22 lipca 2019

Milion zdjęć z remontowego armagedonu i test farb Good Home

   Ciągnie się niemiłosiernie. Jak zwykle bywa, podczas remontu odkrywa się różne niespodzianki, a że chce się wszystko zrobić i od A do Z, i porządnie, to się i ciągnie.
Zerwaliśmy podłogi w kuchni, dobijając się do pierwszej warstwy. Oczyściłam co się dało, żeby nie przykrywać płytkami brudów. Miejscami trzeba było zrywać nalot szpachelką. A gumolit do podłoża przyklejony był klejem, więc ostatnią warstwę podłogi zbijaliśmy młotkiem i przycinakiem po centymetrze. A kuchnia ma 15m, więc... ;)

   Panowie już położyli podłogę. Wybrałam płytki gresowe w kolorze cegły. Położyliśmy w karo. Nie było większych komplikacji. Teraz sama wyklejam z tychże płytek (trochę nam zostało) listwy przypodłogowe. 

   Sporym wyzwaniem była spiżarnia. Półki się uginały, więc trzeba było zerwać. Pomieszczenie jest małe, ale wysokie. U góry była pleśń, którą musieliśmy zwalczyć chemicznie..
Oto spiżarnia:









 Skuliśmy wszystkie płytki, tynk i klej, by odsłonić zawilgocone ściany. Z racji, że chcemy, by śpiżarnia zachowała rustykalny charakter, postanowiliśmy, że zrobimy tu tynki ręczne. To było moje zadanie, otynkowałam wszystkie ściany po sufit. Powoli robię się specem w tej dziedzinie.. ;) Najprościej byłoby oczywiście wyrównać ściany regipsem, ale są tak krzywe, że stracilibyśmy w spiżarni sporo miejsca. Będzie zatem ciut krzywo, ale naturalnie, a gdy przyjdą drewniane regały, belki, będzie sielsko. Wyobrażam sobie wiszące na ścianach warkocze z czosnkiem.. Teściowa kilka dni temu dała jeden Julce (Jula gotuje z czosnkiem wspaniałą zupę z imbirem, ach..!!), spiorunowała mnie od razu wzrokiem i powiedziała : "Tylko Jula ma go używać, a nie tam, że powiesisz go na ścianie.. " Kiedy zobaczyła mój maślany, smutny wzrok, dodała: "Zrobię ci drugi, to sobie powiesisz". :D No co ja poradzę, że one są takie piękne w tych warkoczach, że nic, tylko nimi ozdabiać...








Zamówiłam nowe okienko. Powinno być w sierpniu. Tynki już położone, pozostało nam wykleić podłogę i pomalować ściany. Będą bielone, a półki w kolorze drewna.



   W kuchni są już płytki, jak wspomniałam, przenieśliśmy też kuchenkę w inne miejsce, wgłąb kuchni, bo nie podobało mi się, że jest tuż za wejściem. Zmiana wymagała przerobienia instalacji gazowej.

Tu widać podłogę, której szorowanie zajęło mi ładnych kilka dni. Kiedyś stał tu piec kaflowy.





   Teraz murujemy zabudowę lodówki. Głowiłam się, co zrobić z koroną ze starego, secesyjnego pieca, którą kiedyś dostałam od rodziny, a która spoczywała w piwnicy teściowej od kilku lat. Ostatecznie wymyśliłam, że zbudujemy a'la piec z cegieł, w środek wstawimy lodówkę, a na górze osadzimy koronę. O tę:







   Zabudowa się muruje, a ja zaczynam malować ściany i sufity. Testuję przy okazji nowe farby. Na Fluggera niestety mnie nie stać, bo powierzchnię tu mamy że ho ho, postawiłam więc na farby z Casto. Nowa seria Good Home jest obecnie na tapecie. I powiem Wam, a raczej napiszę, że dobrze, iż wzięłam próbki. Farby występują w wersji standardowej i premium. Okazało się, że kryją bardzo podobnie (choć producent pisze, że krycie jest słabsze w wersji podstawowej), ale ogromna różnica jest w konsystencji. Próbka premium jest dość gęsta, zaś ta druga leje się strugą. Gdybym kupiła tę tańszą na sufit, wściekłabym się chyba, bo zaciapałabym całą kuchnię. Chlapie okropnie, maluję więc tą "premium" i jak na razie jest w porządku. Obmalowuję brzegi sufitu małym pędzelkiem, zobaczymy, co będzie, gdy w ruch pójdzie wałek..







Po prawej farba premium. I tak, będę miała w kuchni czarne ściany ;) :D



Wracam do pracy, miłego dnia Wam życzę!! :)

12 lipca 2019

Siena palona

   Nie mogłam się zebrać z pisaniem, tyle się u nas dzieje. Remont kuchni wre, zdarte już wszystkie powierzchnie podłogi, skute ściany. W poniedziałek panowie zaczynają kłaść płytki. Przyszły już lampy do kuchni, z antyków rzecz jasna, a ja zawieszam na nich wzrok ilekroć załamie mnie widok bałaganu i wszędobylskiego kurzu. A jesteśmy na mniej więcej takim etapie prac..






No dobrze, do rzeczy.
Dziś będzie o kolejnych toskańskich przystankach, czyli Pizie i Sienie.

Piza.

Oczywiście nie byłoby frajdy bez zrobienia sobie idiotycznego zdjęcia z krzywą wieżą. (Potwierdzam, krzywa jak piorun). Najbardziej w świecie chciałam zrobić zdjęcie nie wieży, ale tym wszystkim ludziom, gimnastykującym się na jej tle. Wyginali się to w przód, to w tył (zdjęcie pt. "potrafię tak jak wieża"), wyciągali przed siebie ręce (zdjęcie pt. "pcham wieżę, to przeze mnie się gibnęła"), unosili rękę wysoko ( "coś mi się przyczepiło do dłoni"), albo po prostu ją wskazywali, zupełnie jakby ktoś na zdjęciu miałby jej nie zauważyć ;)
I ja zrobiłam sobie idio-fotkę. Odrobinka fotoszopa et voila!! ;)





Nie będę Was zanudzać zdjęciami zabytków, zresztą i ja sama niekoniecznie nimi wszystkimi byłam pochłonięta - bardziej fascynuje mnie to, co jest poza. Co nie jest atrakcją turystyczną. Choć..przyznam, że zakochałam się we włoskich freskach. Nie widziałam dotychczas równie pięknych.
Co do rzeczonego tego, "co jest poza" - kazano nam przejść szybko, bo zapach powala. Szalet, a pod sklepieniem to..


Chyba najatrakcyjniejsza toaleta publiczna jaką widziałam ;)

Poniżej pstryk z Katedry Santa Maria Assunta..




   W wolnym czasie snuliśmy się po uliczkach miasteczka. Trafiliśmy na antykwariat. Obiecałam sobie, że jeśli już przywiozę jakąś pamiątkę, to nie będzie to żaden piasek w butelce, tylko coś, co ozdobi nasz nowy dom. W tym właśnie antykwariacie zakupiłam sobie osobliwą pamiątkę - obraz, grafikę z wizerunkiem... otóż nie, nie Pizy, a Padwy. Piza była, i owszem, ale brzydsza ;)))
Ceny były takie jak w naszych antykwariatach, więc nie przepłaciłam za staruszka, a i zaskoczono mnie bardzo, bo z tyłu obraz podklejony był pięknym papierem, który był lekko uszkodzony. Nie przeszkadzało mi to, bo i tak nie byłoby widać. Sprzedawczyni powiedziała coś do nas po włosku, uśmiechnęła się i podała obraz mężczyźnie, który zabrał go na zaplecze. Kobieta dalej coś do nas mówi, uśmiecha się, ja dziękuję. Szturcham mimochodem Radka i mówię pod nosem: "Ty, oni go teraz wzięli do zapakowania?" "Chyba tak" - odpowiedział. Po chwili wraca pan i pokazuje nam tył obrazu, naprawiony, papier wymieniony na nowy. Tak.... ;)))




Mieliśmy ogromną ochotę na lody. Właścicielka antykwariatu pokierowała nas do lodziarni na rogu. Kawa wyśmienita, obsługa fantastyczna. Radek miał radochę, gdy sprzedawczyni powtarzała po nim "dziekuje". Uznał po którymś razie, że idzie jej to coraz lepiej, więc podniesie poprzeczkę i powie: "dziękuję ślicznie" :)




Tu wnętrze kawiarnio-lodziarni..



Malarstwo ścienne jest tu bardzo powszechne, a jego jakość zachwyca. 







Musiałam. Uchwyciłam po cichutku Włoszkę, która sączyła kawę, czytając gazetę. Urocza. Buzia spalona włoskim słońcem, usłana tysiącem zmarszczek, ale jaka klasa......piękna!! :))))







Siena.

   Ciasna, duszna, nieco klaustrofobiczna. Pomiędzy kamieniczkami dróżki raz wzbijające się ostro w górę, raz opadające łagodnie ku dołowi. Elewacje budynków mają kolor farby, której używam do malowania. "Siena palona". Idealne odzwierciedlenie koloru Sieny. Kiedy przechodzi się wąskimi uliczkami, czuć zapachy, których nie uświadczysz chyba w żadnym innym zakątku świata. Pachnie tu na przemian paloną kawą, kadzidłami, ciężkimi perfumami i wodą o zapachu cytrynowym. To woda z bąbelkami, lejąca się poboczami ulic, po jakimś myciu czegoś-tam, wylewana zapewne przez okno. Tak jak za oknem suszy się pranie. Ono pewnie też tu pachnie..
Siena mnie zachwyciła. Najbardziej ze wszystkich miejsc, które zobaczyłam. Pokochałam to średniowieczne miasteczko. Ma nieopisany klimat. Nie jest gwarne, ale jakieś takie przyjemnie ciężkie, ciepłe, majestatyczne. Uwielbiam. Muszę tu wrócić. Pobyć dłużej, pooddychać tym specyficznym powietrzem. 




Paweł, znajomy z wycieczki, pytał mnie przez ramię: "Co ty tam focisz??" "Jak to co, zakamarki, one są najciekawsze"- z uśmiechem kwituję i idę szukać kolejnych..




Tutaj już widokowo. Któreś ze zdjęć na pewno wyląduje w ramie na ścianie. 












O, oto to to to... !! Prawdziwy kolor Sieny. Ni to pomarańcz, ni czerwień.. Wyjątkowy.







   Robert mi mówił, że miejscowe sklepiki z ceramiką miewają zawyżone ceny pod turystów. No ale.. pomyślałam, że muszę, po prostu muszę z tej mojej zakochanej Sieny przywieźć bodaj drobiazg. W tymże sklepiku zakupiłam maleńki podstawek pod butelkę z oliwą, z korkiem do kompletu. Zdjęcia będą później, teraz wszystko spoczywa szczelnie zapakowane, chronione przed kurzem. Podstawek ręcznie malowany, w do niczego mi niepasującym kolorze czerwonym, ale urzekł mnie tak bardzo, że postanowiłam go zabrać do domu. Także Robercie, kupiłam tylko jedną ceramikę, obiecuję!! No, może.. jedną i jeszcze jedną... ;))
Włoska ceramika mnie zachwyciła. W kolejnym poście pokażę Wam sklepik z ceramiką, o którym wspominałam poprzednio.




Te motywy roślinne, owocowe, kuszą mnie bardzo i już rozważam, czy nie namaluję jakiegoś inspirowanego fresku w kuchni... ;)


   Na razie tyle, cdn...
:*

5 lipca 2019

Toskania - spełnione marzenie

   Jak ona pachnie......... !!!!!

Toskania - podróż, o której marzyłam od lat. Byliśmy tam kilkanaście dni temu. Za nami dni spędzone na zwiedzaniu, doświadczaniu, chłonięciu klimatu, smaków, zapachów.. Wrażenia niezapomniane. Toskania, moja ukochana, wymarzona, teraz już zaznana, choć mało nam i czujemy, że jeśli będziemy mogli, wrócimy.



   Toskania ma tak specyficzny zapach...
Tuż po przyjeździe, napisałam na prędce wiadomość do Roberta, który spędza tam kilka tygodni w roku od lat. Spytałam, co tutaj tak pachnie. On na pewno wie. Czy drzewa jakieś, czy krzewy, a może kwiaty..? Zapach, który się unosi nad uliczkami jest słodki, jakby nieco migdałowy. "To zapach Toskanii, piękny, prawda..??" - odpisał :)
Tak, to piękny i niezapomniany zapach. Choć ulice Montecatini Terme, w którym nocowaliśmy, pachną zupełnie inaczej niż na przykład Siena, ale o niej (zrobiła na mnie takie wrażenie, że przepadłam z kretesem..) będzie osobny post.

   Tuż po przybyciu do hotelu dorwałam się do zielonych okiennic w pokoju. Dotknęłam, rany, wreszcie dotknęłam tych słynnych, zielonych okiennic..!! O, i figa z makiem, wcale nie są takie, jak się je czasami opisuje w Polsce, czy na jakie się stylizuje tutejsze. Nie są przecierane, nie są oliwkowe. Te wszystkie oryginalne wyglądają podobnie, a malowane są grubo, ba, rzekłabym, że zdrowo walnięte są olejną farbą, i to nie w kolorze zgaszonej, jasnej zieleni, ale mają kolor ciemny, głęboki, coś pomiędzy grynszpanem (bardzo ciemny turkus) a zielenią feldgrau.
Otwieramy okiennice, wychodzimy na balkon z metalową balustradą. Na dole, w uliczce, bardzo głośno kłóci się dwóch facetów. Krzyczą coś w nerwach, żywo gestykulują. Żaden nie odpuszcza. Ranyyyy....jestem WE WŁOSZECH..!! :)))
 Nie ma to jak samemu dotknąć, zobaczyć własnymi oczyma, jak to wszystko, co dotychczas znałam z ukochanych filmów, wygląda.
O, a propos filmów. Oczywiście nasza podróż nie mogła być zwyczajna. Miałam okazję poczuć się jak Frances z "Pod słońcem Toskanii" (film puszczono nam podczas podróży, widziałam go więc 1762687 raz), jadąc autokarem z przewodnikiem-gejem, który swoją osobowością baaaardzo ubarwił nasz pobyt we Włoszech ;))) Sączyłam też w autokarze wino z plastikowego kubka. Bezcenne ;)


   Chcę się z Wami podzielić wrażeniami, milionem zdjęć. Może będzie ciut chaotycznie, wybaczcie mi zatem, ale.. nie da się ot tak, po prostu. Po głowie wciąż kołacze mi się tysiąc myśli i wspomnień na minutę, ciągle czuję tamten klimat. Wiedziałam, że kiedy już tam trafię, to się zakocham. I zakochałam. W widokach, zapachach, jedzeniu, rytuale picia wina zawsze, wszędzie i do wszystkiego, w ludziach i ich nonszalancji, ich luzie i pozytywnym usposobieniu. Zakochałam się też w odrapanych domach z ogromnymi bramami wejściowymi, włoskiej ceramice (aaaaaach..!! zobaczycie zdjęcia.. ) i "mamma mia!!", wykrzykiwanym przez zmęczonych upałem Włochów. Starałam się łapać każdą chwilę i mimowolnie wyłączałam się ilekroć przewodniczka opowiadała o zabytkach.
- To właśnie o tej rzeźbie była mowa.
- Co..? Jakiej rzeźbie..??
- Nie słuchałaś, jak przewodniczka mówiła o tych proporcjach?
- No.. no tak..
- Nie słuchałaś, nie wiesz, o czym mówię - Radek kwituje z uśmiechem. - Słuchaj, co opowiada.
- Ja słucham, tylko.... - i już, znów, mnie nie ma. Głos ze słuchawki cichnie, a ja już stoję obok, już jestem obserwatorem prozy życia, tak pięknej.. Jestem tuż obok, patrzę. Wesele. Goście weselni zbierają się pod filarami. Z windy wyjeżdża młody mężczyzna, prowadząc wózek inwalidzki. Na nim siedzi staruszka, ma z 90 lat. Podbiega do niej młoda kobieta, w pośpiechu wyciąga szminkę, maluje usta staruszki. Patrzy na mnie, uśmiecham się, odpowiada tym samym, obie takie rozpromienione...



   Z podróży wróciłam natchniona, pełna energii i jakiejś radości... Potrzebowaliśmy tego, oderwania od remontu, problemów. Po powrocie wszystko, co wcześniej nas przerastało, zbledło jakby i z radością ruszyliśmy do prac nad kuchnią. Oczywiście, muszę tchnąć bodaj pierwiastek ducha toskańskich wnętrz w nasz dom.. ;)


Ok, wrzucam już co nieco..


Na pierwszy rzut widok z okna hotelu La Pia. Przepiękny. I te barwy - łososie, ochra, ugier.. (zdjęcie nie podkręcone w żaden sposób, barwy są prawdziwe, naturalne, a jakże wyraziste..) Dodam, że tuż pod balkonem jest mały plac z fontanną, a na placu stoliki, przy których Włosi wieczorami grali w karty.




Oczywiście w pokoju hotelowym mieliśmy podwójne okno balkonowe, z dwiema parami okiennic - jednymi, drewnianymi od wewnątrz pokoju, i drugimi, zielonymi, ażurowymi. Oddzielały je jeszcze jedne drzwi, z szybą, w której wisiała płócienna firanka. Fajne to jest we Włoszech, a spostrzegłam w kilku prywatnych oknach. Zasłonki na każdą połowę okna z osobna. 



   Poniżej już kadry uchwycone w drodze. Na każdym pagórku i na każdym szczycie dużej góry dom albo ruiny..









   Dawniej myślałam, że winnice znajdują się w poszczególnych miejscowościach. Myliłam się, Toskania jest nimi usłana. Tak, jak gęsto układają się na połaci ziemi pola zbóż w Polsce, tak właśnie malują się we włoskim krajobrazie winnice i plantacje oliwek. Jest ich mnóstwo. Widoki zapierały mi dech..






O, są i "upiorne, toskańskie drzewa, które wiedzą" ;) Strzeliste cyprysy, chudziaki piękne, bardzo charakterystyczne dla tego kawałka świata..






Rzeczone okiennice. Kolor tutaj akurat przekłamany, bo zdjęcie robiłam w popołudniowym słońcu. 









cdn..

23 czerwca 2019

Serce domu, zalanie i głęboki oddech..

   Musiałam sobie to wszystko w głowie poukładać.
Przeprowadzka to niełatwa sprawa. Po dziesięciu latach uczysz się nowego. Przyzwyczajasz do nowych kątów, lokalizacji, uczysz funkcjonowania na dużej przestrzeni. To nie tylko radość z nowego, lepszego, ale i dużo utrapień związanych z chociażby nieustannym szukaniem Wszystkiego Wszędzie. Bo tu już jak coś wsiąknie, to na amen ;)
Potrzebowałam czasu, by się tu zadomowić. Tym bardziej, że początek w nowym mieszkaniu nie jest bajeczny i zaczęliśmy od małej katastrofy.
Kilkanaście dni temu zalało nam mieszkanie. Skala zniszczeń jest bardzo duża i szykuje się mega-hiper-super remont. Ale od początku:
Któregoś pięknego dnia wróciłam z pracy z bardzo pozytywnym nastawieniem. Dlaczego pozytywnym..? Bo to dzień, w którym mam najmniej lekcji. Po pracy poszłam do sklepu, wróciłam do domu i zabrałam się za rozpakowywanie zakupów. Nagle słyszę chlust, jakieś szurnięcie i dźwięk płynącej strugą wody. Patrzę i nie wierzę - po środku wejścia do kuchni leje się woda z sufitu, lecąc wprost na podłogę, a lała się jakby ktoś odkręcił maksymalnie kran. Przerażona pobiegłam po miskę. Kiedy ją podstawiłam, nagle zaczęło się lać jeszcze dwiema strugami po bokach. Pobiegłam po kolejne miski i wiadro. Woda rozpryskiwała się po całej kuchni. Po chwili kolejne strugi, tym razem zdrowo leje się po ścianie. Misek brak.. pobiegłam po jeszcze nierozpakowane pudła z ciuchami, zalegające w garderobie. Podstawiłam dwie sztuki. Zaraz po ich ustawieniu słyszę chlust w łazience. Biegnę, patrzę - woda leje się z szybu wentylacyjnego, niczym wodospad - znów coś podstawiam.. Brakuje mi pudeł, biegnę więc do pokoju Julki i wysypuję na jej łóżko szpargały, podstawiam pudło w łazience. Później już poszło... Woda lała się co chwilę to nowym strumieniem po ścianach - w kuchni, dużym przedpokoju, małym, w pracowni, łazience.. W kuchni spod szafek w zabudowie zaczęła wypływać po podłodze, nie nadążałam jej zbierać. Panika włączyła mi się, gdy zobaczyłam, że zalana jest skrzynka z bezpiecznikami, a woda leje się z każdej puszki elektrycznej i każdego kinkietu... Rozryczałam się jak dziecko. Chyba z tej bezsilności.. Pan domu w pracy i nieosiągalny. Zadzwoniłam do szwagra, sama nie wiem czemu akurat do niego, ale telefon okazał się zbawienny, bo powiedział mi coś w stylu "ogarnij się" (oczywiście delikatnie ;) ) i kazał natentychmiast wyłączyć bezpieczniki. Rany, nawet o tym nie pomyślałam w panice.. Zrobiłam co kazał. I się ogarnęłam, natychmiast. Pobiegłam do sąsiadów do góry. Okazało się, że sąsiada, u którego woda się leje, nie ma w domu. Skontaktować się z nim pomogła sąsiadka, którą przy okazji poznałam, a która okazała się być baaardzo pomocną i otwartą kobietką. Sąsiad zawiadomiony, zadzwoniłam też do zarządcy budynku. Ściągnęli sąsiada z pracy błyskawicznie. Kiedy dojechał na miejsce okazało się, że jego dom pływa, bo pękła rura pod piecem. Chłopak też niedawno remontował mieszkanie... :(
Woda lała się jeszcze przez kilka godzin. Z odsieczą przybyła mama, która pomogła mi zbierać wodę i osuszać podłogi, choć to syzyfowa robota - trzeba było cierpliwie czekać, aż się przestanie lać. A kiedy już myślałam, że najgorsze za mną, usłyszałam łomot. Wybiegłam z kuchni, patrzę - nad wejściem do niej wybrzuszył się kawałek ściany, pękł i zaczęła się wylewać pomarańczowa, ceglana woda. Rety..
No nic, po powrocie pana domu trzeba było zdemontować całą kuchnię. On się opierał (biedny, bał się chyba co zobaczy pod gumolełonem), ale w końcu uznał, że trzeba to sprawdzić. Musieliśmy zajrzeć pod warstwy pcv, by sprawdzić, czy nie ma tam dech (a kupując mieszkanie wiedzieliśmy, że podłogi są drewniane), które zamokły. Istniało ryzyko przegnicia i uszkodzenia całej konstrukcji podłogi.
Zdemontowaliśmy wszystkie meble i wynieśliśmy wszystko z kuchni. Unieśliśmy kawałek nowej podłogi pcv - woda stała na całej połaci podłogi kuchennej..








 Zerwaliśmy więc kawałek starej pcv-ki, by sprawdzić, co jest pod spodem i czy jeszcze coś trzeba osuszać. Pod spodem znaleźliśmy płyty wiórowe, też mokre - woda dostała się między łączenia. Dalej już nie rozgrzebywaliśmy, tylko zwinęliśmy gumoleum, by podłoga schła.
Minęło trochę czasu, a podłoga nadal schnie, więc czekamy cierpliwie, a gdy już będziemy po oględzinach rzeczoznawcy, zaczniemy demontaż podłogi. I.. remoncik..









   Czy się załamaliśmy..? Nie. Nie ma tego złego. Wyklarował mi się obraz kuchni - jak ostatecznie ma wyglądać. Stało się to, bo szafki kuchenne z braku laku ustawiliśmy w przedpokoju, w którym niedawno skuliśmy tynk, odsłaniając starą cegłę. Wyglądało to tak:





   Baaardzo nam się spodobał widok szafek pod ceglaną ścianą. Spojrzeliśmy na siebie z Radkiem i już wiedzieliśmy - będziemy miejscami odsłaniać cegłę w kuchni ;) Dodam też ciut koloru, bo w tej białej nijak się nie odnajduję.
Kuchnia jest dla mnie sercem domu. Musi być w niej przytulnie, musi zachęcać do tego, by w niej przesiadywać, pichcić. A taka cała biało-szara nie zachęcała. Nie mnie w każdym razie. Jeszcze przed całym tym zalaniem wiedziałam, że z końcem lata położę tu płytki w ciepłym kolorze i w kilku miejscach pomaluję ściany na ciemniejszy kolor. Tak więc nie załamujemy się. Owszem, kilka dni temu było ciężko, ale już spasowaliśmy - odpoczęliśmy, nabraliśmy nowej energii, zapału. Myślimy pozytywnie, bo co nam pozostało..? ;) Pomysł jest, teraz tylko trzeba chwili na osuszenie i zabieramy się do pracy.

   Co do bloga, wracam do regularnych wpisów. Mamy już internet, który działa jak należy, więc do zobaczenia ;)

27 maja 2019

Być jej mamą

   Bycie mamą to fajna sprawa. Bycie mamą Julki, to sprawa fantastyczna.

   Kiedy rozpoczynałam przygodę z blogiem, Jula miała zaledwie dwa latka. Pamiętacie jej zdjęcia..?? :) Biegało to to po domu z biszkoptem w ręce, zafascynowane rybką Nemo czy innym Cliffordem.. Od zawsze była dzieckiem, które zna zasady. Tego ją uczyliśmy. NIGDY nie miałam kłopotu z wyrzucaniem rzeczy z szaf, z niszczeniem ścian, czy chodzeniem po meblach. Nasza konsekwencja w mądrym, tak myślę, wychowaniu, przyczyniła się do spokoju ducha. Kłopotów z zachowaniem nie było.
Julka rosła, przechodząc przez te wszystkie dziwne i mniej dziwne etapy, przez które każde dziecko przejść musi. Okresy buntu, wypróbowywania naszej cierpliwości, eksperymentowania z pasjami. Wszystko to jednak jakoś tak lekko szło.. bez wyraźnych wzlotów, czy powodów do niepokoju.

   Dziś jest nastolatką.
Rany, jak ja czekałam na ten moment, kiedy już będę mogła z nią porozmawiać na "poważniejsze" tematy, tak jak z dużą dziewczyną... ;) I teraz tak właśnie jest. Nie raz nie dwa zaskakuje mnie rozsądkiem, posiadaniem własnego zdania, stylu. I choć popełnia błędy, to duma mnie rozpiera, że ona... fajna jest taka.. Czuję w głębi serca, że odwaliliśmy kawał dobrej roboty z tym wychowaniem. Pewnie ma coś tam za skórą, jakieś tajemnice ukryte i zdarza jej się zachować w sposób matczynonieakceptowalny, ale.. sądzę, że każdy dzieciak tak ma. Ba, każdy człowiek dorosły tak ma. Ale..niech uczy się na własnych błędach. Niech doświadcza życia. Ono samo weryfikuje pewne sprawy z czasem.

   Uwielbiam z nią przebywać.
I kocham momenty, gdy wpada do pokoju zaśmiewając się do łez krzycząc: "mamuś, ten film jest rewelacyjny, ta wiewióra jest bezbłędna!!" I to, jak przygląda mi się, gdy maluję, po czym mówi: "lubię patrzeć, jak malujesz, jesteś wtedy taka słodka".. i cmoka mnie w policzek mocno. I kiedy dziesięć razy pyta mnie, czy wszystko w porządku, gdy skurczę się z powodu bólu pleców..

   Obecnie trwa jeden z fajniejszych etapów w naszym życiu, bo tak się złożyło, że jako pedagog specjalny, jestem nauczycielem w jej klasie. Śmiechu jest co nie miara, bo wygłupiamy się czasem, "strzelamy" do siebie głupie miny na lekcjach.. Ja wiwatuję podskakując z radości ilekroć nauczyciel pomyli jej imię z moim i rzuci, że Kaśka dostaje szóstkę z gry na flecie.. ;) Rok szkolny zbliża się ku końcowi, z żalem pożegnam ten jakże interesujący czas.. Będzie co wspominać  :)))



   Bycie mamą to jedno z najpiękniejszych doświadczeń. I choć bywa czasami trudne, to i tak nic nie dorówna uczuciom, których doznajesz, przeglądając się w swojej córce niczym w zwierciadle, na którego dnie dostrzegasz ciepło, miłość, dobro i ogromną wrażliwość.
I nie prawda, że w dzisiejszych czasach niedobrze być wrażliwym. Ktoś, kto wrażliwością epatuje, w końcu w życiu zaczyna się podobnymi ludźmi otaczać, a takich osób (ja nazywam nas "wyjętymi z innej czasoprzestrzeni") jest, w moim mniemaniu, wiele.


Ponad wszystko na świecie.
Kocham.
♥️


8 maja 2019

Tu coś stuknie, tam coś odpadnie..

   Aaa.. nie mam już sił się tym wszystkim przejmować.
Z panem domu osiągnęliśmy ten etap zmęczenia/przeciążenia/wyczerpania, że jest nam już wszystko jedno. Że karnisze lecą ze ścian pod moimi zasłonami, które - naturalnie, przy tak wysokim wnętrzu, są za krótkie. Że nadal nie mamy wody w umywalce. Że materac kupiony przez internet to jakaś porażka. Że....
Pierwszy raz nie wyrobiłam się na kiermasz w Święto Bzów w Siedlisku. Pojechałam tam tylko na chwilę, na spacer zaledwie, bo wystawić nie miałam co. Pracownia jeszcze nie gotowa, bo nadal mieści przeprowadzkowy arsenał. Nie ma gdzie tego tałatajstwa pochować, bo szafek kuchennych brakuje. Leży więc to wszystko w czarnych worach, niczym zakitrane zwłoki, spiętrzone, w pracowni nawiedzonej miłośniczki mrocznego kino-noir..
Nie mam już sił się przejmować.
Kiedyś zapewne biegałabym jak poparzona, by wszystko na teraz, na raz, na już..!! Teraz nie. Na wszystko przyjdzie czas, powtarzam sobie jak mantrę.


   Za nami święta. Bez święcenia koszyczka (pierwszy raz w życiu), bez dekoracji. Nie zdążyłam. Nic to. Rodzina w drugi dzień wpadła z całym arsenałem potraw świątecznych. Kochani są.
Staram się nie wariować i przede wszystkim dbać o swój spokój ducha i zdrowie. Nic ponad to.


   Za mną krótka parapetówka, na którą zaprosiłam, w dość..hmm..nazwijmy to "problematycznym" okresie, koleżanki z pracy. Ot, żeby się trochę odprężyć, pogadać o niczym. Odwiedziły mnie licznym gronem (w zasadzie nie byłam pewna ile z nich przyjdzie, więc zaskoczona biegałam co chwilę do domofonu i z zaskoczeniem witałam kolejne napływające kobietki, normalnie scena rodem z Hobbita ;)))) ). I choć zastrzegłam, że żadnych prezentów, a jeśli już, to ziółko na werandę, uraczyły mnie i jednym, i drugim. Szalone, ale strasznie fajne babeczki. Jestem Wam niezmiernie wdzięczna (może przeczytacie ) ❤️<3 nbsp="" p="">


   Mieszkamy tu już kilka tygodni. Wczoraj byliśmy w poprzednim mieszkaniu. Czy było mi tęskno..? O dziwo nie. Wewnętrznie czuję, że to już nie mój Dom. Już wiem, że to przestrzeń, która za chwilę stanie się domem dla kogoś nowego. A mój Dom będzie Tutaj. Piszę "będzie", bo jeszcze nie jest. Jeszcze nie czuję. Jeszcze nie wracam tu, jak do mojego kochanego domu. To chyba kwestia czasu. Albo i zmian, które muszę wprowadzić, by w pełni poczuć, że jest po naszemu.
A chciałabym, by w przyszłości to mieszkanie było prawdziwym domem z tradycją. Ciepłym, przytulnym. Pachnącym drewnem, domowymi wypiekami. Azylem, dającym poczucie bezpieczeństwa i szczęścia.








   Na pocieszeństwo w chwilach przeprowadzki, udałam się na targ staroci. Wystarczyło mi wyszperać dzban z Wałbrzycha, za 10zł. Piękny, w idealnym stanie. Od razu lepiej..



   Poniżej mebel, który przywieźliśmy ze sklepu z antykami. Kupiłam go, by przełamać styl ikeowskiej kuchni, jednak nic a nic mi tam nie pasował. Wolę zrobić więcej szafek z blatem roboczym, a staroć kiedyś jakiś przytargam i zawieszę na ścianie. Pomocnik ze zdjęcia stanął w salonie. Tu go bardziej widać. Marzy mi się do kompletu kredens w podobnym stylu. Kiedyś może..







   Mamusine obrusy pięknie mi się tu prezentują. Przydałby się kolor na ścianach, by pięknie odbijały się na ich tle. Póki co cieszę się światłem. To ogromna różnica dla nas, dotychczas mieszkaliśmy we wnętrzach usytuowanych od północy. Teraz mamy salon od południa, więc przecieramy oczy i przyzwyczajamy wzrok ;)




   Kuchni nie lubię. Naukładałam tu bolesławców, włocławków.. ale nie pasują mi tu. Nie podoba mi się. Chyba ta kuchnia ich też nie lubi i czeka na inny koncept. Muszę to przetrawić. Bo kuchnia podobać się musi. Tu musi się chcieć przebywać. Póki co, omijam szerokim łukiem.


   Cieszę się, że tak licznie mnie odwiedzacie. Jeśli macie jakieś rady etc., piszcie śmiało.

Jutro jadę na wieś. Zapuszczona tej wiosny, a jakże. Ale i na nią przyjdzie czas.

16 kwietnia 2019

Słońce, podłoga i sypialniana konsternacja

 -Fuuuuj....
- Co znowu??
- Brzydko pachnie!!
- Nie marudź.
- Naprawdę, okropnie pachnie..fuujj...Co to?
- To Domestos.
- Aa..
- Wiesz co on zwiastuje??
- Nadejście szatana?
- Głupia. Czystość.

;))


   Od kilku dni szorujemy, pucujemy i końca nie widać. Właściciele zostawili mieszkanie czyściutkie, ale prace remontowe spowodowały, że ciągle jest co robić, a i wypakować się nie ma kiedy i do czego.
Salon już trochę wygląda. Kominek jeszcze nie jest podłączony i lustro nie zawieszone. Muszę im znaleźć idealne miejsce. Reszta gabarytów już stoi gdzie trzeba i podoba mi się tu coraz bardziej.
Dziś w południe piłam kawę przy stole, w słoneczku. Ogromną radość sprawia mi fakt, że mieszkanie jest słoneczne. To poprzednie nie było. Trochę mi tego słońca brakowało.
Poza tym.. jest w tym domu coś takiego.. Nie wiem, dusza jakaś.. że nawet jeśli poustawiam te swoje stare graty w nieładzie, to i tak to dobrze wygląda. I mimo niedokończenia i bałaganu, jest przytulnie. Salon wygląda, jakby tylko czekał na te staruchy moje, one zaś pięknie się w niego wkomponowują. W poprzednim mieszkaniu musiałam się nagimnastykować, by stworzyć klimat i tchnąć "starego ducha". Tu nic nie muszę. Mieszkanie po prostu przyjmuje wszystko pięknie i zachwyca..




   Jeszcze jest bałagan. Dziś myłam część okien. Losie, mam ich teraz trochę i nie mogę nadążyć ;)
Nie wiem ile zdążę zrobić przed świętami. Mowa o Wielkanocy, rzecz jasna :) Ale..nie spinam się. Robimy tyle, na ile mamy sił.

   W chwili obecnej pan domu montuje szafki kuchenne. Ikejowskie. Tak sobie wymyśliłam. Jakoś nie pasowała mi tu stylowa kuchnia na wymiar. Kombinuję jednak, by nie było tu sztampowo. Wstawiłam już stary mebelek, za kilka dni powieszę starą półkę. Nie na wszystko starczyło nam pieniędzy, więc póki co musimy obejść się bez okapu i górnych szafek. Zresztą, nie wiem jeszcze, czy je chcę.
Zmęczeni już jesteśmy. Nie pracą, ale tym, że ciągle Coś. A to materac nie może przyjechać na czas, a to uchwyty do szafek utknęły z przesyłką gdzieś w jakimś gdziesiowie, a już dziś spodziewałam się je odebrać z paczkomatu. Wciąż pod górkę. O, kilka dni temu na przykład pan domu wioząc łóżko ułamał jego koronę, po czym (30minut później) skasował znak na działce. Seria niefortunnych zdarzeń..??

   Dziś zamontowano nam piec gazowy w kuchni. Oczywiście cieknie nam woda. Bo przecież nie może być inaczej ;) Jutro poprawka. Będę musiała z czasem pogłówkować jak go zakamuflować. Holender, nie lada wyzwanie będzie.
Dzisiaj też zamówiłam blaty do kuchni. Niewiele ich będzie, ale miałam kłopot z wyborem. Te, które mi się podobały, będą dostępne dopiero za 2 tygodnie, a to mnie nie urządza. Suma sumarum wybrałam biały blat wyglądający jak beton. Chciałam znów jasny, podobnie jak w poprzednim mieszkanku, bo pięknie się prezentuje, a i z utrzymaniem go w czystości nie miałam problemu. Ten nowy jest biały z delikatnymi maziajami, wygląda trochę surowo. Cóż, mam nadzieję, że dobrze wybrałam, bo nie jestem do końca pewna..
Zmieniliśmy w kuchni podłogę. Płytki nie wchodzą tu w grę na razie, bo podłoga drewniana i mocno pracuje. (Niestety nie doszperaliśmy się pięknych desek pod warstwami paneli i wykładzin). Postawiliśmy na dobrej jakości PCV-kę. Przyznam, że wygląda świetnie, jest przyjemna i ciepła. Żeby ją położyć, musieliśmy zerwać stare panele i warstwy bardzo starego gumoleum. Ogromu pracy wymagało wyczyszczenie starych powłok. Kiedyś stały tu piece kaflowe..







   Wczoraj pierwszy raz spaliśmy w naszej sypialni. SYPIALNI. Nie salono-sypialnio-pracownio-jadalni, ale Sypialni. I żeby pójść spać nie musieliśmy: A rozkładać sofy, B odsuwać stołu, by rozłożyć sofę.
Bardzo czekaliśmy na ten moment, gdy już wyśpimy się na wielkim łóżku z wygodnym materacem. Tymczasem wstaliśmy rano i jednogłośnie stwierdziliśmy, że spało się po prostu "normalnie". Nie wiem czego się spodziewaliśmy..jakichś fajerwerków, deszczu meteorytów, latającego dywanu, kołyszących obłoków... ? Śpi się fajnie, ot co. Może to kwestia materaca, co do którego mieliśmy większe oczekiwania.. Jeśli macie jakiegoś godnego polecenia producenta, który zrobi materac na wymiar (OCZYWIŚCIE NIESTANDARDOWY), dajcie znać. Chętnie w przyszłości skorzystam. Nasz nowy nabytek wydaje się być stratą kilkuset złotych. Koleżanka poleciła mi materac termo..coś tam, ale nie znalazłam w sieci żadnego na wymiar naszego Wyjątkowego łoża :P

   Lecę pomagać majstrowi.

Uścisk!! :*



Udostępnij