24 lutego 2014

Wiosenne nowości i promocja w sklepie

   Kochani,
ja czuję już wiosnę:) Czy Wy również?
W naszym domu przejaśniło się nieco. W ciemnych zakamarkach mieszkania ustawiam świeże kwiaty. Stół nakrywam świeżymi, śnieżnobiałymi obrusami. Kawa zaś najlepiej smakuje w jasnej,różanej porcelanie;)

    Specjalnie dla Was przygotowałam przedwiosenną PROMOCJĘ w Rustykalnym:) Przez tydzień począwszy od dnia dzisiejszego, do każdego złożonego zamówienia powyżej 60 zł dołączymy upominek-niespodziankę. Dodam, że będzie to coś, co na pewno przyda się do wielkanocnych aranżacji;)))
Zapraszam serdecznie!!

   W sklepie lada chwila wyląduje kilka nowości, między innymi uroczy porcelanowy komplecik - kaczucha i wazonik;) Kaczusia może służyć jako solniczka, choć.. wykorzystać ją można na rozmaite sposoby. Samo zobaczcie, jaki słodziak... ;))




























Do wielkanocnych aranżacji polecam gorąco słodkie, porcelanowe koguciki, w cenie 5.90 szt;) dostępne TUTAJ






   Życzę Wam takiego słońca, jakie świeci za moimi oknami!!
Ślę buziaki

Kasia q

20 lutego 2014

Kuchenny zastój

   "Koniec świata i pół Ameryki..."  - tak by powiedziała moja śp. babcia Irenka.
Jesteśmy żywcem pogrzebani w kuchennym bałaganie. Nasi fachowcy nie stawili się na placu boju, więc sami z Radkiem od dwóch dni walczymy z kuchennymi blatami. Nie wiem, jak nam to wyjdzie, ale.. złapać dobrego fachowca z dnia na dzień to rzecz niemożliwa, więc... jakby.. nie mamy wyjścia;) Wycinamy dziury pod sprzęt, skręcamy, wypełniamy silikonem babrząc się przy tym jak dzieci;) ale jakoś tam idzie. Mam nadzieję, że jutro skończymy, bo dość mam już tego bałaganu... .
   Przez prace remontowe mam drobny poślizg w pracy. Lada dzień będę malować kolejne krzesła do kawiarni. Ach, i wykańczam też powoli białe krzesełka z motywem lawendy dla znajomej. Już kiedyś malowałam takie krzesła, pamiętacie..? Teraz dorabiałam kolejne dwie sztuki.

   Poniżej efekt moich poczynań związanych z ostatnim kuchennym zleceniem (mam nadzieję, że uda mi się niedługo pokazać całą kuchnię) i kosz wiklinowy wyszperany na targowisku, pomalowany przeze mnie na bialutko...


przed (surowe drzewo)/ po











   Dziękuję kochani za Wasze wizyty i komentarze:) I z uśmiechem witam nowych gości:))
Wszystkiego dobrego!!

Kasia q

16 lutego 2014

Kwiatki, bratki i stokrotki

   Na dzień dobry, specjalnie dla Was, odrobina żywej radości... ;)

(w odpowiedzi na komentarz z poprzedniego posta:  pokój ma ok.13m, a całe nasze mieszkano 43m;))


















   Miłej niedzieli!!

Kasia d

14 lutego 2014

Nowa taca i wspomnienie pierwszych Walentynek na swoim

   Czy u Was dziś też pachnie kwiatami...? Mam nadzieję, że tak;)

Na moim stole rozpanoszyły się tulipany, frezje (och, jak ja kocham ich zapach!!) i bratki.
Wioząc dziś do domu zakupionego na ryneczku bratka w kolorze biało-biskupim, patrzyłam tak i patrzyłam...i nadziwić się nie mogłam, jakie cuda potrafi tworzyć natura...

   Kolejna taca ukończona. Tym razem postawiłam na szarość...

























 
   Dziś Walentynki.
Co roku przy tej okazji wspominam nasze pierwsze święto zakochanych we własnym mieszkaniu. Być może pamiętacie.. pozwólcie, że przypomnę tę historię..

   Nasze pierwsze Walentynki na swoim mieliśmy spędzić pięknie i romantycznie. Plan nie do końca "wypalił", ponieważ deweloper spóźnił się nieco z oddaniem kamienicy i prace remontowo-wykończeniowe się przedłużyły. I tak oto wspomnianego dnia nasze mieszkanko wyglądało jeszcze bardzo surowo: nie było podłóg, na ścianach schnął tynk, we wnętrzu nie było ani jednego mebla, za to wysokimi stertami piętrzyły się wszelkiej maści materiały budowlane.
   Nas jednak bardzo nęciła myśl spędzenia tego dnia w progach swojego własnego "M". Postanowiliśmy więc wybrać się na kolację do jednej z restauracji położonych w pobliżu domu, a potem spędzić pierwszą noc na swoim. Zapakowaliśmy do samochodu: śpiwór, koc i poduszki, laptopa (żeby obejrzeć jakiś dobry film), suchy prowiant i..pozytywne nastawienie;)
   Kiedy późnym wieczorem weszliśmy do mieszkania, okazało się, że nie ma prądu. Trzeba było pójść do pobliskiego sklepu po świeczki. Mąż poszedł. Kiedy wrócił, odpalił laptopa, po czym okazało się, że padła bateria. No cóż, pomyśleliśmy, że bez kina się jakoś obejdziemy. Kiedy nadmuchaliśmy materac, zaczęło z niego schodzić powietrze.. z boku znaleźliśmy małą dziurkę. I kiedy tak chwilę poleżeliśmy na twardym posłaniu trzęsąc się z zimna, spojrzeliśmy na siebie i zgodnie powiedzieliśmy: "uciekamy stąd". W pięć sekund się spakowaliśmy i uciekliśmy w popłochu do domu teściów;)) Takie to były słodkie Walentynki;)

   Lubię wspominać ten czas. Czas urządzania mieszkania. Czas wicia gniazda.
Czasem z sentymentem przeglądam zdjęcia. Dziś podzielę się z Wami tym, do czego lubię wracać myślami...

W takim stanie odebraliśmy mieszkanie. Bywałam w nim wówczas prawie każdego dnia. Musiałam wszystkiego doglądać, ale i pomagałam we wszelkich pracach: kładłam fugi, malowałam ściany, tynkowałam.. Większość prac wykończeniowych wykonaliśmy z Radkiem sami.
Spójrzcie na nasze piękne "M" ;)))

pokój dzienny...


kuchnia...piękna, nieprawdaż..? ;)


    Żałuję jedynie widoku za oknem.
Kiedyś pod nasze okna podchodziły sarny, a co rano witały urocze, głośne ptasie trele. Teraz mamy kamienniczego sąsiada. To mnie nie złości, ale żałuję, że nie ma drzew. Żałuję, że na naszej starówce jest tak mało zieleni. Dlatego między innymi tak zalesiam swój balkon;)



  ;) nasze kochane...






Do następnego razu moi kochani!!
                     :)))

  

7 lutego 2014

O kolejowych wpadkach i zielonym upominku

   Och... potrzebuję odpoczynku.
Zapracowałam się tak mocno, że znów zaczyna szwankować moje zdrowie. Pora na odpoczynek i relaks...
Jak Wy się relaksujecie? Jestem ciekawa...
Ja w celu "zresetowania się" jak mawia moja koleżanka Ewa, najczęściej sprzątam dom. Czyszczę szafki, robię porządki w szufladach z biżuterią etc. Potem biorę gorącą kąpiel z olejkami zapachowymi. W pokoju zapalam świeczki, włączam na dużym ekranie szemrzący wodospad. Czytam gazetę, piję zieloną herbatę otulona ciepłym kocem. Celebruję chwilę dla siebie..
   Od pewnego czasu bardziej dbam o swój organizm i częściej odpoczywam. Być może jest to po części uwarunkowane rodzajem pracy, który wykonuję, a który bywa cięższy niż poprzednia praca w szkole. Staram się dbać również o sen. Kiedy nie jestem wyspana, nic nie idzie po mojej myśli, dzień się tak jakoś nie układa... 

   Tak, jak już wspomniałam o śnie, nasuwa mi się wspomnienie...
Kiedy studiowałam, przez pierwszy rok mieszkałam w miasteczku akademickim, natomiast cztery pozostałe lata codziennie dojeżdżałam na uniwersytet pociągiem. Wierzcie mi, mało kto wykazuje równą mojej empatię, gdy słyszy o pogodowo-kolejowych sensacjach;) Znam to z autopsji. Przeżyłam na własnej zamarzniętej skórze;))
   Nie raz zdarzało mi się marznąć, ale i drzemać w pociągu. Bywałam niewyspana, przemęczona. Zdarzało się, że zasypiałam podczas podróży i budziłam się gwałtownie, kiedy pociąg zaczynał hamować. Dodam, że budziłam się wówczas w pozycji schylonej, a głowę miewałam już pomiędzy nogami... Bywało, że z powodu przemęczenia wykazywałam wzmożony roztrzepanizm i zachowywałam się tak, jakobym była szlachtą, a myśleć za mnie mieli inni podróżujący. Raz na przykład "wyrwałam" do wyjścia, gdy pociąg wjechał na stację docelową, a gdy już wychodziłam z pociągu, jakiś mężczyzna wybiegł za mną krzycząc "proszę pani, pani torebka".. No tak, po co mi torebka....... ;)
Innym razem, jadąc z sesji, miałam na sobie zgrabne szpileczki. Każda kobieta, która chadza czasem w szpilkach i miała okazję jeździć polską koleją, zapewne wie o pożeraczu kobiecych szpilek..;))) Dla niewtajemniczonych: chodzi o metalową kratkę, z której składają się "pociągowe" schody. Otóż kochani, w tymże dniu stałam się ofiarą owego bandziora. Zamierzałam grzecznie wysiąść z pociągu, lecz niestety, bandyta pożarł mój obcas. Noga utknęła. I to w tym właśnie momencie, gdy druga już stąpała ku następnemu stopniowi schodów... no i.. och, co tu kryć.. runęłam malowniczo do przodu. Złapał mnie kolejowy bohater - starszy jegomość z siwą brodą i aktówką, którą we wspaniałym akcie upuścił, tak więc zapewne (na moje nieszczęście) jakiś profesor... 
Czasami zdarzało się, że jechałam pociągiem godzinę, a gdy już dobiłam do portu, dostawałam wiadomość sms, w której uprzejma koleżanka informowała mnie, że tego dnia wszystkie zajęcia są odwołane. Pociąg powrotny miałam - bagatela - dwie, trzy godziny później, tak więc zwiedzałam miasto wzdłuż, wszerz i w poprzek.
A jeśli już o zwiedzaniu mowa... Często miałam wrażenie, że miasto droczyło się ze mną niczym górol z ceprem. 
Idąc przez starówkę w stronę dworca PKP często mijałam market P&P. Zawsze, gdy zmierzałam w tymże kierunku, miałam go po swojej lewej stronie. Kiedy zaś zamierzałam do tego marketu wstąpić, (u góry nad sklepem był butik ze świetnymi rajstopami), Nigdy, ale to NIGDY nie mogłam go znaleźć. W akcie desperacji dzwoniłam do mojego (wówczas jeszcze) chłopaka oświadczając zrezygnowanym tonem: "znów przede mną zniknął..."  Kiedyś nawet wybraliśmy się razem na spacer. Radek pokazał mi jak trafić. "Zobacz, to taka prosta droga". Mhm... Myślicie, że kiedyś trafiłam..? ;)

   O tak. Moje życie to jedna wielka przygoda;)))


Ok, wracam do rzeczywistości...to jest...teraźniejszości.
Dwa dni temu otrzymałam, tak jak wspomniałam w poprzednim poście, paczkę-niespodziankę. Była to przesyłka od jednej z moich klientek, Pani Luizy, którą darzę ogromną sympatią. 
Otóż Pani Luiza podczas łowów w SH wyparzyła dla mnie dwa cudeńka. Duży bawełniany obrus w kolorze szmaragdowym i dwa wspaniałe, bogato zdobione chwosty. Kiedy rozpakowałam paczuszkę aż mi się łezka w oku zakręciła. Jaka niespodzianka i jak trafiona w mój gust!! Coś pięknego:) Już sobie wyobrażam wczesno-wiosenne i jesienne sesje zdjęciowe z ich udziałem...
Pani Luizo, jeszcze raz składam podziękowania:))) 






A TO dla Was, kochani, za to, że zawsze macie dla mnie czas:)))
Moja zeszłoroczna wiosna...



 
   Wracam do pracy. Tak, to szalone, ale jak już wpadnę w wir... ;)
Właśnie kończę lakierować stół i malować następną tacę. Ciekawe, jak Wam się spodoba;)))

5 lutego 2014

Prezent na Walentynki

   Wielkimi krokami zbliżają się Walentynki.
Co roku, przynajmniej w moim przypadku, pojawia się pytanie: co kupić w ramach upominku z okazji Dnia Zakochanych. Z nami, kobietami, jest dość łatwo. Łatwo nas uszczęśliwić kwiatami, butelką niebiańsko pachnących perfum czy stylową apaszką. Czasem jednak mamy ochotę podarować ukochanej/ukochanemu coś oryginalnego, niebanalnego. Stąd zrodził się w mojej głowie pomysł tworzenia romantycznych tac śniadaniowych. Takich, na których można właśnie w Dzień Walentego podać ukochanej osobie romantyczne śniadanko do łóżka;)) Tace, które wykonuję, doskonale się sprawdzają. Również wówczas, gdy któryś z członków rodziny zachoruje. Są solidne, dobrze zabezpieczone, łatwe w czyszczeniu. No i ręcznie malowane, tak więc każda z tac jest wyjątkowa, niepowtarzalna;)
Co roku zbieram zamówienia na tacki. Wykonałam ich już trochę... W zeszłym roku malowałam tacki ze specjalnymi dedykacjami. To takie słodkie...:))
   W tym roku również praca wre. Tace "produkują się" pomiędzy renowacją stołu i krzeseł.

Przedstawiam pierwszą z tegorocznych tac śniadaniowych...


Taca "Czerwcowy bukiet"

































   Czas pędzi tak szybko, że nie zdążyłam odpisać na Wasze komentarze. Dziękuję w każdym razie za miłe słowa pod adresem mojej niebieskiej córci i za słowa współczucia pod adresem nieszczęsnego kuriera;))
(znów pomyślałam: biedaczyna..)

   Monroma, zastanawiasz się kochana nad kuchennymi frontami. Masz dylemat czy zamówić drewniane czy nie. Rozumiem Ciebie doskonale. Ja też podczas dokonywania zakupów muszę być stuprocentowo pewna, że to produkt, którego szukam (dlatego czasami chcąc kupić jakiś ciuszek sterczę pomiędzy stojakami niczym mimoza i myślę..myślę... ;)) ).
Na Twoim miejscu kochana zamówiłabym drewniane, a po kilku latach bym je pomalowała. Taką samą myśl miałam zamawiając swoją kuchnię. Myślę, że kiedyś, w przyszłości, przemaluję fronty;)

   Ach, zamówiłam blat do kuchni. Znalazłam czarny z połyskiem. Zaszalałam;) Mam nadzieję, że nie pożałuję swojej decyzji..;) Pomyślałam jednak, że taki blat będzie dobrym przełamaniem stylowych mebli. Za jakiś tydzień-dwa będzie zamontowany.
Przy okazji drobnego remontu postanowiliśmy wymienić również zlew. Niestety, zlew z granitu się nie sprawdził. Kosztował sporo, a po sześciu latach wygląda baaaardzo źle. Popękał, zrobił się czarny.
Długo szukałam nowego zlewu. Myślałam o ceramicznym, jednak okazało się, że na rynku brakuje takiego, który pasowałby do mojej szafki (mam dość mało miejsca).
Po żmudnych poszukiwaniach stanęło na srebrnym blaszaku;) Pan, który montował moją kuchnię kilka lat temu powiedział mi, że kiedyś i tak wrócę do srebrnego. No i masz... ;))



Teraz coś " z innej beczki", a mianowicie trochę o mnie;)
   Kasia z bloga Magiczne Słowa nominowała mnie do Liebster Blog.
Dziękuję Kasiu, odpowiadam na Twoje pytania:

1. Twoja ulubiona książka: "Nad rozlewiskiem" Kalicińskiej i "Nie mów nikomu" Cobena Harlana
                             film: "The Holiday"
                            piosenka: hmm...jest tego sporo, ale utworem, po który bardzo często sięgam i który zawsze poprawia mi nastrój jest Wiosna Vivaldiego

2. Jakie państwa chciałabyś zwiedzić? Anglię, Irlandię

3. Co najbardziej Cię wkurza? Brak kultury osobistej u człowieka

4. Czy Twoja praca jest Twoją pasją? Tak:)

5. Jak zaczynasz dzień? Cóż... Wstaję z łóżka, idę do kuchni, włączam ekspres, wyprawiam córeńkę do szkoły, robię kawę (koniecznie małe espresso ze spienionym mlekiem), włączam muzykę relaksacyjną (rano najczęściej ćwierkanie ptaków). Wypijam spokojnie kawę przy kuchennym stole. Najlepiej, gdy stoi na nim jakiś żywy kwiat, chociażby prymulka. Ot, taki mój codzienny rytuał, ładowanie baterii.  Powiem Wam, że nawet, gdy muszę gdzieś wyjechać już koło 7:00, nie rezygnuję z tego rytuału. Pierwsza kawka przy stole musi być;)) Po wypiciu pierwszej kawy "na dobry początek dnia", robię drugą "na przebudzenie", którą popijam później przez pół dnia;)

6. Do czego masz słabość? Do dobrych i fajnych ludzi (często starszych), kosmetyków do makijażu (szczególnie pomadek) i truskawek.

7. Najbardziej szalona rzecz jaką zrobiłaś w życiu? O rany, teraz mnie zganicie;) Kiedy miałam 18 lat zjechałam amatorsko na linie pomiędzy bardzo wysokimi drzewami. Nie wiem jak się nazywa ten rodzaj sportu;) Zrobiłam to pod instrukcją nastoletniego kolegi. Wątpliwa przygoda zakończyła się źle. Zahaczyłam dłonią o linę i przepaliłam skórę pomiędzy palcami. Skończyło się na szpitalu i obietnicy złożonej chirurgowi : "obiecuję, że już nigdy tego nie zrobię" ;))

8. Co sprawia, że czujesz się szczęśliwa? Poczucie bezpieczeństwa, które daje mi każdy powrót do ukochanego domu.

9. Co robisz, gdy masz zły nastrój? Uśmiejecie się. Zapalam świeczki i słucham głośno muzyki celtyckiej bądź włączam na tv dźwięk płonącego kominka i po raz setny audiobooka z Harrym Potterem. Kiedy uruchamiam wyobraźnię, ucieka wszystko, co złe. Czasem, gdy w dodatku jest zimno, robię grzane piwo z żółtkiem na słodko.

10. Kot czy pies? Kot i jego pokrętna dusza.Tosiunia:))))

 


   Dziś po południu pewna osoba zrobiła mi wspaniałą niespodziankę. Ale o tym w następnym poście;)
Trzymajcie się i korzystajcie ze słońca urządzając długie spacery.
Pogoda jest fantastyczna. Jutro chyba pobiegam. Agnieszko, biegniesz ze mną...? ;)
OlaK. pisała u mnie niedawno, że konie i psy gubią sierść, więc zbliża się wiosna. Olu, bardzo mi się to podoba!!
:))



31 stycznia 2014

O tym, co u mnie, czyli o błotnym gościu, niebieskim potworze...

   Witam Was wieczorowo:)

Zamalowałam się na całego;) Jutro kończę kuchenne zlecenie.
Kuchnia po renowacji składa się z dwóch kolorów frontów - dębowych przecieranych i białych (w zasadzie to łamana biel) z przecierkami. Oto maleńki skrawek efektu mojej pracy...











   Do mebli, które przerabiam, zamówiłam nowe uchwyty. Stare w kolorze złotym zostały zastąpione czarnymi.

Kiedy pomyślę o tych uchwytach, uśmiech ciśnie mi się na twarz;)
Kiedy zapukał kurier i zobaczyłam kopertę z zamówieniem, doznałam - delikatnie mówiąc - szoku. Koperta była cała brudna, jakaś taka ubłocona... Zaczęłam się zastanawiać, co ten kurier z nią wyprawiał..?! Po chwili spojrzałam na tegoż kuriera, a konkretnie na utytłane rękawy jego kurtki... Potem spojrzałam na resztę ubrania... I o ile wcześniej się zdenerwowałam z powodu otrzymania tak nieestetycznej przesyłki...o tyle po wnikliwym "prześledzeniu" kurierskiej kurtki moje serce się roześmiało i pomyślałam rozbawiona: "co u licha się przydarzyło temu biednemu człowiekowi...??!!" Wyglądał jakby wpadł w błoto razem z moją kopertą... RANY..
;)))

   Wczoraj moja córeńka miała w szkole bal. W tym roku przebierała się za Lagoonę, a mamuśka miała po raz kolejny okazję wyżyć się artystycznie i make'up'owo;))


 
   Życzę Wam dobrego weekendu. Wypocznijcie, wyśpijcie się. Za siebie..i za mnie;)))
Przesyłam Wam moc uścisków!!

26 stycznia 2014

Zimowo po przerwie...

   Kochani moi najukochańsi:)
Wróciłam. Przepraszam za nieobecność i milczenie, musiałam jednak załatwić kilka spraw osobistych.
Można powiedzieć, że odbębniłam blogowe ferie;)))

   Na początku chciałabym bardzo serdecznie powitać moich nowych blogowych gości. Miło mi bardzo, że ze mną jesteście:))

   Mamy zimę. A czy wiecie kiedy spadł śnieg...?? Otóż spadł akurat tego dnia, którego mieliśmy z małżonkiem zacząć biegać. Tak. Poranne bieganie planowaliśmy od dłuższego czasu i gdy już w któryś poniedziałek wstałam z nastawieniem, że zaczynam zdrowiej żyć - Radek wszedł rano do domu ze słowami: "nie uwierzysz....odsłoń rolety.." No i jak mam być zdrowsza?? Jak mam być chudsiejsza...??

   Cóż, pozostaje opatulić się w ciepły szal i jakoś tę zimę przeboleć.
Dziecko moje kilka dni temu oświadczyło mojej mamie a swojej babci, że ma ze mną poważny problem. Mama spytała więc Julę, o co chodzi. Julka na to: "Bo babciu mama to mnie zawsze pilnuje, żebym się ciepło ubrała, każe mi pamiętać o rękawiczkach, czapce, szaliku, a sama to kaszle i ciągle ma katar i czapki nie nosi, a jak mówię mamie, żeby ubrała czapkę, mama mówi tylko "iiiiii tam..." " ;)))
Och, niedobra mama... Należy mi się kara. Zdecydowanie;))

Za zimą, jak widzicie, nie przepadam. Jednak wyjątkowo Takie widoki ubóstwiam...
(zdjęcie zrobione kilka dni temu w ogrodzie mojej teściowej)









     Teraz słów parę o tym, na jakim jestem etapie w pracy.
Już prawie ukończyłam kuchenne zlecenie. Zmieniła się nieco koncepcja kolorystyczna kuchni, którą malowałam, z powodów czysto technicznych. Jednak uważam, że dobrze się stało i rezultat będzie powalający. Fronty już przerobiłam, we wtorek jeszcze pomaluję okap i obudowę mikrofalówki. I czekam na uchwyty. Kochani, ta kuchnia to będzie prawdziwe cacko:)

   Praca nad zleceniem tak mnie pochłonęła, że całkowicie nie miałam głowy ani czasu, by zaplanować odnowienie mojej własnej kuchni. Kiedy tylko kuchnia Pani Kasi będzie na finiszu, zajmę się projektem swojej, bo na materiał zapewne też przyjdzie mi poczekać... .

  Biegnę pod pierzynkę.
W takie mroźne dni jak dzisiejszy jeszcze bardziej kocham swój dom. Za jego ciepło. Za każdy koc i miękką poduchę. Kocham!!
;)

 

8 stycznia 2014

Zmiany i nowe zlecenie

   Witajcie kochani:)
Mam nadzieję, że dzień zaczął się dla Wam pomyślnie.
Ja od rana uśmiecham się od ucha do ucha, bo za oknem leje deszcz, a jeśli czytacie mnie od dawna, wiecie, że deszcz uwielbiam;) Centrum dowodzenia, czyli komputer, mam usytuowany blisko drzwi balkonowych, które są uchylone, żebym mogła słuchać przyjemnego stukania kropli o dach kamienicy...
 
   W przyszłym tygodniu rozpoczynam nowe zlecenie. Po raz kolejny będę odmieniać kuchnię. Tym razem będzie to kuchnia dokładnie taka, jaką sama posiadam, czyli drewniane fronty Imperor w ciemnobrązowym wybarwieniu. Będę malować na łamaną biel, wymienię uchwyty, będę postarzać w inny niż poprzednio sposób. Kuchnia zapowiada się naprawdę wspaniale... ;)

   Co do zmian...
Zbliżamy się wielkimi krokami do większego remontu. Na wiosnę planujemy wymianę podłóg w całym mieszkaniu. Po zalaniu, którego doświadczyliśmy kilka lat temu, nasze panele wyglądają miejscami, jakby miały ze dwadzieścia lat... Pozostaje tylko zaplanować, czy położyć panele, czy dechy... Nie ukrywam, że mam dylemat. Najchętniej położylibyśmy deski, jednak ze względu na fakt, że obecnie mój dom jest w przez większość czasu moim atelier, boję się, że szybko ulegną zniszczeniu... Może Wy macie jakieś doświadczenia, rady..?  (rany, jak cudownie leje...!!)

   Oprócz podłóg, będziemy odnawiać naszą kuchnię. Trzeba trochę odrestaurować szafki, poprawić gzymsy, podregulować. I muszę wymienić blat, koniecznie, bo mój już dość dużo przeżył;)
Zastanawiałam się nad montażem kamiennego, jednak to chyba nie dla mnie. Zbyt mocno lubię zmiany i obawiam się, że za kilka lat kolor tudzież faktura mi się opatrzy...
Pomyślałam sobie, że przy okazji remontu wprowadzę kilka zmian. Przełamię stylowe meble odrobiną nowoczesności. Zastanawiam się nad czarnym blatem z połyskiem...
(jejejejej!! jak pada:))

Pomysły dojrzewają w mojej głowie, a ja, póki co, pracuję, maluję, projektuję...
No właśnie, a propos projektów.
Jakiś czas temu podjęłam się zadania zaprojektowania ozdobnych  kratek  wnękowych do drzwi, które miał wykonać metaloplastyk. Sporządziłam kilka projektów, znajoma (zleceniodawczyni) wybrała jeden z nich. To strasznie fajne uczucie zobaczyć swój projekt w fazie finalnej;)
Niedługo będę miała znów okazję zaprojektować coś z metaloplastyki. Będą to elementy do nowej kuchni mojej klientki. Mam już wstępny zarys i już jestem ciekawa efektu końcowego... ;)


Kratka drzwiowa mojego projektu...


Uciekam do pracy.
(ale cudaśnie pada!!)
;)

4 stycznia 2014

Filmowo/kinowo

   Lubicie chodzić do kina? 
Ja lubię czasem po prostu wsiąść z Radkiem do samochodu i jechać kilkaset km po to, by obejrzeć film na wielkim ekranie. Nie przeszkadza mi długa droga. Nigdy nie śpię podczas jazdy. Oglądam po raz tysięczny te same widoki za oknem, za każdym razem dostrzegając coś nowego. Tu stary dom, ładny dziki ogród, tam drzewo jak namalowane, gdzie indziej coś, czego oglądać nie chcę, czyli leżący na jezdni szop pracz...albo kot prasowacz..nigdy nie wiem..
   Często takim wyprawom towarzyszą blondyńskie wpadki. 
Raz na przykład pojechaliśmy w trójkę do Wrocławia. Ja na "2012", moje dzieci (czytaj: mąż i córka) na "Mikołajka". Seanse miały się zacząć po południu, tak więc wcześniej zrobiliśmy zakupy. Obarczeni mnóstwem papierowych toreb (cóż za ekologia!!) dotarliśmy do kina. Kupiliśmy bilety. Do biletów standardowo popcorn w wielkim wiadrze i napój. Przed rozejściem postanowiliśmy podzielić się pakunkami, bo oprócz wymienionych toreb nosiliśmy jeszcze kurtki, szaliki etc. bo przecież w CH szatni brak. Podzieliliśmy się załadunkiem, a mimo to ręce mieliśmy mocno zajęte. Nawiasem mówiąc kobiecie czasem przydałaby się dodatkowa para...;) 
Nadszedł czas, by się rozdzielić. Podeszłam do bramki z biletem. Dziewczyna z białej koszuli przedarła bilet i mówi: "na prawo, sala nr 7, proszę się spieszyć.." Naturalnie, ja jak zwykle, na ostatnią chwilę. Żeby nie było za łatwo, sala nr 7 daleeeko... Biegnę więc objuczona niczym kuc uważając, by nie rozlać picia. I - Oczywiście - mam buty na obcasie!! Dobiegłam. Weszłam na salę. Zajęłam miejsce. Kolejnych 5 do 7 minut zajęło mi rozłożenie ładunku tak, co by nikomu nie wadził. Jeszcze trwają reklamy, więc jest dobrze. Ok, bagaż rozładowany. Rozsiadłam się wygodnie. Patrzę na ekran. Trwa reklama filmu dla dzieci. Hmm...dziwne, powinni emitować zwiastuny czegoś dla starszej widowni. Jednak wyczuwam, że coś nie gra. Rozglądam się. Na prawo - chłopczyk. Na lewo - tata z chłopcem. O holender. Przyszli na "2012"??! Patrzę w tył - same dzieci. RANY. Wstaję i podchodzę do chłopca po prawej. Pytam: "przepraszam, jaki tu będzie film?" Mały z grzecznym uśmiechem odpowiada: "Mikołajek". Gwałtu rety!! Cofaliście kiedyś film w przyspieszonym tempie...? Tak właśnie wyglądał mój w tył zwrot... Okazało się, że mój film emitowano w sali nr 2... ;)
Innym znów razem, już nauczona doświadczeniem, że panie w białej koszuli czasem źle kierują i że Zawsze trzeba zapamiętać nr sali z biletu, weszłam na salę i po zrzuceniu bagażu postanowiłam podejść do pani siedzącej po prawej i...na wszelki...zapytać o film, żeby nie było. Wstałam. Pani siedziała jakieś 10 miejsc dalej, więc schylona potuptałam. Spytałam, miła kobieta potwierdziła, że to odpowiedni film. W momencie, gdy słyszę jej odpowiedź i dziękuję, gaśnie światło. Zapadają egipskie ciemności. I wróć tu teraz babo na swoje miejsce... 
Tak kochani. Dla mnie niemal każde wyjście do kina to prawdziwa przygoda;)
  
 Czasem zaś mam ochotę rozłożyć się wygodnie na kanapie, przykryć ciepłym kocem, zapalić świece i zajadając popcorn obejrzeć dobry film w domowych pieleszach.
Tak było wczoraj. Obejrzeliśmy film, który pokochałam za fabułę, grę aktorską i, przede wszystkim, za muzykę. To film "Czas na miłość". Jeśli nie oglądaliście, zróbcie to koniecznie. Ja zakochałam się od pierwszego słyszenia w utworze How long will i love you. Posłuchajcie...




   Spójrzcie poniżej. To kadr z filmu. Czy widzicie co wypatrzyło w filmie bystre oko mojego męża? ;) To niesamowite, jak bardzo zaczął zwracać przy mnie uwagę na szczegóły.
Druga sprawa, gdyby był kawalerem, zapewne powiedziałby: "ale fajna dziewczyna". Jako mąż na głos zauważa Dzbanek;)




   Zdjęcia poniżej wklejam z tęsknoty za wiosną. Pogoda jest okrutna, bo za każdym razem, gdy słońce wkradnie się do mojej kuchni myślę, że wiosna już blisko...a tu nawet zima się jeszcze nie zaczęła... Wstrętne słoneczne oszustwo...







Życzę Wam zwiastującego zimę słońca
i z radością witam nowych czytelników:)))

Udostępnij