piątek, 11 maja 2018

W mojej lodówce jest...coś...

    Budzę się w piątkowy poranek. Zaspana od razu - jeszcze przed poranną toaletą - zmierzam w kierunku ekspresu do kawy (bo bez niej ani rusz) i go odpalam. Idę do łazienki. Po drodze otwieram lodówkę, by sprawdzić, czy jest mleko. Uchylam drzwiczki i widzę dwie białe miseczki z kolorowym czymś, jedna z zawartością czerwoną, druga - pomarańczową. Myślę sobie - oczywiście mój tok rozumowania jest daleki od myślenia trzeźwego, bo śpię jeszcze troszeńkę.. - "Radek zrobił galaretki..miło..". Idę do toalety. Tam już ostre światło halogenów otrzeźwia mnie brutalnie i zaczynam myśleć jakby jaśniej. Nagle dochodzi do mnie, że to coś w misce nie może być galaretką, bo Radek przecież nie mógł robić galaretek po powrocie z pracy, gdyż od razu poszedł spać. Więc co to do diaska jest?? - myślę..
Zaglądam raz jeszcze do lodówki. No nie galaretka, bo matowe to dziadostwo i pachnie perfumami. W lodówce...fuj!! Wyjęłam kolorowe ustrojstwo i postawiłam na blacie. Postanowiłam, że zapytam Julkę, gdy się obudzi. Szykuję się do pracy.
Po upływie niespełna godziny zrywam się spod prysznica i zasuwam do kuchni, bo przyszło mi do głowy, że to coś może pod wpływem ciepła zareagować.. i..no nie wiem... rozpuścić się, urosnąć i wypłynąć...wybuchnąć.... w końcu nie bez kozery stało w lodówce. (rety..nie wiem, co ja miałam wtedy w głowie....). Wstawię miski z powrotem do lodówki. Otwieram drzwiczki i powala mnie zapach perfum. Nie.....!! Przecież to tałatajstwo zasmrodzi mi całą lodówkę!! Budzę Julę.
- Mamuś, to jest plastelina na gluty.
- ............?"?;'./;',./;''.;/??????? (zwoje pracują i usiłują przetrawić i rozpracować słowo "gluty")
- No te takie, które kiedyś kupowałam gotowe...taka plastelina jakby.
- Aaaa...a...tak tak....no tak........... Ja..wyjęłam te dwie miski z lodówki.
- Ale tam jest ich więcej mamuś.
- ..................................
No jest.. Jest kilka mniejszych miseczek, pojemniczków. Nic dziwnego, że nasza lodówka pachnie jak Sephora.......

;))))))))))))))

Julka jest obecnie na etapie małego alchemika. Miesza jakieś przedziwne mikstury, ugniata, rozlewa dziwnej maści płyny po miskach,co chwilę prosi o zakup czegoś, co wywołuje u nas szok, na przykład płyn do soczewek. Nie oponuję, kupuję, bo cieszy mnie fakt, że - jakkolwiek dziwnie brzmi"robienie gluta" - sama wyszukuje sobie zajęcia, eksperymentuje, tworzy, bawi się, a nade wszystko - ćwiczy umiejętności manualne.
Trzeba jedynie nieco bardziej uważać ostatnio, funkcjonując w domu, by na ten przykład w coś nie wdepnąć.Stosuję też zasadę ograniczonego zaufania gdy chcę napić się czegoś ze szklanki stojącej na kuchennym blacie. Bo a nuż przed chwilą było w niej coś...coś... o zgrozo.. ;)))))))))))


2 komentarze:

  1. Super, że córcia w taki sposób eksperymentuje. Kreatywność to droga do lepszego ja.

    OdpowiedzUsuń
  2. :)))
    W mojej szkole 80% dzieciaków chodzi z glutami! Są zaraźliwe... sama ostatnio z nimi ugniatałam :)))

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij