17 lipca 2015

O piękniej Tatianie i o tym, jak odzyskałam wiarę w marzenia

  Nie nie, nie będzie o kobiecie, lecz o miejscu. Tatiana to willa, w której mieliśmy okazję gościć podczas naszego pobytu w Zakopanem:)

   Dlaczego zdecydowałam, że napiszę post o tym miejscu...? Otóż powodów jest kilka.
Po pierwsze, już od dłuższego czasu marzyło nam się znalezienie wakacyjnego miejsca (czytaj: hotelu/willi/pensjonatu), do którego chciałoby się wracać. Miejsca przyjaznego, w dobrej lokalizacji, estetycznego i z miłą - jakkolwiek to zabrzmi - obsługą. Po drugie, męczy mnie szukanie noclegów przed wyjazdami. Nie lubię marnotrawić czasu na wysyłanie ofert do właścicieli hoteli, którzy albo nie fatygują się odpisać, albo zwyczajnie oszukują - a bo to podadzą błędną cenę, a to przez uwagę poinformują, że do centrum miejscowości jest blisko po czym okazuje się, że blisko to  owszem, ale autem, a najlepiej to helikopterem:/
Po trzecie, od jakiegoś czasu zaczęłam bardziej przywiązywać uwagę do wyglądu miejsc, w których się zatrzymujemy. Nie lubię płacić dużych kwot za pokój, który jest zwyczajnie brzydki, nieestetyczny, i w którym nie ma "domowych drobiazgów" - bo właściciele boją się złodziei. Och, od takich miejsc stronię, bo gdybym miała nocować w Takim miejscu, czułabym się jak na celowniku.


   Na co zwracam uwagę szukając noclegu...? Otóż:

1. Wielkość/podzielność pokoju. Ważnym jest dla mnie komfort nasz i Julki, tak więc staram się wybierać pomieszczenia, w których jest miejsce dla dziecka.

2. Pościel i czystość pokoju. Jeśli chodzi o pościel, mam alergię na pościele kreszowe, gniecione i bardzo kolorowe. Dlaczego..? Z prostej przyczyny: nie mam pewności, czy jest ona czysta.
Kiedyś miałam okazję nocować w popularnym hotelu w Warszawie. Nadmienię, że nocowałam w jednym pokoju z koleżanką-pedagożką. Dostałyśmy - UWAGA - łoże małżeńskie;) I tam właśnie spać trzeba było na jakimś wyliniałym kocu....na którym koleżanka znalazła...brrrrr!!! nie..... nie będę o tym pisać... ;)))
Dlatego najlepiej dla mnie, gdy pościel jest jasna, najlepiej biała. I wyprasowana.

3. Kolejną istotną sprawą jest dla mnie to, jak zostaję w danym miejscu przyjęta. Jacy są właściciele, jacy pracownicy. Lubię, gdy jest miło, sympatycznie i gdy atmosfera jest zbliżona do domowej.
Dwa lata temu byłam na urlopie w Sudetach. Już mi się wydawało, że znalazłam wręcz idealne miejsce na pobyt - piękna, stara willa, z wielkim ogrodem urządzonym z głową, wspaniałe jedzenie... ale niestety, właścicielka okazała się być osobą baaardzo zdystansowaną, wręcz zimną. Prawie w ogóle się nie uśmiechała, traktując gości bardzo służbowo. Tak, wiem...że to jej praca, ale tak już mam, że lubię, gdy ktoś na uśmiech odpowiada uśmiechem... Sytuację w tymże pensjonacie ratował jedynie  pan kelner - starszy mężczyzna, który podawał nam posiłki. Był cudny, a uśmiech miał chyba przyklejony na stałe:) Naszą Julkę codziennie witał radosnym "No i co tam Zosieńka..? Ale masz dziś cudny warkocz!!" Naprawdę chciało się przychodzić do jadalni... zaś rozmawiać z właścicielką - już niekoniecznie;)

4.  Wiem, że zdarzają się nieuczciwi goście. Że oszukują, demolują, a czasem wynoszą co nieco z hotelu (bo przecież bez hotelowej szklanki się w swym domu nie obejdzie). Że zużywają tony gratisowych mydełek, bo te są z innego świata niż mydła ogólnodostępne. Ale nie popadajmy w skrajności. Bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy traktuje się moją rodzinę jako potencjalnych złodziejaszków. Nie cierpię mieszkać w miejscach, w których nie ma serwety, donicy czy obrazka na ścianie, bo a nuż ktoś wyniesie... Lubię w hotelu czuć się domowo. I nawet jeśli na ścianie wisi jakiś bohomaz z targowiska za 5zł, to niech wisi!! Niech będzie miło i przytulnie.

5. Istotną sprawą jest też dla mnie lokalizacja miejsca noclegowego. Nie mam wygórowanych wymagań, jednak cenię właścicieli, którzy są uczciwi. Którzy nie wciskają mi bzdur, że "hotel jest blisko centrum", podczas gdy dojście do centrum zajmuje mi pieszo  (szybkim tempem) 40 minut, a droga prowadzi przez osiedla wyglądające jak powojenne pobojowiska. Cenię uczciwość i prawdomówność, po prostu.



   Znalazłam.
Znalazłam w Zakopanem miejsce, które sprostało moim wymaganiom. Willa Tatiana, położona 5 minut spacerem od Krupówek.

Wszystko tu się zgadza. Jest pięknie, miło, domowo, czysto, przyjemnie. Jak znalazłam (już "moje") miejsce..? Dzięki artykułowi z magazynu Voyage, który z kolei wynalazłam w internecie. Gdy przeczytałam tytuł "Do Tatiany goście wracają" - pomyślałam: o rety, skąd ktoś wiedział, że szukam miejsca, do którego chciałabym kiedyś wrócić...??? Przejrzałam ten artykuł, a później znalazłam kolejny - z Werandy Country. Cały artykuł o Tatianie przeczytacie TUTAJ.







   Gdy ujrzałam zdjęcia wnętrz, serce mi się uśmiechnęło, o ile w ogóle serce potrafi się uśmiechać;)
Postanowiłam skontaktować się z Panią Aleksandrą - właścicielką dobytku. Okazało się, że jest osobą bardzo sympatyczną, ciepłą i - o rany...!! - często się uśmiecha:)))
Zarezerwowaliśmy apartament nr 8 w Tatianie Premium. Na wyborze zaważyły.... Schody:)









fot. willa Tatiana




   Na zdjęciu poniżej widać antresolę apartamentu, którą okupował najmniejszy członek rodziny;)


fot. willa Tatiana




   Postanowiłam, że podczas urlopu wreszcie przeczytam (PRZECZYTAM!! a nie odsłucham audiobook'a) jakąś książkę. Na co dzień nie mam na to czasu. W naszym apartamencie - jak się okazało - czekało na mnie idealne miejsce. To, co widzicie na zdjęciu poniżej, to nie blat jadalniany, lecz mój Kącik Czytelniczy;)))










   Podsumowując, nasz apartament sprostał Wszystkim naszym potrzebom. Okazał się być miejscem ciepłym, przytulnym, urządzonym ze smakiem i dbałością o każdy szczegół. Podczas pobytu naprawdę niczego nam nie brakowało. No, prawie niczego;) ale piszę to z przymrużeniem oka.
Otóż któregoś dnia (dodam: dzień po wyprawie w góry, podczas której zrobiliśmy prawie 25km pieszo), postanowiłam sama ugotować obiad (na ogół stołowaliśmy się w karczmie). Rozpakowałam zakupy, po czym bardzo szybko zweryfikowałam zakupowe braki - zapomniałam o bułce tartej do panierki. Na szczęście znalazłam na półce czerstwe bułki. Postanowiłam je zetrzeć.
Jako że ze mnie urządzenie wielofunkcyjne i podzielnouwagowe;) postanowiłam podczas przygotowywania obiadu zadzwonić do mamy. W trakcie rozmowy nagle słyszę:
- Co ty tam robisz? O matko, co tak szeleści??- pyta mama.
- Bułkę tartą robię. To znaczy..trę. A ściślej mówiąc...... trę bułką o bułkę.
- Jak...?? A tarki nie masz?
- Mamuś, jestem w hotelu. Tu i tak jest więcej naczyń niż w standardowym apartamencie.. Dam sobie radę.
- O matko, Pomysłowy Dobromirze ty.
Kilka dni później znów rozmawiam z mamą przez telefon:
- (...) czyli jesteś zadowolona, tak? Wróciłabyś tu kiedyś?
- Tak. Jest świetnie. Wszystko na plus. I naprawdę...jest tu wszystko czego nam trzeba. Właścicielka pomyślała o wszystkim.
- Nie.
- Ja to nie??
- Tarki nie ma.
;))))))))))))))

   Tu naprawdę wspaniale się wypoczywa, a goście są traktowani z szacunkiem i sympatią. Pani Aleksandra, którą miałam okazję poznać osobiście, jest odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Pani Ewa zaś, która dogląda willi, sprawiła, że nie czuliśmy się tu jak w hotelu, tylko jak gdyby gościła nas dobra, kochana ciocia. Wspaniale!!
Powtórzę słowa z podróżniczego artykułu: Tutaj chce się wracać:)))



   Pani Aleksandra jest właścicielką trzech willi: Tatiany Premium (w której gościliśmy), Tatiany Lux i Tatiany Boutique. Postanowiłam skorzystać z możliwości obejrzenia pozostałych budynków.
Mam więc dla Was kilka pstryków. Spójrzcie sami, z jaką pieczołowitością zaaranżowano ich wnętrza...


































A tutaj wille z zewnątrz...


Tatiana Premium, fot. willa Tatiana



Tatiana Lux, fot. willa Tatiana



Tatiana Boutique, fot. willa Tatiana




   Kochani, k woli ścisłości: nie jest to post sponsorowany. Nie nocowałam w Tatianie za darmo:) Jednak postanowiłam o niej napisać, bo jest to miejsce, które zasługuje na to, by o nim mówić i aby je polecać. Być może wśród Was znajdą się osoby, które szukają dobrego miejsca na nocleg, a przy okazji tychże poszukiwań zwracają uwagę na wysoki komfort wypoczynku.
Przyjedźcie, przekonajcie się. Ja tu na pewno wrócę... :)





   Teraz kilka słów "z innej beczki".
Jakiś czas temu - przyznam się bez bicia - zaczęłam tracić serce do blogowania. Pisanie przychodziło mi z trudem, robiłam to raczej niechętnie. Utraciłam poczucie celu, radość.
Długo się zastanawiałam skąd wziął się taki stan rzeczy. Żeby otrzymać odpowiedź musiałam wyjechać, odpocząć. Od wnętrz, malowania, bloga, sklepu, aparatu (no...tu nie do końca;) ). Trzeba mi było wyciszenia, spacerów wśród zieleni, słuchania szelestu strumyków, śpiewu ptaków, wsłuchania się w nostalgiczną ciszę gór i we własne myśli.
Odpowiedź przyszła.
Straciłam chęć, gdyż... straciłam wiarę w marzenia.
Po kilku nieudanych próbach kupna wymarzonego domu (o tym już powstaje książka..), wypaliłam się. Straciłam poczucie sensu, przyszłości.

Co mi przywróciło wiarę...?

   Kiedy któregoś dnia usiadłam przy drewnianym blacie w wynajętym apartamencie, poczułam pustkę. Poczułam, że brakuje mi bloga, kontaktu z czytelnikami. I że brakuje mi...czegoś jeszcze. Zaświeciło słońce. Ubrałam się i pobiegłam do Empiku w poszukiwaniu jakiejś książki...czegoś o...marzeniach... . Oczywiście!! Katarzyna Michalak. Znalazłam regał z powieściami i od razu chwyciłam w dłoń "Rok w Poziomce".
Wróciłam do pokoju. Przeczytałam prawie jednym tchem. Kiedy skończyłam, długo wpatrywałam się w duże okno i wysoką choinkę, rosnącą tuż za nim. Pomyślałam od razu: tak, takie drzewa rosnąć będę w moim ogrodzie. MOIM!! Boże, zatraciłam się gdzieś i straciłam nadzieję... a przecież... marzenia się spełniają!!
Tak, chcę domu. Wymarzonego, takiego, jaki czasem śni mi się w nocy.
Skonsultowałam sprawę z mężem. On też nie przestał marzyć. Tyle że tym razem - stwierdziliśmy zgodnie - wszystko musi przebiec bez wariactw, bez pośpiechu, rozsądnie, po kolei. Zrobiliśmy  plan. Mam cel. I zaczęłam znów wierzyć:)
Pomogły mi słowa odnalezione w książce:

"Jeśli o czymś bardzo marzysz, tak bardzo, że aż boli,
to cały świat pochyli się nad tobą, by spełnić twoje marzenie..."



15 lipca 2015

Podróż w czasie i wspaniałe spotkanie - przystanek Koszysta


    Tak jak wspomniałam, kolejnym przystankiem podczas naszych wakacyjnych wojaży, było Zakopane. Spędziliśmy tu cudownych dziesięć dni. Co sprawiło, że wyjazd na długo pozostanie w mojej, naszej pamięci..? Po pierwsze ludzie, których poznałam. Po drugie - miejsce, w którym mieszkaliśmy (o tym będzie osobny post). Po trzecie - miejsce, które dane mi było poznać od podszewki i cudowne dwie osobowości - pani Doroty i pani Anny.


   Kilka miesięcy temu zadzwonił mój telefon. Numer nieznany. Zadzwonił trochę nie w porę - jak mi się z początku wydawało - gdyż byłam w tzw. dołku. Zastanawiałam się, czy brnąć dalej w firmę, blog, w pracę twórczą, czy rzucić to wszystko i wrócić do pracy w szkole. Poważnie!!
   Odebrałam. Usłyszałam łagodny, kobiecy głos. Moja rozmówczyni przedstawiła się i zaczęła mniej więcej od słów: "Dzień dobry pani Kasiu, mam na imię Dorota, mieszkam w Zakopanem, jestem wnuczką pisarza, Jana Sztaudyngera. Dzwonię, ponieważ natknęłam się na pani blog, który mnie po prostu zachwycił...". Byłam ogromnie zaskoczona, uradowana i zaciekawiona jednocześnie. Niewiele potrafiłam powiedzieć, bo, biorąc pod uwagę fakt, że przed chwilą dosłownie myślałam o zamknięciu bloga, słowa pani Doroty wprawiły mnie w zdumienie. Pomyślałam, że ten telefon to jakiś znak z niebios:)
Pani Dorota obdarzyła mnie prawdziwą lawiną pozytywnych słów pod adresem bloga oraz mojej osoby, choć osobiście mnie nie zna. Stwierdziła, że gdy o mnie czyta, to ma wrażenie, jakby czytała o sobie. Mówiła długo, a ja z każdym kolejnym słowem podnosiłam się na duchu. Serce mi się rozradowało niemiłosiernie... .
Podziękowałam za miłe (i tak mi teraz, właśnie Teraz potrzebne!!) słowa. Rozmawiałyśmy dość długo. Postanowiłyśmy, że musimy się kiedyś spotkać.

   Chwilę po zakończeniu rozmowy usiadłam na kanapie. Rozpłakałam się....



   Kiedy planowaliśmy wyjazd do Zakopanego, od razu pomyślałam o pani Dorocie. Postanowiłam poinformować, że przyjeżdżam i że będzie okazja, by się spotkać.
W odpowiedzi otrzymałam zaproszenie na spotkanie Stowarzyszenia Fraszka, które zrzesza przyjaciół pisarza oraz miłośników Jego twórczości, szczególnie fraszek, z pisania których słynął. Niezmiernie mnie to zaproszenie ucieszyło. Poczułam się zaszczycona tym, że dane mi będzie spotkać wspaniałych ludzi, szczególnie zaś panią Dorotę i Annę - jej mamę, a córkę Jana Sztaudyngera.


   Na spotkanie, które odbyło się w bibliotece, stawiłam się punktualnie. Usiadłam sobie z tyłu, by nikomu nie wadzić i móc wysłuchać wypowiedzi, wspomnień. Mówiąc szczerze, wcześniej nie docierało do mnie tak wyraźnie to, że można z taką czcią hołdować pamięci ojca i jego pisarskiego dorobku. Na spotkaniu przekonałam się, jak wielkim -  zarówno rodzina, jak i przyjaciele oraz miłośnicy fraszkopisarza - szacunkiem darzą spuściznę po Panu Janie i jak bardzo dbają o to, by przetrwała pamięć...
Pani Dorota po zakończeniu spotkania przepraszała mnie mając obawy, że się wynudziłam. Nic podobnego. Było to dla mnie wspaniałe, WSPANIAŁE!! doświadczenie. Móc słuchać opowieści, wspomnień, anegdot. Móc choć przez chwilę obcować z ludźmi ceniącymi polski język, z dbałością układającymi każde wypowiadane zdanie. Dla mnie to niezwykle cenne, biorąc pod uwagę fakt, że na bylejakość języka mam alergię (szczególnie na zwroty typu "cze" i "nara") :)
 


   Kilka dni później miałam okazję odwiedzić dom rodzinny Jana Sztaudyngera, willę Koszysta. Jest to stareńka chata drewniana, położona w pobliżu skoczni. Niezwykle klimatyczne miejsce.
Pani Dorota niestety nie mogła nas ugościć, gdyż musiała wyjechać do Krakowa. Przyjęła nas pani Anna.

   Kiedy przybyliśmy do Koszystej, trwał akurat plener malarski - na ganku intensywnie pracowały artystki z Łodzi. Pani Anna powitała nas bardzo ciepło. Jest osobą starszą, a polubiłam ją od razu gdy ją zobaczyłam - za jej wygląd. Tak:) Za ciepły, łagodny wyraz twarzy, za uśmiech i za pięknego, babcinego koka:)) Poza tym, pomimo wieku, nie straciła poczucia humoru, wręcz przeciwnie - rozbawiłaby nawet najbardziej zatwardziałego malkontenta;)
   Z panią Anną wypiliśmy herbatę. Dodam, że robiliśmy to siedząc przy stole, przy którym pisarz jadał ze swoją rodziną śniadania, obiady... W ogóle... w Koszystej czas się zatrzymał. Dech zapierają liczne pamiątki (nie byle jakie..!!), rodzinne zdjęcia, meble, drobiazgi. Trzeszcząca drewniana podłoga dopełniała tylko całości czarownego obrazka.
Herbatę piliśmy z serwisu bolesławieckiego, więc czułam się jak u siebie. W ogóle czuliśmy się tam dobrze, chociaż, towarzystwo tak zacnej osoby zobowiązywało do należytego zachowania i uważnego dobierania słów:) Pani Anna opowiadała nam o swoim Tacie. Było mi trochę niezręcznie, bo prawie się nie odzywałam... ale tak lubię słuchać mądrych (mądrych!!) ludzi... .Swoje opowieści przeplatała anegdotami, z których zaśmiewała się nasza Julka. Pani Ania chwilami droczyła się z nią, co - jak zauważyłam - Julce bardzo przypadło do serca, bo w naszym domu również nie stronimy od śmiechu i radosnego dokuczania sobie nawzajem;)
   Pani Ania opowiadała o Tacie. O tym, ile serca wkładał w pisanie i jak bardzo kochali Go ludzie, których spotykał na swej drodze. Mówiła o poranku, kiedy to wszedł do jadalni (o dość wczesnej porze) i oznajmił, że w ciągu godziny napisał 60 fraszek!! I o tym, jak pocieszał swoją wnusię gdy smuciła się podczas jednych wakacji, bo koledzy wyjeżdżają nad morze, a ona zostanie w domu. Napisał z tej okazji dla niej wiersz, w którym porównał pielęgnowanie przydomowego ogrodu do nadmorskich spacerów, chcąc udowodnić małej istocie, że pobyt w domu może być równie atrakcyjny jak wyjazd nad morze:)
Wysłuchaliśmy wielu pięknych opowieści o wyjątkowej relacji dziadek-wnuczka. Opowieści wzruszających, zupełnie jak z bajki. Myślę, że każdy z nas chciałby mieć równie piękne wspomnienia... :)



Pani Anna




willa Koszysta - dom rodzinny Sztaudyngerów















   Co zapamiętam na zawsze..? I co zapamięta  - mam nadzieję - Julka?
Pani Anna czytała Julce wiersze. Te, które Pan Jan pisał dla swojej wnusi - Pani Doroty.
                           :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))


   Julka do tej pory wspomina: "Ale ta pani jest kochana...". Tak, jest. I takie wrażenie również zrobiła na mnie Pani Dorota, którą - mam nadzieję - kiedyś lepiej poznam. Oby jak najwięcej Takich ludzi otaczało nas w życiu.



   Te spotkania, rozmowy z panią Dorotą, przywróciły moją wiarę. Wiarę w to, że to, co robię, ma sens. Niestety, w ostatnim czasie moje życie zaburzyły (nadmienię - dość mocno) osoby - wcześniej mi bliskie - nienawistnie do mnie nastawione, złośliwe. I niby zawsze miałam dystans, jednak.. kiedy krzywdzi ktoś, komu nie wyrządziło się krzywdy... to boli. Niektórzy stali się zazdrośni... choć nie wiedzą, że do tego, do czego teraz doszłam, dochodziłam długo i ciężką pracą, poświęceniem... że były momenty, że nie miałam pieniędzy na życie, a zakupy spożywcze robiła mi mama-emerytka... .
Zawsze jednak, gdy myślę, by to wszystko zostawić (bo może wtedy zaczną mnie znowu lubić...?? ), dzwoni do mnie Pani Dorota bądź inna czytelniczka, przywracając mi chęć do życia i wiarę w siebie.

Tak jak napisałam wcześniej, życzyłabym sobie spotykać jak najwięcej Takich osób na swojej życiowej drodze... .



   Mój dzisiejszy post chciałabym zakończyć fraszką Jana Sztaudyngera, którą usłyszałam z ust Pani Anny (proszę mi wybaczyć, jeśli nie zacytowałam dosłownie, a piszę tak, jak zapamiętałam) :




Jan Sztaudynger
Wyrosła mi lilia


Wyrosła mi lilia
za oknem w ogródku
I smutek się zjawił
choć nie siałem smutku.






13 lipca 2015

Kraków magiczny, eteryczny... czyli początek wakacyjnej wyprawy



    Dziś nie zasypię Was zdjęciami. Skupię się na słowie i postaram się opisać część przeżyć z wakacyjnych wojaży:)


   Urlop, jak już wiecie, spędziliśmy w Tatrach. A właściwie większość urlopu, bo kilka dni spędziliśmy niedaleko Krakowa. Ale od początku:

   Wyjazd "na wakacje" zaplanowaliśmy na 3:00 (rano? w nocy...?) we wtorek. W poniedziałek po południu spakowaliśmy walizki i - dość pobieżnie - uporządkowaliśmy mieszkanie. Około osiemnastej mieliśmy wziąć kąpiel, położyć się wcześnie spać i wyjechać o wymienionej porze.
I tak oto po raz kolejny z naszych planów wyszły nici: wszystko wywróciło się do góry nogami, bo przed wyjazdem postanowiłam przygotować upominki dla osób, z którymi miałam się spotkać podczas naszych podróży. Tak już mam, że lubię dawać:) więc dopuszczałam do myśli, że mogę nie zdążyć pomalować paznokci, ale upominki muszą być gotowe - koniec, kropka. Kiedy zorientowaliśmy się w naszym czasowym poślizgu, ustaliliśmy z Radkiem, że wyjedziemy chyba na spokojnie, gdzieś koło godziny 6:00.
Wieczorem Julka poszła spać, a my jeszcze długo krzątaliśmy się dopakowując do walizek i toreb potrzebne (a gdzie tam!! wcale nie potrzebne!!!) drobiazgi i sprzęty. Do wanny weszłam na wpół przytomna, około godziny 1:15. Kiedy zażywałam przyjemności spowita niemożebną ilością pachnącej aloesem piany, usłyszałam głos zza drzwi: "Kasiu, chce ci się spać?" "Nie" - odpowiadam, a potem słyszę propozycję: "To może wykąp się, ubierz, zapakujemy manatki i od razu wyruszymy..?"
No, nie było to głupie. Tak zrobiliśmy. Doszłam do wniosku, że i tak pewnie nie zasnę, a nawet jeśli, to po przespaniu trzech godzin i tak będę zmęczona.
Około 2:00 obudziliśmy Julkę, zapakowaliśmy ją razem z tysiącem walizek do auta i ruszyliśmy. Julka oczywiście od razu zasnęła, opatulona miękkimi poduchami.

   Plan był taki: zamierzaliśmy spędzić jeden dzień w Krakowie, potem trzy dni w agroturystyce nieopodal Krakowa, a potem ruszyć na Zakopane.

   Po drodze mieliśmy trzy około półgodzinne postoje, podczas których oddaliśmy się błogiemu snowi. Spaliśmy rzecz jasna na siedząco, bo niemożliwością było złożyć siedzenia z uwagi na pokaźną ilość bagażu. Po trzecim postoju obudziliśmy się rześcy i gotowi na dalszą drogę.


   Do Krakowa zajechaliśmy chwilę po 10:00. W mieście przywitał nas rzęsisty deszcz. W zasadzie przez większość drogi padało. Mój kierowca był ukontentowany, bo - w przeciwieństwie do większości kierowców - kocha jeździć w taką właśnie pogodę.
Trochę mnie zasmuciła ta aura. Planowałam długie spacery po krakowskich zakamarkach, a pod tak ciemnymi chmurzyskami niemiło się przechadzać. Postanowiliśmy jednak, że żaden deszcz i żadne  "cumulonimbus" nie zepsują nam zabawy. Wszak żadne z nas nigdy wcześniej nie było w tym pięknym mieście.

   Przed przyjazdem do Krakowa zastanawiałam się, czy miasto faktycznie mnie oczaruje.

   Zwiedzanie zaczęliśmy od rynku, który nie zrobił na mnie powalającego wrażenia. Piękny, owszem. Cudny, z tymi sukiennicami, nobliwymi kamienicami i przejeżdżającymi bądź stojącymi tu i ówdzie białymi karetami. Ale - jak dla mnie - urodą podobny do rynków innych starych miast.
Tym zaś, co wprawiło mnie w zachwyt i skąd nie dało się mnie wyciągnąć (moja rodzina potrzebowała do tego stu wołów) był Kościół Mariacki. Kiedy przez telefon opowiadałam o swoich wrażeniach mamie, od razu dodała: "A ołtarz, piękny, prawda..?" No... piękny. Ale mnie nie ołtarz ujął, lecz freski, kolory, witraże i sklepienie kościoła. Kolokwialnie mówiąc: stałam jak wryta. Na widok ferii barw przeszły mnie dreszcze. Zresztą.. wszystko tu jakieś takie monumentalne, doniosłe, a jednocześnie takie...ciepłe. Nie mogłam się napatrzeć!!
Zdjęć nie mam. To znaczy mam, ale takie tam..kiepskie, z telefonu. Obiecałam sobie, że tym razem oglądać będę oczyma, a nie przez obiektyw aparatu.. bo ostatnio takiego właśnie dziwnego nawyku nabrałam.
   Kiedy już się napatrzyłam, otrzymałam od losu okazję do zabłyśnięcia znajomością francuskiego. Uczyłam się tego języka przez osiem lat, tak więc coś mi tam zostało... a przynajmniej tak mi się wydawało.
Otóż zaczepiła mnie starsza pani. Spytała, skąd mam naklejkę (z informacją, że mogę fotografować), ja zaś wytrącona z artystycznego letargu nie umiałam znaleźć słów:/ I stoję tak i gapię się na kobietę szperając w mózgowych szufladach w poszukiwaniu francuskiego "kobieta", "chodzi" i "da pani naklejkę". Pustka. ZERO. W końcu, gdy kobieta zaczęła wodzić wzrokiem za nieco bardziej rozgarniętą rozmówczynią, zapaliła mi się lampka..czy zwarły jakieś kabelki... MAM. "Vous allez là-bas, la femme... l'a". Tak, nie wiedziałam jak z francuska mówi się "naklejka", więc uroczo, niczym jaskiniowiec powiedziałam, że kobieta " da pani TO" wskazując na swój przyklejony do swetra papierek z rysunkiem aparatu.


   Kraków zeszliśmy wzdłuż i wszerz. Co mnie tu najbardziej urzekło..? Oczywiście. Kazimierz. Kiedy tu dotarliśmy, wreszcie poczuliśmy spełnienie. Na to czekaliśmy. Na Takie ulice, na Takie budynki, Taki klimat. Zachwyciła mnie dzielnica żydowska. Och... nawet teraz, gdy o tym piszę, mam dreszcze... . Kamienice naznaczone czasem, jakby wyjęte z planu filmu wojennego. Jedna z nich, którą sfotografowałam, wywołała u mnie nieokreślone uczucia... Kiedy stanęłam tuż pod budynkiem i spojrzałam w górę, na okna, przeniosłam się w czasie. Niemal widziałam żyjących w tych murach ludzi, niemal czułam ich strach i smutek, słyszałam huk strzałów. Starając się jednak skupić na bardziej pogodnych aspektach dawnego życia w tym miejscu, próbowałam sobie wyobrazić biegające dzieci, kobiety strzepujące przez okno kurz z dywanów... W wyobrażaniu pomogła mi muzyka, która płynęła (chyba z gramofonu..) z piwnicznego, okratowanego okienka jakiegoś antykwariatu nieopodal wejścia do kamienicy. Na długo zapamiętam ten obraz...





To zdjęcie zrobiłam niedaleko powyższej kamienicy. Drzwi skradły moje serce... :)





   W dzielnicy żydowskiej odwiedziliśmy jedną z restauracji. Chcieliśmy skosztować tradycyjnych smaków kuchni żydowskiej. Z menu wybraliśmy pieczywo z kilkoma rodzajami past. Próbowaliśmy humus. Cóż... jesteśmy bogatsi w doświadczenie, jednak fanami smaków raczej nie zostaniemy. Nasze kubki i filiżanki smakowe preferują zdecydowanie inny rodzaj kuchni;) Ale... spróbowaliśmy:))


   Będąc w Krakowie nie mogłam nie pójść na Bracką. Tym bardziej, że od rana lało jak z cebra. Och... tak bardzo chciałam wrzucić nasze zdjęcie z parasolami i zacząć ten post od "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz"....!! Niestety, zamysł się nie udał. Padało przez kilka godzin, a gdy dotarliśmy na Bracką - na chwilę przestało padać. Nawet chodnik (jakim cudem..??!!) był tu suchy:( Skoro jednak już tutaj przydreptałam, postanowiłam zrobić zdjęcie. A dla pozorów chociaż... założyć kaptur... ;)






Tutaj dowód na to, że naprawdę padało... ;)





   Podsumowując swoje wrażenia z pobytu w mieście artystów: Tak, Kraków mnie oczarował. Nie chcę wymieniać poszczególnych miejsc... . Oczarował mnie klimatem. Tu jest tak... inaczej. Tu się czuje, że jest się w miejscu wyjątkowym. Po prostu. I pachnie też inaczej. Ulice pachną specyficznie... nawet mijani przechodnie pachną jakoś tak wyjątkowo... . Na pewno tu jeszcze wrócę:)))



   Z Krakowa ruszyliśmy do agroturystyki. Jakiej...? :)
Otóż miałam okazję poznać osobiście moją blogową znajomą, Danusię ze Ściborówki:))) Z Danusią znamy się wirtualnie od dłuższego czasu, a łączyła nas przede wszystkim miłość do pięknych, wiejskich wnętrz i do bolesławców.

   U Danusi spędziliśmy cudowne, CUDOWNE!! trzy dni. Fotografowałam Ściborówkę na potrzeby kolejnego materiału do magazynu.
Ach... wiecie, co nas zaskoczyło...? Kiedy jechaliśmy do Danusi, lał deszcz. Byłam trochę zmartwiona, gdyż w takiej sytuacji moja sesja zdjęciowa stała pod znakiem zapytania. Jednak kiedy minęliśmy kilka ulicznych serpentyn tuż przed celem podróży, a później przejechaliśmy przez niewielki las i wyjechaliśmy na teren agroturystyki, chmury pozostały za nami!! Danusiowe siedlisko powitało nas czystym niebem, przyjemnym ciepłem i słońcem, rozświetlającym barwny ogród:)
   Kiedyś napiszę Wam więcej o szczegółach naszego pobytu, teraz tylko napiszę tyle: Danusia powitała i ugościła nas tak, że gdy wyjeżdżaliśmy, z radością stwierdziłam w duchu: Tak, tutaj warto wracać. Wreszcie znaleźliśmy miejsce wypoczynku, do którego chce się przyjechać ponownie. WRESZCIE..!! :)))


Nasza Julka stała się fanką ściborówkowych futrzaków;)








   Po ukończonych zdjęciach i prawdziwym resecie na łonie natury (och, jak tam się dobrze wypoczywa!!), ruszyliśmy na Zakopane. Czekały nas kolejne spotkania, wrażenia. Równie wspaniałe:) Ale o tym w kolejnym poście... :)))



6 lipca 2015

Krajobrazy dla Anety:)

  Anetko kochana, na Twoją prośbę wrzucam kilka pstryków z trasy na Giewont.
W większości fotografuję góry, choć na szlakach najbardziej fascynują mnie gęste zagajniki z wąskimi ścieżkami uwitymi z mieniących się w promieniach słonecznych kamieni. Jednak idąc taką trasą nie wyjmuję aparatu - zwyczajnie chwytam chwile... :)

Mam nadzieję, że uśmiechniesz się na widok znajomych miejsc...


















4 lipca 2015

Fenomen Krupówek i Lekarz

   Tak się nieszczęśliwie złożyło, że swój pobyt w górach zaczęłam od choroby.
Rozłożyło mnie kompletnie. Najpierw lekki ból gardła, później bóle głowy, stawów, osłabienie, wreszcie silny ból gardła. Nie jestem z tych, co biegną do przychodni gdy wiatr zawieje. Zawsze najpierw kuruję się domowymi środkami (rozgrzewam się malinami, jem czosnek - wówczas cały dom nim pachnie, wątpliwa przyjemność..) a jak nie pomaga, łykam coś w rodzaju Gripexu albo innej aspiryny.
Tym razem wiedziałam, że domowe sposoby nic a nic nie zaradzą. Któregoś ranka wstałam z takim bólem gardła, że chciało mi się płakać. Zapadła decyzja - jedziemy do lekarza.
Tu, w Zakopanem, w szpitalu, przyjmuje tzw. "lekarz dla turystów". No więc pojechaliśmy.
Poczekalnia świeciła pustkami, więc myślałam, że nie będę musiała długo czekać. A jednak. Swoje musiałam "wysiedzieć" niczym kurka na grządce.
Kiedy wreszcie do gabinetu wszedł lekarz, postanowiłam zapukać i zapytać, czy mogę wejść. Obleciałam wcześniej wzrokiem drzwi i ściany w poszukiwaniu jakiejś kartki z informacją, że "należy czekać na wezwanie lekarza". Niczego nie było, więc zapukałam. Od biurka doleciał mnie naraz donośny, ociekający wściekłością głos: "Proszę czekać! Ja zawołam!!". OK. No więc czekam.
Gdy wreszcie pan doktor mnie zawołał, zapytał co się stało. Opowiedziałam krótko o dolegliwościach (szybko, bo mnie jeszcze wyprosi..), a ten zajrzał mi do gardła (a właściwie to przez ułamek sekundy rzucił okiem) i zawyrokował: Angina że hoho. I jak nie zacznie mnie bruzgać za to, że nie przyszłam wcześniej, bo choroba już rozwinięta... No dobrze, ale - pomyślałam - czy gdybym przyszła wcześniej, nie narzekałby, że baba przyszła z lekkim przeziębieniem...??
Zapisał antybiotyk, jeszcze inne leki wspomagająco-chroniące i kazał się oszczędzać. Oszczędzać. W GÓRACH. Gdy przyjechałam właśnie po to, by się męczyć!!
Na końcu jakże uroczej wizyty zapytałam, czy doktor wie, czy ta apteka po lewej, która jest w pobliżu szpitala, będzie dziś (bo to było w niedzielę) czynna. Na to lekarz - UWAGA:
"No przecież krzyż to się na niej świeci tak mocno, że trudno nie zauważyć (ale czy ja sugerowałam, że ją słabo widać...??), a czynna to jest przecież już od trzech lat!!" Aaaaaaaaaaaaaa!! Ależ ja głupia jestem!! No jak - JA, mieszkająca na Dolnym Śląsku, mogę nie wiedzieć, że apteka przy ulicy Iksińskiej w Zakopanem otwarta jest juz od trzech lat.........??!!!!!!!!
Wychodząc z gabinetu zobaczyłam kolejną oczekującą pacjentkę. Minę miała nietęgą. Pyta mnie: "I jak, wredny jakiś, co?" Na co ja odpowiadam, już ze stoickim spokojem i uśmiechem (chyba z ulgi), że jej serdecznie współczuję:)

Antybiotyki postawiły mnie na nogi już po dwóch dniach. Albo to ja czułam się podświadomie "postawiona", bo tak bardzo chciałam iść na szlak... .
Dwa dni spędziliśmy oszczędzając moje siły, snując się bezwiednie po Krupówkach. Dziwne to miejsce. Ale w tej swojej dziwności ciekawe. Szczególnie gdy się zasiądzie z obiadkiem gdzieś za szybką, z widokiem na przelewające się tu i ówdzie tłumy turystów - czy Ceprów, jak wolą miejscowi.
O turystach i moich obserwacjach powstanie osobny post;)
Dziś chciałabym o jedzeniu.

   Otóż znaleźć dobre miejsce do spożywania posiłków (obiadów, deserów) w miejscowości turystycznej graniczy z cudem. Co sprytniejsi przed wyjściem "na miasto" pobuszują w internecie, poczytają opinie i trafiają do polecanej restauracji. Ja już nie opieram się na opiniach innych ludzi, bo są gusty i guściki. Kiedyś jedni (nad morzem) polecali nam rybkę - taka świeża!! pycha... . Świeża pycha-ryba okazała się być zdechłym kotletem, niedosmażonym (musiałam prosić o dosmażenie, bo panierki nie złapało i surowa była), w dodatku przyszło nam jeść plastikowymi sztućcami na papierowych talerzach..nie...nie talerzach tylko zagniecionych w prostokąt kartonikach.
CO TO ZA MODA???!! Nie lubię, gdy turystów z góry traktuje się jak bydło, które wejdzie, staranuje, zabrudzi, na koniec beknie i przy odrobinie dobrej woli może zapłaci. Owszem, można takie podejście tłumaczyć tym, że są ludzie i ludziska i że niektórzy turyści faktycznie - delikatnie rzecz ujmując - nie potrafią się zachować. Ale dlaczego się generalizuje..?
Tu, w Zakopanem, kilka dni temu także zostałam potraktowana jak.... Boże...nawet nie umiem określić JAK. Otóż wybraliśmy się pod wieczór na deser. Weszliśmy do jednej z góralskich restauracji (wyglądającej dość elegancko) i zamówiliśmy desery - Pucharek "Owoce leśne z bitą śmietaną". Mój błąd, że nie spytałam, jakie to leśne owoce znajdą się w moim pucharku... choć na zdrowy rozsądek - mogłyby to być jagody, jeżyny, albo poziomki... . Ale nie. W Zakopanem w lesie rosną KIWI. Tak. Dostałam kiwi i truskawkę, pokrojone w kostkę, polane wątpliwej jakości białym bitym czymś. Owoce leśne - kiwi i truskawka. Brawa dla układającego menu!!!!

   Swoją drogą, gdy otrzymałam to to, zaczęłam się zastanawiać, czy wyglądam jakoś... zaściankowo..? A może właściciele lokalu w ogóle mają Ceprów za mało rozgarniętych cudaków z miasta, co mylą psa z kozą, a gdy słyszą wycie krowy rozglądają się po koronach drzew szukając źródła dźwięku............???
Dla tych, co się wybierają do Zakopanego - polecę Wam karczmę, gdzie na pewno dobrze zjecie, nikt Was nie oszuka i gdzie poczujecie się jak w domu - Karczma Bacówka. Gdy wchodzicie na Krupówki od dołu, to są na samej górze po lewej, prawie na końcu.
PS. Nie jest to post sponsorowany, nie jadam w Bacówce za darmo (niektórym to zapewne przez myśl przejdzie) - płacę jak wszyscy, ale za to mogę szczerze polecić - bo jest tam miło, domowo, ładnie, czysto i smacznie. I ja życzyłabym sobie, by ktoś polecił mi dobre miejsce, tak więc... polecam:)

Teraz wrzucam maleńką garść wspomnień z minionych wypadów...

Zakopane, szlak na i z Giewontu (w drodze powrotnej mój małżonek szedł, ja zaś z dzieckiem pełzłam tudzież zjeżdżałam na pupie, tak było stromo...;) )













Życzę Wam słońca!! Do następnego razu:)

1 lipca 2015

Pozdrowienia z Podhala i WYNIKI KONKURSU LNIANEGO

Witajcie kochani!!!

Na początku bardzo, ale to bardzo Was przepraszam za opóźnienie związane z podaniem wyników konkursu.
Mogłabym skłamać, że komputer mi siadł, albo miałam jakiś wypadek... Nie kochani. Przyczyna jest prozaiczna - moje wakacyjne plany uległy wywróceniu do góry nogami (o ile plany wakacyjne w ogóle mają nogi) i musiałam wcześniej wyjechać na urlop. Dlatego nie miałam czasu zająć się konkursem, a nie chciałam robić tego pobieżnie.

Dziękuję Wam z całego serca za udział w zabawie. Pisałyście tak pięknie o Domu!!!! Niejeden komentarz wywołał u mnie dreszcze, niejeden sprawił, że w oku zakręciła się łza... Ciężko było wybrać trzy wypowiedzi, gdyż wszystkie pisałyście cudnie i prawdziwie.

Wyłoniłam zwyciężczynie. Są to autorki wypowiedzi, które - według mnie - swoimi słowami trafiły w samo sedno. Pozwoliłam sobie również wyróżnić dwie z Was, a wypowiedzi opublikować w tymże poście:)

Dobrze, zatem przejdźmy do konkretów.

Przypomnę, że sponsorem cudownych nagród jest firma



ZWYCIĘŻCZYNIE:

Nagroda pierwsza - bieżnik

Anonimowy
"Moim zdaniem dom to miejsce w którym powinniśmy się czuć najlepiej, detale to jak przyprawy do potraw dodają smaku i stylu wnętrzom, dzięki nim dom jest przytulny, ciekawy i charakterystyczny. Dzięki drobiazgom możemy dokonać niedrogiej i szybkiej metamorfozy, dodatkowo niektóre ułatwiają nam życie:) Dla mnie ciepło domowego ogniska jest najważniejsze daje mi i mojej rodzinie poczucie bezpieczeństwa i komfort, uwielbiam piękne wnętrza i ludzi z pasją którzy potrafią stworzyć cudowne aranżacje. Poza tym dajemy dzieciom przykład, kształtujemy ich gusty i wspomnienia na całe życie to ważne by były najwspanialsze."


Nagroda druga - bieżnik

red artist
"Od razu do głowy przychodzi mi tekst piosenki: "Trzeba stworzyć dom, Żeby mieć do czego wracać. Upchać miłość tam w każdy kąt. (...) Wybuduję dym z komina, i rupieci pełen strych, W kącie my, nad lampką wina, koty trzy (...) Gdzieś za szafą zadomowi się nam świerszcz. Jak ćmy wpadną przyjaciele (...) Ty posadzisz w każdym oknie złoty kwiat. A nad nami dach i niebo. To nasz świat, cały świat, cały świat."

Dom to my sami, przez wybór dodatków wyrażamy siebie, to co lubimy, czego potrzebujemy, do czego dążymy i oczywiście budujemy nastrój. Dopieszczamy każdy detal, nadajemy przedmiotom ciepło, uśmiechamy się na widok rzeczy, które przywołują wspomnienia. Choćby tak jak tu i teraz. Siedzę i delektuję się kawą z ulubionego kubka Mynte w kolorze turkusowym. Pod nim podkładka zrobiona specjalnie dla mnie przez blogową koleżankę - ileż radości sprawiło mi odpakowywanie tej przesyłki! Opieram się wygodnie na na zrobionej własnoręcznie szydełkowej podusi, na krześle własnoręcznie odnowionym. Opatulona mięciutkim kocem. Czuję zapach agrestowych świeczek. Jest mi po prostu DOBRZE, zwłaszcza gdy za oknem deszcz i ziąb. Na ścianie tabliczka, której napis utwierdza mnie w przekonaniu, że tutaj jest moje "Siódme niebo - proszę pukać!" I pomyśleć, że wystarczy zgromadzić wokół siebie parę rzeczy, które wprawiają nas w tak dobry humor..."



Nagroda trzecia - wałek

Justyna Ch.
"Czy moje życie jest cudowne? Tak. Czy każdego dnia padam ze zmęczenia? Tak. Żyjąc w biegu. Praca. Dom. Niemowlę. Bogini sexu. Nie mogę sobie pozwolić na bylejakość. A mam wrażenie, że ta jest zmorą dzisiejszych czasów. W parówce chrząstki, w paprykarzu kurzy pazur! (autentyczna historia), w mące karaluchy... o ile nie mam wpływu na czynniki zewnętrzne, a o tyle mogę zadbać o moje wnętrze. Mój azyl. Moją rzeczywistość. Wierzę, że sami tworzymy dom. Dom, jako uczucia, emocje i piękno. Lubię przejechać ręką po surowym drewnie, poczuć zapach ciętych kwiatów, lubię naturalne piękno... Chłonę z mojego prywatnego źródła, oddaję w eter."


Zwyciężczyniom gratuluję:))) i proszę o kontakt mailowy: rustykalnydom@wp.pl



Na wyróżnienie zasługują według mnie również poniższe wypowiedzi:

"Nasz dom... Zmienia się wraz z naszym wiekiem, wewnętrzną dojrzałością, pojawieniem się ukochanych dzieci, wspólnymi marzeniami, potrzebami, pragnieniami, porami roku.. Ważne aby każdemu z nas kojarzył się z miłością, radością, bliskością. Był piękny, wygodny subiektywnie.. Aby otaczać się meblami, dodatkami ważnymi dla nas, upragnionymi, często wyczekanymi, podarowanymi z miłością..Piękne, dopieszczone, zadbane otoczenie, wnętrze, bliskie sercu, cieszące oczy, uszy i dotyk przedmioty to piękny ranek, wieczór, dzień, noc, wiosna, lato, jesień, zima... Piękna codzienność, piękne życie.. /Pozdrawiam najserdeczniej :)" Agnieszka G.



"Nie od zawsze marzyłam o swoim domu, w bloku też żyło mi się nieźle.Ale już wtedy nie chciałam mieć jak wszyscy. Jako nastolatka wraz z moim tatą zrobiłam proste meble do mojego dziewczyńskiego pokoiku, stół był dużą skrzynią a siedziska to dwie mniejsze skrzynie, uszyłam poduchy i było super! Koleżanki chętnie mnie odwiedzały bo przyjemnie się tam gawędziło godzinami. Potem wybudowaliśmy z mężem nasz dom. I wiedziałam, że nie wstawię tu nowych mebli bez duszy i swojej historii, i tak mam do tej pory. Wokół mnie królują stare kredensy, półeczki z ładnymi dla mnie przedmiotami, zdjęciami mojej drogiej babci, rodziców, lubię wynaleźć piękną porcelanę na targach staroci i potem spijać kawkę w miłym towarzystwie z cieniutkiej filiżaneczki. Nie czekam na święta żeby użyć pięknego kompletu do kawy bo wiem, że świąt może nie być po prostu, trzeba żyć chwilą i umieć cieszyć się z prostych przyjemności i samemu sobie te przyjemności fundować bo to tak niewiele kosztuje. Teraz nasze domowe życie przenosi się na taras, i to dosłownie, zrobiłam tam sobie domowy salonik i w razie deszczu mam trochę pracy żeby zabezpieczyć co się da i ktoś mógłby powiedzieć - po co masz tu tyle rzeczy? Przecież to nie praktyczne! Może to i racja ale dla mnie praktycznie znaczy trochę nudno, a liczni znajomi, którzy z chęcią wpadają na kawkę na świeżym powietrzu utwierdzają mnie, że to nie tylko moje ulubione miejsce. Dom to matecznik ze swoim zapachem, wspomnieniami i tradycją. Każdemu życzę takiego miejsca na ziemi! :)"


Jeszcze raz wszystkim Wam moje drogie dziękuję!!!
:)))



Teraz słów kilka o tym, co u mnie. Tak pokrótce.

Jak wynika z tytułu postu, nasz dom pozostał w rękach rodzinki, a my odpoczywamy w Zakopanem.
Mój urlop stał się niezwykły. Bogaty w przeżycia. Tym jednak podzielę się z Wami za jakiś czas.

Tymczasem kieruję się teraz do mieszkanek Zakopanego i okolic - jeśli któraś z Was, moich czytelniczek, mieszka tu właśnie i chciałaby się spotkać, odezwijcie się do mnie:))
Piszcie na adres mailowy: rustykalnydom@wp.pl. Możecie też odezwać się do mnie na fb (https://www.facebook.com/rustykalnydom.kasiapiekarz)
Może uda nam się spotkać...? :)))

Uciekam pod kocyk  - zasiądę z książką i będę leczyć zmęczone nogi (bo dla mnie wyprawa w góry to przede wszystkim zdobywanie szczytów). Później pędzę na spotkanie z jedną z moich czytelniczek, Panią Dorotą. Och, z Panią Dorotą wiąże się ciekawa historia... :)) ale o tym też za jakiś czas:)


Ślę do Was zakopiańskie buziaki!!

21 czerwca 2015

Loft + rustic czyli wszystko jest możliwe

   Kilka dni temu, przeglądając jedną z galerii na Deccorii, nasunęła mi się konkluzja – wnętrze urządzone od A do Z w jednym stylu to zdecydowanie nie moja bajka. Galeria, o której mowa, prezentowała wnętrze, w którym panuje wszechogarniający misz-masz, jednak wszystkie elementy pięknie ze sobą współgrały. Łączyła je albo nuta jakiegoś koloru, albo print, albo… po prostu ja w tym wnętrzu zobaczyłam coś magicznego, bo było kolorowe, stylowe, naturalne i niebanalne.
Nie wiem, jak w przyszłości będzie wyglądał mój wymarzony dom. Tak jak pisałam w artykule na łamach Siedliska, mój gust ewoluuje i co jakiś czas, powiedzmy…co kwartał… podoba mi się co innego. Jedno zawsze (póki co) pozostaje niezmienne – kolor, drewno, metal, czerń. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w naszym mieszkaniu co jakiś czas w drobnych elementach pojawia się kolor czarny. A to na karniszach, a to na podkładce pod kucharską księgę, innym znów razem na świeczkach… . Lubię słodycz wnętrz przełamywać surowymi barwami – najczęściej właśnie czernią, bądź szarością.

   Od jakiegoś czasu, jak zapewne czytaliście w moich postach, „chodziły za mną” stylizacje industrialne. Niezmiernie podobają mi się loftowe lampy i stoły. Lubię meble kawowe z metalową konstrukcją i drewnianym blatem. Zaś jeśli chodzi o lampy, bardzo bliskie mojemu sercu są te w kolorze Black. Podobają mi się na tyle, że postanowiłam się rozejrzeć w sieci za takimi, które wpasowałyby się w moje wnętrza. A to zadanie niełatweJ
Po wykonaniu rekonesansu domowych potrzeb doszłam do wniosku, że przydałoby się wreszcie kupić jakiś kinkiet na ceglaną ścianę. Do tej pory wisiał na niej lampion, choć oklejając ściankę cegłą przygotowaliśmy ją do montażu oświetlenia. Nie umiałam się zdecydować na konkretne lampy, więc pomysł… dojrzewał;)
Kiedy uznałam, że czas znaleźć kinkiet, zaczęłam szukać lamp w stylu skandynawskim i industrialnym. Od razu oczy mi się zaświeciły na widok kinkietu firmy Markslojd z kolekcji Ekelund – z regulowanym kątem padania światła i.. w kolorze czarnym. Kiedy szczegółowiej zapoznałam się z ofertą firmy, okazało się, że w kolekcji występują również: lampa biurkowa, podłogowa,  a także pojedynczy i podwójny zwis. Ok, do pokoju dziennego lampy nie potrzebuję, bo bardzo lubię tę, którą mam, ale… pomyślałam, że po ośmiu latach przydałoby się też wymienić lampę kuchenną. A pod oknem, obok fotela, mogłaby stanąć podłogowa… tak co by mi uprzyjemnić wieczorne czytanie książek tudzież pisanieJ
Pozostało się jedynie zastanowić nad tym, jak te surowe w swym wyglądzie oprawy wpiszą się w rustykalny styl moich wnętrz. Owszem, był taki moment, że zaczęłam przeglądać lampy stylowe i  rustykalne. Szybko się jednak wycofałam ze skwaszoną miną i myślą: Nie, to byłoby za proste, zbyt oczywiste.  
W rezultacie postawiłam na lampy Ekelund. Na przesyłkę nie musiałam długo czekać. Same oprawy okazały się łatwe w montażu, tak więc mój kochany elektryk poradził sobie z nimi ekspresowo. Najpierw powiesiliśmy kinkiet. Później zamontowaliśmy w kuchni podwójny zwis. Zastanawiałam się, jak go powiesić – czy równolegle do belek sufitowych czy nie. Zdecydowałam, że powiesimy prostopadle, by żarówki dobrze oświetlały kuchenny stół.
Na końcu ustawiłam lampę podłogową w kącie pokoju. Wszystkie trzy lampy wyglądają naprawdę świetnie. Pokój pięknie zintegrował mi się z kuchnią. Kolor czarny i surowość lamp pięknie przełamały słodkie elementy kwiatowe.
Przy okazji montażu nowego oświetlenia w kuchni, zabrałam się za małą reorganizację szafek. Pozbyłam się nieużywanych od dawna sprzętów, talerzy, pojemników. Chcąc nieco odmienić na jakiś czas kuchenny look, wszystkie bolesławce schowałam w drewnianej witrynie, zaś na półkach ustawiłam dodatki w kolorze ciemnych brązów, butelkowej zieleni i ecru.
Po raz kolejny miałam okazję przekonać się, jak prozaiczny element w postaci nowego oświetlenia potrafi uczynić nowe wnętrze. W poprzedniej lampie kuchennej żarówki umiejscowione były tuż pod sufitem, oświetlając kuchnię od samej góry – pomieszczenie było dość mocno doświetlone. Teraz żarówki świecą niżej powodując, że kuchnia wygląda zupełnie inaczej. Nie jest już tak jasno (choć mnie to akurat nie przeszkadza, gdyż pod górnymi szafkami mamy oświetlenie halogenowe), za to stało się baaaardzo kameralnie i niezwykle klimaciarsko;) Podoba mi się ta zmiana!!
Kinkiet z kolei doskonale eksponuje cegłę. Kiedy go zapalam wieczorem, pokój staje się bardzo przytulny, taki jakiś… tajemniczy. Lubię dodatkowo włączyć cottonballsy – wówczas nabiera on charakteru wnętrz rodem z klimatycznych amerykańskich filmów;)

























Muszę przyznać, że oświetleniowy zakup nam się udał. Markę Markslojd znam od lat – w starym mieszkaniu miałam oświetlenie tej firmy. Nie zawiodłam się i tym razem. Dodatkową zaletą jest fakt, że pomimo naprawdę widocznych i namacalnych zmian w mieszkaniu, mój portfel nie zeszczuplał. Lampy są w dobrej cenie, tak więc dokonaliśmy zmian bez obaw, że zajdzie konieczność rezygnacji z wakacyjnych wojaży. A zdradzę Wam… że zapowiadają mi się wakacje bogate w piękne przeżycia. Przede mną kolejna przygoda związana z moją pasjąJ 

Dziękuję wszystkim biorącym udział w Lnianym Konkursie:) Już wkrótce zakończenie... i przyznam, że piszecie tak cudnie, że będzie mi ciężko wyłonić zwyciężczynię;)


Uciekam do swoich spraw, a Wam życzę ciepła, słońca i sympatycznych przedwakacyjnych dni:)))



14 czerwca 2015

Słodko i twórczo

   Kilka dni temu miałam okazję wyszaleć się dekoracyjnie. Znajomi poprosili mnie o zorganizowanie słodkiego stołu na prywatne przyjęcie. Musiałam stworzyć niebanalną, romantyczną i słodką aranżację, która stanowić miała tło dla uroczych słodkości.
Przyznam, zadanie to dało mi wiele satysfakcji... ;)























Życzę Wam równie słodkiej reszty dzisiejszego dnia i dobrego początku nowego tygodnia. Ślę uściski!!
:)

10 czerwca 2015

Debiut:)

    Witajcie moi drodzy!!
W moim domu dziś...istne wariatkowo;) Uwijam się z obowiązkami, a w międzyczasie odbywam oświetleniowe rewolucje. Ale o tym w kolejnym poście.

Nadszedł czas, bym podzieliła się z Wami zapowiadaną niespodzianką i opowiedziała o tym, co mnie zaabsorbowało w ostatnim czasie:)

Otóż.. spełniło się jedno z moich marzeń. Dziś w magazynie Siedlisko wyszedł mój pierwszy, świeżuchny autorski artykuł:) Zadebiutowałam w roli redaktora i fotografa. Jestem taka szczęśliwa, że nie sposób tego opisać!!!!!!!!!! ;))))))))))))))))))))

   W najnowszym numerze magazynu przeczytacie mój tekst o Bzowym Raju. Opowiadam tam historię miejsca urokliwego, którego pejzaże zapierają dech w piersiach. Wszystko to dzięki Pani Ryszardzie (redaktor naczelna magazynu), która dała mi tę wspaniałą szansę. Spotkałyśmy się jakiś czas temu przy kawie. Było sympatycznie, ciepło. Redaktor zrobiła na mnie bardzo miłe wrażenie i wiedziałam już, że bardzo, ale to bardzo chciałabym dla niej pracować:)

Samo przygotowanie materiału to niesamowita przygoda!!! Robiąc reportaż podczas corocznej imprezy zwanej Świętem Bzów, biegałam z aparatem tak intensywnie, że wieczorem zasnęłam na kanapie w pozycji półsiedzącej;) Dzięki Agnieszce i Marcinowi, którzy koordynowali całą imprezą, wszystko poszło gładko. Aga, w przeddzień imprezy, wiedząc, że planuję robić sesję w starej zamkowej kaplicy, zjechała ze mną całą wieś wzdłuż i wszerz zrywając najdorodniejsze w świecie gałęzie bzów - białych, liliowych, lawendowych... Agnieszko, jeszcze raz Tobie dziękuję!!



   Kochani, jeśli zaś chodzi o sam magazyn - jak dla mnie...jest świetny!! Wspaniale rokuje. Znajdziecie tu mnóstwo ciekawych artykułów, miejsc, wnętrz, fotografii. Mnie zachwyciły zdjęcia letnich  przepisów - palce lizać..!!  Zresztą, sami się przekonajcie. Ja...jestem dumna, że to właśnie tutaj mogłam zadebiutować:)



   Przygotowuję się powoli na kolejne materiały.
A.. może wśród Was jest ktoś, kto chciałby się spotkać, a przy okazji pokazać swoje wnętrza czytelnikom...? Może chcielibyście, bym u Was zrobiła sesję..?? Wierzcie mi, to wspaniała przygoda:)
Piszcie śmiało!!
rustykalnydom@wp.pl



Ot, moja radość...;)



















Do następnego razu!!!!
:)

7 czerwca 2015

Makaron z krewetkami

   Witajcie poniedziałkowo:)
W poprzednim poście wspominałam, że zamierzam przygotować na kolację makaron z krewetkami. Pomysł znalazłam w internecie. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem, bo danie wyszło nader wyśmienicie!! 



Makaron z krewetkami



Składniki:

krewetki (wedle uznania, ja użyłam ok.20)
spaghetti makaron (użyłam klusek smakujących jak makaron domowej roboty)
szczypta chilli
trzy ząbki czosnku
białe wino (1/3 Szklanki; użyłam Mocsato d'Asti)
pomidory z puszki (ok.1 / 3 pojemności)
dwie garście rukoli 
sok i skórka z połowy cytryny
świeży czarny pieprz
oliwa

Makaron ugotowałam w osolonej wodzie. W czasie gotowania przygotowałam sos:
Na oliwie z czosnkiem podsmażyłam krewetki. Posypałam chili. Smażyłam je około dwóch minut. Następnie dodałam wino i pomidory, po czym dusiłam wszystko w pod przykryciem (na małym ogniu) około 5 minut. Później dodałam makaron do sosu (a właściwie dodałam sos do odcedzonego makaronu w garnku, by nie wysypywał się on z patelni), Wszystko  razem pomieszałam. Dodałam sok z cytryny i jedną garść rukoli. Zestawiłam z gazu. Przyprawiłam pieprzem.
Makaron podajemy posypując po wierzchu świeżą rukolą i startą skórką cytryny.







   Widzę, że podobnie jak ja, jesteście fankami ciast z rabarbarem:) Agness wspomniała w komentarzu, że piekła placek jogurtowy z kokosową posypką... Brzmi świetnie. Kochana - poproszę przepis:)))


   Mam nadzieję, że długi weekend minął Wam miło i przyjemnie. Ja odpoczęłam. Było mi to bardzo potrzebne. Spędziłam dużo czasu na balkonie. Wczoraj zapaliłam świece i popijając herbatę wysłuchałam koncertu Perfect'u. Zaś sobotni występ Alphaville był po prostu fantastyczny!! Lider zespołu... już nienajmłodszy, wykazał się na scenie energią, której pozazdrościłby mu niejeden młodziak;) Poza tym osobiście kocham jego ekspresję i to, jak przeżywa muzykę. Utwór Sound like a melody grany na żywo wywołał u mnie dreszcze... ;)



   Dziękuję Wam z całego serducha za maile ze zdjęciami wnętrz z kolorowym akcentem:) Cieszę się ogromnie, że są wśród moich czytelników miłośnicy wnętrz barwnych, pogodnych i ciepłych.
Zachęcam Was po raz kolejny do udziału w konkursie lnianym - szczegóły na pasku bocznym.


   Uciekam do pracy, a Wam życzę udanego początku tygodnia!!!!
:)



Udostępnij