16 kwietnia 2019

Słońce, podłoga i sypialniana konsternacja

 -Fuuuuj....
- Co znowu??
- Brzydko pachnie!!
- Nie marudź.
- Naprawdę, okropnie pachnie..fuujj...Co to?
- To Domestos.
- Aa..
- Wiesz co on zwiastuje??
- Nadejście szatana?
- Głupia. Czystość.

;))


   Od kilku dni szorujemy, pucujemy i końca nie widać. Właściciele zostawili mieszkanie czyściutkie, ale prace remontowe spowodowały, że ciągle jest co robić, a i wypakować się nie ma kiedy i do czego.
Salon już trochę wygląda. Kominek jeszcze nie jest podłączony i lustro nie zawieszone. Muszę im znaleźć idealne miejsce. Reszta gabarytów już stoi gdzie trzeba i podoba mi się tu coraz bardziej.
Dziś w południe piłam kawę przy stole, w słoneczku. Ogromną radość sprawia mi fakt, że mieszkanie jest słoneczne. To poprzednie nie było. Trochę mi tego słońca brakowało.
Poza tym.. jest w tym domu coś takiego.. Nie wiem, dusza jakaś.. że nawet jeśli poustawiam te swoje stare graty w nieładzie, to i tak to dobrze wygląda. I mimo niedokończenia i bałaganu, jest przytulnie. Salon wygląda, jakby tylko czekał na te staruchy moje, one zaś pięknie się w niego wkomponowują. W poprzednim mieszkaniu musiałam się nagimnastykować, by stworzyć klimat i tchnąć "starego ducha". Tu nic nie muszę. Mieszkanie po prostu przyjmuje wszystko pięknie i zachwyca..




   Jeszcze jest bałagan. Dziś myłam część okien. Losie, mam ich teraz trochę i nie mogę nadążyć ;)
Nie wiem ile zdążę zrobić przed świętami. Mowa o Wielkanocy, rzecz jasna :) Ale..nie spinam się. Robimy tyle, na ile mamy sił.

   W chwili obecnej pan domu montuje szafki kuchenne. Ikejowskie. Tak sobie wymyśliłam. Jakoś nie pasowała mi tu stylowa kuchnia na wymiar. Kombinuję jednak, by nie było tu sztampowo. Wstawiłam już stary mebelek, za kilka dni powieszę starą półkę. Nie na wszystko starczyło nam pieniędzy, więc póki co musimy obejść się bez okapu i górnych szafek. Zresztą, nie wiem jeszcze, czy je chcę.
Zmęczeni już jesteśmy. Nie pracą, ale tym, że ciągle Coś. A to materac nie może przyjechać na czas, a to uchwyty do szafek utknęły z przesyłką gdzieś w jakimś gdziesiowie, a już dziś spodziewałam się je odebrać z paczkomatu. Wciąż pod górkę. O, kilka dni temu na przykład pan domu wioząc łóżko ułamał jego koronę, po czym (30minut później) skasował znak na działce. Seria niefortunnych zdarzeń..??

   Dziś zamontowano nam piec gazowy w kuchni. Oczywiście cieknie nam woda. Bo przecież nie może być inaczej ;) Jutro poprawka. Będę musiała z czasem pogłówkować jak go zakamuflować. Holender, nie lada wyzwanie będzie.
Dzisiaj też zamówiłam blaty do kuchni. Niewiele ich będzie, ale miałam kłopot z wyborem. Te, które mi się podobały, będą dostępne dopiero za 2 tygodnie, a to mnie nie urządza. Suma sumarum wybrałam biały blat wyglądający jak beton. Chciałam znów jasny, podobnie jak w poprzednim mieszkanku, bo pięknie się prezentuje, a i z utrzymaniem go w czystości nie miałam problemu. Ten nowy jest biały z delikatnymi maziajami, wygląda trochę surowo. Cóż, mam nadzieję, że dobrze wybrałam, bo nie jestem do końca pewna..
Zmieniliśmy w kuchni podłogę. Płytki nie wchodzą tu w grę na razie, bo podłoga drewniana i mocno pracuje. (Niestety nie doszperaliśmy się pięknych desek pod warstwami paneli i wykładzin). Postawiliśmy na dobrej jakości PCV-kę. Przyznam, że wygląda świetnie, jest przyjemna i ciepła. Żeby ją położyć, musieliśmy zerwać stare panele i warstwy bardzo starego gumoleum. Ogromu pracy wymagało wyczyszczenie starych powłok. Kiedyś stały tu piece kaflowe..







   Wczoraj pierwszy raz spaliśmy w naszej sypialni. SYPIALNI. Nie salono-sypialnio-pracownio-jadalni, ale Sypialni. I żeby pójść spać nie musieliśmy: A rozkładać sofy, B odsuwać stołu, by rozłożyć sofę.
Bardzo czekaliśmy na ten moment, gdy już wyśpimy się na wielkim łóżku z wygodnym materacem. Tymczasem wstaliśmy rano i jednogłośnie stwierdziliśmy, że spało się po prostu "normalnie". Nie wiem czego się spodziewaliśmy..jakichś fajerwerków, deszczu meteorytów, latającego dywanu, kołyszących obłoków... ? Śpi się fajnie, ot co. Może to kwestia materaca, co do którego mieliśmy większe oczekiwania.. Jeśli macie jakiegoś godnego polecenia producenta, który zrobi materac na wymiar (OCZYWIŚCIE NIESTANDARDOWY), dajcie znać. Chętnie w przyszłości skorzystam. Nasz nowy nabytek wydaje się być stratą kilkuset złotych. Koleżanka poleciła mi materac termo..coś tam, ale nie znalazłam w sieci żadnego na wymiar naszego Wyjątkowego łoża :P

   Lecę pomagać majstrowi.

Uścisk!! :*



8 kwietnia 2019

Nowe mieszkanie, nowy Dom.

   Miesiąc mnie tu nie było. Rany, jak zleciało...
Kochani, teraz już spieszę, by podzielić się z Wami zmianami, jakie zaszły w naszym życiu.

   Kupiliśmy nowe mieszkanie. Dość niespodziewanie, bo rozglądaliśmy się za większym lokum już od jakiegoś czasu, jednak nie jakoś intensywnie, bez parcia. Po prostu przeglądaliśmy różne oferty, rozważaliśmy za i przeciw. A i nie wpadło nam w oko dotychczas nic, co skradłoby nasze serducha.

   Jakiś czas temu zaczęliśmy szukać tak "na serio". Zamarzyło nam się sypialniane łóżko i wygoda związana z większą przestrzenią.
Przeglądaliśmy ogłoszenia, oglądaliśmy mieszkania. Założenie nasze było takie, by znaleźć coś, co będzie większe metrażem, będzie miało dodatkowe dwa pokoje na sypialnię i na moją pracownię. Dość już mam trzymania farb w walizce i tego ciągłego wyciągania, chowania. To naprawdę uciążliwe.
Mieszkania, które oglądaliśmy, były różne. Braliśmy pod uwagę dwa osiedla i bardzo chcieliśmy znaleźć coś z duszą. Było kilka mieszkań, które nas zainteresowały, ale w każdym z nich było jakieś "coś"... W jednym na przykład, w salonie, znajdował się prysznic i umywalka, o!!
Oglądaliśmy nawet mieszkanie bardzo blisko naszego, jednak cena wydawała się zupełnie nieadekwatna do jego potencjału i jakości wykończenia - najtańsze płytki, panele, schody..
   Znaleźliśmy w pewnym momencie mieszkanie, które było fajne. Nie rewelacyjne, ale też nie zwyczajne. W starym budownictwie, z wielkim salonem i kozą żeliwną. Jednak tu też mieliśmy wątpliwości co do ceny, bo okazało się, że nie ma ogrzewania (piec niesprawny), okna są stare, a nie nowe, jak stało w ogłoszeniu, a i inne elementy niezupełnie zaspokajały nasze potrzeby. Mimo wszystko braliśmy je pod uwagę.
I wtedy właśnie natknęłam się w sieci na jeszcze jedną ofertę. Przejrzałam zdjęcia i od razu pomyślałam, że to mieszkanie idealne, może nawet..zbyt idealne...
Zadzwoniłam do biura. Na oglądanie umówiłam się jeszcze tego samego dnia, pod wieczór. Poszłam sama, bo Radek był w pracy.
Już klatka schodowa zrobiła na mnie wrażenie. Czyściutko, ładnie. Weszłam do mieszkania. Zajrzałam w kilka kątów i już wiedziałam..
Ścisnęło mnie w gardle. Pomyślałam, że pewnie ktoś inny je kupi, bo to zbyt piękne, by mogło być nasze.
Radek wracając z pracy zasypał mnie wiadomościami typu: " I jak?? Fajne???" Następnego dnia z rana poszliśmy obejrzeć razem. Nawet nie obejrzał dokładnie. Też od razu powiedział mi na ucho, że to jest nasze mieszkanie. Julka stwierdziła to samo. To miejsce jest odpowiedzią na wszystkie nasze potrzeby.
Formalności związane z kupnem w zasadzie poszły bardzo gładko. Sprzedający okazali się być fajnymi ludźmi. Rozstawali się z mieszkaniem, bo wybudowali dom. Czekali na kupca, który pokocha te kąty tak, jak oni je kochali. Na kupca, który nie będzie wybrzydzał, że stare podłogi i nierówne ściany.. lecz doceni duszę mieszkania i jego potencjał.

   A jakie ono jest..? Stare, z duszą. Kamienica przedwojenna. W mieszkaniu skrzypią podłogi. Dziwnie się po nich stąpa.
Kupiliśmy 110 metrów, które mieszczą: salon, trzy pokoje (pokój Julki, sypialnia i pracownia), łazienkę, kuchnię z balkonem i spiżarnią, pomieszczenie gospodarcze, garderobę i werandę. Jest wysokie i ma wysokie, łukowe okna. Ma wszystko, o czym od dawna marzyliśmy.


   Mieszkamy tu od kilku dni. Przeprowadzka była baaaardzo długa i ciężka. A jeszcze nie przewieźliśmy wszystkiego. Jeszcze się nie rozpakowaliśmy do końca. Moja pracownia na razie mieści przeprowadzkowy balast. Zajęliśmy się póki co szybkim remontem kuchni i pokoju Julki. Choć.. może "remont" to za dużo powiedziane. Bardziej możnaby rzec "dostosowanie".

 
   Oto nasz nowy dom..


Pokój - przyszła pracownia. Światło jest tu wprost cudowne do wszelkich prac twórczych.




Serce domu - kuchnia. Wymarzona. 


Dogadaliśmy się ze sprzedającymi co do lamp - odkupiliśmy je, bo świetnie tu pasują. Kuchnię nieco  przerabiamy. Pomalowałam już ściany, które wymagały odświeżenia. Wymieniamy też podłogę, by drzwi się lepiej domykały. Ściany są teraz białe - będą stanowić piękne tło dla naszych kobaltowych skorup. Kupiliśmy dolne szafki kuchenne. Na razie tylko dolne, bo na więcej nie starczyło nam już środków ;) (musieliśmy zakupić cały sprzęt). Postawiłam na Ikeę. Nie chcę już drewnianej kuchni w zabudowie. Podoba mi się seria Bodbyn. Marzy mi się słup szafek-witryn, sięgających po sufit. Ale to koszt, więc na razie robimy to, co niezbędne.
Nie byłabym sobą, gdybym nie przełamała stylu - ze staroci przytargaliśmy do kuchni pomocnik drewniany. Będzie służył eksponowaniu fajniejszych naczyń i ceramiki.
Na razie nie zajmujemy się spiżarnią. Ona wymaga sporo pracy. To zrobimy w późniejszym terminie, na pewno po wakacjach, kiedy będzie też remontowana elewacja budynku.
A kuchnia sama.. cóż.. Chciałabym ją urządzić w starym, dworkowym stylu. Trochę surowym, a jednocześnie klimatycznym. To pewnie potrwa znów kilka lat, ale powolutku będziemy tu wić nowe gniazdo..

Poniżej widok kuchni od strony balkonu.





To pokój Julki. Też zyskał już białe ściany. Tapetę zastąpimy tapetą z imitacją białej cegły. Jula tak to sobie wymyśliła. Mnie cieszy pomysł z nową tapetą, bo z poprzednią zeszło nam pół tynku.. ;)







Salon. Uwielbiam podwójne drzwi. I światło. Wreszcie mamy w domu słońce. Z salonu jest wejście na werandę. Już stoją tu kwiaty i zioła. Powoli oswajam pomieszczenia, by nie było tak surowo. Kiedyś w jednym z miast, nie pamiętam którym, widziałam werandę w starej kamienicy. Przez okna widać było, że stoją w niej białe meble i wiszą niebieskie, włocławskie talerze na ścianach. Wyglądała obłędnie, a ja pomyślałam wówczas, że gdybym miała taką werandę, to tak właśnie by wyglądała..







 I przedpokój. Właściwie mamy dwa przedpokoje. Ten na zdjęciu jest główny, większy. Mniejszy być może będzie służył jako miejsce na duże szafy.




   Dziwnie nam tu na razie. Trochę obco, trochę zimno. Dom inaczej pachnie, inaczej go słychać. Jest duży, więc gubimy i szukamy siebie nieustannie. Przyzwyczajamy się. Do wszystkiego, co nowe i do przestrzeni.
Myślę, że to wszystko to kwestia czasu. Brakuje mi u jeszcze kaśkowego klimatu. Moich zasłon, obrusów, durnostrojek. Ale to z czasem, na spokojnie się rozpakujemy i rozgościmy.
Póki co oswajamy każdy kąt po kolei. Na pierwszy rzut idzie kuchnia. Musi zachęcać do tego, by w niej spędzać czas.
Staramy się nie pędzić, ale to trudne. Bo chciałoby się, by już było pięknie. A tak się nie da. Na wszystko potrzeba czasu.

Bądźcie z nami, będę się dzielić zmianami, efektami oswajania.

Teraz uciekam spać. Jestem zmęczona. Dziś szorowałam starą podłogę w kuchni. Widać na niej ślad po piecu kaflowym. Myślałam o tym, by poszukać gdzieś starych zdjęć kamienicy. Może znajdę jakieś pstryki mieszkania sprzed wojny..?
Spać...
:*


12 marca 2019

O Alex'ie i chwilowej ciszy

   No, to sobie odpocznę. Siedzę w domu z zapaleniem krtani. Prawie nie mówię. Mój mąż stwierdził, że właśnie stałam się żoną idealną - znaczy taką, która nic nie gada ;) Kocham.
Kiedy czekałam na wizytę lekarską w przychodni, usiadła obok mnie starsza kobieta. Przyznała, że ma problem z uszami i niedosłyszy. Nagle zarzuciła mnie pytaniami o godziny przyjmowania pacjentów. Mnie, która nie mówi. Próbuję jej więc wytłumaczyć, że nie mogę mówić, bo ktoś mi głos zabrał, ale ona kiwa, że nie słyszy. Rany. Próbuję zatem coś wymigać, pokazać, że nie mam głosu. Na szczęście z opresji wybawiła mnie siedząca naprzeciw kobieta. Udzieliła odpowiedzi, widząc, że zupełnie, ale to zupełnie sobie nie radzę ;)
"Coś takiego mogło się przytrafić Tylko tobie" - skwitował mąż, krztusząc się ze śmiechu, gdy mu o tym opowiedziałam.

   Jak spędzam czas? Na oglądaniu ulubionych programów, przeglądaniu magazynów wnętrzarskich, na bujaniu w obłokach. Na zajęcia wymagające większego wysiłku fizycznego tudzież intelektualnego, sił mi zwyczajnie brak.
   Wzdycham więc do ukochanych aranżacji, starych mebli obserwowanych na aukcjach... bo to obecnie moje ulubione zajęcie.
Och... i do sofy Alex wzdycham nieustannie. To kolejna perełka firmy Meble Marzenie, a wspominam o niej na prośbę jednej z obserwatorek mojego profilu na Instagramie. Agnieszka zastanawia się nad zakupem tej sofy, a że widziała u mnie inny model, spytała mnie o opinię i o to, czy sama zdecydowałabym się na sofkę Alex. Postanowiłam odpisać tutaj i szerzej przedstawić sprawę.

(wrzucam zdjęcie modelu dla zainteresowanych)



Agnieszko, na pewno sofa Alex prezentowałaby się u nas pięknie i w zasadzie była pierwszym modelem, który przykuł moją uwagę na stronie producenta. Ma wspaniałą formę, idealnie wpisującą się w klasyczny styl wnętrz, przy czym posiada funkcję spania, więc nie traci na funkcjonalności. Ja jednak musiałam z niej zrezygnować ze względu na jej długość. W moim niewielkim mieszkaniu zabrakło na nią dosłownie kilkunastu centymetrów. Dlatego zdecydowałam się na Dorothy. No cóż, czasem trzeba iść na ustępstwa, choć przyznam szczerze, że gdybym tego miejsca w domu miała więcej, na pewno postawiłabym na sofę Alex. Głównie ze względu na jej kształt.
Tak więc kochana, jeśli rozwiałam Twoje wątpliwości, cieszę się niezmiernie. Jeśli zdecydujesz się na zakup, na pewno będziesz zadowolona, bo meble cechują naprawdę świetna jakość wykonania. Zaś sam design to taka... przyjemna wartość dodana :)

  Ale cisza w domu. Muszę się oszczędzać z tym głosem, więc prawie ze sobą nie rozmawiamy. Straszne.
Wczoraj cudownie zacinał deszcz. Przyjęłam taktykę Ewy, koleżanki z pracy. Udaję, że mam skandynawskich przodków, by pomóc innym zrozumieć moją miłość do deszczu, mgły i mrocznego klimatu. Gdy tylko usłyszę deszcz, uchylam okno balkonowe i wyłączam tv/komputer. Chcę słyszeć tylko ten cudowny, przyjemny szum. Czasami przywołuje miłe wspomnienia z dzieciństwa, a czasami po prostu..wycisza..

3 marca 2019

Dolores i słów kilka o Jagniątkowie

   Rano przeczytałam komentarz Kasi z tylkoretroblue.blogspot.com. I już mi ciepło na serduchu.. Kasiu, wiesz, że do sesji wyszperałam z szafy mydełko, które od Ciebie dostałam..? - zobacz, tyle lat, a ono cały czas spoczywa pięknie opakowane, bo szkoda mi je zużyć ;)
Mam od Was, moich kochanych, wiernych czytelniczek, kilka drobiazgów, którymi mnie bezinteresownie obdarowałyście. I kocham je wszystkie właśnie za to, że są od Was. Cukiernica, która przyleciała do mnie z Francji, polskie obrusy, chwosty, na które zawsze z sentymentem spoglądam... Miłe :))



   W dzisiejszym wpisie chwil kilka poświęcę kolejnemu produktowi producenta, z którym współpracuję - z uwagi na fajną promocję, z której być może ktoś z Was potrzebuje skorzystać.
Najpierw wrzucam link do strony z ofertą:

http://comforteo.eu/dobry-sen-dobra-cena/




   Gdybym dysponowała osobną sypialnią, pewnie rozważyłabym zakup łóżka Dolores..



To połączenie estetyki, klasyki i jakości wykonania. Osobiście wybrałabym model z wysokim zagłówkiem, myślę, że prezentowałby się jednocześnie majestatycznie i przytulnie. Podoba mi się wersja w bielach, które prezentowane są na stronie Comforteo.
A sypialnia... cóż.. do dziś mi się marzy. Taka przytulna, z wygodnym łóżkiem, pięknymi ścianami w błękitach lub kwiatach...



  Obiecałam Wam ostatnio spacer po fajnym miejscu w górach, do którego to miejsca trafiliśmy w czasie zimowych ferii.
Otóż tym razem trafiliśmy do Jagniątkowa. To miejscowość położona w niedalekiej odległości od Karpacza i Szklarskiej Poręby.
Na miejscowość padło przypadkiem, ale - napiszę to po raz kolejny -najwyraźniej tak miało być ;)
Jagniątków to tzw.sypialnia Jeleniej Góry. Usłany jest pięknymi, nowymi i zabytkowymi domkami, ma bazy wypadowe w góry i czaruje mnóstwem krętych uliczek. Idealny na spacery.
My drugiego dnia pobytu, z samego rana, udaliśmy się na spacer po lesie. Cudowny reset..





W drodze do lasu minęliśmy muzeum-dom pisarza Gerharta Hauptmanna. Przed przyjazdem czytałam, że dom ten stanowił dla artysty azyl, w którym mógł się ukryć, gdy chciał odpocząć od życia towarzyskiego. Cóż... pozostaje mi tylko napisać: szczęściarz... ;)





   O miejscu, w którym nocowaliśmy (choć to mało powiedziane) napiszę jeszcze szerzej, zaś teraz wrzucam zdjęcie okolicy Starej Willi, jej zabytkowych drzwi, które od progu zapowiadają ucztę dla oczu, a także widoku z okna balkonowego w wynajmowanym pokoju.

Stara Willa po lewej..









   Dziś tylko napiszę, że gospodarze willi zatroszczyli się o to, byśmy tęsknili za tym miejscem i chcieli do niego wracać. A chcemy ;)


   Kochani, a tak..wracając do tematu sypialnianego, może chcecie się podzielić swoimi aranżacjami sypialni na łamach Rustykalnego? Jeśli tak, piszcie maile. Pamiętajcie o dopisku "wyrażam zgodę na publikację zdjęcia mojego autorstwa na blogu RD" Adres w zakładce "kontakt".
Ja pomarzę sobie dalej o sypialni. I o fajnym, wygodniastym łóżku, takim jak Dolores, pięknie oświetlanym promieniami porannego słońca..
Jak dobrze, że można marzyć..

Uściski Wam ślę serdeczne!! :))

25 lutego 2019

Nowy staruszek

   Zgodnie z obietnicą wrzucam pstryki z tacą w roli głównej:









   Taca jest jednym z wielu staruszków, zamieszkujących nasz dom. Lubimy przedmioty z duszą, z historią.
Czasami pytacie mnie gdzie się zaopatruję w starocie. Z tym bywa różnie. Czasami na giełdach staroci, czasami w Czaczu (choć tu trzeba umieć kupować, a przynajmniej trzeba znać ceny antyków, by nie dać sobie wcisnąć byle czego za niebotyczną sumę). Wracam zawsze do sklepu z antykami pana Dawida, tu, w moim mieście. Właściciel dysponuje dużą wiedzą i zawsze opowie słów kilka o meblu czy zegarze. Od jakiegoś czasu jestem internetową klientką pana Ireneusza ze sklepu AntykiMarki.pl. Całkiem niedawno właśnie od pana Irka przyjechała do nas bieliźniarka secesyjna. Kupiliśmy ją po to, by schować w niej tekstylia kuchenne i mniej używane naczynia. To jeden z niewielu mebli, mających dwie niezwykle istotne dla nas cechy:
- mieści sporo przedmiotów
- mieści się w naszym mieszkaniu :)
Bieliźniarka przyjechała do nas oczyszczona, więc mogłam ją pomalować wedle uznania. Tak prezentowała się przed wykończeniem:





 Wybrałam bejcę w kolorze naszej staruszkowej szafy. Chciałam, by była ciemna i stanowiła tło dla moich starych, haftowanych serwet..





   Razem z bieliźniarką przyleciało też kilka starych skorup, między innymi kilka miedzianych dzbanków. Nie przeszkadzają mi wgniecenia, nawet powiedziałabym, że dodają naczyniom uroku. Były mocno zaśniedziałe, więc delikatnie wyczyściłam je miejscami sodą z cytryną. Niezbyt mocno, bo nie przepadam za błyszczącymi miedziakami.










   A czy Wy macie jakieś ulubione miedziaki w swoich kolekcjach? Może jakieś ciekawe historie z nimi związane...?? 




17 lutego 2019

Sesja do magazynu i zaczarowany dywan

   Za mną bardzo intensywne ferie. Udało się je zakończyć całkiem udanym wyjazdem w góry (relacja wkrótce, z poleceniem fajnego miejsca na nocleg).

   W miniony wtorek miałam okazję gościć ekipę magazynu Moje Mieszkanie (stylistka Karolina Klepacka i fotograf Piotr Mastalerz). Już po raz kolejny odbyły się w naszym domu zdjęcia do magazynu. Czuję się już "zaprawiona w boju", bo to już dziesiąty raz, kiedy o Rustykalnym będzie wzmianka w mediach. Nie przerażają mnie już ani przygotowania, ani nie dziwi specyfikacja sesji zdjęciowych. Za to z dumą mogę stwierdzić, że zaszczytem było poznać tak fajnych ludzi, którzy podjęli się przygotowania sesji. Karolina i Piotr zrobili na nas bardzo dobre wrażenie. Są otwarci, szczerzy, zabawni i bardzo, bardzo sympatyczni.
Sesja przebiegła sprawnie, zdążyliśmy zjeść razem obiad, wypić kawę i posilić się świątecznym piernikiem ;)

   W związku ze zdjęciami, postanowiłam rozpieczętować nasze nowe nabytki, które grzecznie czekały w kącie mieszkania na "swój czas". Mowa o dywanach, które zamówiłam jakiś czas temu. Głównie z myślą o panu domu, który również jest miłośnikiem tego, co przytulne, a o dywanie marzył.
Kiedy planowałam zakup dywanu, miałam nie lada dylemat co do jego koloru. Wiecie.. bo u nas ten artystyczny misz-masz...  Z początku myślałam o jasnym, jednokolorowym, jednak wiedziałam, że w tak małym wnętrzu się nie sprawdzi - za blisko mamy do przedpokoju, po którym chodzi się w butach. Nie chciałam sobie utrudniać życia.
Postawiłam na taki w klasycznym stylu, we wzory, w kolorystyce zielonej. Zamówiłam dywan przez internet, w firmie, która reklamowała go jako belgijski dywan wysokiej jakości. Niestety, kiedy przyszedł, okropnie mnie zawiódł. Okazało się, że jest bardzo sztuczny już na pierwszy rzut oka. Biel we wzorze wręcz świeciła po oczach. Wyglądał nienaturalnie. Mało tego. Po rozłożeniu wydzielił się sztuczny zapach i zaczęłam mieć duszności. Było w nim coś, co mnie chyba uczuliło.. :/ Kaszlałam jak oszalała, czułam dziwne szczypanie w klatce piersiowej. Coś było nie tak. Zwinęliśmy go i zapakowaliśmy. Duszności minęły. Zdarzyło mi się to pierwszy raz, ale specjalnie nie zdziwiło, bo zauważyłam, że z biegiem lat coraz więcej rzeczy mnie uczula. W lecie na przykład dostałam okropnego uczulenia po zetknięciu ramienia z żywicą - zupełnie jakbym się poparzyła.
 Nic, dywan trzeba było oddać.
Poszperałam trochę w okolicznych sklepach z dywanami, ale nic ładnego nie znalazłam. Znów pozostał internet. Tym razem zaczęłam szukać polskich producentów. Nie było mnie na tamtą chwilę stać na dywan wełniany w kwocie rzędu 3tys., a poza tym, znając siebie, nas, po jakimś czasie "opatrzy się" i zechcemy zmiany.. Znalazłam polskiego producenta Agnella. Dotychczas - nie wiem jak to możliwe - o nim nie słyszałam. Wybór wzorów jest wręcz porażający, a już klasyczne są tak ładne, że wiedziałam już - znajdę coś dla siebie.
   W  międzyczasie przyszły nowe zasłony, które uszyła dla mnie pani Kasia Wiśniewska - tym, co kochają styl klasyczny, znane jest zapewne nazwisko pani Katarzyny, albo i nazwa Żakardstyl. Pani Kasia szyje prawdziwe cuda, a na zasłony miałam ochotę już dawno. Zamówiłam czarno-złote. Jako przełamanie zieleni i bieli. Chciałam, by w zimowym czasie nadały salonowi nieco mrocznego charakteru.
Powiesiłam zasłony z lambrekinem. Wyglądają obłędnie. To był dobry zakup. Już wiem, że muszę ciułać grosz, by za jakiś czas zakupić jeszcze komplet jasny, na cieplejsze dni ;) Dla tych, co ciekawi są realizacji pani Kasi, wklejam baner w pasek boczny bloga. PS. Nie robię tego za kasiorkę - zwyczajnie lubię reklamować tych, których reklamować warto i trzeba. Może ktoś z Was akurat skorzysta :)
   Wracając do dywanu.. Kiedy powiesiłam zasłony, wiedziałam już, że zdecyduję się na dywan Agnelli w kolorze czarno-beżowym. Bałam się trochę robiąc znów zakupy w ciemno, ale - jak się miało okazać - zupełnie niepotrzebnie.
Zamówiłam dywan duży i mały dywanik pod komputer, obydwa w tym samym wzorze. Kiedy przyszły i je rozpakowałam, już wiedziałam, że to zupełnie inna półka niż poprzednie zamówienie. Tu, pomimo, że to nie dywany wełniane, widać jakość. Rozwinęłam i - jak to ja - zaczęłam się cieszyć jak dziecko z nowego nabytku, bo śliczny jest :)) A w dotyku..ach.!! Nawet samą powierzchnię ma taką..hmm.. jakby lekko satynową. Wygląda bardzo naturalnie, jesteśmy zachwyceni. I znów powtarza się reguła: DOBRE, BO POLSKIE. :))))


























Dla ciekawych wrzucam kilka pstryków z backstage'u:


Karolcia w akcji..




...i ja jako przeszkadzajka, choć nie było mnie tu wiele - ja przygotowałam bazę, później się ulotniłam, głównie ze względu na fakt, że byłam dzień po zabiegu..







No i tu my - grzeczni goście nawet statyw do mnie zniżyli, co bym nie wyglądała przy jego gabarycie jak atom :D




Fajnie było. I fajni oni.
Dobrego dnia Wam życzę!!
:*





11 stycznia 2019

Filmowo - serialowo, czyli za co lubię...

   Zanim przejdę do meritum, podzielę się z Wami tym, co mnie ostatnio wzruszyło.
To był zdecydowanie największy komplement, który usłyszałam ostatnio, z ust dwóch różnych osób. Dotyczył bloga. "Jesteś drugą Grocholą, uwielbiam ciebie czytać".
:)))))))))))))))))))))))
Tyle mi wystarczy. I góry mogę przenosić. I komody i belki i inne tam takie gabarytowe... ;))
Cóż, to dla mnie wspaniałe wyróżnienie, że oprócz zdjęć i aranżacyjnych inspiracji, odnajdujecie tu również Słowo. Dziękuję :*



   Zgodnie z obietnicą złożoną na Instagramie, podaję listę seriali, które namiętnie oglądam (z powtórkami, a jakże), a kocham je przede wszystkim za klimat minionych lat.

Oto moja lista:

1. Poirot - z Davidem Suchet w roli głównej naturalnie. Poirota wprost uwielbiam - uwielbiam jego poczucie humoru, pedantyzm, wąsy, a nade wszystko maniery. Och, cudowny jest, w każdym calu. Trochę mi też przypomina mojego śp.tatę, z tego pedantyzmu właśnie (pamiętam Jego ołówki poukładane w szafce jak od linijki, naostrzone zawsze w nienaganny sposób) i z wyglądu. Ulubiony odcinek: Niedziela na wsi.

2. Panna Marple - kocham. Po prostu Kocham. Oglądałam z milion razy, obejrzę pewnie drugie tyle. Najbardziej lubię odcinek Morderstwo na plebanii. Miłośnikom angielskich ogrodów polecam. Mam też słabość do Tajemnicy obrazu ;) Tego serialu ja - taka zakochana cała w angielskich cottage'owych klimatach - nie kochać bym zwyczajnie nie mogła.

3. Ojciec Brown - fantastyczny serial, którego akcja również toczy się w angielskich małych miasteczkach.

4. Endeavour - sprawy młodego Morsa - lubię go za klimat, podobny zresztą jak w poprzednim serialu.

5. The Crown - serial opowiadający historię dojścia do władzy i jej sprawowania przez królową Elżbietę. Fantastyczny, wciągający, bardzo polecam!!

6. Prywatne śledztwa Panny Fisher - tu znów gratka dla kochających styl Wielkiego Gatsby'ego. Serial zabawny, interesujący i inspirujący. Cieszy ogromnie oczy miłośnika wnętrz urządzonych w stylu międzywojennym.

7. Alienista - nowa nowość, którą wyszperałam na Netflix'ie - klimat starego Nowego Jorku, piękne suknie, wspaniałe wnętrza wiekowych domów. Szczerze polecam.

8. Jeśli chodzi o stary Londyn, jestem absolutną fanką Sherlocka, Sweeney'a Todd'a golibrody z Fleet Street, Fantastycznych Zwierząt I i II, Paddingtona. 

Jeśli chcecie poznać więcej tytułów, których miłośniczką jestem (a lubię filmy, które treść mnie pociąga, albo które dostarczają mi wrażeń estetycznych)  - piszcie, chętnie polecę ;)


Przesyłam Wam garść uśmiechu i puszystego śniegu :)







6 stycznia 2019

Słów kilka o Dorothy

   Święta za nami, a z nimi cały ten rozgardiasz, całe zabieganie.. Mam nadzieję, że odpoczęliście troszkę. Ja tak. Tego mi było trzeba, by z nową energią wkroczyć w nowy rok.

Nasz dom w chwili obecnej jest prawdziwą oazą, miejscem, które wręcz prosi o to, by się zatrzymać i zrelaksować, wyciszyć. W każdym kącie znajduje się coś, co zachęca do odpoczynku – ciepły pled, filiżanka na herbatę, słoik z piernikami… Lubię ten czas. Wyleguję się na kanapie z książką w ręku, albo oglądając seriale, których akcja toczy się w zamierzchłych czasach i zabiera mnie w podróż po starych uliczkach Londynu..
   Skoro wspomniałam o kanapie.. Jakiś czas temu obiecałam Wam, że napiszę słów kilka o mojej nowej sofie (to sofa Dorothy, firmy Meble Marzenie). Często korzystacie z moich recenzji, więc może i tym razem ktoś z Was się skusi na ten mebelek. A naprawdę warto!!







   Mnie osobiście ta sofa przypomina nieco powracający do łask styl PRL – choć pewnie każdy z Was będzie miał inne skojarzenia. W każdym razie Dorothy doskonale wpisała się w  nasze „starodawne” wnętrza. Jest klasyczna i bardzo, ale to bardzo elegancka. Nie jestem pewna, czy to kwestia formy, czy doskonałej jakości wykonania.
Wersalka posiada funkcję spania, rozkłada się do przodu (opuszczane oparcie), ale robi się to wyjątkowo lekko, ze względu na zastosowany tu mechanizm. Nie trzeba wysiłku, by rozłożyć wersalkę – co mnie bardzo cieszy, bo nie lubię problematycznych mebli, przy „obsłudze” których się męczę ;)

   Samo wykonanie tapicerki jest na najwyższym poziomie – kanapa jest pięknie obszyta, nie ma tu grama wiszącego materiału (co było rażące w poprzedniej wersalce), wszystko – nawet w miejscach niewidocznych – jest pięknie wykończone. Przy tym jest bardzo wygodna. Siedzi się na niej naprawdę dobrze, dzięki poduchom na oparciu. Siedzisko z kolei nie jest miękkie, dzięki czemu nie zapadamy się siedząc na nim, co z kolei towarzyszyło nam przy sofie z Ikei. Śpi się równie wspaniale – nie jest za miękko, ani za twardo. Twardość powierzchni spania jest odpowiednia dla kręgosłupa. Wersalka spełniła wszystkie nasze oczekiwania. Jest naprawdę godna polecenia. Spodobało mi się też, że jest sygnowana nazwą firmy ;)













   W naszym domu zrobiło się bardzo przyjemnie. Lubię przedmioty wysokiej jakości, a i już nie raz się przekonaliśmy, że oszczędzanie nie popłaca, bo zwykle po czasie żałujemy zakupu i szukamy nowego.. no i wiecie.. znów jak Zabłocki… ;)

   Wkrótce będziemy montować drzwi zewnętrzne. Wybrałam całe białe. Jakoś tak najbardziej mi pasowały, tym bardziej, że kupiliśmy u naszego ulubionego producenta klamki w kolorze starego srebra (takie jak w drzwiach dwuskrzydłowych), a te idealnie pasują do białego drewna. Klamki przyszły w tym tygodniu - jak zwykle boskie.. Oprócz nich kupiliśmy też przycisk dzwonkowy. Pokażę w kolejnym wpisie.
   Weekend szybko minął, pora zebrać się w sobie i popracować ;)

Życzę Wam pogodnego poniedziałku!!

24 grudnia 2018

Boże Narodzenie 2018

  
 Wszystkim czytelnikom Rustykalnego domuwszystkim znajomym, bliższym i dalszym,
 moim przyjaciołom, rodzinie..
życzę
wspaniałych Świąt Bożego Narodzenia 2018 
❋✲❄️✲❋




   Dzielę się z Wami, tak jak obiecałam, pstrykami z naszego tegorocznego salonu, inspirowanego wnętrzami z filmu "Dziadek do orzechów i cztery królestwa".
Kolorystyka nas zachwyca - jest ciemniej niż poprzednio, ale jak przytulnie...!! 

Dobrze nam tu :)
Zaraz kończę ostatnie potrawy i ruszamy do mamy. A dom będzie czekał. Taki piękny, taki odświętny, taki magiczny i taki..nasz...
Świętujcie radośnie!!
:***


























Udostępnij