28 września 2010

Jak na Giewoncie... ;))

Witam Was kochani;)

Głowa mi pęka z nadmiaru informacji, nowinek i wrażeń. Mimo to jestem szczęśliwa, gdyż - i to jest właśnie to "cśśś" z poprzedniego posta - dostałam znów pracę w zawodzie. Cieszę się, że mogę się realizować, nie zamierzam jednak rezygnować z malowania. Staram się znaleźć czas na wszystko, aczkolwiek.. od dwóch dni szukam, szukam.. i go nie znajduję... .

Muszę się z Wami podzielić moimi perypetiami w związku z miejscem pracy. Otóż pracuję na wsi, a pod opieką mam sp i gimnazjum (mam nadzieję, że mnie nie zjedzą;) ). Nie narzekam, wręcz przeciwnie - kocham wieś, o czym zapewne wiecie. Zazwyczaj jednak, gdy znajduję się w nowym miejscu bądź sytuacji, dopada mnie gapiostwo. Nie obyło się więc i tym razem bez kłopotów;). Pierwszego dnia chcąc wyglądać należycie wskoczyłam w wysokie szpilki. Tymczasem okazało się, że zamiast chodnika czy chociażby kostki brukowej na ziemi tylko błoto, trawa i błoto. Kiedy więc przeszłam się po terenie poczułam się jak ta na tym Giewoncie :D
Z racji błotnego utonięcia dziś już jechałam nie w szpileczkach, lecz w kaloszach... ;)

Wczoraj z kolei spotkałam się z koleżanką, która mi bardzo ostatnio pomogła. Zupełnie bezinteresownie. To naprawdę wspaniała osoba. Chcąc się odwdzięczyć namalowałam dla niej obrazek do kuchni, dokupiłam zapachowe świeczuchy i wczoraj właśnie złożyłam niezapowiedzianą wizytę. Było bardzo miło;)


Chciałam Wam jeszcze pokazać cudo, które zakupiłam na targu staroci w sierpniu. To bardzo zniszczona ława, ale nie mogłam się oprzeć urokowi ludwikowskich nóżek i rzeźbień. A kupiłam ją naprawdę tanio. Dotychczas zajmowała miejsce na balkonie. Teraz stanęła w domu, bym mogła się jej dobrze przyjrzeć i ustalić, jak ją pomalować...

Teraz zmykam odpocząć, gdyż pierwsze dni w pracy okropnie mnie wyczerpały...

Życzę Wam dużo pogody ducha w dzisiejszym ponurym i chłodnym dniu.. ;)

24 września 2010

Wspominki..

Witam;)
Dziś troszkę nie na temat - kilka ujęć z przyjęcia urodzinowego.
Było kameralnie i niedługo, gdyż gorączkowałam i czułam się ogólnie fatalnie..
Zaserwowałam między innymi tartę z przepisu, który dostała Elle, i podobnie jak Ona zastosowałam migdały zamiast orzechów. Dziękuję dziewczyny, wyszło wyśmienicie!!


Moja córcia mnie wówczas rozbawiła.. Kiedy zobaczyła, że dostałam od mamy czekoladki, krążyła wokół nich przez kilka minut. W końcu nie wytrzymała i spytała mnie: "mamusiu, czyje są te czekoladki?" Odpowiedziałam, że moje, gdyż dostałam je od babci. Niuśka na to: "ale ty mamusiu umiesz się dzielić, prawda?" ;) Potrafi zadbać o swój interes..



Troszkę się u mnie pozmieniało..;) ale o tym innym razem.

Teraz zabieram się za porządki. Mam też do zrobienia coś ważnego, dla kogoś ważnego.. Ale na razie cśśśśśś..... ;)

Wam wszystkim ślę dużo, dużo słońca!!

15 września 2010

Jesiennie

Ot, taka moja jesienna aranżacja.
Gałązki zerwane podczas dzisiejszego spaceru, pomiędzy nimi zasuszone hortensje.
Nazbierałyśmy dziś z córcią kasztanów, musiałam je jednak umyć. Gdy wyschną, również z nich uczynimy dekorację.
Bardzo cieszy mnie, że moja zaledwie czteroletnia córcia odczuwa potrzebę ozdabiania i upiększania powierzchni, na której żyje. Kiedy wracam do domu z kwiatami, już od progu krzyczy, że też chce je mieć w pokoiku. Kiedy wieszałam w kuchni pęki wrzosów i lawendy, musiałam również umieścić takowe u małej księżniczki;)
Wczoraj obiecałam jej, że po powrocie z przedszkola pozbieramy kasztany. Niestety okropnie padał deszcz, co wywołało smuteczek. Na szczęście udało mi się udobruchać malucha doniczkowym, drobniuchnym kwiatuszkiem... w kolorze różowym naturalnie;))






Ściskam... ;)

14 września 2010

Obrazek z kolekcji "Sielskie klimaty" ;)

Witam Was serdecznie.
Dziś prezentuję obrazek z sielskiej kolekcji, malowany na sklejce, z wykorzystaniem decoupage'u.
Dostępny w Alei Artystów za grosze dosłownie ... Gorąco polecam ;)



Życzę Wam wszystkim miłego dnia... ;)

13 września 2010

Lubię...

Witam serdecznie.

Trzy osoby zaprosiły mnie do zabawy w "Lubię...", a były to: Fuerto, Konstancja30 i Decomarta, za co serdecznie dziękuję.
Otóż..
LUBIĘ:
  1. Śpiew ptaków

  2. Zapach kawy

  3. Nastrojową muzykę (jazz, smooth jazz, irish, orientalną i klasyczną)

  4. Las wiosenną porą, a zimową - wygrzewanie się przy kaloryferze i świecach

  5. Operę i teatr

  6. Delikatne kwiaty i tajemnicze ogrody

  7. Obdarowywać innych dobrocią i uśmiechem, jak również być obdarowywaną

  8. Nietuzinkowych ludzi (mam na myśli osoby inteligentne, z pasją, o oryginalnym wyglądzie, sposobie ubierania się, nie przejmujące się opinią innych, odważnie idące przez życie)

  9. Oryginalną biżuterię

  10. Literaturę fantastyczną i fantastyczną beletrystykę (Tolkien i HP, przy czym w Potterze fascynuje mnie scenografia i niespotykana fantazja autorki)

To tyle;)

Do zabawy zapraszam osoby, które dotychczas nie brały w niej udziału.

Poniżej zamieściłam zdjęcia z małego przyjęcia z przyjaciółmi. Było bardzo sympatycznie. Zaserwowałam krem z kurek i szparagów w połączeniu z grzankami ze szczypiorem, sałatkę z pieczarek, a na deser podałam upieczone wcześniej rogaliki z wiśniowym nadzieniem i aromatyczną czekoladę na gorąco.
Pokazałabym Wam moje rogaliki, ale... Cóż, czasem moja inteligencja mnie samą zaskakuje:/ Kiedy robiłam zdjecia, w aparacie pojawił sie komunikat "karta pełna", więc postanowiłam zrzucić dotychczas zrobione zdjęcia na komputer. Chwilę później pomyślałam "po co zrzucać? szybciej będzie, jak sformatuję kartę" !! Nie wiem co mi się wtedy stało. Widocznie w natłoku zajęć, spraw na głowie i ciągłej bieganiny moje komórki szare postanowiły zrobić sobie chwilę odpoczynku;D

Prezentuję więc całe Dwa zdjęcia z piątkowego spotkania.. ;)






Teraz uciekam malować. Ach, zamierzam też poszukać w internecie kaloszy;) Z uwagi na mały rozmiar stopy i funduszy;) nie mam czego szukać w sklepach stacjonarnych.. Może macie namiar na jakiś sklep z ładnymi modelami...?

Pozdrawiam ciepluchno!!

9 września 2010

Inspiracje

Witam o poranku;)
Z nadmiaru całotygodniowych emocji cierpię na bezsenność. Jak co rano przejrzałam blogi, poczytałam, pozachwycałam się...
Bardzo spodobał mi się post Iki z Mojego wędrowania. Pisała o tym, jak wspaniale spędziła wczorajszy poranek. Bardzo, ale to bardzo chciałabym też mieć taką możliwość wyskoczenia gdzieś na dobrą kawkę. Niestety, ja nie mam dokąd:/ Pozostaje mi zadowolić się kawusią domową. Całe szczęście, że zaopatrzyłam się w dobry ekspres i na codzień mam choć namiastkę kawiarni...
Często bywam w Poznaniu. Czasem odwiedzam bliskie mi kobietki, czasem zaś załatwiam jakieś sprawy. Zawsze jednak staram się znaleźć chwilkę, by wejść do jakiejś kawiarenki czy restauracji. Kiedyś zadowalały mnie obiady w popularnych punktach spożywania rzeczy niezdrowych;) Teraz natomiast stałam się poszukiwaczką miejsc ciekawych. Takich, gdzie można owszem zjeść, wypić, ale też nacieszyć oko. Wszędzie szukam inspiracji..
Mam już takie swoje miejsca, które przyciągają mnie niczym magnes. Czasem podczas pobytu w mieście szukam byle wymówki (że jestem bardzo głodna, że brzuszek boli, że jestem senna), by wejść gdzieś, popatrzeć i docenić to, ile ktoś serca włożył w aranżację wnętrza i zapewnienie gościom poczucia komortu. W osobie, która tworzy piękne wnętrza widzę bratnią duszę, bo obie wiemy, że każdy detal, każda doniczka czy serwetnik świadczą o wyjątkowości miejsca...
Tego lata poznałam Bażanciarnię (restauracja M.Gessler). Ogródek restauracji oczarował mnie swym romantycznym klimatem. Dostarczył mi pomysłu na zaaranżowanie czegoś w mieszkaniu, ale to na razie tajemnica;) Kiedy tylko będą środki, zabiorę się za realizację pomysłu...

Dziś mam pole do popisu. Wieczorem wpadną znajomi. Szykuję coś dobrego, muszę też zadbać o dobry nastrój. Uwielbiam wprost przyjmować gości i sprawiać, by czuli się u nas wyjątkowo..

Ach, a co do moich emocji, o których pisałam na wstępie. Otóż wczoraj odbyłam pierwsze zebranie w przedszkolu. Zapoznałam się z tym i owym i posłuchałam o córeczce. Po powrocie do domu rozpierała mnie duma. Jeszcze przed wejściem do domu biegałam za jakąś ciekawą książeczką w nagrodę dla mojego dzielnego przedszkolaka.
Zdaje się, iż odkrywam na nowo radość z bycia mamą ;D


Tym, którzy zostawią zawsze słówko - dziękuję. Wam wszystkim zaś życzę dziś dużo uśmiechu..;)

8 września 2010

Romantycznie..

Witajcie kochani;)
Za oknem ukochana przeze mnie pogoda, czyli deszcz. Kiedy tak leje i wieje chłodem, robię sobie dobrą herbatę, zapalam świeczki, zasiadam przy biurku i maluję. Uwielbiam...
Oto efekt mojej pracy:
obrazek w romantycznym stylu, malowany na płótnie (różyczki decoupage'owe), wielkości 20/20cm. Idealny dla miłośników słodkich aranżacji;)
Dostępny na Alei Artystów.







Naoglądałam się ostatnio pięknych lawendowych postów, miedzy innymi u MariiPar z Zielonego kuferka i u Ateny z Drewnianej szpulki. Już jakiś czas temu i ja udekorowałam dom cudnym kwieciem. Lubię zarówno lawendę jak i wrzos...







A w mojej kuchni suszą się prawdziwki;)
Nie, nie nazbierałam w lesie. Poszłam na łatwiznę - kupiłam. Na dworze straszny chłód, nie chciałabym się przeziębić, poza tym nie mam czasu.. i.. nie kupiłam jeszcze kaloszy... No tak, to nic innego jak tłumaczenie własnego lenistwa ;D
Na fotografii widać stojący na okapie sielski obrazek, który pokażę następnym razem...


Kilka osób zaprosiło mnie do zabawy w "Lubię...". Dziękuję i zobowiązuję się poświęcić temu następny post. Muszę się zastanowić co umieścić w dziesięciu zaledwie punktach;)
Życzę Wam wszystkim dużo ciepła...
;)

7 września 2010

Hortensjowo...

Witam serdecznie;)
Przedstawiam Wam kochani mój najnowszy obrazek. Jest kopią tego, który wystawiłam w Candy. Ubóstwiam hortensje, dlatego też z ogromną przyjemnością tworzę takie obrazki;)
Malowany na płótnie (blejtram), wielkości 15/15cm.

Dla miłośniczek tego jakże romantycznego kwiatka - obrazek do nabycia na stronie:

Ściskam mocno i uciekam do kurodomowych zajęć ;))

30 sierpnia 2010

Migawki i mamusine stresy...

Witam serdecznie.
Wpadłam na chwilkę, by podziękować Wam za miłe komantarze. Zaglądam między jednym praniem a drugim, czytam, uśmiecham się... ;)
Co do stresu, cóż... córuniek za dwa dni idzie do przedszkola. Księżniczka przeżywa, ale mama zdaje się jeszcze bardziej.. ot, takie tam matczyne troski...
Poniżej kilka ujęć, na których widnieje między innymi jeden z upominków, które otrzymałam podczas niedawnej wizyty rodziny. Kobietki dobrze wiedziały czym mnie zadowolić - otrzymałam dobre winko i lawendową świecę, cudeńko...
Ach, sesja wynikła z chwilowego sterylno - uporządkowanego stanu mieszkania tuż przed przyjazdem gości. Ci, którzy mają w domu około czteroletnie dziecię wiedzą, iż to stan baardzo krótkotrwały. Taki zaledwie chwilowy błysk... ;))












Życzę miłej nocy...
Dobranoc ;)

26 sierpnia 2010

Mieszkanko mamy...

Witam Was serdecznie;)
Zgodnie z obietnicą zamieszczam zdjęcia z mieszkania mamy po remoncie. Niestety nie znalazłam fotografii "sprzed" ( na każdej ktoś coś zasłania..). Opiszę pokrótce jak wnętrza wyglądały przed remontem.
Otóż kuchnia pomalowana była szpitalno-zieloną olejną farbą. Stały w niej baaardzo stare szafeczki, białe (czy może ecru, bo pożółkłe;) ), na zewnątrz zdobiły je plastikowe, pomarańczowe pojemniki na mąki itp. Nadrzędnym więc założeniem podczas odnowy kuchni było "żadnych plastików". Okno, które widać na zdjęciu poniżej było malowane białą farbą olejną, a warstw było tyle, że mama moja która to to skrobała miała już w nocy senne koszmary... Nawet pan podłączający gaz się dziwił.. okazało się bowiem, iż dzielna mamusia jest jedyną w bloku osobą, która podjęła się renowacji okna (inni mieszkańcy po prostu się go pozbyli).
Co do pokoju, stał w nim nijaki segment, mnóstwo jakichś foteli, puf... tzn. nie było ich mnóstwo.. po dwa w zasadzie, ale wrażenie sprawiały jakby ich było więcej. Właściwie to wszystkiego było za dużo - obrazki, obrazeczki, kwiatki tu i ówdzie, sztuczne w dodatku (ale takie stare sztuczne, bo współczesne doskonale udają żywe rośliny), i caaała masa porcelanowych bibelotów ;D Zawsze podziwiałyśmy z mamą śp.babcię, która ze stoickim spokojem wycierała z drobiazgów kurze... ;)
Ach, naturalnie na ścianie była tapeta, żółta w dodatku, w jakieś wzorki.
Przedpokój zastawiony był szafą, która rozeszła się pod wpływem jednego kopnięcia mojego M. ;)
Ogólnie rzecz biorąc wszystko było ciemne, pozastawiane, pomieszane.. Mieszkanie maleńkie, kuchenka tym bardziej, jednak udało się co nieco zdziałać. Nie zrobiłam jeszcze zdjecia kuchni czy pokoju w całej okazałości, gdyż podczas sesji w mieszkaniu było jeszcze mnóstwo szpachelek, farb, folii itp. W pokoju dziennym natomiast brakowało ławy i sofy. Ale myślę, że kiedyś jeszcze pstryknę;)


Tu chciałabym zwrócić uwagę na firaneczkę, którą mama wydziergała na szydełku. W dodatku to jej projekt.. według mnie jest przecudna..




Co do kuchennych mebelków...
Dolne zamówiliśmy w BRW, natomiast wieszanie czegokolwiek dużego na ścianie odradziłam mamie, by nie pomniejszać kuchni. Powiesiłyśmy jedynie szafeczkę narożną, wyszperaną w ulubionym sklepie z antykami. Półki natomiast zrobiłam ze ścinków starej deski i metalowych wsporników..


Poniżej rzut na córciowy zegar;)
(właśnie zauważyłam to coś na środku blatu stołu.. wygląda jak mały lampionik, a to pojemniczek z farbą;) )








Reling, który widać na zdjęciu poniżej to taki kasiowy wymysł.. Z mojej weneckiej półeczki już jakiś czas temu zdjęłam drążek z haczykami, do tej pory leżał więc zakurzony za komodą. Pomyślałam, że można go wykorzystać w kuchni, pomalowałam więc jedną z desek na kolor złamanej bieli i na wsporniki założyłam niepotrzebny dotychczas element..



A tutaj efekt szperań mojej mamy :D Jestem pewna, że to po niej odziedziczyłam zamiłowanie do buszowania w starociach..




Przez okienko widać kredens, który również przywędrował do mamy ze sklepu z antykami.
Niżej natomiast efekt pracy zdolnych, kwiaciarnianych rączek;)



Kiedy zamieściłam fotografie wykonanego przeze mnie zegara pisałam, ze do kompletu wykonałam obrazki. Powiesiłam je nad starą, przywiezioną niegdyś przez śp.babcię z Francji półeczki na przyprawy..



Tu z kolei doniczki, które wynalazłam w ulubionej galerii..

Jeszcze lampa przytargana z Czacza...

.. i zegar przytargany ze sklepu..
(widziałam tę przerażoną minę mamy, gdy jej go przyniosłam;) ale już się przyzwyczaja do zegara-giganta)


W maleńkim mieszkanku znalazło się miejsce na nowe meble, dekoracje, ale też jest kawałek przestrzeni dla sentymentalnych drobiazgów. Jednym z nich jest święty obrazek po mojej babci. Obrazek, który podarował Jej podczas wojny pewien młodzieniec, zakochany i pełen nadziei, że do Niej wróci. Niestety, żołnierz nie przeżył. Pamięć jednak żyje, a obrazek mieszka nadal u mamy... ;)
To tyle na temat mamusinego domu.
Kolejny post - mam nadzieję - poświęcę temu, co ostatnio wymalowałam.
Kochani, jeszcze słówko o romantycznym weekendzie, na który zaprosił mnie mój M.
To było coś wspaniałego.. Byłam przekonana, że zostanę zabrana do jakiegoś przytulnego pensjonatu i spędzę przyjemne chwile spacerując po górach i popijając chłodnym wieczorem winko. Wszystko jednak przeszło moje oczekiwania. Mąż zaprosił mnie do pałacyku ze SPA... Nie spodziewałam się. Było cudownie, magicznie. Orientalne zabiegi, pełen relaks, kolacja przy świecach i płatkach róż... Do domu wróciłam odprężona, wygładzona;) i niezmiernie szczęśliwa z powodu posiadania Takiego męża... :))
Dla głodnych wnętrzarskich wrażeń link do pałacyku: www.palacmargot.pl
Rozmarzyłam się... ;)
Zapraszam Was kochani nadal do mojego Candy.
Pozdrawiam bardzo, bardzo ciepluchno!!

29 lipca 2010

Rocznica... (przepraszam za literówki, problem techniczny)

Rocznica. Doczekałam się;)
Z tej okazji, naturalnie, kilka wspomnień...

Kiedy wspominam swój slub myslę, że nie mógł być piękniejszy. Wesele zresztą też.
Cała ceremonia zaplanowana była - jak to teraz bywa - ponad rok wczeniej. Byłam wówczas jeszcze na studiach. Glowę zamiast nauki zajmowaly mi suknie, kolie, walce itp. Chciałam, by bylo magicznie.
Najważniejszymi dla mnie były slub koscielny i pierwszy taniec.
Jesli chodzi slub, udało nam się umówic z panią,która jest pierwszorzędną spiewaczką operową. Wspaniała, ciepła osoba, obdarzona głosem wywołującym dreszcze.. Miała nam zaspiewać Ave Maria oraz jedną piesń przez siebie wybraną (to było cos, co miało charakter piesni koscioła protestanckiego, niemniej jednak wypadło rewelacyjnie). Chciałam, by spiewała też podczas naszego wejscia do koscioła, lecz nie było takiej możliwosci, bo od zawsze na wejsciu gra i spiewa organista. W czasie planowania tego najważniejszego dnia uległam fascynacji utworami zespołu TGD. Szczególnie pokochałam "Mój ląd", który zamiesciłam poniżej.
Podczas imprezy weselnej mial nam grac zespól prowadzony przez rodziców mojej koleżanki. Cala ta rodzinka jest niezwykle muzykalna i przesympatyczna. Kiedy się spotkalam z Ewą w celu podjęcia decyzji odnosnie tego, czy zdecyduję się na usługi zespolu jej rodziców, powiedziałam jej o mojej fascynacji TGD. Powiedziałam to zupełnie przypadkowo, po czym Ewa spytała, czy nie chciałabym, aby ona zagrała mi moją ulubioną melodię na flecie podczas ceremonii. Bylam w szoku, bo slyszałam, że gra na flecie, ale to... Zaskoczyła mnie i uszczęsliwiła jednoczesnie. Ustaliłysmy, że zagra "Mój ląd" w srodku ceremonii zaslubin. Dodam, że utwór ten był jej kompletnie nieznany.
Z racji tego, że studiowałam, zaprosiłam na wesele kilka najbliższych mi osób, natomiast dla wszystkich pozostałych członków mojej grupy przygotowałam własnoręcznie wykonane zaproszenia na sam slub. Liczyłam, że mimo wakacji, kilku osobom uda się przybyć. Zaprosiłam też naszego grupowego "rodzynka" - Piotra, który powiedzial, że postara się być na moim slubie. Na kilka dni przed tym dniem jednak Piotr wysłał mi sms-a w którym poinformował mnie, że niestety nie uda mu się przyjechać. Zrobiło mi się smutno, bo to była jedyna osoba z grupy, która zapewniala, że przyjedzie...
Nadszedł dzień slubu.
O poranku przywitało mnie piękne slońce. To już sprawiło,że byłam w dobrym nastroju, ale nie miało się na tym skończyć... ;)
Wszystkie przygotowania poszły dobrze. Tradycyjnie, ubieranie się w suknię w towarzystwie przymykającego co jakis czas oczy kamerzysty, powitanie w domu młodego i gosci, błogosławieństwo pełne łez i droga do koscioła. Dreszcze przeszły mnie gdy ujrzałam nasze wynajęte auto. Ciemne, błyszczące, niezwykle eleganckie, a przystrojone w delikatne róże i piórka, tańczące z każdym najlżejszym podmuchem wiatru...
Zajechalismy do koscioła. Czas wchodzić.
Patrzę przed siebie, nie ma niestety nikogo poza koleżankami zaproszonymi na wesele. Ale to nic, i tak jest pięknie. Patrzę na ołtarz. Cudnie przystrojony. A na prawo od oltarza jako lektor stoi Piotr. Zaplanowal to. Umówil się z naszym proboszczem (pomimo iż Piotr mieszka w innym miescie) że to on odczyta dla nas słowa "milosc cierpliwa jest..."
Wzruszyłam się.
Chce mi się plakać, ale nie, trzymam się mocno, bo makijaż taki cudny...
I jeszcze jedno..
Wchodząc do koscioła nie słyszę spiewu organisty. Nie słyszę też naszej spiewaczki. Slyszę "Mój ląd".
Ewa SPIEWA...


Pierwszy taniec też był ważny. Już półtora roku przed slubem chodzilismy na naukę tańca towarzyskiego. Ukończylismy pierwszy stopień, potem kontunuowalismy w celu opracowania ukladu walca angielskiego.
Nasi rodzice nic nie wiedzieli. Ani o tym, że tańczymy, ani o tym, iż planujemy zatańczyć na weselu prawdziwego walca.
Długo szukałam odpowiedniego utworu. Moja mama zawsze marzyła, bym zatańczyla do walca z "Nocy i dni", jednak nie chciałam tego, bo melodia jest smutna, a mama taka wrażliwa... ;)
Jako że jestem nieco staroswiecka (często smieję się, że powinnam się urodzić w epoce długich sukni i chadzania na bale), szukalam starej melodii. Walc wykonany przez Nat King Cole mnie Oczarowal;) Postanowilismy, że do niego własnie zatańczymy podczas naszego wesela. Członkowie orkiestry zaproponowali, że wykonają utwór w polskiej wersji (Zbigniew Wodecki), jednak odmówilismy. Walc straciłby swój przedwojenny czar. Puszczono więc walca z plyty, w oryginale, który zamieszczam poniżej...



Ach, co byl za slub... ;))

Teraz pozostaje wspominać.
Pozostaje uronić łzę na znak wdzięcznosci losowi, że bylo tak idealnie...

Kochani rozmarzylam się na calego;) Muszę już jednak zejsc na ziemię.
Zaraz biegnę do kosmetyczki. Dodam, że nastrój dzisiejszy daleki od tego sprzed pięciu lat. Otóż w nocy jakis paskudny komar pogryzl mnie w usta i teraz mam spuchnietą wargę z jednej strony;( Ale od czego ma się męża, który zawsze pocieszy w chwili smutku
"kochanie, kiepski fachowiec z tego goscia, który ci botoks wszczepił"
;D

Wiem, że to przeczytasz.
Kocham Cię.

Mając w nadziei, że czeka mnie wspanialy weekend, życzę tego i Wam;))

A to na życzenie przemiłej osóbki z Miejsca Sympatycznych Klimatów:



28 lipca 2010

Dziadkowa witrynka ukończona;)

Witam Was serdecznie..
Przedstawiam dziś zdjęcia szafy, jako że już powędrowała do zadowolonych właścicieli;)
Cieszy mnie to, że zdążyłam ją skończyć przed weekendem - w sobotę wyjeżdżam, będę więc spokojna z racji ukończonej pracy...

Dla osób, które były zainteresowane sposobem przerabiania mebelka: najpierw skrupulatnie obskrobałam wykałaczką wszelkie przypadkowe "maźnięcia" z poprzedniego malowania (nie zmywałam, by nie usunąć miedzianej farby); następnie pomalowałam szafkę białym akrylem, nakładając kilka warstw, by pokryć seledyn; po wyschnięciu postarzyłam mebel przecierając go akrylową czernią (najmniejszym pędzlem) i malując rzeźbienia popielem, a na końcu zabezpieczyłam satynowym lakierem do drewna;)

Jako pierwsze prezentuję zdjęcia "przed":





Tutaj już natomiast witryna po metamorfozie ;) :












Pomimo braku moich komentarzy zaglądam do Was często i po cichu niektórym zazdroszczę wspaniałego wypoczynku oraz weny... ;) Mnie czeka krótki weekend poza domem, jednak dobre i to. Powoli się szykuję, czyli teraz, możnaby rzec, przeprowadzam metamorfozę siebie samej ;D bo ostatnimi czasy straszę nieco... Dziś idę robić włoski, pojutrze lecę do kosmetyczki.. cóż, po ciężkiej pracy pora na przyjemności. W rzeczy samej, czeka mnie romantyczny weekend we dwoje, trzeba się zrobić na bóstwo;))
Ściskam mocno wszystkich, którzy poświęcają swój czas, by do mnie zajrzeć!! ;)

Udostępnij