miałam chrapkę na jeden z talerzy. Masywny, rzeźbiony, z cytrynowym motywem. Niestety, dzień wcześniej kupiłam obraz, więc jakby.. ten... ;) Talerz był w cenie 320zł. Ale, niech mnie... Jeśli kiedyś tam wrócę, uciułam co nieco i przywiozę sobie taki. W sumie nasze bolesławce nie odbiegają znacznie od tych cen, więc..


   Nie rozpisuję się więcej, bo pewnie wolicie dziś patrzeć niż czytać, więc..nich Wam ta uczta dla oczu umili dzisiejszy dzień :))








 

11 sierpnia 2019

Nowa kuchnia, która trąci starym dworem ;)

   Pracy jeszcze sporo, ale.. postanowiłam, że się z Wami podzielę już teraz. Tym bardziej, że usłyszałam ostatnio, że czytanie moich wpisów przypomina oglądanie dobrego serialu :)))

Strasznie dużo pracy już za nami. Kuchnia zyskała zupełnie inny charakter i teraz jest przytulniejsza. Początkowo chciałam białej, jednak pomieszczenie jest długie i bardzo wysokie, i w bielach wyglądało bardzo zimno.
 Jeszcze ciut surowa, nieoswojona, bo potrzebuje dodatków, ale na wszystko przyjdzie czas. Póki co wygląda tak:




 Wybaczcie mi uciapaną podłogę, ale zdjęcie robiłam w przerwie pomiędzy gotowaniem obiadu a obrabianiem śliwek.

   Zmiany, jak widać, są spore. Nie wyszło drogo, bo większość widocznych zmian dokonaliśmy własnymi rękoma. Wykuliśmy między innymi nisze ze starych cegieł, na dwóch przeciwległych ścianach, oraz łuk nad drzwiami balkonowymi. Najwięcej pracy było z czyszczeniem cegieł. Szorowałam je szczotką ryżową godzinami, co okupiłam ranami, pęcherzami i nieprzespanymi nocami z powodu bólu nadgarstków. Na suficie zamontowaliśmy belki, a jego powierzchnię postanowiłam pomalować na kolor cegły i płytek podłogowych. Wymyśliłam też, że pomaluję go w taki sposób, by sprawiał wrażenie łukowego. Wymagało to nie lada wysiłku, bo musiałam wymalować 8 łuków odręcznie (stojąc na baaaardzo wysokiej drabinie, co przysporzyło mi zapewne kilka siwych włosów), ale opłacało się - efekt nas bardzo zadowolił.
Na ścianie przy blacie roboczym (za kuchenką) przykleiliśmy czarne, kamienne płyty. Chciałam odrobiną połysku przełamać surowość wnętrza. Resztę ścian pociągnęłam czernią, choć przyznam, że czarny mat w użytkowaniu może być problematyczny. Jest zaleta - nie widać na ścianach włączników (też czarny mat), trzeba się dobrze przyjrzeć, by je znaleźć. Ale mimo wszystko, w kuchni stawiam na funkcjonalność, zatem jeśli okaże się, że mat jest mało praktyczny, zmienię to w przyszłości.
Blatu za kuchenką jeszcze nie ma, ma przyjechać w tygodniu. Czeka mnie jeszcze wykończenie słupka z koroną - muszę pouzupełniać braki w koronie i ją odrestaurować, a także uzupełnić fugi w cegłach. Staram się codziennie coś zrobić, by prace szły do przodu. To przyniosło skutek. Kuchnię udało nam się w miarę wykończyć, a przynajmniej przygotować do użytkowania, w około dwa tygodnie. 




   
 Zrobiliśmy też spiżarnię. Ja, ja wspominałam, nakładałam tynk i pomalowałam ściany, Radek wykonał masywny i stabilny regał z drzewa. Prezentuje się świetnie. Wymieniliśmy też stare okienko. Wnętrze aż się prosi, by do niego wejść. Mam nadzieję, że zastosowanie środków grzybobójczych przyniesie efekt i już żadna wilgoć nie wyjdzie na ścianach w spiżarni. Pomoże niewątpliwie ocieplenie budynku, a to jeszcze przed nami. Dodam, że w spiżarni stanął stojak na wina, który kupiłam na targu staroci chyba z 7 lat temu. Zawsze marzyła mi się spiżarenka z miejscem na wina i domowe nalewki. I stał tak stojaczek kupę lat u teściowej w piwnicy, aż doczekał się zacnego miejsca. Pasuje nam tu idealnie. Chyba... tak miało być... ;)

   Brakuje mi jeszcze czegoś na ścianach nad blatami - myślę nad białymi półkami z Ikei. Poustawiałabym na nich porcelanę i słoje. Będę też się rozglądać za włocławkami, bo, jak się okazało, one najbardziej pasują do kuchni. Talerze dodały jej blasku, ale gubią się tu. Może z końcem lata wybiorę się na jakieś starociowe łowy. Myślę też, czy po lewej nie sklecić jakiegoś szafkowego ikeowskiego słupka ze szklanymi drzwiczkami. Muszę to przetrawić. Potrzebuję też czegoś do zasłonięcia drzwi - niedługo zaczynają remontować elewację i balkony i trzeba będzie się osłonić. Przymierzałam okiennice ażurowe - nie pasują. W grę wchodzą jedynie zasłony, albo roleta..




Mój elektryk zaszalał i zrobił mi całe mnóstwo gniazdek i lampek. Gdy zapalę wszystkie światła, jest jaśniej niż za dnia ;) Rzecz jasna nie będę zapalać wszystkich, tylko wedle potrzeb, górne bądź kinkiety, które zastąpiły nam tradycyjne oświetlenie nadblatowe. 
Za szafkami mam krater, który muszę zabudować. Żadna listwa przyblatowa mi nie pasuje, bo są zbyt wąskie. Myślę nad zamontowaniem sztukaterii sufitowej. W tygodniu podjadę do salonu i rozejrzę się za czymś, co by się nadawało.

Trawię to wszystko jeszcze i myślę wciąż jak to wszystko jeszcze dopieścić. Jednak wiem z doświadczenia, że pomysły przychodzą same i to w najmniej spodziewanych momentach ;))



Poniżej karafka przywieziona z Florencji. Uwielbiam. Myślałam nad tym, czy nie wymalować gdzieś w kuchni podobnego motywu z cytrynką.. ;)





   Życzę Wam miłej reszty niedzieli. Korzystajcie ze słoneczka i świeżego powietrza. My zalegamy na kanapie, no ale... uznaliśmy, że nam się należy ;)))

Ściskam!!


25 lipca 2019

Moje malowanki, tym razem na warsztacie ceramika

   W ostatnich latach dość często zdarzało mi się coś sobie postanowić, zaplanować i.. nie wykonać, tudzież nie doprowadzić do końca. Po przeprowadzce do nowego mieszkania powzięłam mocne postanowienie, że jak już zarzucę sobie jakiś pomysł, to go wykonam, od początku do końca. Nie ma już wymówki pod tytułem "nie mam pracowni".
Tak było z pomalowaniem ceramicznych kafli, czy ceramiki, w ogóle. A postanowienie wynikało z inspiracji wzornictwem włoskiej ceramiki.
   Kiedy więc murowano zabudowę lodówki, miałam okazję poszaleć. Nie chciałam wchodzić w paradę chłopakom i kręcić się po kuchni. Zasiadłam w pracowni z pędzlem.
Na początku chciałam przeprowadzić test. Wyszperałam więc kilka ładniejszych płytek, które uprzednio skułam ze ściany kuchennej. Oczyściłam ich brzegi i wymalowałam motyw kwiatowo-owocowy..










No, przyznam, że podoba mi się ;) Myślę nad tym, by je gdzieś przykleić, może w kuchni właśnie.. co myślicie..??

Po pomalowaniu kafli na warsztat wzięłam filiżanki. Pierwsza - oczywiście, musiałam - kwiatowa ;) Po pomalowaniu pobiegłam do szwagra, pytając, czy ładna. Spojrzał i krzyczy: "Zarąbista! Gdzie kupiłaś?" "To moje malunki" - odpowiedziałam mało nie skacząc z radości, bo reakcja była jak najbardziej szczera. On od razu powiedział, że ją zabiera i chce podarować szwagierce. Radość podwójna :))




Myślę o pomalowaniu kolejnej w Janioły, co Wy na to? Dodam, że po wyschnięciu farb, można ją myć. Gdyby ktoś z Was był chętny, zapraszam do składania zamówień, bo mnie się ta robota strrrasznie spodobała ;)))


   Idę pić herbatę. Kawy na razie dość. Jesteśmy z Radkiem po grypie jelitowej stulecia. I złapało nas przedwczoraj, kiedy jechaliśmy aż pod samą Łódź po belki sufitowe, tak więc możecie sobie wyobrazić naszą podróż... ;))) Wczorajszy dzień odchorowany, przespany, a dziś już jest nowa energia. Tyle że.. po chorobie trzeba delikatnie, przez przeforsowywania..

A, dziewczynki kochane, zrobię instruktaż tynkowania, zapisuję sobie :)

Życzę Wam dobrego dnia kochani :)))

22 lipca 2019

Milion zdjęć z remontowego armagedonu i test farb Good Home

   Ciągnie się niemiłosiernie. Jak zwykle bywa, podczas remontu odkrywa się różne niespodzianki, a że chce się wszystko zrobić i od A do Z, i porządnie, to się i ciągnie.
Zerwaliśmy podłogi w kuchni, dobijając się do pierwszej warstwy. Oczyściłam co się dało, żeby nie przykrywać płytkami brudów. Miejscami trzeba było zrywać nalot szpachelką. A gumolit do podłoża przyklejony był klejem, więc ostatnią warstwę podłogi zbijaliśmy młotkiem i przycinakiem po centymetrze. A kuchnia ma 15m, więc... ;)

   Panowie już położyli podłogę. Wybrałam płytki gresowe w kolorze cegły. Położyliśmy w karo. Nie było większych komplikacji. Teraz sama wyklejam z tychże płytek (trochę nam zostało) listwy przypodłogowe. 

   Sporym wyzwaniem była spiżarnia. Półki się uginały, więc trzeba było zerwać. Pomieszczenie jest małe, ale wysokie. U góry była pleśń, którą musieliśmy zwalczyć chemicznie..
Oto spiżarnia:









 Skuliśmy wszystkie płytki, tynk i klej, by odsłonić zawilgocone ściany. Z racji, że chcemy, by śpiżarnia zachowała rustykalny charakter, postanowiliśmy, że zrobimy tu tynki ręczne. To było moje zadanie, otynkowałam wszystkie ściany po sufit. Powoli robię się specem w tej dziedzinie.. ;) Najprościej byłoby oczywiście wyrównać ściany regipsem, ale są tak krzywe, że stracilibyśmy w spiżarni sporo miejsca. Będzie zatem ciut krzywo, ale naturalnie, a gdy przyjdą drewniane regały, belki, będzie sielsko. Wyobrażam sobie wiszące na ścianach warkocze z czosnkiem.. Teściowa kilka dni temu dała jeden Julce (Jula gotuje z czosnkiem wspaniałą zupę z imbirem, ach..!!), spiorunowała mnie od razu wzrokiem i powiedziała : "Tylko Jula ma go używać, a nie tam, że powiesisz go na ścianie.. " Kiedy zobaczyła mój maślany, smutny wzrok, dodała: "Zrobię ci drugi, to sobie powiesisz". :D No co ja poradzę, że one są takie piękne w tych warkoczach, że nic, tylko nimi ozdabiać...








Zamówiłam nowe okienko. Powinno być w sierpniu. Tynki już położone, pozostało nam wykleić podłogę i pomalować ściany. Będą bielone, a półki w kolorze drewna.



   W kuchni są już płytki, jak wspomniałam, przenieśliśmy też kuchenkę w inne miejsce, wgłąb kuchni, bo nie podobało mi się, że jest tuż za wejściem. Zmiana wymagała przerobienia instalacji gazowej.

Tu widać podłogę, której szorowanie zajęło mi ładnych kilka dni. Kiedyś stał tu piec kaflowy.





   Teraz murujemy zabudowę lodówki. Głowiłam się, co zrobić z koroną ze starego, secesyjnego pieca, którą kiedyś dostałam od rodziny, a która spoczywała w piwnicy teściowej od kilku lat. Ostatecznie wymyśliłam, że zbudujemy a'la piec z cegieł, w środek wstawimy lodówkę, a na górze osadzimy koronę. O tę:







   Zabudowa się muruje, a ja zaczynam malować ściany i sufity. Testuję przy okazji nowe farby. Na Fluggera niestety mnie nie stać, bo powierzchnię tu mamy że ho ho, postawiłam więc na farby z Casto. Nowa seria Good Home jest obecnie na tapecie. I powiem Wam, a raczej napiszę, że dobrze, iż wzięłam próbki. Farby występują w wersji standardowej i premium. Okazało się, że kryją bardzo podobnie (choć producent pisze, że krycie jest słabsze w wersji podstawowej), ale ogromna różnica jest w konsystencji. Próbka premium jest dość gęsta, zaś ta druga leje się strugą. Gdybym kupiła tę tańszą na sufit, wściekłabym się chyba, bo zaciapałabym całą kuchnię. Chlapie okropnie, maluję więc tą "premium" i jak na razie jest w porządku. Obmalowuję brzegi sufitu małym pędzelkiem, zobaczymy, co będzie, gdy w ruch pójdzie wałek..







Po prawej farba premium. I tak, będę miała w kuchni czarne ściany ;) :D



Wracam do pracy, miłego dnia Wam życzę!! :)

12 lipca 2019

Siena palona

   Nie mogłam się zebrać z pisaniem, tyle się u nas dzieje. Remont kuchni wre, zdarte już wszystkie powierzchnie podłogi, skute ściany. W poniedziałek panowie zaczynają kłaść płytki. Przyszły już lampy do kuchni, z antyków rzecz jasna, a ja zawieszam na nich wzrok ilekroć załamie mnie widok bałaganu i wszędobylskiego kurzu. A jesteśmy na mniej więcej takim etapie prac..






No dobrze, do rzeczy.
Dziś będzie o kolejnych toskańskich przystankach, czyli Pizie i Sienie.

Piza.

Oczywiście nie byłoby frajdy bez zrobienia sobie idiotycznego zdjęcia z krzywą wieżą. (Potwierdzam, krzywa jak piorun). Najbardziej w świecie chciałam zrobić zdjęcie nie wieży, ale tym wszystkim ludziom, gimnastykującym się na jej tle. Wyginali się to w przód, to w tył (zdjęcie pt. "potrafię tak jak wieża"), wyciągali przed siebie ręce (zdjęcie pt. "pcham wieżę, to przeze mnie się gibnęła"), unosili rękę wysoko ( "coś mi się przyczepiło do dłoni"), albo po prostu ją wskazywali, zupełnie jakby ktoś na zdjęciu miałby jej nie zauważyć ;)
I ja zrobiłam sobie idio-fotkę. Odrobinka fotoszopa et voila!! ;)





Nie będę Was zanudzać zdjęciami zabytków, zresztą i ja sama niekoniecznie nimi wszystkimi byłam pochłonięta - bardziej fascynuje mnie to, co jest poza. Co nie jest atrakcją turystyczną. Choć..przyznam, że zakochałam się we włoskich freskach. Nie widziałam dotychczas równie pięknych.
Co do rzeczonego tego, "co jest poza" - kazano nam przejść szybko, bo zapach powala. Szalet, a pod sklepieniem to..


Chyba najatrakcyjniejsza toaleta publiczna jaką widziałam ;)

Poniżej pstryk z Katedry Santa Maria Assunta..




   W wolnym czasie snuliśmy się po uliczkach miasteczka. Trafiliśmy na antykwariat. Obiecałam sobie, że jeśli już przywiozę jakąś pamiątkę, to nie będzie to żaden piasek w butelce, tylko coś, co ozdobi nasz nowy dom. W tym właśnie antykwariacie zakupiłam sobie osobliwą pamiątkę - obraz, grafikę z wizerunkiem... otóż nie, nie Pizy, a Padwy. Piza była, i owszem, ale brzydsza ;)))
Ceny były takie jak w naszych antykwariatach, więc nie przepłaciłam za staruszka, a i zaskoczono mnie bardzo, bo z tyłu obraz podklejony był pięknym papierem, który był lekko uszkodzony. Nie przeszkadzało mi to, bo i tak nie byłoby widać. Sprzedawczyni powiedziała coś do nas po włosku, uśmiechnęła się i podała obraz mężczyźnie, który zabrał go na zaplecze. Kobieta dalej coś do nas mówi, uśmiecha się, ja dziękuję. Szturcham mimochodem Radka i mówię pod nosem: "Ty, oni go teraz wzięli do zapakowania?" "Chyba tak" - odpowiedział. Po chwili wraca pan i pokazuje nam tył obrazu, naprawiony, papier wymieniony na nowy. Tak.... ;)))




Mieliśmy ogromną ochotę na lody. Właścicielka antykwariatu pokierowała nas do lodziarni na rogu. Kawa wyśmienita, obsługa fantastyczna. Radek miał radochę, gdy sprzedawczyni powtarzała po nim "dziekuje". Uznał po którymś razie, że idzie jej to coraz lepiej, więc podniesie poprzeczkę i powie: "dziękuję ślicznie" :)




Tu wnętrze kawiarnio-lodziarni..



Malarstwo ścienne jest tu bardzo powszechne, a jego jakość zachwyca. 







Musiałam. Uchwyciłam po cichutku Włoszkę, która sączyła kawę, czytając gazetę. Urocza. Buzia spalona włoskim słońcem, usłana tysiącem zmarszczek, ale jaka klasa......piękna!! :))))







Siena.

   Ciasna, duszna, nieco klaustrofobiczna. Pomiędzy kamieniczkami dróżki raz wzbijające się ostro w górę, raz opadające łagodnie ku dołowi. Elewacje budynków mają kolor farby, której używam do malowania. "Siena palona". Idealne odzwierciedlenie koloru Sieny. Kiedy przechodzi się wąskimi uliczkami, czuć zapachy, których nie uświadczysz chyba w żadnym innym zakątku świata. Pachnie tu na przemian paloną kawą, kadzidłami, ciężkimi perfumami i wodą o zapachu cytrynowym. To woda z bąbelkami, lejąca się poboczami ulic, po jakimś myciu czegoś-tam, wylewana zapewne przez okno. Tak jak za oknem suszy się pranie. Ono pewnie też tu pachnie..
Siena mnie zachwyciła. Najbardziej ze wszystkich miejsc, które zobaczyłam. Pokochałam to średniowieczne miasteczko. Ma nieopisany klimat. Nie jest gwarne, ale jakieś takie przyjemnie ciężkie, ciepłe, majestatyczne. Uwielbiam. Muszę tu wrócić. Pobyć dłużej, pooddychać tym specyficznym powietrzem. 




Paweł, znajomy z wycieczki, pytał mnie przez ramię: "Co ty tam focisz??" "Jak to co, zakamarki, one są najciekawsze"- z uśmiechem kwituję i idę szukać kolejnych..




Tutaj już widokowo. Któreś ze zdjęć na pewno wyląduje w ramie na ścianie. 












O, oto to to to... !! Prawdziwy kolor Sieny. Ni to pomarańcz, ni czerwień.. Wyjątkowy.







   Robert mi mówił, że miejscowe sklepiki z ceramiką miewają zawyżone ceny pod turystów. No ale.. pomyślałam, że muszę, po prostu muszę z tej mojej zakochanej Sieny przywieźć bodaj drobiazg. W tymże sklepiku zakupiłam maleńki podstawek pod butelkę z oliwą, z korkiem do kompletu. Zdjęcia będą później, teraz wszystko spoczywa szczelnie zapakowane, chronione przed kurzem. Podstawek ręcznie malowany, w do niczego mi niepasującym kolorze czerwonym, ale urzekł mnie tak bardzo, że postanowiłam go zabrać do domu. Także Robercie, kupiłam tylko jedną ceramikę, obiecuję!! No, może.. jedną i jeszcze jedną... ;))
Włoska ceramika mnie zachwyciła. W kolejnym poście pokażę Wam sklepik z ceramiką, o którym wspominałam poprzednio.




Te motywy roślinne, owocowe, kuszą mnie bardzo i już rozważam, czy nie namaluję jakiegoś inspirowanego fresku w kuchni... ;)


   Na razie tyle, cdn...
:*

Udostępnij