30 marca 2021

Tajemnicza marchewka

    Z dnia na dzień czuję się trochę lepiej. Pan domu na szczęście już też wychodzi z choroby. Jego też dopadła korona. Przeszedł ją zupełnie inaczej niż ja, mając mniej objawów, ale były one bardzo intensywne. Gorączki koło 40 stopni przez tydzień, o reszcie nie chcę nawet wspominać. Paskudny wirus.

Powoli staram się nadrabiać zaległości, które nawarstwiły się podczas trwania kwarantanny. 



   Nasz niuniuś ma już pół roku. Spójrzcie na ten pyszczulek.. :)))




Jaką my mamy z niego pociechę.. ;)))

Opowiem Wam o jednej z sytuacji.

Któregoś wieczora oglądałam serial siedząc w fotelu, w salonie ("Homeland" - widzieliście..? Polecam!!). Nagle wpada Jula i krzyczy: "Mamuś! Co to jest??" Patrzę - na środku podłogi leży wielka, ugotowana marchewa. Wyobraźcie sobie, piorun mały wyciągnął ją z zupy w kuchni i przyniósł do salonu 😅 Nie zjadł jej, ba, nawet nie nadgryzł, doszłam więc do wniosku, że przyniósł ją.. dla mnie 😜



Trzy światy z tym Lulem ;) Chodzi chronicznie głodny, gotów zjeść wszystko, co tylko da się pogryźć i przełknąć. 

Stał się też bardziej przytulasty. Każdego ranka przychodzi do mnie i czeka, aż go wezmę na ręce i pomiziam pod szyjką. Tylko tam. Panie broń dotknąć mu brzucha ;) Podgryza wtedy mi rękę, albo pomrukuje krótko -  robi tak zawsze, gdy jest niezadowolony.

Kochany kociak, rozweselił nam dom.


   Przez choroby nasze remonty stanęły w miejscu. Podobnie jak prace na wsi, w ogrodzie - nie zrobiliśmy w nim nic. Czeka nas sporo pracy w tym roku. Najważniejsza inwestycja została już poczyniona w zeszłym sezonie - szambo. Bez niego ani rusz. Teraz trzeba kłaść rury, kable, stawiać ogrodzenie, robić fundament pod narzędziownię... Dużo tego. Co się uda zrobić, to się okaże. Nie nastawiam się, że musimy. Jeśli zdrowie pozwoli, popracujemy i nawet jeżeli będzie to minimum,  też będzie dobrze.


   W mieszkaniu też zaszło kilka drobnych zmian. Udało się (prawie) skończyć gabinet pana domu. Czarny sufit wygląda nieziemsko. Maleńkie pomieszczenie zyskało na przytulności, funkcjonalności i klasie. 

Na stole kawowym w salonie wylądował dodatkowy blat -  z kamienia. O nim w kolejnym poście. Zrobiło się miejsce na dodatkowy mebel (komodę), bo pianino przeniosłam do swojej pracowni. Doszły dwie duże lampy. Jedna (w stylu Art deco) z przypadku - kupiliśmy ją w sklepie stacjonarnym, a po przywiezieniu do domu okazało się, że w gabinecie się nie zmieści. Stanęła do czasu zwrotu w salonie.. - i tam już została ;) 













   Tegoroczne święta spędzimy w trójkę, w domu. Julka kończy kwarantannę po świętach. Poczyniłam drobne dekoracje. Tym razem zapragnęłam natury - w dwóch wazonach kwitną bazie kotki (kot ich Jeszcze nie zżarł, aczkolwiek próby już były...).






   No i poczułam już wiosnę. Zaszalałyśmy ostatnio z Julką i obydwie pofarbowałyśmy włosy szamponami. Ona bardzo chciała troszkę przyciemnić włosy. Zapierałam się ręcyma i nogyma, że nie pozwolę jej farbować włosów do 17 roku życia. Uległam (ma piętnastkę). Doszłam jednak do wniosku, że jeżeli to pofarbowanie jest obecnie największym jej marzeniem, będzie dobrą nagrodą za ciągłe siedzenie w książkach. Skorzystałyśmy, rzecz jasna, z tego, że jest na kwarantannie i nie wychodzi z domu ;) Ja zaś wróciłam do dawnego koloru. Uśmiecham się więc do Was z moim nowym wydaniem ;))




Do zobaczenia!! 

♥️♥️






18 marca 2021

Wracam do żywych

 Jesteśmy w kwarantannie. Około dwóch tygodni temu dopadła mnie korona. Piszę ten post, by opowiedzieć Wam o tym, co przeżyłam i ku przestrodze dla tych, którzy jak ja wcześniej uważają, że wirus powoduje zwykłe przeziębienie.

   Dopadło mnie w weekend, 6-7 marca. Byłam przekonana, że to grypa, bo choroba rozwinęła się u mnie dość nagle. Zaczęło mnie boleć gardło, dostałam kaszlu i rozbolały mnie plecy. Bardzo mocno bolały. Następnego dnia już bolało mnie wszystko. Nawet palce u rąk. Mam w domu masażer, więc masowałam ręce, nogi i plecy, jednak na niewiele to się zdało, ból nie ustępował. 

Zarejestrowałam się do lekarza, powiedziałam o objawach przekonana, że stwierdzi grypę i wyśle mnie na zwolnienie. Jednak od razu skierowano mnie na test. 

Cała logistyka związana z robieniem testów w naszym szpitalu to jakieś nieporozumienie. Brak informacji, pretensjonalna pielęgniarka, która pozwoliła sobie wyżyć się na mnie, bo śmiałam przyjść dziesięć minut przed zakończeniem jej pracy (nadmienię, że byłam punktualnie o wyznaczonej godzinie). Samo robienie testów to było dla mnie bardzo przykre przeżycie, tym bardziej, że moje samopoczucie było bardzo, bardzo złe. Totalnie opadłam z sił. Kiedy schodziłam po schodach, nogi się trzęsły pode mną, jakbym była doszczętnie odwodniona. Złożyłam zażalenie do szpitala, za namową rzecznika praw pacjenta. Jak na razie pozostaje bez odzewu.

Po południu, po wykonaniu testu, już wiedziałam, że będzie pozytywny. Nagle straciłam smak i węch. I nie, nie tak, jak traciłam je zazwyczaj przy przeziębieniu. Straciłam jedno i drugie w stu procentach. Nawet mocnych perfum nie czułam nic a nic. Wiedziałam już, że to coś zupełnie innego niż zwykle. 

Wieczorem dostałam wiadomość głosową z ministerstwa zdrowia. Zostałam objęta kwarantanną. Cała ta otoczka była na początku dość.. poważna i straszna zarazem. 

Następnego dnia zaczęły mnie boleć i piec oczy. Zupełnie jakbym zaprawiła je jakimś silnym środkiem chemicznym. Bolała mnie głowa, a plecy dokuczały tak bardzo, że miałam problem ze snem. Doszedł ból uszu. Pojawił się też problem z pęcherzem. Czułam, jakbym się cała rozpadała. 

Przyszedł wynik testu, oczywiście pozytywny. Nie spodziewałam się innego. Cały dom objęto kwarantanną, mnie izolacją. Nienajlepszy to czas dla nas, bo mamy kilka pilnych spraw, a i Julka ma próbne egzaminy, które muszą się odbywać w trybie zdalnym. 

Otrzymałam telefon z sanepidu. Na szczęście zła passa po kontakcie z wypaloną pielęgniarką minęła i odtąd miałam do czynienia już tylko z dobrymi ludźmi. Kobietka z sanepidu odbyła ze mną wywiad, ale zrobiła to bardzo delikatnie i sympatycznie. Również kontrole wojska i policji przebiegały bardzo miło. Ponadto nasi nowi sąsiedzi okazali się równie wspaniali. Służą nam pomocą, interesują się naszym zdrowiem. Zamieszkaliśmy w bardzo dobrym miejscu.

Moje złe samopoczucie trwało około dziesięciu dni. Później już objawy zaczęły mijać. Jedyną rzeczą, która przyprawiła mnie jeszcze o gęsią skórkę był ból serca, który wystąpił po ustaniu reszty objawów. Okazało się, że korona może powodować zapalenie mięśnia sercowego. Zaczęłam brać leki przeciwzapalne i krople nasercowe, serducho się troszkę uspokoiło.

Wierzcie mi, przeżyłam chwile grozy. Bałam się o siebie, bo jeszcze nigdy aż tak się nie rozchorowałam. Ostatni raz był chyba gdy byłam małym dzieckiem i przeszłam ostre zapalenie płuc.


Kwarantanna mi się niedługo skończy, o ile lekarz nie zadecyduje inaczej. 

Do codziennych czynności wracam powoli, etapami. Odkurzenie salonu to dla mnie wyczyn równy biegowi w maratonie. Widzę już, że jeszcze długo będę dochodzić do siebie. To też dla mnie nietypowe, bo z reguły po kilku dniach choroby wracałam do całkowitego zdrowia i sił. Teraz jest inaczej. 

Biję się w pierś, bo bagatelizowałam koronę w myślach - cała pandemia wydawała mi się nadto rozdmuchana. Jednak gdy sama, będąc osobą bez poważnych chorób i dość młodą, zachorowałam tak ciężko, wiem już, że to nie są przelewki. To loteria, albo nie zachorujesz, albo zachorujesz i przejdziesz to lekko, albo zapadniesz jak ja i będziesz truchleć na myśl, jak wiele z nieprzyjemnych objawów zostanie z tobą na dłużej. Smaku i węchu nie odzyskałam w pełni, jednak mam już "przebłyski". Mam nadzieję, że odzyskam je szybciej niż po kilku miesiącach, jak znajomi. 


Przespałam w ostatnim czasie wiele godzin, co zapewne pomogło mi w regeneracji.

Bardzo tęsknię za pełnym zdrowiem, za możliwością realizowania swoich pasji, za normalnością. Nabrałam pokory. 


Dbajcie o siebie, kochani. Nie ma co popadać w paranoję, ale też nie można lekceważyć tego, co się dzieje wokół. Jestem tego żywym przykładem. 

Życzę Wam dużo zdrowia i szczęścia, oby Was to cholerstwo ominęło szerokim łukiem.. :**

1 stycznia 2021

Krótki filmik

 Witajcie w Nowym Roku :)

Jakoś tak nie czuję tym razem ani świąt, ani nie towarzyszył mi wczoraj nastrój sylwestrowy.  Dziwnie jest, wszystko wokół niezrozumiałe, absurdalne i trudne do zaakceptowania..

Staram się zajmować myśli tym, co pozytywne, a że kocham nasz nowy dom, zajął moje myśli doszczętnie ;)

Lubię słoneczne dni zimowe, gdy słońce wisi nisko i odbija światło w kryształkach lampy. Tworzy się wówczas wspaniała iluminacja. Wówczas siadam na sofie z kawą i patrzę tak..i patrzę........ 

(zdjęcie bez obróbki, wybaczcie jakość)








Życzę Wam, Kochani Czytelnicy, dobrego, lepszego niż poprzedni,

 bezpiecznego i radosnego 2021 roku 

🎔🎔

24 grudnia 2020

Drodzy Czytelnicy

z okazji Świąt Bożego Narodzenia 

życzę Wam 

spokoju ducha, zdrowia, cierpliwości, wielu powodów do uśmiechu

 i tego, byście, pomimo wszystko, mogli spędzić te święta w gronie najbliższych 

Waszemu sercu osób


💓💓


 

15 grudnia 2020

Dziwne jakieś te bombki..

 Leżąc rano w łóżku patrzyłam na ściany sypialni, na których odbijają się światła ulic, tańczące drzewa i wielkie okna. I tak sobie wspominałam pierwsze spędzone tu noce. Śmiać mi się chce z tego, jak bardzo wtedy byłam.. hmm.. - jest takie potoczne określenie: "spietrana" - o, to właśnie pasuje, byłam wtedy "spietrana" ;)) Przyzwyczajona do egipskich ciemności w nocy i niezakłóconej ciszy nocnej, nie mogłam tu, na nowym, usnąć, bo ciągle coś mnie rozpraszało - cienie przesuwające się po ścianach, migające światła, trzeszczące podłogi i rozpierające się ściany. Ten dom żyje, ciągle pracuje. Teraz, po roku, wiem już, że tak się właśnie dzieje w starych domach. Mało tego. 

Pan domu zamontował czujkę w lampce w holu. Włącza się, gdy ktoś przechodzi, ale też wtedy, gdy nikogo w tymże holu nie ma. To zapewne zasługa kosmicznej cyrkulacji powietrza. Albo spaceruje nam tu jakaś Genowefa. W domu czuć dobrą energię, zatem uznaliśmy, że nie zrobi nam krzywdy, a jedynie będzie chronić.. ;)


   Mamy tu ostatnio częste awarie sieci ogrzewania. Snuję się zatem po domu w grubych skarpetach i starym, futrzanym homoncie, które zalegało na dnie szafy od lat. Kocham futrzaste tkaniny normalnie, to teraz najukochańsza część garderoby.


Pokażę się Wam, w tym futrze z nienorek, o:



   W tytule jest o bombkach, do rzeczy więc.

Znacie zapewne naszą rodzinną tradycję "wypadu po bombkę". Jeśli nie znacie, nakreślę krótko: co roku od lat jeździliśmy do Almi Decor po najpiękniejszą bombkę. Tym sposobem mamy małą kolekcję, którą darzymy ogromnym sentymentem. Niestety, czasy pięknych bombek w Almi się skończyły. Szkoda, bardzo szkoda.

Znajoma napisała mi, że w sieci można znaleźć te bombki, zatem poszukałam. I.. znalazłam coś, ale...

Znalazłam ofertę sklepu z bombkami-postaciami: dama w wiktoriańskiej sukni, chłopiec na saniach, dziecko z nartami.. tyle że.. oferta to jawne oszustwo. W mojej ocenie, zaznaczam. Otóż w ofercie bombki na pierwszej stronie widnieje zdjęcie z damą o pięknej twarzyczce, zaś pozostałe zdjęcia to ewidentne podróbki i damy-maszkaronki. Owszem, mają niższą cenę, ale.. dla mnie to wprowadzanie klientów w błąd. Brzydko, bardzo brzydko. Nadmienię, że nie chodzi to o ofertę Almi Decor, tylko innego sklepu, ale nazwy nie chcę podawać. 

Nie kupię już więc ulubionej bombki z dawnych kolekcji. Żałuję niezmiernie, że Almi ich już nie sprzedaje, bo tam zawsze można było liczyć na jakość. 

Pan domu znalazł ostatnio podobną zawieszkę w TkMaxx. Nie jest to to samo, co w Almi, ale.. spodobała mu się, więc niech zdobi tegoroczne drzewko.


Obserwuję piękne dekoracje świąteczne u znajomych blogerek, koleżanek, internetowych psiapsiółek. Cudnie jest u nich. A ja, jak zwykle, w powijakach. Kleimy zaległą sztukaterię, na dekorowanie jeszcze nie ma czasu. Poza tym zaaferowani jesteśmy nauką córkową, która ma przed sobą start do szkoły średniej. Tak, to już... ;)


O, tak wygląda obecnie salon. Kumpela śmieje się z mojego kominka. Ale.. dziwny dom, dziwni my, to i kominek dziwny ;)




W salonie tym, oprócz dziwnego kominka, znajduje się też dziwny kot.





Do następnego, kochani!!


10 grudnia 2020

Co za kot.. i co tam nowego w ogóle

    Kochani, dziękuję za miłe słowa w Waszych komentarzach. Zajrzyjcie do postów, pod którymi zostawiliście zapytania. Na każde pytanie odpowiadam. Czasem z opóźnieniem, ale zawsze odpisuję :)


   U nas remont posuwa się powoli do przodu. Co miesiąc czegoś przybywa. Wczoraj udało nam się w końcu zamontować półkę na książki. Musiałam je "zebrać" z podłogi ;), bo niedługo stanie tu choinka.





   Od wczoraj korzystam z nowego, podręcznego aparatu. Mam nadzieję, że przywróci mi on chęć do fotografowania. Z moją lustrzanką, o czym już niejednokrotnie pisałam, nie polubiłam się zupełnie. Za wielka, toporna, ciężko w niej ustawić dobre światło etc.. Rozważam jej sprzedaż. Tym bardziej, że już chyba nie będę miała czasu na robienie reportaży do magazynów. Druga rzecz, że chcę, by mnie było więcej w domu, po prostu.


   Kitek ma się dobrze. Jest z nami już miesiąc i już się zaklimatyzował. Jest teraz na etapie: "jeszcze nie wejdę ci na kolanka, ale jak się położę, to w tym samym pokoju, co ty, i tak na wyciągnięcie ręki, w bezpiecznej odległości, ale jednak blisko" ;)))





   Trzy światy z nim mamy tak w ogóle ;)

Któregoś pięknego dnia wchodzę do kuchni i widzę tłuste ślady łap na podłodze, ale nie że takie ładne kocie łapki odbite, tylko takie smugi, jakby kot przejechał się po niej na nartach. Patrzę z niepokojem w górę - stoi. Stoi niecnota. Czterema łapami w patelni, w oliwie, na której smażyło się mięsko. Losie.. :))))) Jest jeszcze małym psotnikiem i ciągle kombinuje. Jednak fajne to. Ciągle coś się dzieje. Brakowało nam takiego zamieszania.. ;)


Do zobaczenia!!





1 grudnia 2020

Dziś muzycznie i emocjonująco

    Jestem wrażliwcem. Poza malarstwem, w moim życiu ogromną rolę odgrywa muzyka. Bardzo często wywołuje u mnie łzy wzruszenia. Mam to po mamie, a właściwie Dzięki niej (mamcik, kocham <3).

Tak sobie pomyślałam, że dziś zamieszczę dla Was listę utworów muzycznych, które wywołują u mnie dreszcze. Które odczarują każdy zły dzień, przegonią każdą czarną chmurę. I których zawsze słucham głośno i z zamkniętymi oczami. To moje muzyczne, emocjonalne must-have ;)

1. The New Age Orchestra & Voices - Mystera

2. Loreena McKennit - Dante's Prayer

3. Elin Manahan Thomas - Eternal Source of Light Divine

4. Jelena Tomasevic - Oro

5. Ethno Jazz Band Iriao - For You

6. Il Divo - Nella Fantasia

7. Dimash Kudaibergen - Sos (absolutnie najpiękniejszy głos, jaki kiedykolwiek słyszałam)

8. Jon Henrik - Fjallgren

9. Soundtrack z "Tajemniczego ogrodu" Zbigniewa Preisner'a, a także Z.Preisner - Van den Budenmayer Concerto en Mi Mineur

10. Andrew Johnston - i w jego wykonaniu: Pie Jesu.


Może znacie, a jeśli nie, posłuchajcie.

Jeśli chcecie podzielić się tym, co Was wzrusza, słucham.. :)





25 listopada 2020

W czerwieni

 Bardzo Wam dziękuję za komentarze. Zaskakuje mnie, że jeszcze chcecie mnie tu odwiedzać, ale jest to szalenie budujące :))


Zamknęłam się kilka dni temu w pracowni. Wieczory spędzam haftując i malując świąteczkowe obrazki. Kilka z nich już poleciało w świat..










Planuję uszyć kilka świątecznych skarpet do zawieszenia na kominku. Nie znalazłam nigdzie takich, które chciałabym powiesić na swoim. Zamarzyły mi się takie perełki w starym stylu, ręcznie haftowane, więc zabrałam się do pracy. Muszą być oryginalne, dopracowane, wyjątkowe. Co wyjdzie - zobaczymy ;)


Do następnego razu :**

17 listopada 2020

Odcięłam się

    Przyszedł taki moment, że zaczęłam znów się zastanawiać, czy nie zamknąć bloga. Straciłam serce do jego prowadzenia, brakowało mi motywacji. Poza tym publikowanie w innych aplikacjach był szybsze, łatwiejsze.

Zaczęło mi to jednak doskwierać. Natłok informacji, zdjęć, emocji, sensacji, reklam.. Pomimo swojej spokojnej natury zaczęłam być chronicznie poddenerwowana. Postanowiłam więc się odciąć. Od fejsbuka szczególnie ;) 

Zrobiłam porządek w telefonie (wyłączyłam wszystkie powiadomienia) i umyśle. I dawno już nie czułam się tak dobrze..

Doszłam też do wniosku, że pomimo, iż blogowanie w obecnych czasach wydaje się być nieco archaiczne, tęsknię za tą formą kontaktu z ludźmi. Sama forma sprzyja wyciszeniu i nie zasypuje mnie codziennie wiadrem niepożądanych reklam, czy sensacyjek. Przyszedł taki czas, że mówię: "dość". Wracam do dawnej formy dzielenia się swoją twórczością i innymi poczynaniami tu, na blogu. Trudno, będę niemodna. Ale to nic. Wolę tak. Doświadczyłam przebodźcowania, pora to zmienić.


නනනනනනනනනනනනනනනනනනනනනනනන



   U nas od jakiegoś czasu jest spokojnie. Remonty odeszły na bok, ze względu na stan zdrowia pana domu. Mniejsze prace wykonuję sama (oklejenie zabudowy lodówki kafelkami). 

Niedługo będziemy musieli powrócić do prac, bo kilka elementów czeka na ukończenie. Póki co cieszymy się czasem wolnym. Mamy więcej czasu na rodzinne spotkania, pasje (ja wpadłam w wir haftowania) i granie w planszówki. Ostatnio dużą popularnością cieszy się planszówka "Harry Potter" - gra, w której trzeba odpowiadać na pytania, związane z treścią książek i ekranizacji. Grę stworzył ktoś, kto naprawdę idealnie je zna, a pytań jest tak wiele i są tak szczegółowe, że można grać i grać... Wszystkim potteromaniakom szczerze polecamy :)


   Zabrałam się znów za malowanie świątecznych grafik. Niedługo zaprezentuję efekty.


Póki co, przedstawiam Wam nowego członka naszej rodziny: oto Lulu.



  

Szkocki fold, który przyjechał do nas z Warszawy. Mały rozrabiaka adaptuje się obecnie do nowych warunków. Mamy tu mały ambaras, bo psoci nam trochę, ale walczymy dzielnie i się nie damy :D 

Jest z nami od niedawna, ale już ma swoje ulubione miejsca do spanka. I nie, wcale nie w kojcach, które zamówiliśmy specjalnie dla niego. Śpi w szufladzie w pokoju Julki, albo na stosie moich magazynów wnętrzarskich (wie, co dobre ;) ). Nie miauczy, tylko otwiera pyszczek, jakby bardzo chciał coś "wykrzyczeć" i wydaje z siebie króciutkie, wysokie "i". Śmieszny jest ;)

Bardzo tęskniłam za widokiem kociaka, wygrzewającego się na parapecie.



   Dziś przyjechał do mnie kolejny element wystroju mieszkania. Wymarzony, wyszperany w internecie. Staruszek-antyczek oczywiście. Stareńki zegar Jughans, który tak pięknie i melodyjnie wybija godziny, że mogłabym go słuchać godzinami. Jeśli sami szukacie kogoś, kto sprzedaje antyczne zegary po odnowieniu i konserwacji, dajcie znać, polecę Wam naszego sprzedawcę. 

Zegar zawisł w kuchni. Wygląda, jakby to miejsce na niego czekało. 


Jak widzicie, moje serce wciąż bije w rytm dawnych czasów... 💜

11 października 2020

Zwyczajny dzień..

    Witajcie po przerwie.

Wiele się u nas dzieje. Próbujemy się uporać z trudnościami, które stały się ostatnio naszą codziennością. Jedną z nich był wypadek pana domu. Żyje, nie jest jakoś tragicznie, ale.. załamuje nas już obecna sytuacja, a konkretnie brak możliwości skorzystania z opieki lekarskiej. Na wizytę po wypadku (pomimo wskazania ze szpitala, że sprawa jest pilna) musi czekać prawie dwa tygodnie. I nie, nie na NFZ, prywatnie. Chore... 

Ręce nam opadają, gdy obserwujemy, co się ostatnio wokół dzieje. Staramy się jednak odciąć, zająć się bardziej sobą i tym, co lubimy. 

Mam nadzieję, że u Was wszystko w porządku i że jesteście zdrowi. 



Mnie brakuje na wszystko czasu. Popołudniami zajmują mnie bieżące sprawy, szkolenia. Jestem zmęczona, choć rok szkolny się dopiero zaczął. Może to też to nawarstwienie problemów...

W sobotę z ryneczku przytargałam dynie do ozdoby. Kupiłam tylko dwie, bo były piekielnie ciężkie. Miałam je pomalować, ale okazało się, że pięknie wpasowały się kolorem do naszego Klimta ;)


reprodukcja obrazu Klimt'a: www.posterlounge.pl


Jak widzicie, mamy już narożnik. Wreszcie. Brakowało nam tego mebla. (Dorota, miałaś rację - nic nie zastąpi kanapy, na której można się wygodnie "wyłożyć" po ciężkim dniu.. ;) ).

Niedawno świętowaliśmy z mężem urodziny. Nasze mamy sprezentowały nam wymarzonego fikusa lirolistnego. Dorasta nawet do trzech metrów, więc byłoby idealnie, gdyby rozbujał się tak pięknie w naszym wysokim salonie. Ach, ma imię, jak każdy z naszych kwiatów. Gwidon. Jest krzywy, jak wszystko w naszym domu. Julka śmieje się, że to dlatego, że jesteśmy wszyscy tak pokręceni ;) Czasami tak sobie myślę, że gdyby przyszło mi mieszkać w krzywej chacie Wessley'ów, bylibyśmy wniebowzięci.. 









Uciekam spać. Jutro czeka mnie dłuuugi dzień. Bez kawy ani rusz... 

Piszcie, co u Was. Jak znosicie obecną sytuację..??





9 września 2020

Tematyka pogadanek

 Moi drodzy,

aktualizuję wpis ze względu na Wasz odzew - na Waszą prośbę przedstawię kilka propozycji, nad którymi chciałabym się pochylić w naszych "Pogadankach". Wybaczcie brak wcześniejszego tekstu z posta - myślę jednak, że kto miał przeczytać, to przeczytał ;)


Kochane moje i kochani moi, oto moje propozycje tematyczne:

1. Pogadanki o wnętrzach

- ja urządzić małe wnętrze

- style w aranżacji wnętrz

- podążanie za trendami - dobre, czy niekoniecznie

- jak dobrze kupować na targach staroci

- ocieplanie wnętrz

- tworzenie klimatu w mieszkaniu/domu

- gusta i guściki, czyli o gustach się dyskutuje


2. Tematyka różna

- hejt w internecie

- jak blogować i się nie "wypalić"

- kontakt z czytelnikami/ widzami

- co pozytywnego wynikło z prowadzenia przeze mnie bloga

- konstruktywna krytyka - czym jest naprawdę

- wiarygodność - cecha istotna przy podejmowaniu się blogowania/vlogowania


3. Pogadanki z pedagogiem

- o wychowaniu w ogóle

- o stosowaniu zasad w domu

- o "etapach" w rozwoju dziecka

- "nie ma ideałów" - czyli jak nie dać się zwariować i nie ulec modzie na "dziecko idealne"

- o tym, jak ważne są rozmowy 

- konsekwencja w wychowaniu

- jednomyślność rodziców w wychowaniu

- małe dziecko mały kłopot?


To tak tytułem wstępu. Pomysłów mam wiele, ale przedstawiłam małą "zajawkę" - jeśli macie jeszcze jakieś tematy, obszary, o których Waszym zdaniem warto pogadać, piszcie :)


PS Dziękuję za maile. 

:**

21 sierpnia 2020

Klimt w zasłużonym anturażu

   Wreszcie mogę zaprezentować szersze kadry salonu. Baaaardzo się o to upominaliście, co mnie wcale nie dziwi zważając na fakt, jakie wycinki były przeze mnie tutaj pokazywane ;)

Udało nam się wreszcie "wykończyć" salon. No, prawie.. bo - jak zapewne zauważyliście - brakuje nam tu jeszcze narożników przysufitowych, ale to już kolejny duży wydatek, więc przekładamy go na przyszłość. Ściany są na szczęście gotowe, podłoga również. 

Tak jak wspomniałam w poprzednich postach, ściany i salon w ogóle będę stopniowo "ubierać" w dodatki. Pierwszy z nich, czyli obraz, który miał wisieć nad narożnikiem, był "pewniakiem". 

Od baardzo dawna marzyła mi się reprodukcja "Pocałunku" Gustava Klimt'a. Obraz sam w sobie bardzo mi się podoba, ale najbardziej lubię jego kolorystykę. Kojarzyła mi się od zawsze ze szlachetnością i bogactwem, ale nie idącym w kierunku kiczu. Stylistyka obrazu, w moim mniemaniu, oscyluje pomiędzy antycznym bogactwem właśnie a futurystyczną świeżością. Uznałam, że jeśli kiedykolwiek zawiśnie w naszym domu, musi mieć odpowiednią oprawę.

Kiedy już wykonaliśmy sztukaterię, zaczęłam szukać w internecie dobrej jakości druków na płótnie. Czytałam opinie i.. wcale niełatwo było znaleźć druk, który spełni moje oczekiwania. Chciałam reprodukcji odzwierciedlającej oryginał. No, może pomijając rzeczywisty rozmiar - oryginał ma wymiar 180x180cm. Mój mógł mieć 120x120cm ;) 

Obraz zamówiłam w Posterlounge - podaję link, może skorzystacie z oferty sklepu :) Wybrałam odpowiedni rozmiar i formę - druk na płótnie, bez ram. "Pocałunek" jest, jak dla mnie, na tyle bogaty, że ich nie potrzebuje. 

Przywiozła go niemiecka firma spedycyjna, na palecie, w tak wielkim opakowaniu, że ledwie zdołaliśmy je rozłożyć na podłodze w salonie ;)) 

Kiedy rozpakowałam obraz, byłam zachwycona.. Wiedziałam, że będzie piękny, ale jego forma, kolory.. Druk jest piękny i naprawdę wysokiej jakości, boki obrazu są idealnie zadrukowane. Nasycenie barw jest piękne, a rama dobrze usztywniona i masywna. W dodatku jego kolorystyka wspaniale nawiązuje do odcienia naszych foteli. Strzał w dziesiątkę, uwielbiam :))))








Powiesiliśmy go następnego dnia. Radek jest równie oczarowany, jak ja. Obraz zawisł w docelowym miejscu. Na razie stoją pod nim fotele, ale we wrześniu powinien przyjechać nasz narożnik (w ciemnym, grafitowym kolorze, w tkaninie welurowej) i to on będzie stał pod obrazem. Powinny razem pięknie kontrastować, wszak oryginalny "Pocałunek", który od 1908 roku można podziwiać w Austriackiej Galerii Belveder, w Wiedniu, wisi tamże na tle czarnej ściany. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się go zobaczyć w oryginale.








Jak się okazało, kolorystyka łąki kwietnej pasuje do kolorów moich kieliszków..


...a kieliszki skąd...?? Z Biedronki :D Kiedyś może zastąpią je kryształy z polskiej huty szkła. Na razie zadowalają mnie te:


Wam bardzo serdecznie polecam sklep internetowy Posterlounge. Sama sprawdziłam i wiem już, że stawia się tu na jakość. Ja na pewno skorzystam jeszcze z oferty. Kuszą mnie i inni artyści.. Znajdziecie tu na przykład sporo obrazów popularnej Tamary Łempickiej, Moneta, Rubensa..Często przeglądam obrazy na płótnie - kwiaty. Wiecie, jak je kocham, i malować i oglądać.. ;))



Mam dla Was przy okazji małą niespodziankę - 15% rabat do sklepu posterlounge.pl 

ważny od dziś (21.08.2020) do końca miesiąca, czyli do 31.08.2020 roku. 

Rabat otrzymacie wpisując kod: DOM15


 Tymczasem dzielę się jeszcze kilkoma kadrami z nowego salonu..








 






 

Mam nadzieję, że zaspokoiłam choć troszkę Waszą ciekawość :)) 

W salonie, w miejscu foteli, ma stanąć narożnik. Marzy nam się przytulniasty kąt kawowy.. więc nie możemy się już doczekać, gdy mebelek stanie w docelowym miejscu. 

Fotel okrągły, który pałętał się po mieszkaniu od dłuższego czasu, też już stanął tam, gdzie powinien - na werandzie. Weranda wymaga gruntownego remontu - naprawy sufitu, ścian i zrobienia nowej podłogi, ale to plan na później.


W kolejnym poście pokażę Wam stare, kamieniczne drzwi, które niedawno malowałam na zamówienie.

Do zobaczenia!!

❤❤


17 sierpnia 2020

Czekając na..

    Jestem strasznie podekscytowana, bo czekam właśnie na odbiór obrazu do salonu - zamówiłam reprodukcję Pocałunku Klimta. Marzył mi się od dawna. Radkowi też się spodobał, a szczególnie jego format - 120/120cm ;) Chcę, by zawisł na ścianie, pod którą ma stać narożnik. Specjalnie pod tak duży obraz wyklejałam okno ze sztukaterii :) Obraz pokażę w kolejnych postach. Ciekawa jestem jego jakości. Och..nie mogę się doczekać..!!



   Pomęczę Was jeszcze troszkę moimi drzwiami.. ;)

Przed:



..i po, już po zamontowaniu i zrobieniu nowej podłogi..
















 Wybaczcie mi proszę zdjęcia z telefonu. Aparat muszę solidnie wyczyścić po uprzątnięciu pracowni. Muszę wszystko pomyć po remontach..

   Wiele z Was dziwi się, że postawiłam tym razem na nowoczesny dizajn. Tu fotel z czarnymi linkami, tam nowoczesne lampy.. Nie, to nie tak, że nagle odkochałam się w starociach. Uwielbiam je nadal, ale chcę w naszym domu stworzyć misz-masz, łączyć stare z nowym, przy czym nowym ma być dla mnie baza, czyli właśnie lampy, niektóre meble. Starocie się tu znajdą, tyle że w większości w formie dodatków. Wszystko przyjdzie z czasem, jeśli życie nam na to pozwoli. Nie spieszę się już z urządzaniem. Kiedyś tak miałam, że kupowałam poduszki na sofy, których jeszcze nie kupiłam. Teraz wiem, że to głupota. Teraz cierpliwie czekam. I widzę, że ta cierpliwość (nawet, jeśli muszę mieszkać w pustym salonie, co dawniej było dla mnie nie do pomyślenia..) popłaca ;)

   Rewolucja szykuje się w pokoju julkowym. Zamówiliśmy jej pierwszą toaletkę. Coraz więcej czasu zajmują jej czynności..nazwijmy to.. urodowo-pielęgnacyjne, więc przyda się jak nic. Sobie zamówiłam również, tyle że nie antyczną, jaka mi się zawsze marzyła.. Wzięłam nowoczesną, z dobrym oświetleniem. Niestety kochani, zestarzałam się najwyraźniej, bo funkcjonalność u mnie ostatnio wiedzie prym. Uwielbiam robić makijaż i nie wyobrażam sobie kupić toaletki, na której postawię lampkę, albo antyku obleczonego w nowoczesne żarówki.

   Co do planów youtubowych, planuję otworzyć kanał, na którym będę Wam opowiadać o różnych różnościach - wnętrzach, przeróbkach mebli, życiu, wychowaniu dzieci.. Będzie to luźna seria, takich..filmików do porannej kawy ;) Czekam cierpliwie na urodzinki, bo obiecano mi sprezentować ostatni element do mojego studio. Dobrze, że już niedaleko.. ;)

Ściskam Was mocno!!


15 sierpnia 2020

Nie zabijaj..

- Mamu.. chciałam o coś zapytać..

(widzę tę minę i zachodzę w głowę, czy chcę wiedzieć, o co, czy nie do końca..)

- Tak..?

- Ale nie wiem, czy się zgodzisz..

- No jak nie spytasz, to się nie dowiesz. Mów.

- Bo.. (i nadchodzi ten niezręczny moment wkręcania palców u dłoni w dół tiszertu..) nie wiem, czy byś się zgodziła... no ten....

- No mówże, najwyżej się nie zgodzę.

(OMG - tera to ogarnia mnie panika)

- Bo.. czy mogłabym po przemeblowaniu namalować coś na swojej ścianie? Taki motyw z komiksu..białą i czarną farbą..

- O matko!! No pewnie!! Oczywiście..pod warunkiem, że pokażesz co i nie będzie to jakieś wiesz..mocno nieodpowiednie.

- Mogę Ci pokazać?

- Jasne.

Obejrzałam. Nie moja bajka zupełnie, ale ona jest teraz w swoim świecie i to bardzo jej bajka. Nic zdrożnego, a motyw aż nadto jak na Ten wiek.

- Możesz, świetny pomysł.

- Naprawdę????? (euforia nie z tej ziemi..) Myślałam, że się nie zgodzisz.

- Czemu niby..? Zapamiętaj jedno: nigdy, ale to nigdy nie będę zabijać Twojej kreatywności. Wiesz, że jest coś za coś.. i musisz się dobrze uczyć, ale jeśli będziesz się starać, nigdy nie będę zabraniać Ci wyrażać siebie i realizować pomysłów, nawet takich, które ktoś inny uznałby za szalone ;)


   Niech ma. Ja bardzo długo nie mogłam wyrażać siebie w swoim własnym otoczeniu. To niczyja wina ani zasługa.. po prostu życie napisało taki scenariusz. Widocznie dopiero teraz było mi pisane się w tym względzie rozwijać. I to jest fajne. Jaką frajdę sprawiało mi uczenie się malarstwa.. jaką zabawę miałam przy nauce gry na pianinie.. i jaką mam teraz, ucząc się śpiewu.. :) Niewątpliwie teraz wszystko robię bardziej świadomie i to jest fajne.

No i gdy ja taka jestem..szalona.. miałabym córce zabraniać..? Niech eksperymentuje (naturalnie, że trzymam rękę na pulsie, by wszystko było w określonych granicach). Chce malować ścianę sama? Niech maluje. Niedawno pomalowała marynarkę. Wyszło jej to fantastycznie. Nie wiem, czy tu pokazywałam, ale jeśli tak, to przypomnę, zrobiła coś takiego:


 

Ma rękę do malowania i zmysł.. niech próbuje swoich sił ;)

Jeszcze przed wakacjami, tuż przed końcem roku, dostała w szkole zadanie - namalowanie obrazu na płótnie, repliki sławnego malarza. Wybrała Johannesa Wermeera i Dziewczynę z perłą.

Na początku byłam zła, bo musiałam jej oddać jedno ze swoich płócien, które kupiłam specjalnie pod antyczną ramę. Trąba zapomniała mi powiedzieć, że potrzebuje kupić ;) (Znacie to, rodzice 13-latek..??)  Ale.. złość mi minęła, gdy zobaczyłam efekt pracy. Namalowała to w niecałe dwie godziny..


  


Po oddaniu tej pracy miała namalować jeszcze jedną, tym razem na papierze. Musiała sama coś wybrać, wymyślić.. to wzięła na tapetę.. Moneta.. ;)))



Pękam z dumy.

I choć ostatnio bywa coraz więcej "trudnych momentów", związanych z dojrzewaniem.. to nie zmieniłabym za nic w świecie tego, co mam. Kocham!! :)

12 sierpnia 2020

Pałac w Pszczynie - zakochanie!!

 Pałac w Pszczynie - (za: Wikipedia) dawna rezydencja magnacka na Górnym Śląsku, do której przynależy 156 hektarów parku krajobrazowego w angielskim stylu.

   Zamek znacie zapewne z reklamy, nie pamiętam już czego.. ale to ta reklama, którą zawsze zaczynało zdanie: "Czy wiecie, że.." . W reklamie pokazano olbrzymie lustra i kryształowe żyrandole, co zapadło mi w pamięci. Wracając z urlopu postanowiliśmy wstąpić i zwiedzić. I wiecie co...? Dawno, ale to bardzo dawno nic nie zrobiło na mnie tak ogromnego wrażenia, a jestem w tym temacie dość.. wybredna ;)



   Samo zwiedzanie było wspaniałym doświadczeniem - z uwagi na obecną sytuację do obiektu wpuszczano po ok. 10 osób. Czekaliśmy troszkę w kolejce, ale było warto, bo mieliśmy wrażenie, że cały pałac mamy dla siebie. Mogliśmy wszystkiemu się dobrze przyjrzeć, nie było tłumów ludzi i łatwo było fotografować. Do zwiedzania warunki idealne.

We wnętrzach jestem zakochana po uszy. Nie, po czubek głowy..!!

Kolory, kameralność, kwieciste desenie na tkaninach, kryształy, mnóstwo detali, sztukaterie (och, wszak jestem w temacie..!!) i widoki za oknami.. uczta dla oczu :))))) 


Co zrobiło na mnie największe wrażenie..?

Sala lustrzana, którą prezentowano w reklamie (to na zdjęciu ma, o ile dobrze zapamiętałam, 14 metrów kwadratowych), ale nade wszystko.. zaraz zaraz.. - najpierw lustro:







...nade wszystko jednak dech mi zaparło na widok biblioteki...






Nie wiem, co sprawiło, że tak mnie "zatkało".. - może połączenie ciemnych, drewnianych ścian i bogatej, białej sztukaterii sufitowej.. czy może ogólna ciężkość pomieszczenia.. W każdym razie stanęłam u wejścia i wzruszyłam się... tyle tu piękna.....

   W pałacu praktycznie każdy kąt zachęcał do tego, by się zatrzymać i kontemplować jego piękno. Piękno detali, kolorów i dekoracji w rozmiarze XXXL ;)








Aniu z Aniutkowa, tu coś dla Ciebie :) 




A tutaj już moje klimaty...rany, jak ja kocham takie wnętrza...!!!!!!!!!!!!!!!!!































Każdemu, kto jeszcze tu nie był, polecam zwiedzenie pałacu. Naprawdę warto!!

Ponadto po zwiedzeniu zamku można odbyć długi spacer po parku za obiektem. Jest tam przepięknie.. My nie mieliśmy dość czasu na to, by go przespacerować w całości, ale jestem pewna, że jeśli będę mogła, wrócę tam.

Muszę jeszcze dodać, że w sumie..to mam szczęście. Zawsze, gdy gdzieś jestem, a jest to pobyt spontaniczny, trafia mi się jakaś gratka dla duszy. I tym razem tak było. Gdy tylko weszliśmy do parku, usłyszałam piękną muzykę, która..zdawało się.. dopełniała całości obrazu. Na gitarze grał chłopak, a grał takie dźwięki, że miałam dreszcze.. To coś dla takich jak ja, kochających klimaty celtyckie i "Władcę pierścieni" ;) Usłyszałam między innymi mój ulubiony soundtrack z "Ostatniego Mohikanina". Znacie? Lubicie??

Kupiłam płytę bez zastanowienia. Polecam Wam profil Mariusza. 

https://www.facebook.com/Vargall/

Mnie jego muzyka będzie się zawsze kojarzyć z pięknym, skąpanym w popołudniowym słońcu parkiem pszczyńskim..


Wracając do wnętrz pałacu...

   Zastanawiacie się pewnie, dlaczego nie pozostałam przy podobnym stylu, urządzając nasze nowe mieszkanie. W końcu byłoby idealną bazą do stworzenia podobnych aranżacji.

Chciałam na początku zrobić z mieszkania stylowy dworek, ale.. wiecie, gdy zaczęłam w głowie planować, jak ma wyglądać nasz domek letniskowy.. to uznałam, że to właśnie w nim chcę stworzyć taki klimat. To domek chcę urządzić łącząc styl angielskich cottages i polskiego dworu. To tam będzie ciemno, kameralnie, antycznie. A nie chcę dwóch domów w jednakowym stylu. 

Wnętrza dworów, zakmów i domów angielskich kocham od zawsze, ale też od dawna kocham styl starych, mieszczańskich kamienic, z białymi kuchniami z kolorową lamperią i drewnianymi podłogami.. Uznałam, że zastosuję kompromis i każde z wnętrz urządzę w innym, ale bliskim mojemu sercu (i sercu pana domu) stylu. Wszystko to, oczywiście, jeśli życie mi, nam, na to pozwoli.


🌷🌷


   W salonie podłoga już prawie położona. Mogę odetchnąć z ulgą, bo okazało się, że faktycznie, położenie paneli w poprzek było strzałem w dziesiątkę. Proporcje salonu się pięknie wyrównały, a ciepły kolor drewna nadał mu niesamowitej przytulności.

Julka, gdy tylko zobaczyła panele w paczce, uznała, że są nieładne, bo "żółtawe". Ale gdy je już położyliśmy, stwierdziła, że podłoga wygląda pięknie. Widać było szczerość opinii :) Miło mi podwójnie.

Udostępnij