niedziela, 28 maja 2017

   Weekend spędziliśmy na wsi. Chociaż nasz domek przypomina ruderę, przez którą przeszło tornado, miło było się napić kawy w ogrodzie wśród ptasich treli i pierwszych promieni słońca. Ba, wreszcie się trochę opaliłam!! (dotychczas nie miałam gdzie).

   Niedawno zrzuciliśmy strych. Zlikwidowaliśmy prawie cały. W domu brzydko pachniało stęchlizną, wilgocią i jeszcze czymś..bliżej niezidentyfikowanym ;)
Kiedy zaczęliśmy rozbierać górę, okazało się, że pod płytami na podłodze wysypany był żwir. To z niego właśnie ten zapach.. Kiedyś ocieplano w ten sposób domy. Dziś nie do końca rozumiemy dlaczego tak budowano, choć z opowieści innych ludzi wiemy, że w trudnych czasach budowało się z tego, z czego się dało. No i oto efekt. Żwir i belki-sklejki. No właśnie..tu kolejna niespodzianka. Kiedy odsłoniliśmy belki stropowe, okazało się, że kilka jest tak spróchniałych, że same niemalże spadły na ziemię, a inne nie stanowią całości - są to belki łatane w połowie, zbite deskami. I w każdej belce milion gwoździ...
Prace budowlane wykonujemy sami. To znaczy mąż, ja i nasze mamy. Żadnych budowlańców. Niektórzy zapewne mają nas za wariatów, ale.. kiedy trzeba ciąć koszty i nie ma się cierpliwości do zrzędzących i niezadowolonych ludzi, to się buduje samemu ;) Ja jestem zaledwie pomocnikiem na zasadzie "przynieś, wynieś, pozamiataj", bo po wypadku dźwigać nie mogę, a plecy "wysiadają mi" po piętnastu minutach kucania nad chwastami... Ubolewam strasznie, bo uwielbiam demolkę i sama bym już tym młotem tam.. ale nie dam rady. Nawet wchodzenie po schodach jest od wypadku bolesne, więc odpuszczam. I przynoszę, wynoszę i pozamiatuję ;)))
(o ranyy...jak cudownie pada...i burza jaka wspaniała....!!!!!)

   Oprócz tego, że rozebraliśmy strych, zburzyliśmy też jedną ścianę. Była to ściana przy piecu i trzeba było się jej pozbyć, by zrobiło się miejsce pod nowy komin. Ze ściany odzyskaliśmy kilka cegieł. Będą pod budowę kominów. Jeszcze dokupimy gdzieś z rozbiórki jakieś milion dwieście... ;))
Uniknęliśmy póki co problemu z gruzem i żwirem, bo wszystko ląduje w piwnicy. Zasypujemy ją, bo jest bardzo mała i tak zawilgocona i nieprzyjemna, że nie było sensu jej zostawiać.

   Teraz w domku powstało jedno duże pomieszczenie - straszny kuchniosalon. Straszny, bo na środku stoi komin krzywy jak diabli (że on się jeszcze trzyma i jest szczelny...) i zniszczony niemożebnie.. no i teraz nad głowami mamy dach, obity od wewnątrz panelami powyginanymi niczym fale Dunaju. Widać też belki, które stanowiłyby doskonałe tło dla horroru jakiego.. ;) Ale.. póki co musi tak być. Jak dobrze pójdzie, za jakiś czas będziemy wymieniać dach, a jak wymienimy, to już będzie z górki.

   Na razie jest ciut strasznie. Nawet nowe koleżanki Julki nie bardzo chcą przekraczać próg domku ;)) Ale.. nie wszystko od razu. Dom ma się rodzić powoli, powolutku dojrzewać jak dobre wino ;)
 
   Wczoraj rano siedziałam przed domem w piżamie. Jak ja o tym marzyłam!! :)))) Piłam kawę i rozmyślałam, jak tu kiedyś będzie. Jak będzie wyglądał dom, weranda, ganek.. jak zaplanuję ogród.
W ogrodzie brakuje mi wysokich drzew i ciemnego koloru. Prawie wszystko, co rośnie po reprezentacyjnej części, jest jasno-zielone, takie jakby wypłowiałe w słońcu. Muszę to przełamać jakimiś krzewami w ciemnym kolorze. I posadzić kilka świerków, jodeł.. Teraz część, którą będziemy widzieć w przyszłości z salonu, jest taka jakaś...hmm...bez wyrazu trochę. Więc planuję, obmyślam...
Z moich roślinek, które posiałam wiosną, wzeszły już malwy, maciejka i ozdobny groszek. Powoli zakwitają piwonie. W rozkwicie jeszcze ich nie widziałam...

   Dopóki dom nie zyska nowych ścian i dachu, staram się w każdym kącie wcisnąć coś, co będzie cieszyć oko...
Przy okazji robienia porządków doszłam do wniosku, że trzeba zamieścić na blogu post wyprzedażowy, bo mam trochę cacuszek do sprzedania. Jesteście zainteresowani..??





   O, to nasza ruderka, czyli mniej okazała część kuchnio-salonu... ;)))





   W ogrodzie zakwitły rododendrony...



...i drzewko - "coś".. pomożecie..?? :))




   Z kiermaszu w Siedlisku przywiozłam wspaniałości, którymi obdarowała mnie pani Basieńka, moja nowa znajoma :) w której pomimo dużej różnicy wieku odnajduję bratnią duszę :) Więcej w kolejnym poście. A tu bylinka - przetacznik. Pani Basiu, przyjęła się!! :)))





Biegnę szykować się do pracy. Wam życzę pogodnego dnia!! :)))))
 

10 komentarzy:

  1. "Coś" to krzewuszka,a w domku fajnie się dzieje, powodzenia :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Witam serdecznie,często jestem gościem u Pani na blogu,podziwiam i czekam na nowe wpisy.To drzewko-krzew to według mnie krzewuszka.Pozdrawiam Gośka.

    OdpowiedzUsuń
  3. To coś, to krzewuszka in.wajgelia.
    Powodzenia w dojrzewaniu domu:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Miło wypić kawę na łonie natury... Pozdrawiam i czekam na post wyprzedażowy !

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale się dzieje. Za tydzień wpadnę 😊😊😊

    OdpowiedzUsuń
  6. Rododendron jest prześliczny. Jestem zaintetesowana postem wyprzedażowym;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Kuchnio-salon prezentuje się bardzo elegancko! Praca z rodziną ma wiele zalet, a remont domu wspólnie przyniesie wam wiele wesołych wspomnień.

    OdpowiedzUsuń
  8. Już napisano, że "coś" to krzewuszka. Musi być stara, skoro jest drzewkiem :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Kasiu:)trzymam za Was kciuki:))

    OdpowiedzUsuń
  10. Witam, polecam inne odmiany przetaczników zwłaszcza piekna grzebieniasta christa, przetacznik siny, aztecki.
    same wiejskie cuda ..

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij