poniedziałek, 13 lipca 2015

Kraków magiczny, eteryczny... czyli początek wakacyjnej wyprawy



    Dziś nie zasypię Was zdjęciami. Skupię się na słowie i postaram się opisać część przeżyć z wakacyjnych wojaży:)


   Urlop, jak już wiecie, spędziliśmy w Tatrach. A właściwie większość urlopu, bo kilka dni spędziliśmy niedaleko Krakowa. Ale od początku:

   Wyjazd "na wakacje" zaplanowaliśmy na 3:00 (rano? w nocy...?) we wtorek. W poniedziałek po południu spakowaliśmy walizki i - dość pobieżnie - uporządkowaliśmy mieszkanie. Około osiemnastej mieliśmy wziąć kąpiel, położyć się wcześnie spać i wyjechać o wymienionej porze.
I tak oto po raz kolejny z naszych planów wyszły nici: wszystko wywróciło się do góry nogami, bo przed wyjazdem postanowiłam przygotować upominki dla osób, z którymi miałam się spotkać podczas naszych podróży. Tak już mam, że lubię dawać:) więc dopuszczałam do myśli, że mogę nie zdążyć pomalować paznokci, ale upominki muszą być gotowe - koniec, kropka. Kiedy zorientowaliśmy się w naszym czasowym poślizgu, ustaliliśmy z Radkiem, że wyjedziemy chyba na spokojnie, gdzieś koło godziny 6:00.
Wieczorem Julka poszła spać, a my jeszcze długo krzątaliśmy się dopakowując do walizek i toreb potrzebne (a gdzie tam!! wcale nie potrzebne!!!) drobiazgi i sprzęty. Do wanny weszłam na wpół przytomna, około godziny 1:15. Kiedy zażywałam przyjemności spowita niemożebną ilością pachnącej aloesem piany, usłyszałam głos zza drzwi: "Kasiu, chce ci się spać?" "Nie" - odpowiadam, a potem słyszę propozycję: "To może wykąp się, ubierz, zapakujemy manatki i od razu wyruszymy..?"
No, nie było to głupie. Tak zrobiliśmy. Doszłam do wniosku, że i tak pewnie nie zasnę, a nawet jeśli, to po przespaniu trzech godzin i tak będę zmęczona.
Około 2:00 obudziliśmy Julkę, zapakowaliśmy ją razem z tysiącem walizek do auta i ruszyliśmy. Julka oczywiście od razu zasnęła, opatulona miękkimi poduchami.

   Plan był taki: zamierzaliśmy spędzić jeden dzień w Krakowie, potem trzy dni w agroturystyce nieopodal Krakowa, a potem ruszyć na Zakopane.

   Po drodze mieliśmy trzy około półgodzinne postoje, podczas których oddaliśmy się błogiemu snowi. Spaliśmy rzecz jasna na siedząco, bo niemożliwością było złożyć siedzenia z uwagi na pokaźną ilość bagażu. Po trzecim postoju obudziliśmy się rześcy i gotowi na dalszą drogę.


   Do Krakowa zajechaliśmy chwilę po 10:00. W mieście przywitał nas rzęsisty deszcz. W zasadzie przez większość drogi padało. Mój kierowca był ukontentowany, bo - w przeciwieństwie do większości kierowców - kocha jeździć w taką właśnie pogodę.
Trochę mnie zasmuciła ta aura. Planowałam długie spacery po krakowskich zakamarkach, a pod tak ciemnymi chmurzyskami niemiło się przechadzać. Postanowiliśmy jednak, że żaden deszcz i żadne  "cumulonimbus" nie zepsują nam zabawy. Wszak żadne z nas nigdy wcześniej nie było w tym pięknym mieście.

   Przed przyjazdem do Krakowa zastanawiałam się, czy miasto faktycznie mnie oczaruje.

   Zwiedzanie zaczęliśmy od rynku, który nie zrobił na mnie powalającego wrażenia. Piękny, owszem. Cudny, z tymi sukiennicami, nobliwymi kamienicami i przejeżdżającymi bądź stojącymi tu i ówdzie białymi karetami. Ale - jak dla mnie - urodą podobny do rynków innych starych miast.
Tym zaś, co wprawiło mnie w zachwyt i skąd nie dało się mnie wyciągnąć (moja rodzina potrzebowała do tego stu wołów) był Kościół Mariacki. Kiedy przez telefon opowiadałam o swoich wrażeniach mamie, od razu dodała: "A ołtarz, piękny, prawda..?" No... piękny. Ale mnie nie ołtarz ujął, lecz freski, kolory, witraże i sklepienie kościoła. Kolokwialnie mówiąc: stałam jak wryta. Na widok ferii barw przeszły mnie dreszcze. Zresztą.. wszystko tu jakieś takie monumentalne, doniosłe, a jednocześnie takie...ciepłe. Nie mogłam się napatrzeć!!
Zdjęć nie mam. To znaczy mam, ale takie tam..kiepskie, z telefonu. Obiecałam sobie, że tym razem oglądać będę oczyma, a nie przez obiektyw aparatu.. bo ostatnio takiego właśnie dziwnego nawyku nabrałam.
   Kiedy już się napatrzyłam, otrzymałam od losu okazję do zabłyśnięcia znajomością francuskiego. Uczyłam się tego języka przez osiem lat, tak więc coś mi tam zostało... a przynajmniej tak mi się wydawało.
Otóż zaczepiła mnie starsza pani. Spytała, skąd mam naklejkę (z informacją, że mogę fotografować), ja zaś wytrącona z artystycznego letargu nie umiałam znaleźć słów:/ I stoję tak i gapię się na kobietę szperając w mózgowych szufladach w poszukiwaniu francuskiego "kobieta", "chodzi" i "da pani naklejkę". Pustka. ZERO. W końcu, gdy kobieta zaczęła wodzić wzrokiem za nieco bardziej rozgarniętą rozmówczynią, zapaliła mi się lampka..czy zwarły jakieś kabelki... MAM. "Vous allez là-bas, la femme... l'a". Tak, nie wiedziałam jak z francuska mówi się "naklejka", więc uroczo, niczym jaskiniowiec powiedziałam, że kobieta " da pani TO" wskazując na swój przyklejony do swetra papierek z rysunkiem aparatu.


   Kraków zeszliśmy wzdłuż i wszerz. Co mnie tu najbardziej urzekło..? Oczywiście. Kazimierz. Kiedy tu dotarliśmy, wreszcie poczuliśmy spełnienie. Na to czekaliśmy. Na Takie ulice, na Takie budynki, Taki klimat. Zachwyciła mnie dzielnica żydowska. Och... nawet teraz, gdy o tym piszę, mam dreszcze... . Kamienice naznaczone czasem, jakby wyjęte z planu filmu wojennego. Jedna z nich, którą sfotografowałam, wywołała u mnie nieokreślone uczucia... Kiedy stanęłam tuż pod budynkiem i spojrzałam w górę, na okna, przeniosłam się w czasie. Niemal widziałam żyjących w tych murach ludzi, niemal czułam ich strach i smutek, słyszałam huk strzałów. Starając się jednak skupić na bardziej pogodnych aspektach dawnego życia w tym miejscu, próbowałam sobie wyobrazić biegające dzieci, kobiety strzepujące przez okno kurz z dywanów... W wyobrażaniu pomogła mi muzyka, która płynęła (chyba z gramofonu..) z piwnicznego, okratowanego okienka jakiegoś antykwariatu nieopodal wejścia do kamienicy. Na długo zapamiętam ten obraz...





To zdjęcie zrobiłam niedaleko powyższej kamienicy. Drzwi skradły moje serce... :)





   W dzielnicy żydowskiej odwiedziliśmy jedną z restauracji. Chcieliśmy skosztować tradycyjnych smaków kuchni żydowskiej. Z menu wybraliśmy pieczywo z kilkoma rodzajami past. Próbowaliśmy humus. Cóż... jesteśmy bogatsi w doświadczenie, jednak fanami smaków raczej nie zostaniemy. Nasze kubki i filiżanki smakowe preferują zdecydowanie inny rodzaj kuchni;) Ale... spróbowaliśmy:))


   Będąc w Krakowie nie mogłam nie pójść na Bracką. Tym bardziej, że od rana lało jak z cebra. Och... tak bardzo chciałam wrzucić nasze zdjęcie z parasolami i zacząć ten post od "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz"....!! Niestety, zamysł się nie udał. Padało przez kilka godzin, a gdy dotarliśmy na Bracką - na chwilę przestało padać. Nawet chodnik (jakim cudem..??!!) był tu suchy:( Skoro jednak już tutaj przydreptałam, postanowiłam zrobić zdjęcie. A dla pozorów chociaż... założyć kaptur... ;)






Tutaj dowód na to, że naprawdę padało... ;)





   Podsumowując swoje wrażenia z pobytu w mieście artystów: Tak, Kraków mnie oczarował. Nie chcę wymieniać poszczególnych miejsc... . Oczarował mnie klimatem. Tu jest tak... inaczej. Tu się czuje, że jest się w miejscu wyjątkowym. Po prostu. I pachnie też inaczej. Ulice pachną specyficznie... nawet mijani przechodnie pachną jakoś tak wyjątkowo... . Na pewno tu jeszcze wrócę:)))



   Z Krakowa ruszyliśmy do agroturystyki. Jakiej...? :)
Otóż miałam okazję poznać osobiście moją blogową znajomą, Danusię ze Ściborówki:))) Z Danusią znamy się wirtualnie od dłuższego czasu, a łączyła nas przede wszystkim miłość do pięknych, wiejskich wnętrz i do bolesławców.

   U Danusi spędziliśmy cudowne, CUDOWNE!! trzy dni. Fotografowałam Ściborówkę na potrzeby kolejnego materiału do magazynu.
Ach... wiecie, co nas zaskoczyło...? Kiedy jechaliśmy do Danusi, lał deszcz. Byłam trochę zmartwiona, gdyż w takiej sytuacji moja sesja zdjęciowa stała pod znakiem zapytania. Jednak kiedy minęliśmy kilka ulicznych serpentyn tuż przed celem podróży, a później przejechaliśmy przez niewielki las i wyjechaliśmy na teren agroturystyki, chmury pozostały za nami!! Danusiowe siedlisko powitało nas czystym niebem, przyjemnym ciepłem i słońcem, rozświetlającym barwny ogród:)
   Kiedyś napiszę Wam więcej o szczegółach naszego pobytu, teraz tylko napiszę tyle: Danusia powitała i ugościła nas tak, że gdy wyjeżdżaliśmy, z radością stwierdziłam w duchu: Tak, tutaj warto wracać. Wreszcie znaleźliśmy miejsce wypoczynku, do którego chce się przyjechać ponownie. WRESZCIE..!! :)))


Nasza Julka stała się fanką ściborówkowych futrzaków;)








   Po ukończonych zdjęciach i prawdziwym resecie na łonie natury (och, jak tam się dobrze wypoczywa!!), ruszyliśmy na Zakopane. Czekały nas kolejne spotkania, wrażenia. Równie wspaniałe:) Ale o tym w kolejnym poście... :)))



14 komentarzy:

  1. Zazdroszczę osobistego poznania Danusi,bo Kraków znam od poszewki :)) i mimo to zawsze na mnie działa :))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) Ja zazdroszczę znajomości Krakowa, bo ja, takie mam wrażenie, widziałam chyba niewiele;)
      Pozdrawiam i dziękuję za wizytę

      Usuń
  2. Kraków jest specyficzny, dla mnie nawet trochę już spowszedniał... Za to Wrocławia nie widziałam, muszę się kiedyś zapuścić w te rejony :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, Wrocław polecam. Bywam bardzo często. Piękne miasto, klimatyczne...

      Usuń
  3. Wspaniała wyprawa! Ja uwielbiam ten klimat Krakowa, w ogóle lubię zwiedzać polskie miasta, wypuszczać się w nieznane. Od razu zaczęły mi się przypominać moje wizyty w Krakowie :)
    pozdrawiam
    marta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam podobnie, Martuś, lubię zwiedzać. W Polsce jest wiele magicznych miejsc... Pozdrawiam

      Usuń
  4. Swietny opis wyjazdu.. Miilo czytac, ze wypoczynek udany.

    Krakow kocham bo to "moje" strony.. ale teraz zastanawiam sie czy wywarlby na mnie wrazenie gdybym go nie znala z tej (powszedniej) strony..Nie wiem..

    pozdrawiam cieplutko

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zrobiłby wrażenie..tak jak na mnie.. bo ma specyficzny klimat, po prostu. Szczerze Ci zazdroszczę, że masz blisko..:)

      Usuń
    2. Powinnam byla napisac.." to byly moje strony" ;-) Teraz do Krakowa mam dalej niz Ty Kasiu, bo zyciowe wiatry mnie do Irlandii wywialy.. ale gdy w (zapewne) niedalekiej przyszlosci do Polski zawitam, to nie omieszkam odwiedzic Krakowa :-)

      Pozdrawiam serdecznie :-)

      Usuń
  5. Kasiu w Krakowie byłam kilka razy ... Twoją wycieczkę przeczytałam jednym tchem ... klimatycznie spędzony czas i jeszcze ta Ściborówka :) pozdrawiam serdecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Agatko, faktycznie, mój urlop obfitował w "klimatyczne wydarzenia" ;) Zapraszam Cię do wizyt na blogu, bo będę pisać o kolejnych miłych doświadczeniach...
      PS. Po głowie chodzą mi te Twoje jagodzianki;)
      Pozdrawiam Cię ciepło!!!

      Usuń
  6. malo tresc,slow zbyt duzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zwykle nie publikuję Takich komentarzy;) ale postanowiłam tym razem opublikować.
      Zastanawia mnie kto jest na tyle sfrustrowany, by pisać niepochlebne a przy tym nic nie wnoszące komentarze z anonimowego konta. Droga K: nie czyń złośliwości, bo ani mnie nie zezłościsz, ani mi nie zaszkodzisz, a tylko marnujesz swój i mój czas.
      Załączam - mimo wszystko - pozdrowienia:)

      Usuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij