czwartek, 29 grudnia 2016

BEZOSTWO

   Dwa dni temu, pozostając w świątecznym letargu,wybraliśmy się rodzinnie do Opery we Wrocławiu. To był ważny dzień, gdyż po raz pierwszy zabraliśmy tam naszą Julkę. Byłam strasznie ciekawa jej reakcji na samo miejsce, muzykę i sam balet - bo wybraliśmy się na "Dziadka do orzechów".
Tak jak przewidywałam, Julka złapała bakcyla :) Na widok wnętrz opery zrobiła oczy jak pięć złotych, tak samo było w sytuacji, gdy ujrzała orkiestrę pod sceną. Sam balet zrobił równie wielkie wrażenie. Pod koniec już była zmęczona, bo był późny wieczór, ale grzecznie obejrzała do końca i pięknie nagrodziła tancerzy brawami. Ja, mama, byłam bardzo, bardzo dumna z tego, że potrafiła się ładnie zachować i że wyraziła chęć zobaczenia "czegoś podobnego" w przyszłości ;)

   Ten, kto czyta mnie od dawna, bądź od niedawna, ale zdążył przebrnąć przez wiele tekstów, wie, że moje niemalże każde wyjście do kina wiąże się z jakąś katastrofą. Okazuje się, że nie tylko wyjście do kina............ ;))))))
   W dniu wyjazdu wszystko po kolei się "kiełbasiło". Najpierw w samochodzie wysiadł akumulator. Musieliśmy wezwać pomoc i podładować, co by w ogóle ruszyć z miejsca. Kiedy w końcu wyruszyliśmy, sięgałam po coś do torebki i podziwiałam swoje piękne, świeżuchno wypacykowane paznokcie. Po chwili zahaczyłam o coś w torebce (na pewno coś bardzo niezbędnego!!) i.. paznokieć poooo-szedł!! Oczywiście lakieru przy sobie nie miałam, choć..zdarza mi się nosić w torbie dziwne przedmioty..takie jak np. śrubokręt.. ;) Pomyślałam, że nieźle się będę prezentować, taka wystrojona i bez paznokcia..ranyyy.... Ale po chwili wpadłam na pomysł, by zajść do sklepu z malowidłami i tam podmalować paznokieć..a raczej to, co z niego zostało. Znów się uśmiechnęłam, czując ulgę. Po chwili Julka krzyczy: "Mamuś!! Wypadł mi ząb! Krew mi leciiiii". O rety...a jednak, TO JESZCZE NIE KONIEC ;))))
Kiedy dotarliśmy do Wrocławia, mieliśmy jeszcze trochę czasu wolnego, więc poszliśmy na obiad w Magnolia Park. Kiedy moi czekali na zamówienie, pobiegłam do Inglota, żeby naprawić łapska. W sklepie zwróciłam się do sympatycznie wyglądającego chłopca, który w te pędy pospieszył mi z pomocą, dobierając idealny lakier. Postanowiłam, że kupię jakiś drobiazg, żeby nie było, że wpadłam tylko po pomoc.. Kiedy tak stałam przy kasie czekając, aż lakier wyschnie, opowiedziałam sprzedawcy o moich przebojach. Zaśmiewając się zerknął na moje buty, bo był ciekaw, czy nie zgubię jeszcze obcasów :)) Wręczając mi paczuszkę z zakupami powiedział: "Mam nadzieję, że już żadne nieszczęście pani nie spotka po drodze i życzę miłych wrażeń". Podziękowałam i... jeszcze nie zdążyłam opuścić sklepu, gdy moja torebka się rozpadła:))))) Zrobiłam w tył zwrot, śmiejąc się w niebogłosy, podobnie jak pan sprzedawca, który skwitował: "To naprawdę nie jest pani dzień" :))))))))))))))))


No tak właśnie. Moje życie to przygoda :) Co chwilę przytrafia się coś........... ;))


O, zapewne się zastanawiacie, czym jest bezostwo. Otóż jest to stan, którego doświadczyłam całkiem niedawno, kiedy to..... ale zaraz, od początku...

   Kilka tygodni temu udałam się na zakupy. Takie ciuchowe. Zamierzałam wybrać się na bal, a w szafie (jak w szafie KAŻDEJ BABY) kreacji brak. To znaczy jakby się uparł, mam jedną sukienkę wieczorową, ale "obleciałam" w niej już 2 imprezy, więc przepadło, koniec, klapa, kompletna katastrofa. Trzeba było szukać czegoś nowego.
W celu zakupienia kreacji wybrałam się do centrum handlowego. Nie lubię określenia "galeria", bo ma dla mnie wydźwięk pejoratywny.. ;)
Odwiedziłam kilka (czytaj:setkę) sklepów i ułożyłam sobie w głowie plan dotyczący zestawu idealnego: widziałam kilka ładnych czerwonych koronkowych bluzek i czarne tiulowe spódnice. Uznałam, że to będzie rozwiązanie nie tylko ładne, ale też już trochę w klimacie świątecznym. Butów jest od groma, więc ich kupno to nie problem.
Po maratonie sklepowym udałam się na lody. Przeglądając gazetkę reklamującą kilka marek obuwniczych natknęłam się na piękne szpilki w kolorze czerwonym. Naprawdę świetne!! Od razu po zjedzeniu, czy raczej błyskawicznym pochłonięciu lodów (co tam, że zaraz będę miała anginę...),pobiegłam do sklepu, żeby zobaczyć, jak szpilki wyglądają "na żywo". Obejrzałam - piękne. Panie ekspedientki poprosiłam o sprawdzenie, czy i gdzie dostanę swój rozmiar. Okazało się, że na całą Polskę są tylko 2 pary w moim magicznym hobbickim rozmiarze, w tym jedna w odległej od mojego miasta o 20km Nowej Soli. Kilka dni później pojechałam po szpilki.
Wracając do domu z pudłem z czerwonymi butkami czułam radość i ulgę, że w zasadzie kreację mam już skompletowaną.... ;)
   Po kilku dniach wybrałam się po raz drugi na zakupy, tym razem już po bluzkę i spódnicę. Najpierw zabrałam się za przymierzanie czerwonych koronkowych bluzeczek.
Wszystko, co leżało na sklepowych stołach tudzież wisiało na wieszakach, wydawało się piękne, eleganckie, jednak po założeniu powodowało, że mina rzedła mi z minuty na minutę. Kilka bluzek po prostu źle leżało. Jedna z nich (która do momentu mierzenia była moim faworytem) okazała się bluzką dla rycerza w wersji damskiej, bo rękawy przypominały sztywną zbroję. Bardzo interesujący model.... Kilka innych bluzek było po prostu źle skrojonych (nie powiem przecież, że w nie nie wlazłam). Zwykle noszę rozmiar 38, ale tu nawet i 42 nie dawał rady, rany... Ostatnie modele najbardziej podniosły mi ciśnienie, bo po ich założeniu doszłam do wniosku, że w ogóle to ja jestem kompletnie brzydka i stara na dodatek. Rezultat - czerwona bluzka odpada. Poszukam czarnej.
   Skoro już doszłam do wniosku, że moja wymarzona czerwona bluzka nie istnieje, postanowiłam poszukać tiulowej czarnej spódnicy. I TU SIĘ DOPIERO ZACZĘŁO...
W kilku sklepach znalazłam takie spódnice, ale nie było mojego rozmiaru. Jedną znalazłam na dziale dziecięcym (na wzrost 155/164, więc była jak znalazł), ale w talii dziwnie się układała...trzeba byłoby ją przerobić, a to ostateczność, więc szukałam dalej. Znalazłam w sumie kilka spódnic, ale moje serce skradła jedna - długa, lekko oprószona brokatem, idealna!!!!!
Kiedy dotarłam do przymierzalni, zaczęłam zakładać i........o rety kotlety.. o rany barany............ Jak ja wyglądam...???!! A gdzie tam.. ja w ogóle nie wyglądam!!! Mój niewygląd określić było można tylko jednym słowem: BEZOSTWO. W tafli lustra moim oczom bowiem ukazała się wielka, czarna tiulowa beza. Wyglądałam w niej jak świąteczny wypiek, wyrośnięty jak na najlepsiejszych drożdżach. Spódnica była taka wielka, że ledwo dałam radę ją na siebie włożyć. Przez moment poczułam nieszczęście, które czuję zwykle gdy się gdzieś zgubię. Motałam się opierając o ściany przymierzalni (rany..dobrze, że są stabilne!!), bujając na prawo i lewo i próbując coś zobaczyć przez fałdy sztywnego tiulu. Kiedy to to założyłam, ledwie mieściłam się w przymierzalni!! Doszłam do wniosku, że to kiecka dobra dla złodzieja - gdyby w takiej wpadł do spożywczego, bez trudu wyniósłby pod nią kilkanaście paczek ciastek i jeszcze kilka paczek papieru toaletowego... Stojąc tak w tej bezie patrzyłam na siebie jednocześnie z politowaniem, uśmiechem i przerażeniem. Bałam się opuścić do dołu ręce, bo istniało prawdopodobieństwo, że ich już nie znajdę!!!!!
Wiedziałam już, że ten model to nie dla mnie (o kurka... i teraz weź i to zdejmij :o ). Nie wiem właściwie dla kogo, bo chyba nawet kobieta o wzroście i figurze modelki wyglądałaby jak..no ok, może nie jak beza, ale jak bezik na pewno. Na dodatek okazało się, że przy poruszaniu się cudowny brokat się obsypuje. Szoku doznałam, gdy zdjęłam tiulowe ustrojstwo. Kojarzycie taki moment w świątecznych filmach, gdy ktoś zapala nagle wszystkie światełka na elewacji domu, a w tle rozbrzmiewa "Aaalleluja!!"...? Tak właśnie było gdy zdjęłam spódnicę. Podłoga kabiny błyszczała brokatem, jakby przed chwilą wylądowała na niej wróżka... a na tiulu brokatu zdaje się została zaledwie garstka... ;)
   Tym oto sposobem doświadczone w przymierzalniach bezostwo wybiło mi tiule z głowy. A przynajmniej te sztywne.
   W rezultacie po odbytym po raz drugi maratonie, zmęczona, zgarbiona i sina ze zmęczenia, znalazłam jednak spódnicę z tiulu. Ale delikatną, zwiewną, pięknie skrojoną, nie-bezową, w kolorze popielu. Do niej kupiłam bluzkę z czarnej koronki, równie piękną.
Nie pomyślałam jednak o jednym... Do czego ja teraz do licha ubiorę te CZERWONE SZPILKI....??????? :)))


19 komentarzy:

  1. Co się uśmiałam przy tym poście to moje.Ale to chyba dobrze jak przepona pracuje.Ponoć wydzielają się pozytywne fluidy.Chociaż Tobie w tych momentach nie było do śmiechu.Lecz gdyby nie te przygody nie byłoby tego wpisu.Myślę,że czerwone szpileczki będą się cudownie uzupełniały z czarną bluzeczką i popielatą spódniczką.Fajny akcent stroju.Pozdrawiam wciąż w uśmiechu Alicja

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. :)) Cieszę się Alu, że przyczyniłam się do Twojego uśmiechu :) Buziaki ślę!!

      Usuń
  2. Kasia, noga nie rośnie. Jak za kilka lat trafisz gdzieś na czerwona bluzke- będzie jak znalazł ☺

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahahha :))) No niby tak.. :) Buziole Elu!!

      Usuń
  3. no przygód miałaś co nie miara , a szpilki na peno kiedys się przydadzą ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję :) Czekam na lato, może gdzieś w nich wypełznę.. pod warunkiem, że przez starówkę ktoś mnie przeniesie (kocie łby podobno zjadają szpilki na śniadanie :) )

      Usuń
  4. Wesołe zakupy :) Szpilki jeść nie wołają jak to sie mówi więc przyjdzie czas na i szpilki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. jak ja to dobrze znam :P człowiek łazi po tych sklepach i nic nie pasuje ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo zabawne historie - uśmiech sam pojawia sie na twarzy ;) Myśle, że czerowne szpilki nadałyby się do wybranej stylizacji przez Panią :) Moze dla urozmaicenia warto rozejrzeć się za czerwoną torebka ?? :P

    OdpowiedzUsuń
  7. Wow! Wy to macie pomysły na spędzanie wolnego czasu ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chrabąszczyku, raz na jakiś czas trza troszkę wysokiej kultury zaczerpnąć.. na szkołę w tej kwestii raczej liczyć nie można, bo bardziej chodliwe jest kino ;) No i gdy się żyje w tak małej mieścinie, trzeba czasem się w wielkim mieście pokazać, wśród ludzi ceniących coś więcej niż maratony po galeriach.. :))) Pozdrawiam ciepluchno!!

      Usuń
  8. Witam Cię Kasiu :)
    Wybitnie opisujesz swoje przygody,masz ogromne poczucie humoru i za to Cię uwielbiam:)
    Życzę szampańskiej zabawy w nowej kreacji:)
    Pozdrawiam BasiaJ:)

    OdpowiedzUsuń
  9. oj te Kasie,Kasieńki,zawsze szalone też Kasia

    OdpowiedzUsuń
  10. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku - rewelacyjnie się czytało. :) Ach te zdarzenia - niestety jak już coś się wali to wszystko jednym dniu. Za to wypadu do opery nic nie zatrzyma :)
    Co do kreacji w tym roku wszystko czarne lub czerwone. Do czerwonych szpilek ładnie też wyglądają granatowe kreacje :) Pozdrawiam Ciepło z zaśnieżonego Trójmiasta

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja bym do tych szpilek czerwonych dokupiła szal również w tym kolorze - będą idealne jako dodatki do każdej czarnej kreacji. A do tego te pazurki... krwiste... i zdecydowanie w całości. ;)
    Uściski serdecznie Kasiu :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Po pierwsze - jestem w szoku, że córka wytrzymała całego dziadka do orzechów! W naszym przypadku zazwyczaj podczas dłuższych spektakli dziecko "odpada" w przedbiegach i większość spektaklu przesypia.

    Ciekawe są te Twoje przygody związane z wyjściami kulturalnymi. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Historia z paznokciem - straszne! Bardzo mnie denerwują takie drobiazgi i kiedy mi się przydarzy podobna historia to cały dzień jestem w stresie dopóki nie uda mi się dotrzeć do domu i naprawić szkody. Współczuję i cieszę się, że do całej sytuacji podchodzisz z uśmiechem.

    OdpowiedzUsuń
  14. Hej!
    Super blog! Jestem właśnie w trakcie remontu swojego małego mieszkanka i dużo rzeczy szczerze mówiąc podpatrzyłam od Ciebie.
    Masz naprawdę dobre wyczucie stylu. Aktualnie jestem w trakcie remontu mojego salonu, będzie on typowo nowoczesnym salonem, jednak waham się na jakie oświetlenie się zdecydować, początkowo chciałam kryształowy żyrandol jak i również lampy, jednak poszperałam wczoraj troszkę w internecie i natrafiłam na taki jakby metalowy https://www.leroymerlin.pl/oswietlenie/oswietlenie-scienne-i-sufitowe/lampy-wiszace/lampa-wiszaca-osvaldo-60-w-italux,p411628,l956.html myślę, że jak zobaczyłabym go pół roku temu to wcale by mi się spodobał. Ale teraz jestem skłonna się na niego zdecydować aby nieco przełamać jasny wygląd salonu. Jednak chciałabym Ciebie jak i również innych czytelników tego forum się doradzić. :) Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anetko, zacznę od tego, że mam cichą nadzieję, że jesteś czytelnikiem a nie reklamodawcą ;) :) Lampa faktycznie świetna, sama się nad podobną zastanawiam.. Co do inspiracji i zgapiania - cieszy mnie to ogromnie :))) Podpatruj, wpadaj, zapraszam ;) I miłego remontowania

      Usuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij