27 listopada 2015

Kiermasz magazynu Moje Mieszkanie

   Witajcie!!
Dziś dzielę się z Wami krótką relacją z kiermaszu, który odbył się w miniony weekend w Pałacu Prymasowskim w Warszawie. Już po raz drugi miałam okazję w nim uczestniczyć. I mam nadzieję, że nie ostatni, bo kiermasz ten jest wspaniałą okazją, by spotkać bliskie mi osoby, które na co dzień spotykam jedynie wirtualnie;)





   W tym roku wydarzenie nabrało jeszcze ciekawszej formy. Dużo się działo, dzień obfitował w atrakcje. Osobiście tym razem nie uczestniczyłam w warsztatach, gdyż na placu boju (czytaj: stoisku:) ) byłam sama. Jednak będę miała co wspominać. Otóż nadarzyła się wspaniała okazja, by spotkać się z pokrewną mi duszą, Agą, autorką bloga Oaza.
Agnieszkę znałam wirtualnie od ponad sześciu lat. Często pisywałyśmy do siebie, czując jakąś taką więź, wielką sympatię. Dlatego ucieszyłam się przeogromnie, gdy poinformowała mnie, że wybiera się na kiermasz. Spotkałyśmy się po raz pierwszy "online" ;)) Było cudownie, nie mogłyśmy się nagadać:) Aga jest świetną babką, prawdziwą bratnią duszą...







   Podczas kiermaszu miałam okazję spotkać się również z innymi, bliskimi mi kobietkami, między innymi z Ulą Kalbarczyk z Anielskiego Zakątka, Alą Radej, którą znacie z Arte Ego, Jolą prowadzącą blog Żyjąc z Pasją, Asią z MyLittleWhiteHouse, Ewą z Przytulnego Domu, Agą prowadzącą Kapryśne Inspiracje, Agą z AgoHome..... Och, cudownie było Was wszystkie spotkać, porozmawiać!! :)

   Jestem też szaleeeeeenie szczęśliwa, że spotkałam swoje rustykalnodomowe czytelniczki!!!!!!!!!!!!! Kilka klientek, które postanowiły kupić moje rękodzieło, powiedziało, że czyta namiętnie mój blog. Chyba nie ma większej radości, niż usłyszeć takie słowa i spotkać się twarzą w twarz z osobą, dla której to, o czym piszę i co pokazuję, jest ważne, jest inspiracją:)
DZIĘKUJĘ SERDECZNIE WSZYSTKIM MOIM KOCHANYM CZYTELNICZKOM I CZYTELNIKOM!!!!!!!!!!!!!!!!! Pamiętajcie, że to dla Was między innymi..jestem :)))))



   O, a tak się prezentowało rustykalnodomowe stoisko... Jak zwykle, było kolorowo i........jeszcze bardziej kolorowo... ;)












   Dekoracje, które poczyniłam, już za chwilę zaczną napływać do naszego (przepraszam..nieco "zapuszczonego" ostatnio sklepiku). Tak więc... zaglądajcie... zapraszam Was serdecznie!!

   A już w kolejnym poście kilka słów o tym, co jeszcze spotkało mnie podczas wypadu do Warszawy (i nie tylko)...bo...jak wiecie Kochani... moje życie to jedna wielka przygoda ;)))))

   Do następnego razu!! 
:)




17 listopada 2015

Armagedon

   Gdzie się nie obejrzę - farby. Pędzle. Kwiatki. Gałązki, serwetki, kleje, lakiery, wstążki, druciki, pudełka, bombki, jabłuszka, brokaty, pasty, tubki, woreczki...................
Na stole pomiędzy stosem różnych dziwnej maści drobiazgów, stoi kubek z kawą. Po wierzchu pływa kawałek drucika. I chyba jakaś brokatowa jagódka...  Cóż, to i tak postęp. Zwykle moja kawa zyskuje nowe ubarwienia, bo zamiast moczyć pędzel w kubku z wodą, wkładam go do kawy... ;)
 
   Tak, przygotowuję się na kiermasz świąteczny magazynu Moje Mieszkanie. Kleję i maluję, zapominając o bożym świecie. Nawet dziecko moje biedne jakieś takie mniej domyte do szkoły chodzi.. (od dwóch dni intensywnie naśladuje matkę-artystkę i maluje farbami co się da, czyli kartki i siebie). Dziś na przykład o mały włos nie wyszłaby z domu z czarną ciapką na nosie... rany.......

   Mam nadzieję, że się wyrobię ;) Szykuję kolekcję kolorowych dodatków - wianków, bombek, zawieszek... Jeśli macie niedaleko Warszawę - zapraszam Was serdecznie!! Osobiście cieszę się na spotkanie z Wami, moimi kochanymi czytelniczkami, ale też z innymi blogerkami, internetowymi psiapsiółkami.

   Wracam do pracy, a Wam przekazuję szczegóły:





   O, u mnie znajdziecie podobne ręcznie malowane drobiazgi... ;)

   Ślę Wam mooocne uściski!!
:)

4 listopada 2015

Jesienne róże

   Kiedy nadchodzi taki czas, że każdorazowe wyjście z domu skutkuje powrotem z przemarzniętym nosem, a do tego słońca brak, staram się tworzyć w domu taki klimat, by spędzanie w nim czasu było czystą przyjemnością. Kąty mieszkania rozświetlam światłem świec bądź żywym kwieciem, a na każdym siedzisku rozrzucam miękkie poduchy i ciepłe pledy.
O tej porze lubię też, gdy w domu zaczyna pachnieć... już.. trochę zimowo, ciut świątecznie. Korzennie, cynamonowo, goździkowo...
Żeby pięknie pachniało zapalam woski YC, albo... piekę. Przyznam, że wolę tę drugą opcję. Nic bowiem nie zastąpi zapachu świeżego, domowego ciasta... :)

   Jakiś czas temu znalazłam w internecie przepis na pyszne, a zarazem urocze jabłkowe róże.
Wykonanie tych cudeniek jest wbrew pozorom baaardzo proste. Być może i Wy spotkaliście się z tym przepisem.


Dla tych, którzy nie znają przepisu, krótka "instrukcja":

Arkusz ciasta francuskiego tniemy na pasy szerokości mniej więcej 6cm. Jabłko (nie obierane) tniemy na pół, wydrążając gniazdo nasienne. Kroimy je w bardzo cienkie plastry, które przez kilka minut (3-5) moczymy w gorącej wodzie z sokiem z cytryny. Pasek ciasta lekko smarujemy płynnym miodem bądź rzadką konfiturą. Plastry jabłek układamy wzdłuż paska ciasta (u mnie ok.5 plasterków), nakładając końcówkami jeden na drugi. Plastry mają zajmować pół szerokości ciasta (układamy u góry paska). Jabłka możemy lekko oprószyć cynamonem. Następnie dół paska składamy na pół ku górze, zakładając na jabłka. Teraz należy zwinąć ciasto w rulon - powstanie nam różyczka. Wkładamy ją do formy na muffiny (wysmarowanej tłuszczem). Ja ciacha piekłam w temperaturze 180stopni przez ok.25 minut. Gotowe różyczki sypiemy cukrem pudrem.
Polecam Wam ten eksperyment, bo ciacha smakują naprawdę wybornie:)












   Oj, dawno nie pisałam postu o tej porze (jest lekko po 5:00) :) Jednak ostatnio sypiam coraz mniej z uwagi na fakt, że mam bardzo, bardzo dużo pracy.

Powolutku przygotowuję się na Kiermasz Świąteczny magazynu Moje Mieszkanie. Podobnie jak w zeszłym roku, i w tym zgłosiłam swoją obecność :) Czy będzie ktoś z Was???

:)

31 października 2015

Moja Biała Dama

   Jak co roku dziś moje dziecię przeobraziło się w dziecię nie moje. Tym razem padło na Białą Damę. Od dziś wprawdzie jestem uboższa o jeden biały obrus, ale cóż... czasem trzeba coś poświęcić..dla przedniej zabawy;)

Zdradzę Wam, że osobiście nie mogę się napatrzeć na poniższe zdjęcia. Dlaczego..? Otóż dlatego, że nie widzę na nich już mojej maleńkiej Juleczki. Mojego malucha. Widzę zaś Dziewczynkę. Dorastającą dziewuszkę, ambitną, poukładaną, zwariowaną. Rozpiera mnie duma. KOCHAM. Pomimo, że dziś ciut.... straszy...... ;))))))))))))















Trzymajcie się ciepło i nie dajcie wystraszyć małym domokrążcom łaknącym słodyczy;)))

30 października 2015

Jesień w kadrze

   Witajcie jesienie:)
Kilka dni temu wracając do miasta postanowiłam zatrzymać się na chwilę w lesie. Moim oczom ukazały się tak piękne obrazy, że nie sposób było nie zatrzymać ich na dłuższą chwilę...























Do następnego, kolorowego razu:)

28 października 2015

Zacisznie i sielsko... - mój kolejny reportaż w magazynie "Siedlisko"

   Witajcie kochani!!
Och, co za dzień:) Dziś rano odebrałam swoje najswojeńsze prawo jazdy:) a chwilę później popijałam kawę przeglądając świeżuteńkie wydanie magazynu Siedlisko, w którym pojawił się mój kolejny reportaż:))))))
Tym razem miałam przyjemność (ba, prawdziwą przyjemność!!) pisać o uroczym miejscu, zapewne wielu z Was znanym - agroturystyce Ściborówka. Pisałam już o swoim wspaniałym pobycie w tymże miejscu. Dziś możecie poczytać nieco o jego historii.
Osobiście bardzo się cieszę, że miałam okazję poznać Danusię. Myślę, że jeszcze nie raz ją odwiedzę;)

   Zapraszam Was do lektury, ja zaś wrzucam dodatkowych kilka pstryków ze Ściborówki. Tego, kto nie zna miejsca i bloga Danusi, zapraszam serdecznie do odwiedzenia tegoż miejsca w sieci, o tu, KLIK :)
























Tu oto widzimy Danusię we własnej osobie:) (kochana, ściskam Cię serdecznie!!)



 Życzę Wam miłej lektury!!!!
:)


26 października 2015

Grzejemy bez grzejnika - ciepły kolor na jesień i zimę

   Nastały chłodne dni, a wraz z nimi chęć ocieplenia kątów mieszkalnych. Z dna szafy wyciągam  juz ciepłe pledy, futerkowe poduchy i szale w grubych splotach. Mój pokój dzienny nabrał nowych kolorów. Znacie mnie z tego, że kocham zmiany:) Tym razem zatęskniłam za ciepłym błękitem. Moja ściana zyskała nowy look, który pokażę Wam w kolejnych postach. Dziś natomiast będzie... wnętrzarsko i bardzo, bardzo ciepło;))

   Po niewiarygodnie upalnym lecie nastała piękna polska jesień. W niektórych regionach Polski spadł już nawet śnieg, zmyślnie pomijając przejściową porę roku. Sezon grzewczy rozpoczął się na dobre i w całym Internecie zaroiło się od porad na temat tego, jak skutecznie ogrzać dom. Ja dziś chcę Wam pokazać, że dom można "ogrzać” za pomocą ciepłych..barwJ Czy jest coś lepszego niż trochę gorącego koloru w zimny jesienny wieczór?
   Z lekcji plastyki wszyscy świetnie pamiętamy, że mianem kolorów „ciepłych” nazwiemy między innymi żółty, pomarańczowy, czerwony oraz te ich pochodne, które mają w sobie przewagę jednego z powyższych pigmentów. Nazywamy te kolory ciepłymi nie bez przyczyny - kojarzą nam się z ogniem i ciepłym światłem słonecznym. Działają pobudzająco i wywołują radość. Zwróćcie uwagę, że wiele marek, które odniosły największy finansowy sukces, ma logo w ciepłym kolorze, i to najczęściej czerwone! Chłodne kolory mają wprost przeciwne działanie: uspokajają, pomagają nam się zrelaksować, a czasem wprawiają nas w stan melancholii. Sprzyjają także skupieniu: czasem mówi się, że ciepłe kolory są "emocjonalne", a chłodne - "intelektualne".
Kolory mają duże znaczenie w kwestii urządzania wnętrz.  Dekoratorzy chętnie bawią się kolorami, uzyskując pożądany efekt we wnętrzach. Wiadomo Wam zapewne, że ciepłe barwy "przybliżają" powierzchnie, a chłodne je "oddalają". Oznacza to, że jeśli dysponujecie bardzo przestronnymi pomieszczeniami, możecie za pomocą ciepłych barw sprawić, by stały się bardziej kameralne, przytulne.  Dobrym pomysłem będzie udekorowanie jednej lub więcej ścian ozdobami w ciepłych odcieniach. I analogicznie, jeśli urządzamy małe, ciasne wnętrze, powinniśmy rozważyć pokrycie ścian kolorami chłodnymi. To nie przypadek, że łazienki, które zwykle są najmniejszym pomieszczeniem w domu, często są niebieskie;)
   Nietrudno się domyślić, że pokój, w którym zastosowano możliwie dużo elementów w ciepłych kolorach, będzie wydawał się znacznie cieplejszy i bardziej przytulny niż taki, który zaaranżowano w kolorach neutralnych (beże, brązy, szarości i złamana biel) czy innych, chłodnych odcieniach. Jesienią warto „ocieplić” wnętrza. Jeżeli jednak chcemy uniknąć wrażenia, że nasze mieszkanie się pali;)  nie powinniśmy zbytnio nimi szafować: stara zasada, by 80% wnętrza było neutralne, a 20% kolorowe, sprawdzi się idealnie w większości przypadków. Możemy ją zastosować, montując fototapetę o ciepłej kolorystyce w neutralnym wnętrzu - to maksimum efektu przy minimum wysiłku!
   No dobrze, ale jakie kolory wybrać, by uniknąć wrażenia, że nasze mieszkanie udekorował przedszkolak próbujący namalować park jesienią? Warto sięgnąć po nieoczywiste zestawienia. Od jakiegoś czasu na przykład wielką popularnością cieszy się wyrafinowane i bardzo nowoczesne połączenie cytrynowego żółtego z popielatą szarością. Nieco delikatniejszy efekt otrzymamy, łącząc ceglasty pomarańczowy z szarym. Odważnym, ale zdecydowanie wartym ryzyka zestawem jest ciepły różowy z przytłumionym zielonym. Ciemny fiolet o czerwonym odcieniu będzie świetnie wyglądał w połączeniu z brązami i przełamany kolorem kremowym. 

   A może Wy macie swoje ulubione zestawienia ciepłych kolorów, idealne na chłodne i ponure pory roku?











   

   Piszcie kochani, ja zaś uciekam do pracy. 
Za chwilę odbiorę paczkę z nowymi zabawkami (czytaj: zamówienie z materiałami do wyrobu dekoracji kwiatowych;) ).
Trzymajcie się ciepło!!
:)

21 października 2015

O emocjach i malinowej nalewce

   Wybaczcie moją nieobecność. W ostatnich tygodniach tyle się działo w moim życiu, że musiałam się regularnie wyciszać i stopniować emocje, gdyż ich dodatkowa porcja groziłaby zawałem;)

   Jak wiecie, robiłam prawo jazdy.
Udało się, zdałam egzamin. Sam kurs był dla mnie wspaniałą przygodą. Niełatwo jest uczyć się nowego w moim wieku. Tak tak, wiem, 33lata to nie aż tak wiele, ale biorąc pod uwagę fakt, że w życiu uczyłam się 17 lat, a teraz miałam od nauk wszelkich dłuższą przerwę, ciężko było się zorganizować i skupić;)  Zanim wsiadłam za kierownicę zastanawiałam się, czy dam radę (wcześniej nie siedziałam nigdy). Myślałam, że z moim artystycznym roztrzepanizmem będę miała nie lada orzech do zgryzienia (ba, będą go mieli moi instruktorzy). Bałam się też paniki na drodze. Ot, na przykład podczas wymijania tira. Okazało się jednak, że nie jestem ani nieprzytomna, ani wystraszona. Jazda idzie mi całkiem nieźle. Przyznam, że ją baaardzo polubiłam:) Kiedy już nauczyłam się "ćwiczeń" na placu manewrowym, na każdą jazdę czekałam niczym dziecko na cukierka;)
Egzaminy poszły równie gładko. Zawdzięczam to w dużej mierze moim nauczycielom - osobom profesjonalnym, konkretnym, cierpliwym i niezwykle pogodnym:) Teraz czekam na dopełnienie formalności. No i zaczęłam szukać dla siebie autka. Mini-autka dla mini-kobietki.
  W poszukiwaniach pomagają mi moi znajomi, w szczególności moja psiapsiółka - Anita wraz ze swoim (baardzo cierpliwym) małżonkiem. Oboje zresztą mają do mnie anielską cierpliwość.
Ot, na przykład, tak wyglądała nasza wczorajsza rozmowa telefoniczna:
   "Wisząc" na telefonie buszowałyśmy po stronkach motoryzacyjnych. Oglądałyśmy różne modele samochodów, mniej lub..bardziej.. pogniecione;) Zamysł jest taki, by samochód nie był drogi, był w miarę ekonomiczny, babski, choć...nie przesadnie... ładny, czysty, zgrabny, sprawny, z działającym radiem, w którym lecieć będą moje autowe utwory...etc. W sprawach technicznych pomaga Damian (mąż Anity), który regularnie wybija mi z głowy auta ładne, które w swej charakterystyce mają zaznaczone "drobny problem z odpaleniem, ale jak się odpali, to już jedzie";)
Anita wczoraj (na swoje nieszczęście dodam) zapytała mnie jakiego samochodu ma szukać. Kiedy w skrócie opisałam swój wymarzony model (tak tak, wiem, że on nie istnieje), co jakąś chwilę podsyłała mi wybrane modele.
- O, to jest fajne, zobacz! - mówi Anita z entuzjazmem.
- Anitka...mogę ci coś powiedzieć...?" - pytam.
- No..?
- No bo... ono jest białe.. nie chcę białego..
- Czemu??
- Bo mi się kojarzy z białymi kozaczkami...
W słuchawce słyszę śmiech i ciężkie westchnienie.
- O, to jest świetne, patrz, taki jak chciałaś - proponuje znów moja cierpliwa koleżanka.
- To fioletowe...?
- No.
- Kurcze... ten kolor jakiś taki... bardzo babczyński... nie chcę takiego słodkiego...
- Przecież on wcale nie jest taki słodki!!
- I tam, jest!!
- No nie jest... On nie jest typowo fioletowy Kasia.. ja bym powiedziała, że jest bardziej..niebieski... taki.. nie jest wcale taki babski.. nie..? (to "nie" kierowane było w stronę męża)
W tle słychać głos Damiana:
- No... jest bardzo męski...
Wybuchamy śmiechem:)
I kolejna próba:
- A ten zobacz - fajny, srebrny, mały, ładny i cena fajna..
- Mhm.............. - mruczę z niezadowoleniem..
- Coooo????
- Bo ten to ma takie małe oczka śmieszne...
Cisza w słuchawce.
- Jesteś tam..? - pytam, podejrzewając, że moja psiapsiółka nie wytrzymała nerwowo, zostawiła telefon na stole i poszła jeść kolację.
- Ja mam taki.. - po chwili odpowiada.
- Jaki..?
- No z takimi małymi światłami.
- I tam... ale twój jest ładny! (o mamo...)
- No no no... (śmiech)............

   Tak oto mniej więcej wyglądają moje, nasze, poszukiwania. Przypominają nieco "Niekończącą się opowieść". Dobrze, że moim kochanym znajomym nie brak poczucia humoru...
Biorąc pod uwagę fakt, że śmiech to podobno zdrowie, Anita dzięki mnie będzie na pewno zdrowsiejsza;)
Wczoraj opowiadałam jej o egzaminie z jazdy:
- No tak się zestresowałam, że jak otwierałam bagażnik, to ręka mi się trzęsła jak galareta, ale egzaminator próbował rozładować atmosferę mówiąc o pogodzie i...
- Czekaj czekaj - przerywa Anita - a po co otwierałaś bagażnik..????
- No musiałam pokazać gdzie się znajduje płyn hamulcowy..
- To klapę otwierałaś, nie bagażnik............
RANYYYYY................
:))))))))))))))))))

   Z tego miejsca dziękuję ci losie, żeś mnie obdarzył tak wspaniałymi i cierpliwymi przyjaciółmi...........................................;)))))))))))))))))))))



   No dobrze już, dość o autach. Teraz o nalewce.
Obiecałam Wam przepis na malinóweczkę.
Osobiście robiłam ją już kolejny raz. Uwielbiam ją za słodki smak i bajeczną, karminową czerwień.

Jak ją wykonać..?
Cztery tacki malinek (to około 1kg) wsypuję do dużego słoja (na zdjęciu) i obficie zasypuję cukrem (ok.kilograma). Maliny muszą być w całości pokryte cukrem.
Słój odstawiam na trzy do czterech dni w ciepłe, ciemne miejsce.
Po tym czasie mieszam je dokładnie i zalewam wódką (litr bądź 0,75l.). Nie używam spirytusu, gdyż jest dla mnie za ciężki.
Malinówka z wódką stoi w słoju w ciepłym miejscu miesiąc.
Po miesiącu filtruję ją przez bardzo drobne sito (można przez gazę) i przelewam do butli. Odstawiam w zacienione miejsce, by dojrzała. Można ją pić od razu, ale po czasie (po kilku miesiącach) jest zdecydowanie smaczniejsza:)
 
   W tym roku zamierzam jeszcze zrobić pigwówkę. Jest pyszna i niezwykle aromatyczna. Zrobię w większej ilości, bo świetnie się nadaje do zimowych herbatek.
O, właśnie...a propos malinówki. Miąższ owocowy, który oddzielicie od nalewki, zamknijcie w małych słoiczkach i schowajcie do lodówki. Jak przyjdą pierwsze przymrozki bądź złapie Was jakieś choróbsko, dodajcie go do herbaty. Wspaniale rozgrzewa i niebiańsko smakuje... :)))






   Trzymajcie się ciepło!!!!!!!
:)



7 października 2015

I znów wianki...

   Tak tak... wiem, że miało być o naleweczce malinowej. Prosiłyście mnie o przepis, który Wam przekażę, ale w następnym, weekendowym poście;)

Dziś znów wiankowo. Aż w głowie mi się kręci od tych kolorów... ;))
Mam nadzieję, że klient będzie zadowolony...









Przesyłam w Waszą stronę ciepły uśmiech...!! :)

30 września 2015

Jesienne wiankowanie

   Jak dziś pięknie za oknem...!!
Przed chwilą wróciłam z krótkiego wypadu za miasto. Kiedy jechaliśmy drogą wśród lasów, zachwycałam się naszą piękną, polską jesienią. Lubię tak mknąć samochodem, podziwiając feerię zółto-zielonych barw w koronach drzew, przez które nieśmiało przebijają się słoneczne promienie. Zdaję sobie sprawę z tego, że gdy będę prowadzić, będę musiała zrezygnować z tego rytuału dla dobra własnego, innych kierowców tudzież swych pasażerów;) Póki co obserwuję, oglądam, łapię piękną, dobrą energię...
   Czasem tak mam, że jadąc gdzieś obserwuję przechodniów. Widzę na przykład starszego pana idącego spokojnym krokiem przed siebie, z torbą z zakupami. Ubrany ładnie, schludnie, w odzież w jasnych odcieniach beżu. I idzie tak... i się leciutko pod nosem uśmiecha. A ja zastanawiam się: o czym on teraz myśli..??? Czy wydarzyło się przed chwilą coś, co go rozbawiło, czy może wspomina wydarzenia z dni minionych...? A może po postu jest szczęśliwy, bo ma wspaniałą rodzinę, fajne wnuczęta.. o.. może urodził mu się wnuk/prawnuk..? Zawsze ciekawią mnie ludzkie historie. Nie żebym lubiła sensacje czy jakoś nadmiernie interesowała się czyimś życiem. Nie. Zwyczajnie lubię poznawać ludzi, to, jak żyją, według jakich zasad. Co jest dla nich ważne, co nieistotne.
Czy Wy też tak macie....?? ;)

 
   Dziś dzielę się z Wami moim ostatnim dziełem - jesiennym wiankiem. Dziś zaczynam pracę nad kolejnymi, mam nadzieję, że skradną serce nowego właściciela;)))
 
 


Życzę Wam mnóstwa słońca!!!!
:)

27 września 2015

6-lecie Rustykalnego... :))))

   Tak Moi Drodzy. Jestem z Wami już dokładnie 6 lat:)
Po raz kolejny bardzo serdecznie dziękuję za Waszą obecność. Za niedawne piękne życzenia urodzinowe (!!!), za Wasz czas poświęcony na pozostawianie komentarzy pod moimi postami. Za wizyty, wsparcie.
Mam nadzieję, że przed nami kolejne, piękne, blogowe lata:))))))))))





23 września 2015

Wianki jesienne

   "Jesień idzie, nie ma na to rady"...
To fragment utworu, który daaaawno temu (kiedy jeszcze miałam czas na grę na gitarze) często wybrzmiewał w moim domu.
No i rady rzeczywiście nie ma. Czy nad tym ubolewam..? Absolutnie nie. Lubię tę porę roku. Chyba nawet bardziej niż lato z tymi jego upałami...
    Miewam wprawdzie ostatnio problemy z koncentracją, jednak staram się trzymać wszystko w ryzach... Codziennie czas zajmują mi obowiązki, pasje, praca i jazda po mieście. Jazdę baaardzo polubiłam, pomimo tego, że jeszcze zdarza mi się zgasnąć na światłach... (płonę wówczas ze wstydu niczym najjaśniejsza pochodnia). Najchętniej wsiadłabym już w swoje auto i jechała tak przed siebie..daleko... ale.. wszystko w swoim czasie... ;)

Póki co zajmuję się tym, co kocham - spędzam czas bardzo twórczo.
Niedawno powstały wianki, które zdobią głogowską cukiernio-kawiarnię znajomych (Cafe Meryk).
Miały być bogate, radosne i eleganckie zarazem. Wyszły tak...




















O, a tak kończę ciężki dzień - łyczkiem własnej naleweczki malinowej. Smakuje wybornie. Ta na zdjęciu to wyrób zeszłoroczny. Jeśli będziecie sobie życzyli, podam przepis. Osobiście uwielbiam!!
:)





   Kochani, jeśli jesteście alergikami bądź temat alergii jest Wam w jakiś sposób bliski, zapraszam Was do zaglądnięcia na stronę dopoznania.pl, gdzie właśnie pojawił się mój najnowszy artykuł "Przestrzeń dla alergika" ;) KLIK

   Uciekam do wiankowania, a Wam życzę wszystkiego, co piękne!! :)

18 września 2015

Urodzinowo

   Tak... dziś kolokwialnie mówiąc stuknęło mi piękne 33. A właściwie to "stuknie" po południu;)

Czy lubię swój wiek...? TAK. Zdecydowanie.
Lubię to, w jaki sposób teraz myślę. Czuję się dojrzalsza. Dostrzegam rzeczy, których wcześniej (nie wiem dlaczego) nie widziałam. Mam w sobie więcej asertywności, zdecydowania. Rozważniej podejmuję decyzje. I zaczęłam wreszcie postępować zgodnie z własnym sumieniem i robić to, co najlepsze dla mnie, niekoniecznie stawiając na pierwszym planie dobro wszystkich ludzi wokół mnie. Doceniam każdy dzień, każdy drobiazg, każdą nową, pozytywną znajomość. Chłonę z życia to, co najlepsze. I śmiało idę ku marzeniom...


   Dzisiaj świętuję. Przyda mi się taki dzień odpoczynku po tygodniu wypełnionym pisaniem, malowaniem, wiankowaniem, robieniem przetworów etc. Dzisiaj od południa będę praktykować NicNieRobienie. Tego dnia mi wolno, prawda....?? :)))))))




14 września 2015

Skrzynia LOFT - nowy projekt K.i B.

   Och... jak ja lubię nowe wyzwania..!!!! :)

Sprawa jest jeszcze dość świeża... - rozpoczęłam nową współpracę. Nie będę jeszcze zdradzać szczegółów, ale zapowiada się ciekawie.
Wraz z nowo nabytym znajomym;) zamierzamy stworzyć kolekcję drewnianych dodatków w stylu LOFT. Ja zajmuję się rzecz jasna obróbką artystyczną. Na pierwszy ogień poszła zabytkowa skrzynia po amunicji. Dostałam surowiec, który trzeba było okiełznać. Oszlifować, podreperować, pomalować, nadać charakter.
Całość malowałam ręcznie. Mój mąż po ujrzeniu efektu końcowego pytał o szablony etc. Nie nie, malowałam odręcznie, bez pomocników;)) Przyznam, że nawet jestem zadowolona... (a zdarza mi się to wyjątkowo rzadko:) ).



Skrzynia przed moją obróbką...




... i Po ;)
(Napisy, które widać na zdjęciu powyżej, widnieją również na tylnej ścianie skrzyni. Tam je zostawiłam, by zachować część oryginalnego look'u...)













Jak Wam się podoba nasz projekt?? Są wśród Was miłośnicy industrialnych dodatków...?
:)))

8 września 2015

Domowe ocieplenie

   Jesień zbliża się wielkimi krokami. Wraz z nią nadchodzi mój ulubiony czas - długich wieczorów przy dobrej muzyce i w blasku świec rozstawionych w każdym zakamarku domu. Czas pachnący przetworami i korzennymi przyprawami. Czas ciepłych kocyków i pluszowych poduch.

Powolutku zmienia się kolorystyka naszych czterech kątów. Teraz nabiorą cieplejszych barw. Musi być przytulnie, miękko, swojsko. Lubię taką "domową jesień"... ;)












   W chwili obecnej robi się świeża malinóweczka:) Robię ją na wódce, by nie była zbyt ciężka. Zeszłoroczna świetnie się sprawdziła jako ulepszacz zimowych herbatek;)
Lada dzień zabiorę się za moje ulubione papryczki. Przepis dostałam od koleżanki - Agnieszki. Są wspaniałe - delikatne, słodko-kwaśne. Idealne jako dodatek do mięs czy sosów... 





   Za nami początek roku szkolnego.
Julka w ciągu trzech pierwszych dni nauki przyniosła cztery szóstki. Ambitne dziecię;)) Oby jej tak zostało... :)




   Również pokój julkowy przejdzie niedługo małą metamorfozę. Trzeba się nieco przeorganizować -  pozbyć się tony za małych ubrań, niepotrzebnych przedmiotów... 
Sprzątanie pokoju dziewczęcego (nadmienię, nie robię tego broń Boże za Julkę) to taka... niekończąca się opowieść;) Niby się ogarnie, odświeży, poukłada, wypucuje.... a po miesiącu okazuje się, że trzeba wszystko zaczynać od nowa. Ot, uroki posiadania dzieciuszków... ;)



 Poducha: F&F Home


Już niedługo zaprezentuję Wam kolejną część mazurskich opowieści. Tymczasem uciekam do obowiązków... Trzymajcie się cieplutko!!!!!!


Udostępnij