21 października 2018

Kolory jesieni i spontaniczna zmiana w ogrodzie


astała jesień. Pyszni się kolorami i tą swoją charakterystyczną nostalgią, ciszą, mglistością...Kilka dni temu przed rozpoczęciem prac w ogrodzie, poszliśmy do lasu. Poszliśmy sprawdzić, czy są grzyby.
- I znów ten aparat targasz??
Śmieje się w głos. Ale jak inaczej?? Jak nie chwytać w kadr, kiedy jest tak magicznie..???
Spaceruję w lesie szeroką ścieżką. Pomiędzy gałęziami na siłę przebija się słońce. Zrywa się wiatr i strąca drobne liście. I lecą tak, wirując powoli, przed nami, nad głowami wysoko.
Jest cisza, a wokół unosi się zapach wilgotnego runa. Podziwiam kolory. Czerwień, ochra, żółcienie, przyćmione brązy, zasnuta zieleń.. 
Kocham jesień.
Koleżanka ostatnio wyjawiła, że też kocha tę porę roku, wraz z jej mrocznym klimatem, wilgocią, nostalgią. Śmiała się, bo małżonek twierdzi, że jej rodzina musiała mieć jakieś skandynawskie korzenie, a ona sama winna nazywać się Jędruson. W takim razie ja muszę być Ferguson - oświadczyłam. 























   Prace w ogrodzie powoli dobiegają końca. Ostatnie ciepłe dni już chyba za nami. 
W tym tygodniu przesadziliśmy kilka krzewów i drzewo magnolii. Mam dwa, przesadziliśmy mniejsze, choć i tak jest już sporym drzewem. Mam nadzieję, że się przyjmie. Znalazło miejsce przy kwiecistej ścieżce, którą od niedawna nazywam "kwiaciarnią". Pięknie zamyka przestrzeń, tworząc sklepienie z młodym drzewem wiśni po drugiej stronie ścieżki. 
Zmianom na terenie działki nie ma końca. Nie wiem dlaczego, ale odkąd dokonaliśmy dużych zmian, aranżując ogród po swojemu, bardziej czujemy, że jest nasz. 
Dokonując zmian staram się nie wyrzucać kwiatów i krzewów. Przesadzam je po prostu w inne miejsca.
W głowie powstał ostatnio zarys mniejszego, drewnianego domku, który będzie w przyszłości pełnił rolę domku na narzędzia i letniej kuchni, a wcześniej (podczas rozbiórki i odnowy domu murowanego) będzie nam służył jako miejsce noclegowe. Obecny dom nie nadaje się do tego, by w nim spać. Ciągle coś w nim buszuje. Codziennie łapiemy nornice, myszy. Jest nieszczelny, zawilgocony i nie czujemy się w nim bezpiecznie. Musi być wyremontowany. A prace zaczniemy za ok.2 lata. Na razie, latem, będziemy stawiać domek drewniany.
Miał na początku sąsiadować ze stodołą. Nie podobał mi się jednak ten pomysł ze względów estetycznych. I kilka dni temu zaświtał mi pomysł, by wybudować taką samą stodołę obok tej obecnej i połączyć je prostym łącznikiem. Ta nowa część i łącznik będą zabudowane, zamknięte, a stodoła pozostanie letnią kuchnią. Podoba mi się takie rozwiązanie, bo wydaje mi się, że będzie ładnie i bardziej oryginalnie. 



 Przed domem chcę stworzyć przestrzeń, która będzie zamknięta za pomocą zieleni. Ma to być miejsce, w którym kiedyś stanie stół z krzesłami, ot tak, pod chmurką. Poprzesadzaliśmy więc bukszpan tak, by nam zamknął tę przestrzeń.
Któregoś dnia wpadłam na pomysł, by w płocie z bukszpanu zrobić przejście, żeby zyskać lepszy widok z okna w przyszłości. W przejściu tym z kolei mogłyby stanąć dwa słupy z cegły, a na nich zamontowalibyśmy oświetlenie.
Na pomysł ten wpadłam niedawno, podczas gdy odpoczywaliśmy z Radkiem na leżakach korzystając z ostatnich ciepłych i słonecznych dni.
- Zobacz, gdyby tu się zrobiło przejście, byłoby więcej widać z okna, większą przestrzeń, przez co ogród z domu wydawałby się większy.
- No, masz rację. To może fajnie wyglądać.
- Tak.. I moglibyśmy tu słupki postawić z lampami. Tylko bukszpan trzeba przenieść, z 3-4 krzaki.
- Ale nie dzisiaj! Dzisiaj odpoczywamy.
- Nie no, nie dzisiaj. Tak tylko mówię co wymyśliłam. Dzisiaj nic nie robimy. Dzisiaj jest lenistwo.
Minęło z 5 minut, Radek poszedł na chwilę do domku. Po chwili wraca - przebrany, ze szpadlem w ręku.
- Mieliśmy nic nie robić! - stwierdzam, ale w duchu cieszę się, bo lubię takie spontaniczne "akcje".
- A idź.. z tobą to... - I biegnie już wykopywać krzaki, z uśmiechem jak stąd do Ameryki ;))))




 Tak więc przejście zrobione. Teraz pora na wymurowanie podstaw pod lampy. Może uda się jeszcze tej jesieni.. czas pokaże.
Podoba mi się koncepcja ogrodu z zakątkami, przejściami, zamkniętymi strefami.
Muszę jeszcze znaleźć miejsce dla kilku świerków. Nie wiem jeszcze gdzie je ulokować, a kupię dopiero wtedy, gdy będę pewna.

   Mam nadzieję, że i Wam ostatnie ciepłe dni upłynęły równie przyjemnie.
Idę parzyć kawę. Dziś maluję dynie. Wymieniam też zasłony. Miałam to zrobić w sobotę, ale źle się czułam. A zmieniam tym razem na zasłony kupione na starociach. Mam tylko dwie, ale... ;)
Miłej niedzieli Wam życzę kochani.

♥️♥️


15 października 2018

Ogród - ścieżka

o czym poznać zmęczenie? A po tym, że chcąc wyłączyć telewizor, szukasz włącznika na ścianie.
No comment.
Miałam długi weekend. I dużo planów. Wyjazd na zdjęcia, spotkania, robienie porządków.
Skończyło się na leżeniem pod kocem, z zapaleniem zatok i bólem głowy tak silnym, że nawet polarowy koc wydaje się być twardym.
No trudno. Będę musiała to nadrobić.

   Podzielę się z Wami w najbliższych wpisach zmianami, jakich dokonaliśmy w ogrodzie.
 Dziś pokazuję ścieżkę, którą zajmowaliśmy się w ostatnim czasie.
Wcześniej po prawej (zdjęcie odwrócone, więc po lewej) stronie ścieżki rosły jedynie dwie wiśnie i maliny. Rósł też żywopłot z ligustru, który rok temu wymieniliśmy na bukszpanowy.






Długo zastanawiałam się, jak zagospodarować to miejsce. Na początku planowaliśmy zrobić drugą furtkę wejściową, ale zmieniliśmy zdanie.
Z czasem przyszło mi do głowy, że przydałoby się wygospodarować miejsce, w którym będą rosły różne kwiaty do bukietów. Wymyśliłam więc ścieżkę kwiecistą, z nasadzeniami piętrowymi, taką jakie występują często w ogrodach angielskich. Kwiaty mają być kolorowe, przemieszane (nie lubię nazbyt uporządkowanych nasadzeń) i mają wyglądać bardzo naturalnie. Rosną tu już: stare hortensje, ostróżki, jeżówki, kosmosy, chryzantemy, lawenda, werbena, szałwia ozdobna, a pomiędzy nimi maliny i mięta. Tak lubię. Wiosną/latem dosadzę jeszcze na pewno lwie paszcze i dalie.
   Teraz ścieżyna prezentuje się mało okazale, bo większość kwiatów przekwitła. Samą ścieżkę będziemy chcieli wyrównać i podsypać kamyczkami. Na jej końcu ma się znaleźć ławka, bo koniec ścieżki jest najbardziej nasłonecznionym miejscem w ogrodzie.






   Lewa strona częściowo pozostaje bez zmian. Rosną tu bukszpany, które z czasem wyrównam w płot, odcinający ścieżkę od części przydomowej. W tej części (przy widocznej ścianie domku) będzie zbudowana weranda, taka z wyjściem z domu. Chciałabym, by z okien salonu widać było świerki, więc myślę teraz intensywnie jak i gdzie je tu zmieścić. A może Wy macie jakiś pomysł..?? :)







   Sobotę spędziliśmy w ogrodzie, bo dopisała pogoda. Czas spędzamy z naszymi mamami, które lubią nam pomagać. Szczególnie moja mamcia (na zdjęciu) uwielbia przyjeżdżać tu razem z nami. 
Niestety w sobotę nie kiwnęłam palcem w ogrodzie.. ze względu na okropny ból głowy. Ale.. pospacerowałam trochę z Julką. Podczas spaceru przywitałam się słowami "dzień dobry" ze strachem na wróble, myśląc, że to sąsiad stojący wśród kwiatów. Później pokazałam dziecku sarnę w lesie, która to sarna okazała się być spacerującym tam sąsiadem ;)







   Dziś znów pięknie świeci słońce. Dopijam kawę i myślę, co dziś................... ;)

♥️♥️

10 października 2018

Nie ma miejsca na zło i fałsz

...w moim życiu.

Czasami zastanawiam się, ile jeszcze zniosę.
Nie, nie wydarzyło się w moim życiu nic nadzwyczajnego, czy nadzwyczajnie złego. Na moje odczucia składa się wiele aspektów życia osobistego i życia w ogóle.
Bo życie czasami bywa drogą przez mękę. Potrafi opierać się na nieustannym pokonywaniu trudności, codziennie, nieustannie, do skutku. Na konieczności milczenia, kiedy masz ochotę krzyczeć. Na potrzebie pozostania w miejscu, podczas gdy masz ochotę uciec i biec przed siebie daleko, jak najdalej.. Zaciskanie zębów, nie zwracanie uwagi, tłumaczenie sobie pobudek czyichś zachowań. Ale moją receptą od zawsze było przede wszystkim szukanie pozytywów. We wszystkim.
Gdy ktoś mnie krzywdzi słowem, tłumaczę sobie, że miał zły dzień, albo sam jest niedowartościowany. Gdy o mnie plotkuje w co najmniej dziwny sposób, wiem, że zapewne przeszkadza jemu to, że wciąż idę do przodu i coś czasem mi się udaje. Kiedy próbuje mnie wykorzystać bądź oszukać, dyplomatycznie usuwam się w cień. Wyrosłam już z etapu posiadania dużej ilości przyjaciół. Teraz potrzebuję 1,2. To mi wystarcza i zaspokaja potrzeby, których nie zaspokajała wcześniej cała rzesza ludzi. Nie potrzebuję też aprobaty dla swoich poczynań. Nie muszę dostawać lajków-srajków za to, co robię. Nie mierzę sukcesów ilością falołersów. Do niczego mi to. Ważne jest dla mnie, że jesteście ze mną. Nawet, gdy milczycie. Dla mnie darem jest, że jesteście ze mną, po prostu, i za to codziennie dziękuję losowi.
Owszem, mam za sobą czas, gdy bardzo liczyła się dla mnie opinia innych ludzi, ich aprobata, a w kwestii mediów społecznościowych, w tym i bloga, ruch. Jakikolwiek. Ale przeszło mi to. Nie obchodzi mnie już, że ktoś uznał, że pisanie o sprawach osobistych jest niestosowne i że jako pedagog tym bardziej nie powinnam się wychylać. W nosie mam co się dzieje, skoro ślad, który pozostawiam po sobie w internetach, nie jest moim śladem, a śladem goglepozycji, reklamodawców i postępowania według tego, co ktoś uznał za stosowne. To nie ja, a ja chcę być sobą. Tutaj.
   Zauważyliście, że zmniejszyła się ilość wpisów w ostatnich latach. I choć dostaję od Was maile, które nie raz wycisną ze mnie łezkę wzruszenia, bo czytam na przykład, że czekacie z zapartym tchem na kolejny wpis... ciężko było mi się zabrać do "pióra". Jakoś tak.. te zmiany w moich wnętrzach...to dostosowanie się do trendów, bieg z prądem (bo iść to już za mało..), który to bieg doprowadził mnie do poczucia wejścia w obcą skórę i życia według zasad i estetyki nie będących moimi, i... jakoś tak formuła bloga, taka obdarta z osobistych przemyśleń, doświadczeń... nie leżało mi to. Do powiedzenia mam tyle... ale nie pisałam, bo współczesna blogosfera miała być/jest raczej pozbawiona pierwiastka osobistego, neutralna i nastawiona na - w jakiejkolwiek postaci - sukces.
Nie chcę tak. Chcę być prawdziwa. Chcę bloga takiego, jakim był dawniej. Nie chcę być dłużej modna. Bo przecież ja sama się nie zmieniłam. Dalej jestem babką, która kocha ciepło domowego ogniska. Nadal kocham starą porcelanę i baśniowe wnętrza.

   Jakiś czas temu powzięłam sobie postanowienie, że - niezależnie, czy goglopozycjom się to spodoba czy nie - wracam do dawnego sposobu prowadzenia bloga. Z częstymi wpisami, również o życiu, codzienności. Bez pustych obietnic. Bo nie raz obiecywałam wpis i..cisza... Dlaczego..? Bo miałam o czym pisać, tylko brakowało zdjęć. Ot co. Głupota. Ale przecież do licha mnie się nie tylko ogląda...Przecież pokochaliście to miejsce, jak sami piszecie, za szczerość, za autentyczność, ciepło i SŁOWO.

Wybaczcie mi proszę błędy, złe decyzje. Wybaczcie nieobecność. Ale..
WRACAM.

♥️♥️

4 października 2018

Do poprawki

   "Właśnie za to cię uwielbiam, za to, że jesteś tak cudownie samokrytyczna" - usłyszałam lata temu od kolegi z klasy.
Wystartowałam w wyborach, ale to już wiecie. Za mną moja pierwsza konwencja wyborcza. Duże wydarzenie, z mediami w tle i brylowaniem w roli głównej ;)
Nie mam problemu z publicznymi występami. Nigdy nie krępowały mnie przemówienia. Z lekkością przychodziło mi prowadzenie szkoleń etc.
Czy jestem zadowolona ze swojego wystąpienia podczas konwencji?
;))
Oglądając zdjęcia, które media w trybie natychmiastowym zaprezentowały na swoich portalach, widzę przede wszystkim to, co jest do poprawki. W głowie tworzę listę: koszula z podwiniętymi mankietami - nie. Spódnica, pod którą odciskają się guziki od koszuli - do wymiany. Buty skórzane - tragedia. W takim świetle Tylko lakierowane. Moje skórzane wyglądają jak brudne. I te pozy...Losie.. Nikt mnie nie uczył jak się zachować w takiej sytuacji. Chociaż należę do osób obytych i raczej łatwo się przystosowuję do określonych sytuacji, zdarza się, że bez zastanowienia, spontanicznie zrobię coś..... jak na przykład prawie-się-przytulenie do kandydata na prezydenta, którego znam osobiście i bardzo cenię oraz podziwiam. No nie powinnam :D Ale to już wiem. Nauczyłam się na własnym błędzie. Odhaczyłam, przemyślałam.
Później przyszedł czas na rozmyślanie nad tym, co wypadło dobrze ;)
Też tak macie??
Ja zawsze najpierw szukam wad, błędów. Zawsze zastanawiam się, co mogłam zrobić lepiej, czego robić nie powinnam. Nie wiem, czy dobrze jest tak nieustannie studiować siebie..ale wydaje mi się, że lepiej tak, niż nadmiernie wierzyć w swoją nieomylność ;)
Tak właśnie mam. Nie żebym nie lubiła siebie. Lubię. Ale czasem mam wrażenie, że każdy dzień mojego życia do nauka. Życia, zachowania, postrzegania, reagowania.

   Mimo wszystko cieszę się, że próbuję nowego. Cenię sobie każde doświadczenie w życiu, nawet jeśli wiąże się z porażką.

O, skoro już o porażce..
Za nami ciężkie tygodnie. Inwestujemy w monitoring w leśnym, bo nas okradziono. Straciłam meble ogrodowe z Belldeco. Przykre, tym bardziej, że większość takich dekoracyjnych elementów kupiłam za ciężko zarobione pieniądze z realizacji zleceń. Cóż..trzeba było się więc zabezpieczać.

W ogrodzie wprowadziliśmy ogromne zmiany. Nie mam jeszcze zdjęć, bo prace skończyliśmy o zmierzchu. Przesadziliśmy trzy krzewy borówki, rododendron, posadziłam tuje, zrobiłam miejsce na świerk. A wszystkie kwiaty kolorowe posadziłam wzdłuż jednego boku ogrodzenia, od najwyższych do najniższych, tak by w przyszłym roku stworzyły piękną, kolorową, wiejską kompozycję. Wygospodarowaliśmy też miejsce na przyszły warzywniczek. Będzie do niego prowadzić wsiowa furtka, zbita z desek.

Wiecie, któregoś dnia pojechaliśmy na wieś i siedzieliśmy chwilkę pod stodołą. Świeciło słońce, oświetlając pięknie starą ramę drewnianego okna. Na dachu odbijały się drgające fale wody, stojącej na dnie basenu. Jakież to było widowisko... Takie momenty sprawiają, że czuję w głębi serca, że to jedno z moich miejsc na ziemi. Uwielbiam. I nawet gdy mnie okradną.... Nawet gdy mam wygniecioną spódnicę i gdy nie taką pozę...... to Nic się już nie liczy. Tylko ta chwila pod lasem...

♥️♥️

1 października 2018

Rozstrzygnięcie Konkursu



Tapetka leci do......Asi prowadzącej blog: jasminowo-domowo.blogspot.com :))))
Asiu..GRATULUJĘ!!
Więcej w filmiku.
♥️♥️

18 września 2018

Furtka do ogrodu - jak zbudować ;)

   Tak jak obiecałam, spieszę z wpisem poświęconym powstaniu naszej furtki do ogrodu.
Od dawna marzyłam o takiej, która by przypominała wejście do tajemniczego ogrodu, niczym ta z powieści z dzieciństwa. Zachwyca mnie wszystko, co baśniowe, nadszarpnięte zębem czasu, a jednocześnie nieprzesłodzone, nieco rustykalne, naturalne. W takiej konwencji powstawać będzie zapewne cały ogród. Ale..wracając do meritum:
Furtkę od podstaw zbudowaliśmy sami. Wejście do ogrodu przed przeróbką wyglądało tak:






 Zaczęliśmy od zrobienia wylewki pod dwa słupy, oraz wylewki w formie pasa pomiędzy słupami. Po dwóch dniach, kiedy beton stwardniał, zaczęliśmy murować ceglane słupy. Powstały ze starej rozbiórkowej cegły, którą kupiliśmy w zeszłym roku.
Cegłę murowaliśmy naokoło, środek słupa wypełniając zaprawą. Pomiędzy słupami, po ich zbudowaniu, wyłożyliśmy dwa rzędy cegieł, tworząc próg.
Kiedy powstały słupy, zabraliśmy się za wykonanie bramki.
Użyliśmy do tego zakupionych w markecie desek podłogowych...





 Kupiliśmy je na sztuki, więc nic się nie zmarnowało. (Ze ścinek powstała kapliczka z Maryjką ;) ).
(Zamieszczam zdjęcie na prośbę Doranma)






Kiedy już ustaliliśmy dokładny wymiar drzwi (z delikatnym luzem z obydwu stron, ale naprawdę niewielkim, ok.centymetra), rozłożyliśmy deski na płasko na stole i docięliśmy je na wysokość drzwi.




Kolejnym krokiem było obliczenie dokładnej szerokości drzwi i docięcie w takim właśnie wymiarze dwóch desek poprzecznych. Deski te ułożyliśmy na drzwiach, tak, by dobrze wyglądały, a jednocześnie spinały deski w całość. Jedną umieściliśmy ok. 50cm od dołu drzwi, a tę górną nieco więcej od szczytu, bo przewidywaliśmy wycięcie góry drzwi w łuk.




Deski pionowe zaczęliśmy kolejno nabijać na te poprzeczne, zbijając je na zakładkę (cecha desek podłogowych) i wpuszczając w szczeliny dodatkowo klej do drewna.
Najpierw ułożyliśmy deskę na tych poprzecznych, później nałożyliśmy klej, dobiliśmy deskę do poprzedniej młotkiem gumowym, a na końcu przykręcaliśmy do desek poprzecznych.







Deski tutaj montowaliśmy na wkręty.
Po przybiciu (przykręceniu) wszystkich desek pionowych, wymierzyliśmy odległość pomiędzy deskami poprzecznymi i docięliśmy na wymiar dechę ukośną, którą przykręciliśmy śrubami do desek.




   Po zmontowaniu całości, przyszła kolej na docięcie łuku u góry drzwi.
Do tego celu użyłam szablonu, który narysowałam sobie na dużym arkuszu szarego papieru. Narysowałam pół łuku na złożonym arkuszu, dzięki czemu uzyskałam dwie jednakowe, symetryczne połówki.
Szablon odrysowałam na drewnie i wycięliśmy łuk. Następnie zajęłam się bejcowaniem całości. Wybrałam do tego środek przeznaczony do zabezpieczania drewna na zewnątrz oczywiście, i to taki, który uwydatnia słoje drzewa (takie informacje znajdziecie na puszce preparatu).











Jak widać, nie szlifowałam brzegów łuku. Chciałam, by furtka wyglądała na taką hand-made'ową, naturalną.

Ostatnim etapem było zamontowanie żeliwnych okuć do drzwi. Jako że jestem stałą klientką Rustykalnych Uchwytów (www.rustykalneuchwyty.pl), tam właśnie zamówiłam wszelkie elementy. Lubię tego producenta, bo zawsze służy mi radą i realizuje zamówienia na czas. No i - naturalnie - za jakość i wygląd elementów. Potrzebowałam między innymi kilku informacji dotyczących sposobu montażu klamki/uchwytu w furtce, w której drzwi osadzone są dokładnie pośrodku słupów. Musiałam się też upewnić, na czym mogę zawiesić stosunkowo ciężkie drzwi.


Zawias drzwiowy masywny czarny


Zawiasy są dość masywne. Kupiliśmy je w zeszłym roku, więc mogę napisać, że Wreszcie się doczekały montażu ;)
W tym roku domówiliśmy jeszcze kilka niezbędnych drobiazgów. Podpiszę je dla Was, bo wiem, że czasem korzystacie z moich rad i polecanych przeze mnie przydaśków ;)

Klamka drzwiowa (uchwyt z przyciskiem), która służy do otwierania furtki od zewnątrz i od wewnątrz (wewnątrz znajduje się haczyk, który wystarczy podnieść do góry)..


Skobel lekki z uchwytem








Wygląda świetnie i sprawdza się doskonale jako element do zamykania furtki bez konieczności zakładania kłódki. Pod klamką widać skobel KLIK do zamykania drzwi na kłódkę.

Kolejnym elementem jest haczyk do zamknięcia drzwi od wewnątrz..


Haczyk drzwiowy-okienny


Dużo tego, ale wszystko służy wygodzie i bezpieczeństwu, a i - wydaje mi się - udało mi się to jakoś tak dopasować, że ilość elementów nie razi w oczy.

Po zamontowaniu drzwi wraz ze wszystkimi elementami żeliwnymi i metalowymi, pozostało wykończyć słupy betonowymi daszkami i sztukaterią (www.stor.eu - również polecam polskiego producenta).

Tak prezentuje się gotowa furtka:






Jesteśmy bardzo zadowoleni z efektu prac.
Pozostała część ogrodzenia na razie czeka na swój czas (będą to metalowe przęsła z małymi słupkami z cegły). Teraz mamy ważniejsze wydatki, między innymi wykończenie stodoły i montaż monitoringu.

Co do stodoły..
Oto maleńka zajawka:




 Wszystko jeszcze robocze, bo słupy wymagają wykończenia u dołu, a i ściankę jedną zabudowujemy dopiero (no..nie do końca w zasadzie, bo okno na tejże ścianie zajmie znaczną jej część ;) ). Cieszy jednak fakt, że jest się gdzie skryć przed deszczem i mamy wreszcie możliwość zrelaksować się w ciszy, bez towarzyszących zapachów myszy, stęchlizny etcetera...
Dziwnie to wszystko jeszcze wygląda, ale.. dowyglądamy się z czasem. Nic na wariata.
W każdym razie dumna jestem, że sami to wszystko zrobiliśmy... bez użerania się z niesłownymi fachowcami-bombowcami, bez wydawania wielkich sum.. To bardzo cieszy ;)

 Mam nadzieję, że post furtkowy okaże się pomocny. Post, w którym pisałam o tym, jak kłaść płytki z cegły, stał się najczęściej wyszukiwanym, więc.. może i tym razem skorzystacie ;)

Życzę Wam dobrej nocy.

♥️♥️

10 września 2018

KONKURS Tapetuj.pl i Rustykalnego

   Wiecie co..? Brakuje mi czasu..!! Ostatnie tygodnie to dla mnie istne szaleństwo. Wróciłam do pracy jako pedagog specjalny, "zaliczyłam" Targi w Krakowie, wystartowałam w wyborach do Rady Miasta... Pomimo biegu, udało mi się nawiązać kilka wspaniałych znajomości. W szczególności w Krakowie. Ale o tym później.
   Dziś spieszę do Was z KONKURSEM. Okazja do tego przednia, bo....uwaga....
RUSTYKALNY ŚWIĘTUJE 9-LECIE ISTNIENIA :)))))))
Wyobrażacie sobie..???? A gdy pomyślę, że wiele z Was jest ze mną od początku..aż mnie ciarki przechodzą. Dziękuję Wam za to. Za cierpliwość w oczekiwaniu na kolejny post i za to, że potraficie się ze mną cieszyć z każdej małej radostki ;) :*

Dobrze, zatem do rzeczy.
Ogłaszam Konkurs, w którym do wygrania są dwie rolki pięknej tapety producenta Graham&Brown, których sponsorem jest sklep internetowy Tapetuj.plNagroda naprawdę cudowna. Jako że nie mam w zwyczaju kupować kota w worku, również nagrody, które oferuję w swoich konkursach, są przeze mnie sprawdzone - muszę zobaczyć na żywo, dotknąć. Zaręczam, że tapeta prezentuje się wspaniale!!
Żeby wziąć udział w Konkursie, wystarczy zamieścić komentarz pod tym postem - ot, wyrazić chęć wzięcia udziału w Konkursie i przygarnięcia nagrody :)) Zgłaszajcie się do końca września. Ważne: w komentarzu podajcie imię/nick plus pierwszą literę nazwiska, tak bym mogła Was rozróżnić. Zgłaszać się można również pod postem na Facebook'u.
Pierwszego dnia października dokonamy losowania jednej osoby, do której pojedzie tapeta. 
Zwycięzca proszony jest o kontakt mailowy - na zgłoszenie czekamy dwa tygodnie, czyli do 15 października 2018r. W przypadku braku kontaktu, nagroda przechodzi na konto Organizatora Konkursu.

Będzie mi miło, jeśli udostępnicie na swoich mediach społecznościowych poniższy banerek :)



Zaczynajmy!!




 A oto nagroda:
(Zdjęcie tapety 14011 pochodzi z serwisu tapetuj.pl)




Zapraszam Was do zabawy, bo jest o co powalczyć ;)
Ja sama właśnie kończę tapetowanie. Tym razem postawiłam na zieleń. Zatęskniłam za klimatem saloniku Panny Marple - przytulnego, nieco mrocznego, tonącego w masywnych tkaninach i kwiatowych deseniach. Czeka mnie jeszcze szycie tekstyliów (muszę zamówić tkaninę), które dodadzą charakteru naszym wnętrzom. Poluję na kwiecistą tkaninę tapicerską.
W pokoju zrobiło się ciemniej, ale nic to biorąc pod uwagę klimat, jaki zyskało wnętrze. Wreszcie pasują tu moje kwiaty z ogrodu, wreszcie pasują richerieu'owe serwety. Tego mi było brak, a i druga połowa moja tęskniła za takim właśnie klimatem.


(inne wzory tapet- tapetuj.pl)


   Rety..późno już.. Idę po szklankę mleka. Wam zaś życzę spokojnej nocy.

♥️♥️

28 sierpnia 2018

O kryzysie i małym resecie

   Ranyyyy.... Postawiliśmy chyba największą wiatę grillową świata..

Mieszkając od niemal dziesięciu lat w tak niewielkim lokalu, w którym mieszkać trzeba umieć (często przestawiamy meble, bo zachodzi taka potrzeba, a jeszcze częściej przeciskamy się przez szczeliny wszelakie, gdy np.wpadną goście), zamarzyliśmy o przestrzeni. Przynajmniej w ogrodzie.
Poprzednia altana nie była niby mała, była standardowych rozmiarów, ale po rozłożeniu stołu pod jej dachem, ustawieniu krzeseł i...usiądzeniu..?? :P - bywało ciasno. Żeby ktoś mógł wyjść z altany, inny ktoś musiał się wsunąć z krzesłem pod stół. I to mnie irytowało.
Kiedy projektowaliśmy wiatę drewnianą, postanowiliśmy, że zrobimy taką, by nie musieć się w niej przeciskać. Ma tu być miejsce na swobodny relaks, na pichcenie, na leżakowanie etc. Zaprojektowaliśmy więc wiatę większą od poprzedniej i wyższą trochę, by czuć przestrzeń.
Kiedy przyszły belki i kiedy je malowałam, miałam wrażenie, że mało ich jakoś..i że w sumie chyba niewielkie są.. Za to gdy zmontowaliśmy wiatę, okazało się, że powstał kolos. Pierwsze słowo, które wypowiedziano po oględzinach wiaty z daleka: "stodoła" ;)))) I tak już zostało. A stodoła jak się patrzy...
No właśnie, napisałam, że miałam wrażenie, że jest mało belek. Kiedy zaś przyszło mi malować łaty, przyszło załamanie - było ich całe mnóstwo. Bejcowałam każdą 5-metrową deskę z trzech stron, a robiłam to przez 3 dni. Całe dni, od 9:00 rano do 21:00 wieczorem. Po dwóch dniach miałam dość, tym bardziej, że pogoda dopisała za bardzo i było naprawdę słonecznie i ciepło. W domu, wieczorem, przyszedł kryzys - rozpłakałam się. Dłonie miałam w pęcherzach, nogi poobdzierane od noszenia belek, a na prawej ręce ogromną wysypkę od żywicy (nawet nie wiedziałam, że jestem aż tak uczulona..). Ponadto bolały mnie plecy, bo malowałam schylona. Wiem, że to brzmi, jakbym się nadmiernie uskarżała..a są ludzie, którzy pracują dużo ciężej, ale zebrało mi się poza tą pracą wiele dodatkowych stresów, jakimi było jeżdżenie na KP w sprawie przywłaszczenia telefonu Radka, załatwianie formalności w skarbówce (rozliczałam remont), wykonywanie drobnych zleceń dla znajomych czy wymiana sprzętów w mieszkaniu. Dodatkowo wnerwił mnie fakt, że któregoś tam dnia planowaliśmy ukończyć przybijanie łat, by uszczelnić dach, a na końcu, przy szczycie, okazało się, że - uwaga - ZABRAKŁO NAM JEDNEJ DESKI. No fatum jakieś. Naprawdę miałam dość.
Zrobiliśmy sobie krótką przerwę od prac i pojechaliśmy na działkę odpocząć. Postanowiliśmy, że nie tkniemy roboty za nic w świecie. Rozłożyliśmy leżaki pod stodołą, przetarłam stół, postawiłam gorącą zupkę. Zjedliśmy. Rozłożyliśmy się następnie na leżakach, gdy nagle lunął deszcz. Jak z cebra. Julka wyciągnęła się wygodnie na siedzisku mówiąc: "Jak fajnieee...", gdy w trymiga spłynęła jej po czole stróżka deszczu, która - naturalnie - przedostała się przez szczelinę z braku TEJ JEDNEJ łaty ;)))) Potem okazało się, że stróżek jest więcej, bo tu szczelina, tam wypadnięty sęk.. Zebraliśmy się więc ze sprzętem i zapakowaliśmy do samochodu. Odpoczęliśmy w domu ;)
Po jakimś czasie okazało się, że ową bejcą od malowania belek i łat się po prostu strułam. Miałam zawroty głowy i ból brzucha. Ale.. już po bólu.

   W sobotę mieliśmy w bliskiej rodzinie Radka wesele. Żenił się nasz ulubiony siostrzeniec Radka (właściwie to jedyny siostrzeniec, ale bardzo go lubimy, podobnie jak jego - już żonę - Anię). Tydzień przed weselem mieliśmy odpocząć, ale..gdzie tam... Wiata szła jak burza, a ja jeszcze przyjęłam szybkie zlecenie od znajomego - odnawiałam rzeźbę Matki Boskiej z Dzieciątkiem. Błyskawicznie, bo to na dożynki było, również na sobotę 25-go. Odpocząć zatem miałam w piątek, ale.. musiałam zrobić wieniec na nasze dożynki ;) To jednak nie praca, lecz relaks - wieniec po raz pierwszy robiłam w stodole, w cieniu, w czystym i naszym miejscu, pośród wszechobecnej ciszy, bo sąsiadów nie było... tylko śpiew ptaków i podmuch kołyszących się sosen.. Odpoczęłam.
W sobotę rano zatroszczyłam się o swoją zewnętrzność, by wyglądać dobrze i wypoczęcie ;))) Och, jak dobrze było się tak wystroić...!!!!!! Od jakiegoś czasu nie mam na to czasu, a na wsi chodzę z czarnymi paznokciami (inaczej nie da rady) i zdartymi kolanami, w wychechłanych ciuchach. A tu... makijaż piękny, włoski wreszcie odżywione, biżuteria delikatna i długa, błękitna suknia. Wreszcie poczułam się jak kobieta, a nie Bob Budowniczy Damy Radę ;))))))

 Wesele się bardzo udało. Odbyło się w hotelu z pięknym widokiem na niewielkie góry, pogoda dopisała. A nas rozpierała duma. No..może bardziej mnie. Że pomimo faktu, iż na co dzień nie ma czasu, by się spotykać i spędzać ze sobą wiele czasu, mam fajną rodzinę. Tę Radkową naturalnie. Adoptowałam się do nich już na amen. Jego kuzynki są już moje, a ja ich. Rodzeństwo też jakby moje... Może to dlatego, że sama taką trochę sierotką jestem..bo, można rzec, mam jedynie mamę. Dobrze mi z tym.
Nie obyło się bez sytuacji, które wywołały uśmiech i..które będziemy pamiętać ;) Sama po przyjeździe do hotelu ratowałam butonierkę młodego, bo uległa zniszczeniu...bo mama jego w takim stresie była, że sama już nie umiała temu zaradzić biedna.. A babcia młodego - która oczywiście mnie zna od lat i mówi mi po imieniu - spotkała mnie na korytarzu hotelu i prosiła o pomoc w zapięciu suwaka, mówiąc mi przy tym na "pani". "Może mi pani to jeszcze dopiąć?", "Proszę mi obciąć tę nitkę", "Może mi pani powiedzieć, czy jest dobrze?" W końcu spojrzałam na nią, taką biedną roztrzęsioną i mówię: "Pani Ulu, to ja, nie poznaje mnie pani??" - "O rety, Kasia! Nie poznałam cię" ;)))))) No tak, sponsorem odcinka był babciny stres i mój jakże udany makijaż ;))))
   Było cudnie.

   Teraz, po powrocie, z powrotem - z dużym zapałem - ruszyliśmy do pracy. Radek wczoraj ukończył dach (kładzenie gontów). Pozostało jeszcze zamontować wsporniki.
Udało nam się też skończyć furtkę. Pokażę ją jeszcze w tym tygodniu. Pomyślałam, że stworzę wpis z instrukcją, jak ją wykonać - krok po kroku ;)

   Tymczasem piję kawę i zabieram się do pracy - przygotowuję się do Targów Expo w Krakowie, które już w ten weekend :D


A, zdradzę Wam jeszcze, że już oficjalnie rozpoczęłam współpracę z firmą Meble Marzenie, producentem mebli tapicerowanych. To dla nich wkrótce zaprojektuję swoje pierwsze meble :)))))

Do zobaczenia w kolejnym wpisie!!

♥️♥️
 

17 sierpnia 2018

Expo Kraków - zapraszam

   Myślałam, że wcześniej podzielę się z Wami relacją z budowy wiaty, ale prace się przedłużyły ze względu na fakt, że Radek się dość poważnie rozchorował. Sytuacja już opanowana, budowniczy wyleczony, a to najważniejsze. Teraz pracujemy jak mróweczki, by nadrobić zaległości.

Dziś dzielę się z Wami bardzo sympatyczną informacją. Otóż zostałam zaproszona do udziału w Targach Expo w Krakowie, w charakterze gościa. Strasznie to miłe!!!!!! :))))
Gościom Targów będę doradzać w kwestii aranżacji i dekoracji wnętrz. Będziecie mogli ze mną zwyczajnie pobajdurzyć, a ja - podczas jednego z wykładów - opowiem Wam o tym, jak wyglądała moja (baaardzo wyboista) droga do spełnienia marzenia - kupna wymarzonego domku ;)
 Dopieszczam jeszcze szczegóły dotyczące swojego udziału w Targach, więc jak tylko będę znać więcej szczegółów, poinformuję na łamach bloga.
Zdradzę tylko, że będę miała wejściówki dla chętnych czytelników ;)







   Podczas Targów wystąpią też inne fajne i zdolne blogerki (informacja na poniższym plakacie), a także Darek znany z programu w HGTV, "Darek solo". 


   Strasznie się cieszę na myśl o udziale w Targach, ale też o wizycie w Krakowie, no i w naszej kochanej Ściborówce :) Z Danusią nie widziałyśmy się szmat czasu, jestem ciekawa zmian, jakie zaszły w jej klimaciarskim siedlisku.

   Zapraszam Was do zaglądania na bloga - już niedługo Konkurs ;) Muszę Was troszkę porozpieszczać za ten czas oczekiwania na kolejny post :) Mamy teraz sporo pracy w leśnym, bo pogoda sprzyja. Budujemy wiatę i wykańczamy słupy przy furtce. Szczęśliwa jestem, bo kilka dni temu udało nam się na wyprzedaży kupić kilka przęseł ogrodzenia za 30zł/sztuka, a wcześniej kosztowały prawie 100zł... Jesienią, jak zdrowie pozwoli, zrobimy kawałek ogrodzenia, po wschodniej części ogrodu.
Jeśli ciekawią Was nasze poczynania, zapraszam do śledzenia Rustykalnego na Instagramie - czasem wrzucę coś na bieżąco, na szybkiego. 

   W mieszkaniu planuję wprowadzić kolor na ścianach. Ciepełkaaaaaa......!!!!!!

♥️♥️


31 lipca 2018

Malowany szyld i wspomnienia wiejskich smaków...

   Ostatnie dni nas nie rozpieszczały. Radkowi skradziono telefon i dokumenty. Biegamy od punktu do punktu zastrzegając co da się zastrzec, żeby żaden artysta na nas kredytów nie nabrał, ani nie ogolił - i tak już prawie pustego - konta. Szukaliśmy telefonu i dokumentów w sobotę, jeszcze grubo po północy. Nawet w śmietnikach.. (rany..jakie rzeczy ludzie wyrzucają...!! )
Zdenerwowanie wzięło górę i niedziela rozpoczęła się nieciekawie. Załatwialiśmy sprawy, nawet nie myśląc o planach, jakie mieliśmy. Obiad zamrożony... bo jak tu myśleć o pichceniu, kiedy na głowie tyle... Tym bardziej ucieszył mnie telefon cioci, która zaprosiła nas do siebie na wieś, na obiad.
I gdy znaleźliśmy się w tak pięknej, wiejskiej scenerii, prawdziwie wiejskiej - bez wypacykowanego trawniczka, za to z wiekowymi drzewami owocowymi i warzywnikiem, w którym kapusty i krzewy pomidorów przeplatały się z wiejskim kwieciem (żółte i pomarańczowe "śmierdziuchy" - tak je nazywa pani babcia), cała złość uleciała. Z błogą ciszą, podmuchem wiatru, zapachem spieczonej słońcem ziemi.
Był taki moment, że domownicy gdzieś się ulotnili, mama z ciocią poszły do warzywnika..a ja siedziałam przy stole słuchając cichych dźwięków skrzypiec. I poczułam się tak........ o rany... Tęsknię za taką magią wsi. Za tym melancholijnym stanem, który towarzyszy Ci gdy spacerujesz letnimi, zarośniętymi ścieżkami. Za łąką.. za nieidealnymi wiejskimi pejzażami. Przypomniał mi się nasz ogród. I przypomniał mi się smak i zapach zupy Pani Rakowskiej.
Pani Rakowska była naszą sąsiadką w Siedlisku. Starowinka już była, kiedy byłam nastolatką. A gdy byłam kilkuletnim dzieciakiem, czasami mnie pilnowała, gdy mama była jeszcze w pracy. I pamiętam, jakby to było wczoraj, dzień, gdy poczęstowała mnie talerzem zupy. To była jakaś jarzynowa, z całymi marchewkami...ale jak one smakowały..boziuniu... jakie prawdziwe, aromatyczne. Nie miały nic wspólnego z tym, co dziś kupuję w markecie. Ba..czasem nawet na targu.
Zupa Pani Rakowskiej smakowała jakoś tak...prawdziwie wiejsko, wyjątkowo. I tak wyjątkowo pachniała... Nie wiem, czy akurat wtedy zachwycił mnie ten smak, ale pamiętam go tak przejrzyście..!! Podała mi ten talerz w kuchni... stały tam na pewno stare, białe meble... i jakiś kredens chyba.....
Za taką wsią tęsknię. Prawdziwą, aromatyczną, cichą, spokojną, trochę zapyziałą, ale szczerą. Dlatego właśnie chcę stworzyć namiastkę tych moich nostalgii dziecińskich tu w Leśnym... Chcę tego doświadczać, przypominać sobie, celebrować.
Zastanawiam się co zrobić, by dodać wiejskiego sznytu mojemu ogrodowi...


♥️

   Dziś malowałam szyld kamienny, który odebraliśmy, wraz z daszkami, od producenta (temu poświęcę osobny post). Chciałam, by rama szyldu odznaczała się na ceglanym słupie, ale środek rozety pomalowałam na kolor starej cegły. Miał wyglądać jak ciut omszały... .


 To surowa rozeta:




A tutaj już prace wykończeniowe...





Tak to sobie wymyśliłam. I nie "No.", lecz "Nr" - po polsku ;) (wybaczcie jakość zdjęcia, ale tak szybko telefonem...żeby się już z Wami podzielić)





   Wiatę już zdemontowaliśmy. Oddaliśmy rodzince - niech im służy. My powoli przygotowujemy miejsce pod wylewkę. Dziwnie tak bez tej wiaty. Pusto. 
Kwiaty musiałam przesadzić, bo znalazłyby się pod zadaszeniem. Cieszę się, że przeżyły rudbekie po pani Mariannie. Lubię je.


Ostatnie zdjęcie zadaszenia...




   Furtka, choć jeszcze nie wykończona, już spełnia swoje zadanie. Wreszcie mogę chodzić swobodnie po chacie, nie obawiając się, że mnie widać ze ścieżki. Wolę tak, intymnie.






   Żegnam się z Wami uśmiechem Janioła... jednego z moich ulubionych.. ;)




Dobrego wieczoru!!
♥️♥️

26 lipca 2018

Małe radości

   Jolu spójrz..mam swoje pierwsze, najswojeńsze makówki..!!
:))))))))))))))))))))





   Pomysłem na tworzenie bukietów z makówek zaraziłam się od Joli, autorki "Jolandii" (http://jo-landia-mazurskakraina.blogspot.com), będąc jej gościem na Mazurach. Zauroczyło mnie to, że Jola potrafi stworzyć bukiet z tego, na co zwykle nie zwracamy uwagi i co, wydawać by się mogło, nie jest warte uwagi.
Tęskni mi się za Mazurami, a nie ma kiedy pojechać.. . W tym roku uda mi się chociaż odwiedzić Danusię ze Ściborówki, bo mam wziąć udział w pewnym wydarzeniu w Krakowie, a stamtąd to rzut beretem.

   Przeokropnie dokuczają mi te upały. W taką pogodę to tylko siedzieć w domu pod lasem. Basen by się przydał już..wyremontowany.. żeby się w nim chłodzić... Póki co na jego dnie zalegają glony i z miliard kijanek. I żaba. Jedna. Przytargała ją Julka. "Mamuś ona tam biedna sama na ścieżce stała, zdechłaby." No i ją kijem pogoniła aż do naszego basenu. O losie...a ja tu się chciałam żab pozbyć... ;)))))))))

A skąd makówki..?? Rok temu wiosną wysiałam mieszankę polnych kwiatów, maleńkie opakowanko, kupione w markecie. I rozsiało się to to w tym roku tak, że mam pole makowe przed domem. Na razie się nie pozbywam, niech jest.
Muszę porozsiewać ostróżki.Mam uciąć suchą gałązkę, obrócić do góry nogami i wytrzepać nasionka. W lutym posiać w donicy, w maju - gdy będą miały liście - popikować (cokolwiek to znaczy - e tam, wygogluję..), a w sierpniu wsadzić do ogródka. To rady Doroty, której pozazdrościłam pięknych, kolorowych ostróżek. Ja mam tylko niebieskie (po babci Mariannie) i biało-czarne, zakupione tego roku w centrum ogrodniczym.

   Lecę się szykować. Dziś będziemy demontować płyty betonowe pod starą wiatą, bo jutro przyjadą po nią ciocia z wujkiem. Oddajemy im wiatę, skorzystają jeszcze z niej. Szkoda wyrzucać.

Dobrego dnia Wam życzę i przetrwania tego ukropu okropnego ;)))
♥️♥️

25 lipca 2018

Furtka - wreszcie..

   Dziwnie jest zaczynać renowację działki i domu od ogrodzenia. Bo z reguły to się najpierw grodzi, później wyrównuje ziemię, stawia dom, a na końcu zakłada ogród. A my wszystko na odwrót. Dom nieruszony, ogród się przeradza w nasz ogród, no i pojawiają się elementy, od których się kompletnie nie zaczyna. I to jeszcze nie w całości. Powstała furtka, ale tylko ona, bo dalsza część ogrodzenia powstanie, gdy uda nam się w dobrej cenie kupić przęsła. Trochę się zgapiliśmy, gdyż w zeszłym roku właśnie pojawiły się elementy ogrodzenia w bardzo okazyjnej cenie.. mogliśmy kupić. Ale nic to już, musztarda po.
Robimy po prostu to, na co nam obecnie starsza środków i czasu, dlatego powstała furtka, a w sierpniu wybudujemy wiatę grillową.

   Furtkę zamontowaliśmy wczoraj po południu. Duma nas rozpiera, bośmy ją sami, w dwójkę, od A do Z postawili. Wymaga jeszcze drobnych wykończeń - zamontowania zasuwy, jakiejś klamki.. ale to z czasem. Słupki będą wykończone daszkami, które zamówiliśmy, a które mają być gotowe z końcem miesiąca. Wraz z daszkami zamówiłam małą tabliczkę, na której będę musiała wymalować numer domu. Wcale się z tego nie cieszę.. wcale ;)))))))))



To furtka z zewnątrz...
Celowo nadałam jej nieco gotycki kształt. Miała wyglądać jak drzwi do tajemniczego ogrodu. Kiedyś się pięknie zestarzeje. Słupy pewnie miejscami pokryje mech, bo od lasu mamy go tu całkiem sporo. A wszystko to bardzo przez nas pożądane...




... tu zaś widok od wewnątrz działki..








   Zachwyceni jesteśmy tym, jak wyszła, choć..sąsiedzi ze zdziwieniem spoglądają na słupy, które wcale nowe nie są i ani to równe, ani modne... ;)))
No jest po naszemu. Kiedyś cały ogród będzie utrzymany w rustykalno-angielskim stylu. I cały taki niemodny, taki jakby miał ze sto lat..ale za to z klimatem jak z baśni..

 

   Zastanawiam się już nad tym jak "zrobić" wiatę. Nie wiem, czy nie pomalować ją bejcą przed złożeniem. W tartaku radzono nam, byśmy zrobili to dopiero po dwóch latach, bo drzewo będzie dostatecznie zabezpieczone i wyheblowane.. ale.. jakoś nie widzi mi się korzystanie przez dwa lata z jasnej wiaty, zupełnie nie w naszym stylu. Cóż...trawimy. ;)
Czekamy na dostawę drzewa. Zamówiliśmy już kotwy pod słupy. Pozostało jeszcze zamówić złączki i śruby. Z milion ich trzeba chyba.....
Wiatę oczywiście postawimy sami, z pomocą - nieocenioną zresztą - szwagra. Rany.. nie mogę się doczekać. Kiedy już stanie, zrobimy porządną podłogę (na razie nie wylewkę - tę później - ale kamyczki, bo pod wiatą przechodzić będą w przyszłości rury od szamba..czy coś... ). Wreszcie będę mogła pomyśleć o jakimś porządnym stole i biesiadować ładnie..tak z obrusem i dzbanem kwiatów na blacie. Póki co wszystko się dynda, bo ziemia nierówna, a stoły takie poniszczone, że strach obrus zarzucić, co by się nie porozdzierał.
To będzie pierwszy Nasz zakątek w ogrodzie. A z wiatą będzie o tyle ciekawie, że po jednej z jej stron, tuż za słupami, znajdować się będzie zejście do basenu. Będzie więc można siedzieć sobie na jakimś siedzisku.. może z palet.. i moczyć nóżki w basenie, nie wychodząc praktycznie spod wiaty..


   Obiecałam w poprzednim, że podzielę się resztą mebla, którego koronę już po części odsłoniłam.
To nasz nowy nabytek. Nowy-nienowy w sumie..bo to antyk przecież. Przyjechał aż z Bydgoszczy. Pan domu zachwycony, bo pojemna taka, jakby jakaś magiczna była. Trochę oponował zanim kupiliśmy, bo "może przytłoczy, może się nie pomieścimy w niej"...ale gdy już stanęła, zaczął się uśmiechać od ucha do ucha i teraz już tylko "ochy" i "achy" w jej stronę rzuca. "Jest super. Wiesz, że ja zawsze sceptycznie podchodzę i nie mam wizji, że marudzę, ale jak już coś wstawisz, to zawsze jestem zachwycony. Kocham nasz dom...".
:)))))




♥️♥️

22 lipca 2018

Konsolka po renowacji i nowe stare..

   Dziś króciutko, bardziej zdjęciowo. Będziemy dziś montować furtkę. Słupy już stoją - idealnie nieidealne. Cudne :)))







Dzielę się z Wami metamorfozą konsoli. Po pomalowaniu dodałam jej dekor. Zyskała na urodzie, to na pewno, choć nie jestem pewna, czy powinnam zostawić ją białą, czy nadać jej kolor kremu...

Przed:



Po:





Wkomponowała mi się ładnie pomiędzy ścianą okienną a kominkiem. Na razie stoi na niej lampa, której abażur musiałam wyprać i gdzieś wysuszyć. Abażur zupełnie mi tu nie pasuje, ale jak obeschnie, powędruje do pudła i czekać będzie na wybudowanie domku..











 Wpadłam ostatnio w wir szycia. U pana, który sprzedaje starocie, widziałam kanapę z pięknymi poduchami w angielskim stylu. Postanowiłam stworzyć dla siebie choć namiastkę. Nie wyszło źle. To moje pierwsze własnoręcznie uszyte poduchy, więc... ;)









Widać już nasz siedzeniowy nabytek. Fajnie się robi. Brakowało mi, nam, staroci...
Uwierzycie, że za ten dębowy stół dałam 100zł..?? :)))












Poniżej kawałek tego, co w kolejnym poście...




 Ściskam Was mocno!!
♥️♥️

Udostępnij