piątek, 17 sierpnia 2018

Expo Kraków - zapraszam

   Myślałam, że wcześniej podzielę się z Wami relacją z budowy wiaty, ale prace się przedłużyły ze względu na fakt, że Radek się dość poważnie rozchorował. Sytuacja już opanowana, budowniczy wyleczony, a to najważniejsze. Teraz pracujemy jak mróweczki, by nadrobić zaległości.

Dziś dzielę się z Wami bardzo sympatyczną informacją. Otóż zostałam zaproszona do udziału w Targach Expo w Krakowie, w charakterze gościa. Strasznie to miłe!!!!!! :))))
Gościom Targów będę doradzać w kwestii aranżacji i dekoracji wnętrz. Będziecie mogli ze mną zwyczajnie pobajdurzyć, a ja - podczas jednego z wykładów - opowiem Wam o tym, jak wyglądała moja (baaardzo wyboista) droga do spełnienia marzenia - kupna wymarzonego domku ;)
 Dopieszczam jeszcze szczegóły dotyczące swojego udziału w Targach, więc jak tylko będę znać więcej szczegółów, poinformuję na łamach bloga.
Zdradzę tylko, że będę miała wejściówki dla chętnych czytelników ;)







   Podczas Targów wystąpią też inne fajne i zdolne blogerki (informacja na poniższym plakacie), a także Darek znany z programu w HGTV, "Darek solo". 


   Strasznie się cieszę na myśl o udziale w Targach, ale też o wizycie w Krakowie, no i w naszej kochanej Ściborówce :) Z Danusią nie widziałyśmy się szmat czasu, jestem ciekawa zmian, jakie zaszły w jej klimaciarskim siedlisku.

   Zapraszam Was do zaglądania na bloga - już niedługo Konkurs ;) Muszę Was troszkę porozpieszczać za ten czas oczekiwania na kolejny post :) Mamy teraz sporo pracy w leśnym, bo pogoda sprzyja. Budujemy wiatę i wykańczamy słupy przy furtce. Szczęśliwa jestem, bo kilka dni temu udało nam się na wyprzedaży kupić kilka przęseł ogrodzenia za 30zł/sztuka, a wcześniej kosztowały prawie 100zł... Jesienią, jak zdrowie pozwoli, zrobimy kawałek ogrodzenia, po wschodniej części ogrodu.
Jeśli ciekawią Was nasze poczynania, zapraszam do śledzenia Rustykalnego na Instagramie - czasem wrzucę coś na bieżąco, na szybkiego. 

   W mieszkaniu planuję wprowadzić kolor na ścianach. Ciepełkaaaaaa......!!!!!!

♥️♥️


wtorek, 31 lipca 2018

Malowany szyld i wspomnienia wiejskich smaków...

   Ostatnie dni nas nie rozpieszczały. Radkowi skradziono telefon i dokumenty. Biegamy od punktu do punktu zastrzegając co da się zastrzec, żeby żaden artysta na nas kredytów nie nabrał, ani nie ogolił - i tak już prawie pustego - konta. Szukaliśmy telefonu i dokumentów w sobotę, jeszcze grubo po północy. Nawet w śmietnikach.. (rany..jakie rzeczy ludzie wyrzucają...!! )
Zdenerwowanie wzięło górę i niedziela rozpoczęła się nieciekawie. Załatwialiśmy sprawy, nawet nie myśląc o planach, jakie mieliśmy. Obiad zamrożony... bo jak tu myśleć o pichceniu, kiedy na głowie tyle... Tym bardziej ucieszył mnie telefon cioci, która zaprosiła nas do siebie na wieś, na obiad.
I gdy znaleźliśmy się w tak pięknej, wiejskiej scenerii, prawdziwie wiejskiej - bez wypacykowanego trawniczka, za to z wiekowymi drzewami owocowymi i warzywnikiem, w którym kapusty i krzewy pomidorów przeplatały się z wiejskim kwieciem (żółte i pomarańczowe "śmierdziuchy" - tak je nazywa pani babcia), cała złość uleciała. Z błogą ciszą, podmuchem wiatru, zapachem spieczonej słońcem ziemi.
Był taki moment, że domownicy gdzieś się ulotnili, mama z ciocią poszły do warzywnika..a ja siedziałam przy stole słuchając cichych dźwięków skrzypiec. I poczułam się tak........ o rany... Tęsknię za taką magią wsi. Za tym melancholijnym stanem, który towarzyszy Ci gdy spacerujesz letnimi, zarośniętymi ścieżkami. Za łąką.. za nieidealnymi wiejskimi pejzażami. Przypomniał mi się nasz ogród. I przypomniał mi się smak i zapach zupy Pani Rakowskiej.
Pani Rakowska była naszą sąsiadką w Siedlisku. Starowinka już była, kiedy byłam nastolatką. A gdy byłam kilkuletnim dzieciakiem, czasami mnie pilnowała, gdy mama była jeszcze w pracy. I pamiętam, jakby to było wczoraj, dzień, gdy poczęstowała mnie talerzem zupy. To była jakaś jarzynowa, z całymi marchewkami...ale jak one smakowały..boziuniu... jakie prawdziwe, aromatyczne. Nie miały nic wspólnego z tym, co dziś kupuję w markecie. Ba..czasem nawet na targu.
Zupa Pani Rakowskiej smakowała jakoś tak...prawdziwie wiejsko, wyjątkowo. I tak wyjątkowo pachniała... Nie wiem, czy akurat wtedy zachwycił mnie ten smak, ale pamiętam go tak przejrzyście..!! Podała mi ten talerz w kuchni... stały tam na pewno stare, białe meble... i jakiś kredens chyba.....
Za taką wsią tęsknię. Prawdziwą, aromatyczną, cichą, spokojną, trochę zapyziałą, ale szczerą. Dlatego właśnie chcę stworzyć namiastkę tych moich nostalgii dziecińskich tu w Leśnym... Chcę tego doświadczać, przypominać sobie, celebrować.
Zastanawiam się co zrobić, by dodać wiejskiego sznytu mojemu ogrodowi...


♥️

   Dziś malowałam szyld kamienny, który odebraliśmy, wraz z daszkami, od producenta (temu poświęcę osobny post). Chciałam, by rama szyldu odznaczała się na ceglanym słupie, ale środek rozety pomalowałam na kolor starej cegły. Miał wyglądać jak ciut omszały... .


 To surowa rozeta:




A tutaj już prace wykończeniowe...





Tak to sobie wymyśliłam. I nie "No.", lecz "Nr" - po polsku ;) (wybaczcie jakość zdjęcia, ale tak szybko telefonem...żeby się już z Wami podzielić)





   Wiatę już zdemontowaliśmy. Oddaliśmy rodzince - niech im służy. My powoli przygotowujemy miejsce pod wylewkę. Dziwnie tak bez tej wiaty. Pusto. 
Kwiaty musiałam przesadzić, bo znalazłyby się pod zadaszeniem. Cieszę się, że przeżyły rudbekie po pani Mariannie. Lubię je.


Ostatnie zdjęcie zadaszenia...




   Furtka, choć jeszcze nie wykończona, już spełnia swoje zadanie. Wreszcie mogę chodzić swobodnie po chacie, nie obawiając się, że mnie widać ze ścieżki. Wolę tak, intymnie.






   Żegnam się z Wami uśmiechem Janioła... jednego z moich ulubionych.. ;)




Dobrego wieczoru!!
♥️♥️

czwartek, 26 lipca 2018

Małe radości

   Jolu spójrz..mam swoje pierwsze, najswojeńsze makówki..!!
:))))))))))))))))))))





   Pomysłem na tworzenie bukietów z makówek zaraziłam się od Joli, autorki "Jolandii" (http://jo-landia-mazurskakraina.blogspot.com), będąc jej gościem na Mazurach. Zauroczyło mnie to, że Jola potrafi stworzyć bukiet z tego, na co zwykle nie zwracamy uwagi i co, wydawać by się mogło, nie jest warte uwagi.
Tęskni mi się za Mazurami, a nie ma kiedy pojechać.. . W tym roku uda mi się chociaż odwiedzić Danusię ze Ściborówki, bo mam wziąć udział w pewnym wydarzeniu w Krakowie, a stamtąd to rzut beretem.

   Przeokropnie dokuczają mi te upały. W taką pogodę to tylko siedzieć w domu pod lasem. Basen by się przydał już..wyremontowany.. żeby się w nim chłodzić... Póki co na jego dnie zalegają glony i z miliard kijanek. I żaba. Jedna. Przytargała ją Julka. "Mamuś ona tam biedna sama na ścieżce stała, zdechłaby." No i ją kijem pogoniła aż do naszego basenu. O losie...a ja tu się chciałam żab pozbyć... ;)))))))))

A skąd makówki..?? Rok temu wiosną wysiałam mieszankę polnych kwiatów, maleńkie opakowanko, kupione w markecie. I rozsiało się to to w tym roku tak, że mam pole makowe przed domem. Na razie się nie pozbywam, niech jest.
Muszę porozsiewać ostróżki.Mam uciąć suchą gałązkę, obrócić do góry nogami i wytrzepać nasionka. W lutym posiać w donicy, w maju - gdy będą miały liście - popikować (cokolwiek to znaczy - e tam, wygogluję..), a w sierpniu wsadzić do ogródka. To rady Doroty, której pozazdrościłam pięknych, kolorowych ostróżek. Ja mam tylko niebieskie (po babci Mariannie) i biało-czarne, zakupione tego roku w centrum ogrodniczym.

   Lecę się szykować. Dziś będziemy demontować płyty betonowe pod starą wiatą, bo jutro przyjadą po nią ciocia z wujkiem. Oddajemy im wiatę, skorzystają jeszcze z niej. Szkoda wyrzucać.

Dobrego dnia Wam życzę i przetrwania tego ukropu okropnego ;)))
♥️♥️

środa, 25 lipca 2018

Furtka - wreszcie..

   Dziwnie jest zaczynać renowację działki i domu od ogrodzenia. Bo z reguły to się najpierw grodzi, później wyrównuje ziemię, stawia dom, a na końcu zakłada ogród. A my wszystko na odwrót. Dom nieruszony, ogród się przeradza w nasz ogród, no i pojawiają się elementy, od których się kompletnie nie zaczyna. I to jeszcze nie w całości. Powstała furtka, ale tylko ona, bo dalsza część ogrodzenia powstanie, gdy uda nam się w dobrej cenie kupić przęsła. Trochę się zgapiliśmy, gdyż w zeszłym roku właśnie pojawiły się elementy ogrodzenia w bardzo okazyjnej cenie.. mogliśmy kupić. Ale nic to już, musztarda po.
Robimy po prostu to, na co nam obecnie starsza środków i czasu, dlatego powstała furtka, a w sierpniu wybudujemy wiatę grillową.

   Furtkę zamontowaliśmy wczoraj po południu. Duma nas rozpiera, bośmy ją sami, w dwójkę, od A do Z postawili. Wymaga jeszcze drobnych wykończeń - zamontowania zasuwy, jakiejś klamki.. ale to z czasem. Słupki będą wykończone daszkami, które zamówiliśmy, a które mają być gotowe z końcem miesiąca. Wraz z daszkami zamówiłam małą tabliczkę, na której będę musiała wymalować numer domu. Wcale się z tego nie cieszę.. wcale ;)))))))))



To furtka z zewnątrz...
Celowo nadałam jej nieco gotycki kształt. Miała wyglądać jak drzwi do tajemniczego ogrodu. Kiedyś się pięknie zestarzeje. Słupy pewnie miejscami pokryje mech, bo od lasu mamy go tu całkiem sporo. A wszystko to bardzo przez nas pożądane...




... tu zaś widok od wewnątrz działki..








   Zachwyceni jesteśmy tym, jak wyszła, choć..sąsiedzi ze zdziwieniem spoglądają na słupy, które wcale nowe nie są i ani to równe, ani modne... ;)))
No jest po naszemu. Kiedyś cały ogród będzie utrzymany w rustykalno-angielskim stylu. I cały taki niemodny, taki jakby miał ze sto lat..ale za to z klimatem jak z baśni..

 

   Zastanawiam się już nad tym jak "zrobić" wiatę. Nie wiem, czy nie pomalować ją bejcą przed złożeniem. W tartaku radzono nam, byśmy zrobili to dopiero po dwóch latach, bo drzewo będzie dostatecznie zabezpieczone i wyheblowane.. ale.. jakoś nie widzi mi się korzystanie przez dwa lata z jasnej wiaty, zupełnie nie w naszym stylu. Cóż...trawimy. ;)
Czekamy na dostawę drzewa. Zamówiliśmy już kotwy pod słupy. Pozostało jeszcze zamówić złączki i śruby. Z milion ich trzeba chyba.....
Wiatę oczywiście postawimy sami, z pomocą - nieocenioną zresztą - szwagra. Rany.. nie mogę się doczekać. Kiedy już stanie, zrobimy porządną podłogę (na razie nie wylewkę - tę później - ale kamyczki, bo pod wiatą przechodzić będą w przyszłości rury od szamba..czy coś... ). Wreszcie będę mogła pomyśleć o jakimś porządnym stole i biesiadować ładnie..tak z obrusem i dzbanem kwiatów na blacie. Póki co wszystko się dynda, bo ziemia nierówna, a stoły takie poniszczone, że strach obrus zarzucić, co by się nie porozdzierał.
To będzie pierwszy Nasz zakątek w ogrodzie. A z wiatą będzie o tyle ciekawie, że po jednej z jej stron, tuż za słupami, znajdować się będzie zejście do basenu. Będzie więc można siedzieć sobie na jakimś siedzisku.. może z palet.. i moczyć nóżki w basenie, nie wychodząc praktycznie spod wiaty..


   Obiecałam w poprzednim, że podzielę się resztą mebla, którego koronę już po części odsłoniłam.
To nasz nowy nabytek. Nowy-nienowy w sumie..bo to antyk przecież. Przyjechał aż z Bydgoszczy. Pan domu zachwycony, bo pojemna taka, jakby jakaś magiczna była. Trochę oponował zanim kupiliśmy, bo "może przytłoczy, może się nie pomieścimy w niej"...ale gdy już stanęła, zaczął się uśmiechać od ucha do ucha i teraz już tylko "ochy" i "achy" w jej stronę rzuca. "Jest super. Wiesz, że ja zawsze sceptycznie podchodzę i nie mam wizji, że marudzę, ale jak już coś wstawisz, to zawsze jestem zachwycony. Kocham nasz dom...".
:)))))




♥️♥️

niedziela, 22 lipca 2018

Konsolka po renowacji i nowe stare..

   Dziś króciutko, bardziej zdjęciowo. Będziemy dziś montować furtkę. Słupy już stoją - idealnie nieidealne. Cudne :)))







Dzielę się z Wami metamorfozą konsoli. Po pomalowaniu dodałam jej dekor. Zyskała na urodzie, to na pewno, choć nie jestem pewna, czy powinnam zostawić ją białą, czy nadać jej kolor kremu...

Przed:



Po:





Wkomponowała mi się ładnie pomiędzy ścianą okienną a kominkiem. Na razie stoi na niej lampa, której abażur musiałam wyprać i gdzieś wysuszyć. Abażur zupełnie mi tu nie pasuje, ale jak obeschnie, powędruje do pudła i czekać będzie na wybudowanie domku..











 Wpadłam ostatnio w wir szycia. U pana, który sprzedaje starocie, widziałam kanapę z pięknymi poduchami w angielskim stylu. Postanowiłam stworzyć dla siebie choć namiastkę. Nie wyszło źle. To moje pierwsze własnoręcznie uszyte poduchy, więc... ;)









Widać już nasz siedzeniowy nabytek. Fajnie się robi. Brakowało mi, nam, staroci...
Uwierzycie, że za ten dębowy stół dałam 100zł..?? :)))












Poniżej kawałek tego, co w kolejnym poście...




 Ściskam Was mocno!!
♥️♥️

poniedziałek, 16 lipca 2018

Renowacja stolika - konsolki

   Kochane moje, nie odpisuję na razie na Wasze komentarze, bo nie wiem, czy przeczytacie, więc pozwolę sobie tutaj, w poście.
Mysiu, więcej sofy pokażę, gdy się ogarnę z bałaganem. Mamy tu małe zamieszanie, bo przy okazji wymiany mebelków robię duże porządki. Już wkrótce pokażę więcej :)



   Od kilku dni pracujemy nad furtką. Na razie mamy zrobioną wylewkę pod słupy i taką oto extra-artystyczną bramkę ;))





Słupy chcemy postawić masywne, by utrzymały bramkę. Wszystko musi zasłaniać wejście szczelnie, by leśna zwierzyna nie przeskakiwała płotu i nie niszczyła moich roślinek.




Byliśmy też u producenta betonowych detali - oglądaliśmy elementy, którymi moglibyśmy wykończyć słupy. Na razie staną dwa i stanie furtka. W przyszłym roku pójdziemy dalej z ogrodzeniem, bo czekamy na wyprzedaże, by kupić przęsła.

   Budowy mniejszego domku w tym roku nie będzie. Za dużo wydatków się wyklarowało, więc większe inwestycje odpuściliśmy. Ale coś jednak zbudujemy - drewnianą wiatę grillową. Radek czuje potrzebę stworzenia czegoś, co będzie zachęcało do przyjazdu, bo póki co dom odstrasza, a w ogrodzie brak strefy wypoczynku, która w pełni spełniałaby nasze potrzeby.
   Zamówiliśmy już drzewo. Ma być gotowe za trzy tygodnie. Śmiechu było co niemiara przy składaniu zamówienia, bo obsługiwała nas babeczka, która żartuje bez przerwy ze wszystkiego, pogodna i zabawna.. Motała się biedna z naszym projektem, bo Radosław tak to wszystko rozrysował, że nijak się to miało do babskiej wizji wiaty ;) Kiedy już ogarnęła temat i narysowała całość, wykrzyknęła "jupiiii!!" podnosząc ręce do nieba, zupełnie jakby udało jej się wygrać w totka ;)))) Fajna. Po odebraniu zamówienia poleciła nam przy okazji fajny impregnat do drewna - mają nim pomalowane drewno w domku, w którym mieści się biuro. Wygląda obłędnie. Kobietka pozwoliła mi zrobić zdjęcie puszki z impregnatem, który przed nałożeniem ma kolor.. jak pięknie i trafnie określiła - sraczki. Przepraszam ;))))


   Dziś/jutro zaczynamy murować słupy. W dwójkę, rzecz jasna. Wprawę w kładzeniu cegieł już mam, więc.. ;) W oczekiwaniu na zastygnięcie wylewki postanowiłam poddać renowacji stary stolik-konsolkę:







Kiedy go kupiłam (kilka lat temu), miał zniszczony blat, więc wykleiłam do kafelkami - tak było szybko, tanio i stolik mógł z powodzeniem stać na balkonie.
Tym razem postanowiłam do odnowić gruntownie, wymieniając blat na nowy. Chcę, by stanął w pokoju, obok kominka.
Odbiliśmy stary blat, a na nowy kupiliśmy szeroką deskę.




Na początku chciałam zrobić prosty blat, jednak po docięciu dechy pod wymiar zostały mi 3 ścinki szerokości 10cm, z których postanowiłam wykonać ścianki boczne. Jedna - tylna - ma być prosta, a boczne chciałam wyciąć w jakimś ciekawym kształcie. Naszkicowałam więc na okładce starego zeszytu szablon i wycięliśmy te boki. Wyszły pięknie..








Nie planowałam więcej ozdobników, ale po docięciu boków pozostały nam fajne końcówki, które połączyłam ze sobą i z których zrobiłam dekor na tylnej ściance..




Po sklejeniu całości zaszpachlowałam wszystkie szczeliny. Dziś je przeszlifuję i mogę zamontować blat. Potem już tylko malowanie. Na biało, bez żadnych przecierek...


   Dopijam kawę. Przerzuciłam się na czarną i dobrze mi z tym.
Nie mogę się doczekać budowy wiaty. Kiedyś stanie pod nią grill... i fajne meble jakieś może.......
:)

♥️♥️



czwartek, 12 lipca 2018

No cóż, że ze Szwecji

   Wakacje rozpoczęłam przednio. Po bardzo intensywnym czerwcu potrzebowałam odpoczynku, ale to takiego prawdziwego odpoczynku, polegającym - dosłownie - na nic nie robieniu. Zrobiłam więc sobie dwa tygodnie wolnego od wszystkiego. Przerwę, acz przymusową, miał też mój mąż, który zaliczył epicki upadek z workiem betonu i musiał pójść na kręgosłupowe chorobowe.
Teraz z kolei czas na pracę.
   Dziś zaczynamy projekt "brama". Będziemy murować słupy pod furtkę na działce. Będę Was raczyć relacjami tu, na blogu, i na Instagramie, który powoli zaczynam ogarniać. O tym projekcie w kolejnym poście, a dziś skupię się na tym, co w domu. W tym miejskim domu. O, umówmy się, że gdy piszę "dom", chodzi o nasze mieszkanie w mieście, zaś gdy napiszę "domek" - będę miała na myśli domek na wsi.

   No więc tak jak wspominałam, powoli zaczynamy wracać do dawnych klimatów w domu. Brakuje nam... hmm..tego "czegoś". Specyficznego klimatu, który tworzą antyki, ze swoją dostojnością, zapachem, ponadczasowością.
Od jakiegoś czasu odwiedzam targowiska staroci. Nie szukam niczego konkretnego, po prostu gdy wpadnie mi coś w oko ( i będzie to coś innego niż owocówka) - zabieram ze sobą do domu.
Jakiś czas temu przytargałam ze staroci stół dębowy. Mój stół z Ikea nie bardzo się sprawdza, bo zaczął się bujać na prawo i lewo i okazał się za delikatny jak na moje prace artystyczno-wszelakie. Nie planowałam go wymieniać już w tej chwili. Przypadkiem trafił się po prostu na starociach...staroć ;) Przykuł moją uwagę, bo jest niewielki, bardzo masywny, ma idealny kolor i intrasje na blacie. Kiedy zapytałam sprzedawcę o cenę i po krótkim "hmm...mmm...." odpowiedział: "stówka" - nawet się nie zastanawiałam. Drapnęłam pod pachę i już go zamieszkałam w naszym domu. Wygląda naprawdę świetnie. Do tego jest rozkładany i bardzo stabilny. Ten ikeowski powędrował na wieś, będzie służył do prac w domku.
   Kiedy stanął tu stary, stylowy stół, zamarzył mi się jeszcze jakiś fotel. Tak żeby zrobiło się tu bardziej..przytulnie, kameralnie. Postanowiłam poszukać w internetach jakiegoś fajnego ludwika.
Przebuszowałam internety wzdłuż i wszerz. Znalazłam parę fajnych foteli, ale kiedy przeglądałam zdjęcia, znalazłam sofy ludwikowskie, które mnie zachwyciły formą. Pierwsza myśl, która się nasunęła: będą za duże. Ale gdy poczytałam o szczegółach, okazało się, że są niewielkie i idealnie się wpasują w nasz dzienny. Mają zaledwie 140cm długości, a i nie są głębokie. Wprost idealne. Przerzuciłam się więc w poszukiwaniach z foteli na sofy. Bo na niej usiądą już dwie osoby, no i piękne są.. i poduchy można tak na nie rzucić...ach...bajka..!! :))
Szukałam intensywnie sofy, która 1: nie będzie wymagać wielkiej renowacji, bo na to teraz nie mam czasu 1: będzie miała tkaninę w dobrym stanie i w jasnych, neutralnych kolorach, najlepiej bez motywów kwiatowych, by nie zobowiązywała 3: która mieszka stosunkowo niedaleko, by móc podjechać i ją zobaczyć na żywo przed kupnem.
Znalazłam kilka modeli, w tym jeden mi się baaardzo spodobał. Piękny, delikatny staruszek, który spełniał wszystkie wymagania. Miałam tylko jedną wątpliwość - na zdjęciu tkanina się błyszczała. Bałam się, że może okazać się tandetną satyną. Musiałam ją obejrzeć. Postanowiliśmy, że za kilka dni pojedziemy to sprawdzić. Mieliśmy to zrobić w tym tygodniu.
W minioną sobotę z kolei wybrałam się na giełdę staroci w Lubinie. Chciałam tak o, poszperać tylko, za porcelanką jakąś, może jakimś imbrykiem, może karafką, których nam brakuje... Zeszłam prawie cały targ, ale nic nie wpadło mi w oko. Kiedy już dochodziłam na koniec targowiska, patrzę na lewo - moja sofa z allegro!! O rety, ale że jak..tutaj..?? Podeszłam do sprzedawcy - okazało się, że pierwszy raz przyjechał tu na giełdę. Co za zbieg okoliczności.. ;)))))))))
Od razu poddałam ocenie sofkę. No i przepadłam. Tkanina okazała się być pięknym żakardem w świetnym stanie. Kolor - gołębie tło i kremowe ornamenty - idealnie!! A stan ogólny..hmm.. Wyglądała, jakby na niej nikt nigdy nie siedział. I pewnie tak było. Sprzedawca przywiózł ją ze Szwecji. Powiedział, że Szwedzi tak właśnie dbają o meble. Wszystko w stanie idealnym. Sofa prawdopodobnie po prostu była ozdobą jakiegoś pomieszczenia. Ku mojej uciesze :)))
Umówiłam się ze sprzedającym, że przywiezie mi mebel. Stoi już w domu i pyszni się tą swoją urodą i czeka na moją wenę - chciałabym pomalować drewnianą ramę, która obecnie ma kolor ciemnego orzecha, co nie bardzo mi w niej pasuje. Nie wiem tylko jeszcze, czy biel, czy łamany, bardzo jasny beż..
   W drodze do domu zajechałam od razu po farby do ulubionego salonu z farbami, tapetami i sztukaterią w Lubinie - Room Color. Tym, którzy mieszkają niedaleko szczerze polecam to miejsce. Zaopatruję się tu od lat w farby. Mają tu Fluggera i Tikkurilę. Pan prowadzący sklep ujmuje pogodnym usposobieniem i zawsze świetnie doradzi, pomoże, porozmawia. Podaję namiar: ul. Wyszyńskiego 16b. A to namiar na profil na fb:
https://www.facebook.com/ROOM-color-farbytapetynarz%C4%99dzia-240296476168271/
Być może komuś z Was się przyda. Czasem w mailach pytacie mnie np. gdzie kupiłam angielskie listwy podłogowe - właśnie tu. Naprawdę polecam :)

   Teraz pokażę Wam kawałek mojej sofki. Kawałek na razie, bo chwilowo nie mam jak sfotografować całość - mam tu małe zamieszanie w związku z robieniem dużych porządków w szafach ;) No bo jeszcze... jeszcze szafę przygarnęliśmy ze staroci - ta przyjechała do nas z daleka. Potrzebna była dodatkowa szafa na ubrania pana domu, który zażyczył sobie szafek w dziennym. Rozważaliśmy nowoczesne, składane, ale po przetrawieniu tematu uznaliśmy, że staruch będzie i pojemniejszy, i trwalszy i będzie bardziej wyglądał. No i już jest. A pojemny taki, jakby był zrobiony ze skóry-wsiąkiewki.
:)))))

   Oto sofa właśnie:





   A teraz podzielę się z Wami jednym z najnowszych malowideł - moją pierwszą Mateczką. Sama wystrugałam, zbiłam, no i namalowałam oczywiście. A zbiłam z desek pozostałych po furtce :D  Prezentuje się naprawdę pięknie. Gdyby ktoś z Was chciał ją przygarnąć, proszę o maila: rustykalnydom@wp.pl.








   Hmm... Zaraz dopijam kawę i jedziemy na wieś. Nie wiem, czy uda się zacząć prace, bo dziwnie jakoś, jakby miało padać. Cóż, zobaczymy.
Do usłyszenia!!
♥️♥️


poniedziałek, 25 czerwca 2018

Koniec studiów i "nie umiem tak"

   Witajcie po przerwie.
Chwilę mnie tu nie było ze względu na natłok spraw i zmęczenie.
Za mną bardzo intensywne tygodnie. Wreszcie skończyłam studia podyplomowe, które robiłam w Poznaniu. Rok zjazdów i zajętych weekendów przeplatany pracą w szkole i prowadzeniem firmy dał mi ostro w kość. Jestem zmęczona, naprawdę zmęczona. Potrzebuję tygodnia nic-nie-robienia, albo przynajmniej kilku dni bez obowiązku pamiętania o czymś tam... . Cieszę się, że zamknęłam temat studiów, bo zweekendy były dość uciążliwe. Teraz czekam na odbiór dyplomu. Skończyłam kolejną pedagogikę, tym razem specjalną, tak więc teraz jestem pedagogiem specjalnym. Bardzo specjalnie to brzmi ;)))
 
   W piątek mieliśmy zakończenie roku szkolnego. Żegnałam się przy okazji z naszą klasą szóstą, z którą pracowałam przez dwa ostatnie lata. Ciężko było się z nimi rozstawać, bo - pomimo trudności i mniej przyjemnych przygód związanych z wychowaniem - polubiłam te dzieciaki. Każdy z nich to osobna indywidualność, każde z nich jest inne. Będę tęsknić za chwilami radości i śmiechu do łez. Za stanem zdumienia, który mi towarzyszył gdy np. uczeń wszedł do szafy oświadczając, że wchodzi do Narni ;)) Fajnie było.
Od dzieciaków na pamiątkę otrzymałam mnóstwo kwiatów i piękny kubek.






Kiedy wracałam przez park do domu, z naręczem kwiatów, facet, którego często mijałam rano, a który zawsze ma raczej poważną sposobność, na mój widok uśmiechnął się od ucha do ucha (!!) i rzucił: "dzieci panią bardzo lubią". "Mam nadzieję" - odpowiedziałam :)

   No dobra, zaczęłam wakacje, więc WRESZCIE będę miała czas by zająć się domem. Nie sprzątaniem, ale aranżowaniem, dekoracją, czyli tym, co kocham, a na co nie miałam..hmm..może nie czasu, ale energii.
A trochę się na ten mój dom obraziłam.
Jakoś tak się tu czuję ostatnio... ehhh... jakoś nie tak. Nie chce mi się ani ładnie jeść, ani stołu nakrywać. Nic mi nie pasuje, nic mi się nie podoba, albo - podoba na chwilę.
Długo się zastanawiałam skąd taki mój stan. Z początku myślałam, że może to kwestia braku czasu, zmęczenia.. ale nie. Nawet gdy miałam czas i możliwości, by poszaleć z aranżacjami, nie miałam ochoty. No przecież pasja mi się nie wyczerpała...nie??!!
Choinka...
I kiedy tak dłużej trawiłam..doszłam do wniosku, że w moim domu brakuje mi po prostu...mnie. W dekoracjach, dodatkach, kolorach. Jest tu ładnie, owszem, jest inaczej, czyli tak jak chciałam,ale.. brakuje mi..rany..jak to nazwać.. No nie wiem..jakiegoś pierwiastka kasiowego. Kwiatów jakichś, staroci, zapachu antyków... Tęsknię za tym. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy ostatnio buszowałam na targu staroci.
Nie dla mnie dom cały w Ikele :D
Muszę coś zmienić. Tęsknię za klimatem starego domu, starego salonu. Za zapachem drewna, jakąś taką nostalgią, tajemniczością, duchem.
Na wsi na razie prace stoją, bo czasu nie było, ale też czekamy na rozpoczęcie prac budowlanych. Julka w lipcu jedzie na obóz, więc będziemy mieli czas, by popracować na działce. Teraz jednak chcę poświęcić uwagę mieszkaniu, bo chcę się tu czuć tak jak kiedyś. Chcę czuć radość z aranżowania, z picia herbaty w starej porcelanie, z rozkładania haftowanego obrusu na starym stole... TAK BARDZO ZA TYM TĘSKNIĘ!!!!!








sobota, 26 maja 2018

Zwyczajny niezwyczajny dzień

   Nie ma piękniejszego poranka nad ten, któremu towarzyszą promienie słońca przebijające się przez okna i muzyka Mozarta.
Słucham Divertimento in E-Flat Major popijając czarną kawę. Jest sobota, więc nie muszę się zrywać do pracy. Tej pracy w szkole, bo pracę w ramach własnej działalności wykonuję raczej wieczorami i nocą.
Ostatnie tygodnie były dla mnie stresujące, bo poza pracą zawodową i artystyczną, pisałam pracę dyplomową. Powoli kończę (kolejne) studia, więc jeden obowiązek mi odejdzie, a odczuwam już ich nadmiar. Jestem przemęczona, choć sypiam sporo. Ale.. już niedługo. Za pasem koniec roku szkolnego, więc będę miała więcej czasu na.. na Wszystko ;)
   Marzę o tym, by wreszcie skupić się bardziej na pisaniu. Nie tylko bloga. Marzę o wydaniu książki. Wściekam się na siebie, bo wciąż to odkładam, choć wstępne projekty już są. Najwyraźniej na wszystko musi przyjść czas. A pisać uwielbiam. Od wielu osób usłyszałam, że uwielbiają mnie czytać i że mam lekkie pióro. Wiecie, że gdy to usłyszałam po raz któryś z kolei, sprawdzałam w internecie to to oznacza??? ;)))) Jedna z koleżanek ostatnio powiedziała mi, że powinnam zając się pisaniem, bo robię to świetnie i zapytała "co ja w ogóle robię w szkole??" ;) Cóż, nawet jeśli po raz kolejny okaże się, że nie ma dla mnie pracy w szkole, dotychczasowe doświadczenia są i będą dla mnie bezcenne. I uważam, że nic w życiu nie dzieje się bez przyczyny. Być może spełni się moje marzenie, wizja, w której to wizji widzę siebie siedzącą przy drewnianym biurku i oknie z widokiem na las, pracującą nad nową książką ;)
Póki co cieszę się jeszcze ostatnimi dniami pracy w szkole i obecnością dzieciaków z naszej klasy. Nie jestem wychowawcą, ale dzieciorki traktuję jak swoje, bo przyzwyczaiłam się do nich. Choć czasem napsują mi nerwów, lubię z nimi przebywać, bo każdy dzień przynosi coś nowego, jakąś radość, doświadczenie. Podobno i one trochę lubią mnie, co mnie nieco dziwi, bo zarówno jako matka, tak i jako pedagog, jestem bardzo konsekwentna i wydawało mi się, że uważają mnie za wrednego babsztyla ;) Och, ciężko będzie się z nimi żegnać (to szósta klasa, która przechodzi do innej placówki). Z drugiej strony w wakacje odpocznę. Nie od nich, ale od odpowiedzialności, od ciągłego przejmowania się nimi, ich problemami. Od przeżywania i wiecznego zastanawiania się jak rozwiązać jakąś tam trudność. Bo ja inaczej nie potrafię. Nie umiem się zdystansować i nie myśleć o pracy, gdy jestem w domu. Tak po prostu mam i już ;)
   Wczoraj miałam ciężki dzień w pracy, a jedyne, o czym marzyłam po powrocie do domu, to pojechać na wieś i pogrzebać w ziemi. Zebraliśmy więc manatki i pojechaliśmy. Po drodze zahaczyłam o ulubione centrum ogrodnicze (Zielony Zakątek w Nowej Soli, może ktoś zna) i pobuszowałam w bylinach. Rany, jakie one piękne..!!!! Jestem chyba niespełna rozumu, bo mogłabym chodzić w znoszonych spodniach, ale na kwiaty wydałabym fortunę ;) Też tak macie? Rany...mam nadzieję..że nie jestem przypadkiem odosobnionym :D
Oczywiście wydałam więcej niż powinnam, ale.. jakie cuda przywiozłam.....!! W wyborze pomogła mi pani Agnieszka, która powiedziała mi kilka słów o bylinach. Kiedy tylko usłyszałam "to nadaje się na rabaty angielskie" poczułam niekontrolowany przypływ radości i po krótkich oględzinach roślina lądowała w koszyku. Kupiłam: ostróżkę (białą z czarnym środkiem; w ogrodzie mam same niebieskie), jeżówkę o wdzięcznej nazwie "Truskawkowa Trufla", gipsówkę, białą peonię, werbenę patagońską, niebieską szałwię i. filo..kurcze..coś tam.. :) nie pamiętam nazwy, jakaś łacińska (nie spytałam o polską), ale to "coś" ma kwiaty sięgające 150cm na pięknych, mięsistych łodygach.
Do zielnika dokupiłam też macierzankę. Znalazła miejsce obok innych ziół. OCZYWIŚCIE nie w zielniku, który założyłam (ten otoczony płotkiem, w którym wszystko zdominowała rukola). Zioła postanowiły sobie same znaleźć najlepsze miejsce do życia, więc odpuściłam i sadzę je tam, gdzie im najlepiej - przy wiacie metalowej. Rośnie tam jak na drożdżach posadzone dwa lata temu oregano z Lidla ;), przywiezione z Pomorza mięta szwajcarska i hyzop, a teraz towarzyszy im pachnąca obłędnie macierzanka. Zioła rosną przy hortensjach, co nie bardzo mi się podoba. Przesadzę je jesienią może, bo wolałabym, by zielnik otaczały kwiaty pachnące, wiejskie, delikatne, takie jak lawenda czy nagietki. Niedaleko też rosną malwy. Miały być zakwitnięte w tym roku, ale nie bardzo rosną. Obsiadła je mszyca, pewnie dlatego. Smutno. Pozostaje mieć nadzieję, że mszyca pójdzie precz i odbiją za rok.
Przywiezione wczoraj kwiaty posadziłam przy domu, w miejscu, które dawniej zajmował szpaler z bukszpanu. Starałam się sadzić je piętrowo, tak by tworzyły piękną kompozycję, od największej hortensji drzewiastej, po wysokie ostróżki i mniejsze kwiaty, takie jak szałwia czy kosmosy. O właśnie, uratowałam jedną szczepkę kosmosów!! Pamiętacie, jak pisałam, że wywaliłam je z resztą nasadzeń z zakątka, który organizowałam ostatnim razem? Znalazłam maleńką gałązkę, taką wielkości 4cm, więc przesadziłam i podlałam. Mam nadzieję, że urośnie mi pięknie, bo byłoby mi ich szkoda..
Wiecie...mój ogród będzie kiedyś bajeczny :)))))  Może nie idealny, może nie zadbany jak żaden inny, ale mój - naturalny, kolorowy, dostojny. Już teraz, po dwóch latach pracy, zaczyna wyglądać tak, jak lubię - przed domem pomiędzy krzewem leszczyny i oczaru rosną stare peonie, a spomiędzy nich w górę wzbijają się ostróżki, zupełnie jak w prawdziwym, wiejskim ogrodzie. KOCHAM!!!!! :)))
   Brakuje nam jeszcze miejsca na biesiadowanie. Niestety, wiata metalowa nie sprawdza się, tkanina na dachu często się rwie. Musimy zbudować wiatę drewnianą, krytą porządnym dachem. Wczoraj z Radkiem zgodnie uznaliśmy, że trzeba czym prędzej zadbać o takie miejsce, bo tak naprawdę nawet nie ma gdzie posiedzieć. Dom się nie nadaje na relaks, bo o tyle o ile patrzy się przed siebie - jest ok, to znów gdy się podniesie wzrok, można zejść na zawał ;))))
Bardzo chciałabym móc pod wiatą ustawić jeden z moich zdobycznych, starych stołów, nakryć go pięknym obrusem, ustawić krzesła, postawić na stole kosz z owocami, piękną porcelanę... No tak. CZAS. ;)



   Teraz podzielę się z Wami najnowszymi Janiołami. Dwa boczne są jeszcze do przygarnięcia, w razie chętności :D proszę o kontakt mailowy (rustykalnydom@wp.pl)








   Janioł po prawej również jest jeszcze dostępny..





Polecam Wam też dechy kwietne - na zdjęciu jedna z moich ulubionych, z peoniami, w stonowanej, przybrudzonej kolorystyce..









Wkrótce pokażę kolejne gadżety na sprzedaż. Zainteresowanie Wasze jest duże, więc obserwujcie. Postaram się tutaj zaprezentować to, co jeszcze mam do oddania w dobre ręce ;)

Życzę Wam miłego weekendu, a wszystkim Mamom, Mamusiom, Mateczkom, życzę najcudowniejszego dzisiejszego dnia :)))

♥️♥️

poniedziałek, 14 maja 2018

Ogrodowisko - część "ładna inaczej" ;)

   Nasz ogród dzieli się na dwie części. Jedna znajduje się po lewej stronie domu, druga - po prawej.
Prawa strona obfituje w nasadzenia. Jest pięknie zagospodarowana i choć niezupełnie odpowiada mi jej układ, mogę tu spokojnie pracować i go kształtować przesadzając krzewy. Ostatnio stworzyłam między innymi skwer, który będzie stanowił dobre miejsce na stołowe aranżacje.
Lewa zaś strona jest... hmm... Napisać o niej, że jest mniej okazała, to jednak za delikatnie. Na lewej części z przodu działki znajduje się basen i wiata z huśtawką, ale druga połowa tej części jest miejscem, na które najmniej lubię patrzeć. Znajduje się na niej stary składzik na ogrodowe graty i nie byłoby tragedii, gdyby nie fakt, że jego ściany pokryte są plastikowym panelem. Przed składzikiem stały trzepaki..czy coś..., a po drugiej stronie zalegało nam pełno złomu, w tym dwie wanny i wózek na dwóch kółkach. Były to głównie graty, które wynieśliśmy/wymontowaliśmy z domku. W zeszłym roku zaczęliśmy porządkować to miejsce, bo chcemy tu postawić niewielką, drewnianą altankę (kuchnię letnią).
  I tak oto kilka dni temu nastał dzień, na który czekałam od dwóch lat - pozbyliśmy się złomu. Rety, jaka jestem nszczęśliwa.....!!!!!!!!!!!!! :))))))))))))) Nic mnie tak nie
denerwowało jak widok tej graciarni. Choć nie przeszkadzają mi składowiska materiałów budowlanych etc., to widok tych wanien przyprawiał mnie o gęsią skórkę... ;)
 Ale poniższy widok to już przeszłość. Złomiaki wywiezione, trzepaków już też nie ma. Teraz można spokojnie rozplanować teren i wbić paliki pod budowę mniejszego domku :D




O proszę, jaki arsenał... losie..........





   Poniżej wspomniany wcześniej kącik, który ma służyć odpoczynkowi pod gołym niebem. Wcześniej było tu sporo krzewów (jeden wyrzuciłam, bo zmarzł), które poprzesadzałam do innej części ogrodu. Nie obyło się bez wpadek. Po przesadzeniu wszystkich krzewów i przekopaniu ziemi przypomniało mi się, że rok temu rosły tu moje kosmosy... Mam nadzieję, że zdarzy się cud i odbiją.






   Pod wiatą też zrobiło się luźniej. Poprzesadzałam bukszpany (nie ma ich już na tym zdjęciu), bo bardzo ograniczały miejsce i mieliśmy problem, gdy np. grillowaliśmy z rodzinką. W dalszej przyszłości wiatę zastąpimy podobną (względem wielkości), ale drewnianą. Ale to odległy plan. Chyba, bo plany często ulegają zmianom ;) 
Za stołem widać ścianę z bukszpanu. Za nią jest basen. Chcę, by do basenu był dostęp bezpośrednio spod wiaty. Ścianka bukszpanów powędruje więc za basen, odgradzając tym samum widok z drogi - bo cenię sobie intymność.






   Działka jest już nieco odgracona, więc teraz możemy zabrać się za kolejny etap prac - będziemy robić drewnianą, rustykalną furtkę.



Kochani, z racji robienia porządków, wyzbywam się niektórych gadżetów. Mam do sprzedania sporo fajnych dodatków w dobrej cenie.

Do sprzedania między innymi: (kontakt: rustykanydom@wp.pl)



Pozbyłam się już mojej komody indyjskiej. Nie będę miała na nią miejsca w domku. Mebel trafił w dobre ręce i będzie cieszył nowych właścicieli.

   Uciekam na krótką drzemkę. Przede mną sporo pracy, dobrego dnia Wam życzę!! :)

piątek, 11 maja 2018

W mojej lodówce jest...coś...

    Budzę się w piątkowy poranek. Zaspana od razu - jeszcze przed poranną toaletą - zmierzam w kierunku ekspresu do kawy (bo bez niej ani rusz) i go odpalam. Idę do łazienki. Po drodze otwieram lodówkę, by sprawdzić, czy jest mleko. Uchylam drzwiczki i widzę dwie białe miseczki z kolorowym czymś, jedna z zawartością czerwoną, druga - pomarańczową. Myślę sobie - oczywiście mój tok rozumowania jest daleki od myślenia trzeźwego, bo śpię jeszcze troszeńkę.. - "Radek zrobił galaretki..miło..". Idę do toalety. Tam już ostre światło halogenów otrzeźwia mnie brutalnie i zaczynam myśleć jakby jaśniej. Nagle dochodzi do mnie, że to coś w misce nie może być galaretką, bo Radek przecież nie mógł robić galaretek po powrocie z pracy, gdyż od razu poszedł spać. Więc co to do diaska jest?? - myślę..
Zaglądam raz jeszcze do lodówki. No nie galaretka, bo matowe to dziadostwo i pachnie perfumami. W lodówce...fuj!! Wyjęłam kolorowe ustrojstwo i postawiłam na blacie. Postanowiłam, że zapytam Julkę, gdy się obudzi. Szykuję się do pracy.
Po upływie niespełna godziny zrywam się spod prysznica i zasuwam do kuchni, bo przyszło mi do głowy, że to coś może pod wpływem ciepła zareagować.. i..no nie wiem... rozpuścić się, urosnąć i wypłynąć...wybuchnąć.... w końcu nie bez kozery stało w lodówce. (rety..nie wiem, co ja miałam wtedy w głowie....). Wstawię miski z powrotem do lodówki. Otwieram drzwiczki i powala mnie zapach perfum. Nie.....!! Przecież to tałatajstwo zasmrodzi mi całą lodówkę!! Budzę Julę.
- Mamuś, to jest plastelina na gluty.
- ............?"?;'./;',./;''.;/??????? (zwoje pracują i usiłują przetrawić i rozpracować słowo "gluty")
- No te takie, które kiedyś kupowałam gotowe...taka plastelina jakby.
- Aaaa...a...tak tak....no tak........... Ja..wyjęłam te dwie miski z lodówki.
- Ale tam jest ich więcej mamuś.
- ..................................
No jest.. Jest kilka mniejszych miseczek, pojemniczków. Nic dziwnego, że nasza lodówka pachnie jak Sephora.......

;))))))))))))))

Julka jest obecnie na etapie małego alchemika. Miesza jakieś przedziwne mikstury, ugniata, rozlewa dziwnej maści płyny po miskach,co chwilę prosi o zakup czegoś, co wywołuje u nas szok, na przykład płyn do soczewek. Nie oponuję, kupuję, bo cieszy mnie fakt, że - jakkolwiek dziwnie brzmi"robienie gluta" - sama wyszukuje sobie zajęcia, eksperymentuje, tworzy, bawi się, a nade wszystko - ćwiczy umiejętności manualne.
Trzeba jedynie nieco bardziej uważać ostatnio, funkcjonując w domu, by na ten przykład w coś nie wdepnąć.Stosuję też zasadę ograniczonego zaufania gdy chcę napić się czegoś ze szklanki stojącej na kuchennym blacie. Bo a nuż przed chwilą było w niej coś...coś... o zgrozo.. ;)))))))))))


piątek, 4 maja 2018

FELIETONOWO- Polubić siebie

      Kochani,
wiem, że lubicie mnie czytać i gdy piszę szczerze, od serca. O tym co i jak myślę, jak widzę, czuję. Dajecie mi od jakiegoś czasu sygnały, że spodziewacie się na Rustykalnym jeszcze więcej treści. Zatem powstał w mojej głowie pomysł, by zacząć tu co jakiś czas zamieszczać FELIETONY. Osobiście lubię je pisać, więc niech to będzie moja blogowa nowinka, dla Was i mnie samej :)))
Jeśli życzycie sobie określonego wpisu, chcecie poznać moje opinie na konkretny temat, chcecie podjąć jakąś dyskusję, piszcie - z chęcią się wypowiem, pogadam z Wami ;))


♥️♥️

   Lubię siebie. Za to, jaka jestem. Jaką jestem kobietą, jakim człowiekiem. Bywa, że ktoś stwierdzi, że jestem za szczera, zbyt "wylewna" - cokolwiek to znaczy. Ale to cała ja.
Jestem prawdziwa. Czasem walnę coś bez zastanowienia, a potem godzinami w głowie zwoje pracują nad tym jak to odkręcić. Czasem popełniam błędy. Często się śmieję, wygłupiam, jakbym miała piętnaście lat. Mimo to moja Julka lubi to, że ma matkę-wariatkę ;) Czasem płaczę. Nawet przy dziecku. Usłyszałam kiedyś, że nie powinnam, ale nie widzę nic złego w pokazywaniu emocji.
Jestem roztrzepana, często się zawieszam i bujam w obłokach. Jestem odważna, silna, co akurat zawdzięczam mamie. Całkiem niedawno powiedziała mi: "Wiesz co.. Tak ostatnio sobie pomyślałam, że gdybym w twoim wieku była tak mądra i silna, może życie, nasze..wyglądałoby pewnie zupełnie inaczej". Cóż.. Odpowiedziałam tylko, że może tak, a może i nie. Uważam, że to właśnie życiowe doświadczenia sprawiły, że jestem kim jestem i znalazłam się w tym właśnie miejscu. One też dały mi siłę. Lubię życie ze wszystkimi jego aspektami, kolorami, fakturami, stronami, blaskami i cieniami.
   Zdarza się, że z czymś sobie w życiu nie radzę. Nie jestem wszechmocna, choć niektórym z Was pewnie tak się wydaje ;) Nigdy jednak nie boję się prosić o pomoc, wsparcie, bo to przecież nic złego, że czasem tego potrzebujesz. Kilka dni temu na przykład podjęłam współpracę z Sylwią, zajmującą się kreowaniem wizerunku, bo z racji ogromu zajęć, na sprawy związane z moją powierzchownością, wyglądem, nie mam zupełnie czasu. Sylwia, będąca fachowcem, profesjonalistką, ogarnie (nie lubię tego słowa, ale..) tę sferę mojego funkcjonowania, której ja nie mogę poświęcić dostatecznej uwagi.
   Lubię siebie za samokrytycyzm. Jestem kobietą świadomą swoich zalet, ale i wad. Nie jestem nieomylna, popełniam gafy, czasem zachowuję się tak, jak nie ja (od razu to czuję) - wtedy zaczynam pracę nad sobą. Analizuję, planuję zmiany, a dzięki samozaparciu i silnej woli, wprowadzam je w życie. Z natury jestem też dobrym człowiekiem. Nie robię innym krzywdy. Nie mylić z asertywnością, bo gdy ktoś krzywdzi mnie, potrafię postawić granicę - czego też nauczyłam się z wiekiem.
   Osiągam swoje cele. Realizuję marzenia. Kiedy słyszę od Radka "nie da się" (niegdyś jego dewiza życiowa, obecnie - staje się takim optymistą jak ja i wierzy, że można wszystko), przekonuję go, że się jednak da i że trzeba próbować. Nie po trupach do celu, ale własnymi siłami, na spokojnie, realizować cele, plany, wizje. Zdarza się, że się złości, bo "ty to byś chciała zaraz, już.. ", ale po czasie zawsze słyszę: "jesteś siłą napędową naszej rodziny, dzięki tobie nasze życie jest piękne", po czym rzuca "DZIĘKUJĘ" :)
   Żeby kochać życie, lubić ludzi, trzeba zacząć od siebie. Trzeba siebie akceptować w pełni, pokochać, a jeśli to trudne - wypracować zmiany na tych płaszczyznach, które najmniej odpowiadają naszemu "ja". Ja, pomimo świadomości swoich wad, niedoskonałości, lubię siebie i jestem otwarta na nowe. Dlatego zawsze do nowo poznanych ludzi podchodzę z uśmiechem, ufnością, nadzieją, uprzejmością. Nie każdy tak ma, bo spotykam ludzi, którzy na starcie (podczas gdy nawet zdania ze mną nie zamienili) mnie kasują, krytykują, traktują z dystansem i brakiem sympatii, ale wiem, że to ludzie, którzy właśnie samych siebie nie akceptują, bo od własnego jestestwa wszystko się zaczyna. Jestem wdzięczna za to, że ja tak nie muszę. Że mogę kochać ten świat i iść przez życie z dziecięcą radością.

czwartek, 26 kwietnia 2018

O dworkach słów kilka


   Już dawno nosiłam się z napisaniem postu na temat polskich dworków. Głównie dlatego, że bardzo je lubię i od lat mnie inspirują, ale też z powodu tego, co się  - dość często – słyszy w telewizji, czyta w internecie, na temat współczesnych domków budowanych na wzór oryginałów.


   Co mnie urzeka w tychże domach..? Hmm… Jakaś taka dostojność, ponadczasowość, klimat, z którym mi się kojarzą. Szukam słowa, by określić ten klimat… Chodzi o to, że są dla mnie takie nostalgiczne i tajemnicze, jakby jeszcze przed przekroczeniem progu było wiadomo, że w jego murach kryje się jakaś przyjemna tajemnica… J

   Często oglądając programy poświęcone tematyce wnętrzarskiej, czy przysłuchując się osobom zajmującym się tym tematem zawodowo, spotykam się z określeniem „niby-dworek”, „żałosna atrapa dworku”. Określenia te padają, gdy ocenie poddaje się współczesne domy budowane na wzór polskiego dworu. Krytykuje się je za to, że jedynie przypominają oryginał, że nie mają klimatu, ale najczęściej po prostu za to, że tymi oryginałami nie są. W moim mniemaniu to błędne koło i wyrażanie krytyki dla zasady. Bo czy koniecznie trzeba zawsze odwzorowywać w stu procentach coś, co być może odpowiada nam zaledwie w połowie..?

   Współczesne projekty dworków mają wiele do zaoferowania. Ot, na przykład na stronie extradom.pl jest mnóstwo świetnych propozycji. 
Cóż, nie każdy z nas jest szczęściarzem, który odziedziczył tudzież kupił stary, oryginalny dwór. Nie oznacza to jednak, że nie można sobie takiego wybudować i stworzyć coś, co dla nas odzwierciedli ducha dawnych lat. Ja tam będę budować domek na wzór dworu, bo innego sobie nie wyobrażam J Osobiście jestem zwolenniczką posiadania własnego stylu i nie poddawania się – jak zwał tak zwał – trendom. Żaden dom nie będzie miał klimatu, gdy nie będzie w nim odrobiny duszy właścicieli, szczypty czegoś, co z pozoru nie pasuje.

   Mnie osobiście od zawsze zachwycały polskie dworki. Najbardziej lubię budynki z czterospadowym dachem, gankiem usytuowanym pośrodku, wysokimi oknami, bawolim okiem w dachu i z dostojnym podjazdem. Lubię też wnętrza obfitujące w obrazy w masywnych ramach, zdobne kilimy, kaflowe piece z koronami czy okna ubrane w mięsiste, ciężkie zasłony. Są jednak elementy, które do mnie nie przemawiają, takie jak wiszące na ścianach szabelki. Gdybym aranżowała wnętrza w stylu dworku, na pewno zrobiłabym to po części po swojemu. Dlatego właśnie nigdy nie rozumiałam krytyki wyrażanej przez projektantów etc., którzy właścicielom domów na wzór dworku zarzucają brak zgodności z oryginałem. Niesłusznie. Każdy mieszka tak jak chce, a skoro komuś do serca przypadły poszczególne dworkowe elementy – niechaj się bawi aranżacją, dopasowując przestrzeń mieszkalną pod własne potrzeby i wizje. Owszem, zdarza się, że ktoś naprawdę usiłuje odwzorować dwór i robi to nieumiejętnie, ale poczucia smaku czy gustu nie da się nauczyć – to umiejętność wrodzona, dar, dlatego nie każdy będzie umiał zrobić to (stworzyć wnętrzarski misz-masz) w stu procentach trafnie. Ale to akurat tyczy się wnętrz urządzanych w różnym stylu. Choć.. zdecydowanie częściej słyszę krytykę pod adresem dworu, niż na przykład taką w rodzaju: „to wnętrze jest żałosną atrapą, nie odzwierciedla stylu skandynawskiego w stu procentach” ;)

   Niechaj każdy buduje jak chce i jak mu w duszy gra. Bo nawet ganek przy nowoczesnej willi będzie wyglądał dobrze, gdy się go zaprojektuje z wyczuciem.


   Skoro już jesteśmy w tematyce dworków, podzielę się z Wami tym, co mi się podoba najbardziej, jeśli chodzi o projekt. Sama myślę już jak będzie wyglądał mój wiejski domek i wiem, że pewne elementy dworku na pewno się tu znajdą.

Mnie osobiście podobają się takie projekty:


Projekt domu uA19 WCB1032

To bardzo klasyczny projekt i widzę taki dom w otoczeniu wysokich drzew, z krzewami po bokach budynku.. z brązowym dachem, białymi ścianami i brązowymi filarami.. Projekt taki ma wielką zaletę – stanowi doskonałą bazę do zindywidualizowania domu – można tu na przykład zastosować drewniane okiennice, czy zastosować sztukaterię, która sprawi, że dom będzie jedyny w swoim rodzaju (a przynajmniej jedyny wśród sąsiadów ;) )

Poniżej w bogatszej (ja to określam: "karingtonowej" :D ) wersji:


Projekt domu Nałęczów DM-6313 KRF1222


Takie projekty z kolei kocham:


Projekt domu Lipowiec B DM-6290 B KRF1512

Dom wprawdzie jest wielki, ale można się zainspirować kształtem dachu czy stworzyć balkon oparty na filarach… Urzekają mnie też elementy renesansowe, tworzą niezwykły klimat.
Takie projekty kojarzą mi się z klimatycznymi starymi domami na odludziu, w otoczeniu lasów..


Podobają mi się też takie domki:



Projekt domu Opus BSA1168




Projekt domu WB-3343 KRA3719

- Ten jest po prostu boski…!! Ten wykusz...rany.. żeby u nas dało się coś podobnego stworzyć... I okna drewniane, w naturalnym kolorze, z gęstymi szprosami. Bardzo przypominają te angielskie, nic więc dziwnego, że tak mnie zachwyciły ;)  Zresztą..całość ma niesamowity klimat :)


   Niedawno odwiedziliśmy firmę, która robiła nam wycenę drewnianego domku (mniejszej altany, którą chcemy tego lata postawić na działce). Siedziba mieści się też w starym domu, odrestaurowanym i wystylizowanym na dwór. Ganek podpierają tu wielkie pnie drzewa, takie ociosane ledwie, nierówne, naturalne… I też przecież nietypowe dla polskiego dworu, ale jak to pięknie wygląda!!!! Jak będzie nas stać, zamówimy podobne. Tanie nie są, ale jaki efekt… J)))
  
A Wy, macie jakieś ulubione, wymarzone projekty domków..?? 
Pochwalcie się, czekam!! :)

Udostępnij