sobota, 20 sierpnia 2016

Czeba być wariatem ;)

   Tak, wiem, że pisze się "trzeba" :) Ale tym wybrykiem chciałam nawiązać do jednej sytuacji, która zdarzyła się kilka lat temu..
Jechaliśmy ze znajomymi autem. Nie pamiętam skąd i dokąd. Była z nami Julka, która miała jakieś..może 5 lat.. Dziecko się nudziło, więc zaproponowaliśmy zabawę - zgadywankę pt. "co się znajduje w samochodzie na literę...".
– Jest w samochodzie na literęęęęę.... "cz" !! – krzyczy Jula.
Chwila ciszy. Dłuższa chwila ciszy. Patrzymy po sobie.. i głupio nam, bo starzy, a nie wiedzą...
Zastanawialiśmy się długo, wodząc wzrokiem po każdym zakamarku samochodu, łącznie z szufladami i wnętrzem. W końcu zaczyna nam być wstyd..
– Na pewno na "cz" Julciu?? – pyta zdezorientowana Kasia.
–Taaaak!!!
I znów konsternacja.
Po upływie kilku minut i zachodzenia w głowę, co do licha znajduje się w aucie i zaczyna się na głoskę "cz", poddajemy się.
– Nie wiemy Julciu. Co to?????
Jula nagle pokazuje na uchwyt nad oknem i krzyczy:
– CZYMANKO!!!!
:)))))

   Co do samego tytułu postu - że trzeba być wariatem.. To słowa, które jakiś czas temu usłyszałam od Pana Adama, tego od Galerii Izerskiej. Uznał, że trzeba być wariatem, by robić takie rzeczy jak my, artyści, jak zwał tak zwał..

   Jakiś czas temu, przy okazji wizyty w galerii, zajechaliśmy na chwilę do mojego kolegi - Roberta. Robert jest bibliotekarzem. Takim rodem z filmu o Bibliotekarzu. Bo jego biblioteka jest magiczna.
Kiedy wpadliśmy z krótką wizytą, Robert był w trakcie przeprowadzki (zmiana lokalu). Weszłam do pustego pomieszczenia, pokonawszy wcześniej prawdziwy labirynt. W pomieszczeniu stały oparte o ścianę stare drzwi. Malowane standardowo olejną farbą, w kolorze kremowym. Mi, "normalnej inaczej", od razu zaświeciły się oczyska. Idę o zakład, że na chwilę moje źrenice przybrały kształt sercowaty. Spytałam Roberta, co zamierza zrobić z tymi drzwiami. Stały wyjęte z zawiasów, więc miałam obawy tudzież nadzieję, że może chcą się ich pozbyć.. I potwierdził - zamierzali drzwi wyrzucić, bo stare...
Rzecz jasna, nie mogłam na to pozwolić. Poprosiłam, by przetrzymał je dla mnie.
– Ja je weźmiesz?? – spytał rozbawiony, patrząc na mnie jak na wariata pci żeńskiej.
Na raz zerknęłam przez okno. Nie no... do naszej staruszki się nie zmieszczą..
– Przyjadę z przyczepą!! Na bank.
Dwieście kilometrów.
I przyjechaliśmy z przyczepą po kilku dniach.
Drzwi są piękne i wielgaśne, mają ok.230 cm wysokości. Ja już je widzę.. w saloniku w domku pod lasem.. w kolorze drzewa po renowacji... Na ich odnowienie mam całą zimę...








To nie jedyne drzwi, którym zamierzam przywrócić życie.

Te, które widzicie poniżej, pochodzą już z domku leśnego. Są malowane farbami, ale ja chcę, by znów były piękne i drewniane. Te pierwsze, szare, już zaczęłam opalać. Spod spodu wyziera piękne, frezowane drewno. Kiedyś tylko wymienię klamki na bardziej odpowiednie..




Te z kolei będą drzwiami do łazienki..albo któregoś z pokoików. W szybie namaluję witraż...




Te środki mnie ciut niepokoją.. to pewnie sklejka, która zwilgotniała i spuchła.. ale zastąpię ją drewnem. Jakoś to ogarnę ;) Jakieś elementy z duszą poprzednich właścicieli, pani Marianny i śp. pana Józefa, muszą być i kropka.

Trzeba być wariatem. Ale.. jakoś nie wyobrażam sobie w domku pod lasem nowej stolarki.. przynajmniej nie w całości.
Mamy już projekt. Gdy go zobaczyłam, miałam motyle w brzuchu. Niewielki, z werandą, kuchnio-salonem z miejscem na piec kaflowy, kozę i pianino. I z pracownią z widokiem na las. Mój kochany, kochany, kochanyyy...................................................................... :))))



środa, 17 sierpnia 2016

Za-krótka wizyta w hucie szkła Julia

   Dziś jeszcze nie napiszę Wam o moim szalonym pomyśle, o tym w kolejnym poście. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić wrażeniami z wizyty w hucie szkła Julia, w Szklarskiej Porębie.
Trafiliśmy tam przy okazji pobytu w Szklarskiej. Na chwilę, bo pobyt sam w sobie był błyskawiczny ;) Wernisaż miałam w sobotę, a w niedzielę odwiedziliśmy tyle miejsc, że wracając do domu miałam wrażenie, iż w górach spędziłam co najmniej tydzień!!
W hucie szkła Julia byłam po raz pierwszy. I o mało oczopląsu nie dostałam... Może nie jestem fanką kolorowego szkła w klimacie PRL, ale.. mimo wszystko wyroby zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Szczególną miłością zapałałam do kieliszków i kolorze kobaltu. No cudne!! Niestety, z uwagi na wydatki remontowe, nie mogłam ich zakupić, ale..co się odwlecze.. ;)
Nasi panowie poszli zwiedzać hutę z przewodnikiem. Z krótkiej wycieczki wrócili z wypiekami na twarzy i minami 6-latków.. :))) My ze szwagierką z kolei trafiłyśmy na warsztaty malowania na szkle. Okazało się, że prowadziła je pani Ewa, która dzień wcześniej była gościem na moim wernisażu :) Uśmiałyśmy się z Luizą (szwagierka), bo tak się wczułyśmy w malowanie, że kiedy pani Ewa oświadczyła, że czas się kończy, my nie byłyśmy nawet w połowie pracy.. Wyprzedziły nas wszystkie dzieci :) Trzęsącymi się dłońmi ukończyłyśmy nasze dzieła. Luiza wymalowała piękną ważkę w kolorze liliowym, pasującą do jej kuchni, ja zaś zmalowałam słoneczniki, które kiedyś staną w domku pod lasem...


   

  Jako że musiałam coś przywieźć ze sklepu hutniczo-Julkowego, postanowiłam poszukać cukiernicy. Moja bolesławiecka, w kolorze granatu, powędruje do domku, bo w mieszkaniu już nie bardzo mi pasuje. No i znalazłam. Zapłaciłam za nią zaledwie 27 zł, a jest taka cudna, że co chwilę na nią zerkam, kiedy krzątam się po kuchni..





W sklepie zakupiłam też wisior szklany, który Luiza skwitowała: "No jest taki.. twój, taki kasiowy" - bo kolorowy i dziwny ;) Niestety nie przeżył długo, bo w domu małe ciekawskie rączki oglądały, wypuściły i stłukły. Zaraz potem powstała wierna kopia, wykonana...z kartonu ;) I jak tu się gniewać...?? :)))))


   Z wieści mieszkaniowo-remontowych:
Nadal jestem w czarnej... dziurze ;) Mój fachowiec od drzwi kuchennych przeskrobał.. Dwa miesiące poślizgu. Drzwi mają być gotowe w poniedziałek, a ja się modlę, żebym nie musiała kończyć w jakiejś prokuraturze czy innym sądzie.. Mam nadzieję, że tego uniknę.. W każdym razie robota jeszcze stoi. W pudłach w pokoju stoją zaś umywalka i wc ;) Ale wyluzowałam.. Nie mam już sił cisnąć i denerwować się, że coś nie wyszło na czas.. Czekam cierpliwie do poniedziałku.


O, a tutaj mała zajawka :) Hortensja z mojego kochanego ogrodu, a w tle... kuchnia ;))))





sobota, 13 sierpnia 2016

Relacja z wernisażu

Kochani, jak cudownie było!!
Zacznę od tego, że nie mogłam wybrać lepszego miejsca na wystawę mojego malarstwa, jak Artystyczna Galeria Izerska. Miejsce z duszą, w którego murach zaklęta jest jakaś magia..
Wernisaż odbył się w minioną sobotę o godzinie 17:00. Nie było może tłumów - wszak trwają wakacje, ale.. byli ze mną ludzie ważni dla mnie, a Ci goście, którzy przybyli na otwarcie wystawy, to byli w 100% moi ludzie :) Strasznie miło było ich wszystkich poznać. Siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole zaśmiewając się do łez.. Cudownie!!
A samo otwarcie wystawy.. cóż..
W pewnym momencie o mało się nie popłakałam. Pan Adam, który zarządza Galerią (niesamowity człowiek, który ogarnia tyle spraw, że śmiem twierdzić, że jest magikiem), stworzył niesamowity klimat. Nawet muzyka, która grała cichutko w tle, była taka..moja.. Po pomieszczeniu cichuteńko rozpływały się celtyckie nuty. Słuchało się niebiańsko..bo akustyka w tym miejscu jest wyjątkowa - Galeria jest dawnym kościołem ewangelickim.
Kiedy już uszykowałam poczęstunek dla moich gości, poszłam na górę, gdzie rozwieszone są moje obrazy. Chciałam je jeszcze raz, tak na spokojnie, obejrzeć i co nieco o nich opowiedzieć mojej kochanej koleżance - Kamili. Gdy tak stałyśmy rozmawiając.. rozejrzałam się. Przez wysokie okna budynku do środka wdzierały się promienie popołudniowego słońca. I nagle z głośników, gdzieś na dole, popłynął utwór.. rany..aż mam dreszcze, gdy wspominam.. Utwór też w klimacie celtyckim, ale to była aria.. No i kiedy Kamila wypowiedziała słowa, które brzmiały mniej więcej tak: "Jak tu jest pięknie..jak ja się cieszę, że tu z tobą jestem.. I jak ty tu pasujesz, z tymi obrazami, swoją osobą, i w tej oliwkowej sukience, jesteś tu taka piękna.." - no ugrzęzło mi coś w gardle i łzy się cisnęły..
Dla Takich chwil warto żyć.

Skąd w ogóle pomysł na senną wystawę..?
Otóż od zawsze miewałam interesujące sny. Niektóre z nich tak bardzo zapisały się w mojej pamięci, że potrafiłabym dziś opisać każdy szczegół, będący ich elementem. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, by namalować część z tych obrazów. I tak własnie powstała kolekcja senna, składająca się z 15 obrazów.
Kiedy opowiadałam o nich podczas wernisażu moim gościom, śmiałam się z tego, co musi siedzieć w mojej głowie i co muszą myśleć o mnie inni, kiedy patrzą na moje prace ;) Jednak jest to w istocie właśnie To, co mi się śni.
Wiele obrazów ma coś wspólnego z naturą. Bardzo często śni mi się las, łąka. Śnią mi się kwiaty i wiejskie krajobrazy. Nie bez wpływu zapewne pozostaje fakt, że wychowałam się na wsi.
I śnią mi się rzeczy... Dziwne ;) Ot, na przykład drzewo, na którym rosną papryki..




Zaś najpiękniejszym snem, jaki miałam do tej pory, był sen o spacerze w lesie, podczas to którego spaceru napotkałam na równo wycięty skwer, a na jego środku drzewo, usłane niebieskimi kwiatami..




To moja pierwsza wystawa. Nie było mi łatwo pokazać obrazy. Co innego dzielić się efektami pracy nad meblem, a co innego dzielić się sobą samą ;) Ale przyznam, że widok gości, którzy wpatrywali się moje prace, był strasznie miły.. ;)













Po środku Pan Adam, który przygotował wystawę i wyczarował klimat :) i moja familia..




Tu już ja we własnej małej osobie i Kamila, którą poznałam w redakcji, a która stała się moją bratnią duszą. W podarku z okazji wystawy przyniosła mi - jak stwierdziła - brzydką szkatułkę kupioną na straganie. W niej zaś znalazły się skarby, zebrane rano na szlaku - kawałek gałązki, listek, borówka... Ta kochana istota specjalnie zeszła ze szlaku przed czasem, by być tutaj ze mną. Kochana, sprawiłaś mi ogromną przyjemność, ale Ty wiesz. A szkatułka jest najprzecudowniejszo-najpiękniejsiejsza!! :)



<3 p="">




To raz jeszcze ja. Niespecjalnie lubię się ostatnio fotografować, bo z moim przytyciem jakoś tak jak nie ja się czuję.. ale musiałam. Z pięknym upominkiem od Pana Adama i Galerii. Z Kasiową Filiżanką :)




Tu jeszcze rzut z niebios. Na dole goście, a raczej już Ci, którzy gościli najdłużej. Z prawej strony Pani Ewa, u której to ja gościłam następnego dnia - wylądowałam na warsztatach z malowania na szkle w Hucie Szkła Julia. Ale o tym następnym razem.. ;)





Przypomnę, że wystawę można obejrzeć do dnia 23 sierpnia. A w kolejnym poście udowodnię Wam, że mam coś z głową ;)

Uściski ślę!!

piątek, 5 sierpnia 2016

Odpowiedzi na Wasze pytania i o tym, co...

Plan był ambitny.
Po zakończeniu prac nad przygotowaniem obrazów na wystawę ( wyszło w sumie 15 sztuk ), miałam wrócić do miasta i zabrać się za prace remontowe. Mój organizm jednak zaoponował. Gdy wróciłam do domu, dopadło mnie zmęczenie. I tak oto zamiast malować ściany, przespałam prawie 3 dni :) Dosłownie. Spałam w dzień ( z przerwami na kawę, która i tak nic nie dała ) i spałam w nocy. Najwyraźniej tego mi było trzeba ;)
Później zabrałam się do drobnych prac. Niestety, nie obyło się bez przykrych incydentów. Stoczyłam walkę z wykonawcą moich drzwi, który ma poślizg jak stąd do Ameryki.. Ale ze mną w takich sytuacjach nie ma żartów. Osobiście szanuję każdy grosz i tego samego wymagam. Pan stolarz dostał termin, mam nadzieję, że się wywiąże i nie będę musiała tego nigdzie zgłaszać.. I mam nadzieję, że wygląd drzwi mnie powali, rekompensując smutki i stres...
Jestem zmęczona. Bardzo, bardzo. Ale nie mam już sił na użeranie się z przeszkodami. Wyluzowałam. Drzwi nie zrobione, a i fundusze się kończą, tak więc remont łazienki ciut przesunie się w czasie. Pewnie zabierzemy się wczesną jesienią. Póki co zbieram materiał i robię korytarz i wykańczam kuchnię.


Dziś otwieramy moją wystawę w Artystycznej Galerii Izerskiej. Zdam Wam relacje i pokażę, co zaprezentowałam. W sumie z pracami wyszedł taki misz-masz, bo to w końcu moje sny.. ale osobiście jestem zadowolona. Obrazy miały być takie ciut dziwne, nierzeczywiste.. zupełnie jak moje sny. Zupełnie jak ja ;)


Trzymajcie kciuki!! Ja mam mały stresik... ;) Dziś wernisaż, a wystawę będzie można odwiedzić do 23 sierpnia..




Kochani, odpowiadając na Wasze pytania: relację z kafelkowania kuchni zdam, oczywiście, muszę ją tylko skończyć, a już prawie prawie.. A co do tynku, którego użyłam na ścianach w domku leśnym - to Knauf.

Uciekam. Muszę wypić kawę (jak cudownie się ją pije przy stole barowym!! piję tak dopiero od kilku dni..) i szykuję się na wystawę. Zdradzę Wam, że na tę okoliczność stworzyłam sobie, chyba po raz pierwszy, biżuterię. Wyszywany koralikami naszyjnik/broszę.. no coś w każdym razie ;) i bransoletę. Pokażę pokażę..;) Uściski ślę!!!

niedziela, 31 lipca 2016

Płytki i dylematy

Dziękuję Wam kochani za wsparcie. Jest mi potrzebne, bo cały czas mam wrażenie, że stoję w miejscu. Z bałaganem, planami, realizacją..
Z remontem łazienki startuję za jakieś 2 tygodnie. Kupiłam już umywalkę i wc. Fajne, stylowe. Kabinę prysznicową też wybraliśmy. Wybrane mam płytki na ściany (część już zamówiłam) i kafle na podłogę. Spodobały mi się jakieś hiszpańskie, drogie cholernie, ale niezwykle efektowne i funkcjonalne. Łazienka jest maleńka, więc nie będzie trzeba ich wiele. Wszystko już zaplanowane, pozostaje czekać na realizację.

Drzwi nadal nie mam. Dziękuję Wam za rady dotyczące tego, czym mogę je zastąpić póki co... Chodzę już na rzęsach.. Z łazienką na spokojnie.. ale tak bardzo chciałabym już zakończyć sprawę kuchni i pokoju dziennego...

Za kilka dni moja wystawa. Mam nadzieję, że za jakiś czas uda mi się gdzieś wyrwać na kilka dni, bo czuję się naprawdę wyprana..

Pokażę Wam jakie płytki wybrałam do łazienki. Właściwie to będzie to tylko akcent, dekor, położony pasem na jednej ścianie. Prezentują się naprawdę pięknie..



źródło zdjęcia: www.opoczno.eu

Uciekam dalej śnić o pięknym, czystym domu... ;) Miłej niedzieli!!


sobota, 23 lipca 2016

Plany łazienkowe i ogólnoremontowy nerw

Wczoraj "obleciałam" kilka sklepów z armaturą. Oglądałam płytki do łazienki, szukałam umywalek, prysznica.. Niby mam jakąś koncepcję, jaką łazienkę bym chciała, ale moją wizję weryfikuje to, co jest obecnie dostępne w ofertach producentów. Znalazłam już płytki. Wybrałam białe i popielate. Może dodam dekor, obecnie to "trawię" ;) Ma być jasno, czysto, ale z polotem. Umywalka miała być nowoczesna, ale moje serce skradła ta na nodze. Stylowa. Za to z nowoczesną baterią. Przez chwilę zastanawiałam się nad ceramiczną. umywalką bolesławiecką, ale doszłam do wniosku, że tutaj nie będzie pasować. Za to za parę lat w domku.. na ceglanym postumencie..... rozmarzyłam się :)
WC też miało być podwieszane,a spodobało mi się wolnostojące. Jeszcze tylko z prysznicem jest problem, bo 90-tki są za duże. Nasza łazienka jest mikroskopijna i trzeba się nagimnastykować, żeby stworzyć coś sensownego. Osiemdziesiątka jest ok, ale tylko z kwadratowym brodzikiem, bo półokrągły jest za ciasny..
Och.. najchętniej wyłożyłabym pieniądze i wezwała fachowców.. ale my jak zwykle wszystko SAMI. Sami (nie no, jeszcze ze szwagrem, który stał się niezbędnym elementem naszych remontów) kładziemy płytki (kuchnię wykafelkowałam sama), sami robimy podłogi, ściany, instalacje.. Pozwala to na pewno wiele zaoszczędzić. I nie mam tu na myśli tylko pieniędzy, ale i zwyczajną ludzką cierpliwość ;) Chyba nie chciałabym się użerać z fachowcami, którzy na każdy mój wymysł reagowaliby miną pod tytułem "baba wymyśla" ;)

Nie mogę Wam jeszcze pokazać kuchni i pokoju po remoncie, bo jeszcze mam bajzel :( Moje drzwi miały być wstawione jakiś tydzień temu, ale poślizg jest, a do fachowca nie mogę się dodzwonić. Chciałabym to wszystko już skończyć. Zmęczona jestem tym bajzlem..szlag.. Remont trwa już 2 miesiące.. a końca nie widać. Oby z tą łazienką jakoś poszło. O, gdybym miała wstawione drzwi, odgrodziłabym część mieszkania i przy skuwaniu płytek w łazience byłby mniejszy brud. Ale wygląda na to, że znów czeka mnie sprzątanie każdego zakamarka mieszkania, łącznie z półkami z ubraniami..
Jeśli oglądaliście film "Pod słońcem Toskanii", to jest tam taki moment, w którym remontująca stary dom Frances mówi mniej więcej tak: "W życiu każdej remontującej się osoby przychodzi taki moment, że ma już tego wszystkiego dość...(...) Masz ochotę wyjechać i zostawić to wszystko..". I taki właśnie moment przyszedł u mnie. Szukam jakiegoś magicznego miejsca gdzieś w górach, żeby się wyrwać na dzień czy dwa.. Ratunkuuuuu!!!!!!

Trzymajcie za mnie kciuki, co bym nie zwariowała. Julka kiedyś mi powiedziała, że przypominam jej postać z bajki. Spytałam jaką. "Zgadnij mamusiu!" - odpowiedziała. Nie wiem czemu, ale pomyślałam o jakiejś księżniczce hahahha... choć do księżniczki mi ostatnio daleko ;) "Szalonego Kapelusznika mamusiu!!!" - taki wyrok usłyszałam :) Tak więc trzymajcie proszę kciuki, żebym się nie stała "Jeszcze bardziej szalonym Kapelusznikiem" :))))

piątek, 22 lipca 2016

Zdjęciowe szaleństwo i chillout w ogrodzie

   Tak jak obiecałam, prezentuję dziś mój nowy stołowy nabytek. Stół barowy z olchy wykonali dla nas Pani Barbara i Pan Piotr z Nowej Soli. Osobiście jestem zachwycona wykonaniem. Stół jest masywny, ale tak skonstruowany, że stoi stabilnie. Ogólnie biorąc pod uwagę fakt, że kuchnia jest cała biała, chciałam, by stół był taki właśnie masywny, ciężki. Zamówiłam w surowym drzewie, bo będę go malować. Mam kupione hokery - zwyczajne, sosnowe stołki z Ikei. Przetestowałam i wysiedziałam wiele krzeseł, i te właśnie okazały się najwygodniejsze i zajmujące najmniej miejsca. Stół pomaluję na ciemno. Ma ładnie wyróżniać się na tle bieli kuchennych frontów. Blat chcę jakiś jasny, bejcowany, w kolorze jasnego drzewa, zaś nogę pomaluję na odcień szarości/beżu, z kremowymi przecierkami. Kuchnię malowałam na delikatny połysk, bez postarzeń, tak więc stół ma tutaj kontrastować.
Podoba mi się, że brzegi blatu są ładnie wyfrezowane. Myślę, że efekt po pomalowaniu będzie interesujący ;)

To był projekt...




A tutaj już gotowy stół. Jeszcze zafoliowany ;)



Dziecię moje odprawione już na kolonię, a ja mam więcej czasu na zajęcie się sprawami remontowymi. Szykujemy się powoli do remontu łazienki. Wybrałam już płytki. Białe i szare. Wybraliśmy też umywalkę, wc.. ale z prysznicem ciężej, bo to, co "wypasione" i wygodne, jest niekoniecznie ładne :) Cóż.. dylemat pewnie sam się jakoś rozwiąże ;)

Coraz częściej dni spędzamy w domku pod lasem. Chwile w ogrodzie są bezcenne. Choć wszystko jeszcze takie nie nasze, nie po naszemu.. to powoli zaczynamy czuć to miejsce. Oswajamy się powoli. Ja poznaję nazwy roślin, szperam z internecie szukając nazw motyli czy innych fruwających nam nad głowami stworzeń. Dom co chwilę zyskuje jakieś nowe oblicze, zmienia się na bardziej nasz. Pokochałam już to miejsce. Niewielki kawałek ogrodu i domek z widokiem na las. Myślę, że z czasem i on pokocha nas... ;)

Przymierzamy się do jakiejś inwestycji. Drobnej w tym roku, bo trzeba skończyć remont mieszkania w mieście. Ale chcemy chociaż wymienić bramę wjazdową. Zawsze to coś.. W przyszłym roku już będziemy ruszać z rozbudową, więc.. No i jak tę bramę planujemy, to będzie trzeba trochę przeorganizować ogród. W miejscu, gdzie chcemy zrobić wjazd, rosną jeżyny. Będzie trzeba część wyciąć. Ale coś na pewno zostanie, a jeśli się uda, to nawet przesadzimy. Krzaki te idealnie wpisują się w klimat ogrodu pod lasem. Jeżyny i borówki, które obecnie uginają się pod ciężarem owoców...










Wczorajszy chillout w ogrodzie przeplatany był nagłymi zrywami. Co chwilę biegałam z aparatem, żeby sfotografować motyla. Latają tu takie okazy, że nic tylko pstrykać!! Żółte kwiaty je przyciągają. Nie znam nazwy tego kwiecia jeszcze, ale może Wy znacie??












W moim ogrodzie nie może zabraknąć jeżówek. W tym roku na wszystko jest już za późno, ale za rok na wiosnę na pewno wsadzę mnóstwo kolorowego, drobnego kwiecia (mieszanki nasion już kupione), a dodatkowo na pewno jeżówki i kosmosy. Musi się tu też znaleźć berberys. Reszta pomysłów przyjdzie z czasem...





Póki co trzeba dbać o to, co tu rośnie. Zachwycają mnie wszędobylskie floksy w różnych odcieniach różu. Róży się raczej pozbędę z uwagi na pokrzywkę, ale w jej miejscu idealnie sprawdzi się świerk srebrzysty...




Wczoraj posilaliśmy się pysznym koktajlem z borówek i czarnej porzeczki. Czekam aż dojrzeją maliny, żeby zrobić malinówkę i mus do zimowej herbaty. Jak co roku. Tyle że tym razem malinki mam już swoje. Jak to cieszy!! :)




Mój pomocnik św. Mikołaja. Uwija się po domu i ogrodzie. Przestawia, ustawia, dekoruje. Trochę jeszcze się oswaja z robalami, których pełno wszędzie, ale i do tego przywyknie ;) Widać, że też czuje dobrą energię tego miejsca...












 Wracam do obowiązków. Życzę Wam pogodnego weekendu!! :)


poniedziałek, 18 lipca 2016

Już oficjalnie...


Chętnych do udziału w wernisażu proszę o kontakt, prześlę wówczas zaproszenie :)



Wracam do pracy.. a już w kolejnym poście pokażę Wam mój stół kuchenny, który przyjechał do mnie 2 dni temu. Jest cudowny!!!!!
Ściskam Was mocno..

sobota, 16 lipca 2016

Mój wernisaż i o specjalistach od dizajnu

Na początku informuję, że już wkrótce będę miała swoją pierwszą w życiu wystawę. Będzie to wystawa obrazów malowanych olejami i akrylami. Kolekcja dla mnie wyjątkowa, bardzo osobista. Więcej szczegółów za kilka dni.
Wernisaż już na początku sierpnia. Jeśli któraś z czytelniczek zechciałaby wziąć w nim udział ( będzie w pobliżu Jeleniej Góry) - proszę o kontakt mailowy, wyślę zaproszenie :) Mail: rustykalnydom@wp.pl.


Ok, a teraz muszę kilka słów na temat tego, co w drugiej części tytułu postu.
Tak tak, wiem, że nie pisze się "dizajn". Ale nie jestem fanką zapożyczeń, zaś lubię spolszczać to, co się spolszczyć da. Do napisania tego postu zainspirowała mnie rozmowa, jaką odbyła kilka dni temu z moim znajomym. Doszliśmy zgodnie do wniosku, że w sumie mało jest ludzi, którzy lubią wnętrza ciepłe, przytulne, nietuzinkowe, nieco zagracone, ciemne. Sama często, gdy odwiedzam Deccorię często spotykam się z niepochlebnymi komentarzami pod zdjęciami takich wnętrz. Owszem, każdy ma prawo do własnego zdania, każdy ma odrębny gust. Ale zakuło mnie, gdy zobaczyłam komentarz pod galerią mieszkania jednej z polskich wokalistek. Mieszkanie może i nie z mojej bajki, trochę w nim kiczu, ale oceniając całość - wspaniałe. Zagracone, ale tym, co tworzą człowieka, który w nim mieszka. Ciemne, ale niezwykle klimatyczne. W komentarzu określono ową artystkę mianem "bezguście". I tyle w temacie. Napisał to zapewne jakiś młody "specjalista od dizajnu". Miłośnik eko-stylu, mieszkań przestrzennych, ascetycznych, jasnych i geometrycznych. I dobrze, niech lubi co innego, niech ma odmienne upodobania. W końcu na tych różnicach polega piękno świata. Ale na miłość boską niech nie określa "bezguściem" artystki z dużym, jak na jej wiek dorobkiem. Babki silnej, odważnej, zdolnej, kreatywnej, wyjątkowej. Osoby, która-zapewne w odróżnieniu od autora komentarza- wiele osiągnęła. I nie chodzi tu o to, że mam jakiś sentyment do tej piosenkarki, bo w zasadzie polskie czy zagraniczne gwiazdy i ich życie osobiste zawsze mało mnie obchodziły, ale boli mnie taki brak szacunku. Miejmy swoje gusta, zdanie. Ale nie wypowiadajmy ich w tak prostacki sposób.


Swoją drogą, pomimo tego, że swoje mieszkanie obecnie urządzam też bardziej spokojnie, jasno i minimalistycznie (no ok, nie tak w 100%, bo to już bym nie była ja..), ale nadal bardzo podziwiam te wnętrza, które mają Jakiś charakter, są eklektyczne, a w ich progach gości mieszanina dodatków na pozór do siebie nie pasujących. Z zapartym tchem ostatnio oglądałam magazyn, który podrzuciła mi znajoma. Znalazłam w niej białą kuchnię, w stylu vintage. Ale nie jest słodka, jest nieco surowa, mroczna.. Zachwyciło mnie to wnętrze. Nie żebym lubiła "mroczne klimaty", ale jakoś tak zawsze pociągały mnie wnętrza, w których miesza się styl klasyczny, romantyczny, z nuta surowego szyku. Szczególnie lubię, gdy przy aranżacji stosuje się surowe dodatki w stylu chateau.
 Tak samo jak nietuzinkowych ludzi, lubię nietuzinkowe wnętrza. Nawet jeśli są zagracone, dziwne, zbyt kolorowe i w ogóle pod każdym względem "zbyt"... ;) Każde wnętrze odzwierciedla charakter właściciela/-li. Mam nadzieję, że i moje mieszkanko, które powoli kończę remontować, będzie nadal częścią mnie. Kuchnia z salonem będą zupełnie inne niż dotychczas. Przemalowane meble kuchenne zrobiły mi całkiem nowe wnętrze. Jest biało, ale dobrze mi w tym. Jakoś to później przełamię dodatkami. Na pewno jest świeżo i energetycznie. I miało być bez wielu dodatków, ale wiecie jak to jest... z czasem na pewno ich trochę przybędzie, nie umiałabym chyba mieszkać w pustym domu.. Jednak tu już będzie bardziej w stylu klasycznym, takim - jak to nazywam - staro-kamienicznym. Rustykalne elementy pozostawiam dla domku pod lasem.

Uciekam do swoich zajęć. I do odpoczynku, nie krzyczcie już na mnie :) Ale kocham Was właśnie za tę troskę. Buziaki ślę!!!!

piątek, 15 lipca 2016

Klapłam.

Nie udźwignęłam tempa. Wszystko zapewne dlatego, że zbyt wiele działo się z zdecydowanie zbyt krótkim czasie. Remont mieszkania nie skończony, remont domku rozgrzebany, pracy mnóstwo, a ja poległam po raz drugi lądując w łóżku z osłabienia. Muszę odpocząć. Nie chce mi się już nic, nic mi się też nie podoba. Nie umiem się cieszyć z niczego. Do tego zamówiony stół i drzwi jeszcze nie gotowe, a termin minął. Mam nadzieję, że jakość to wynagrodzi...
Ja robię sobie chwilkę wolnego. Muszę się zregenerować. Gdy wstałam z zawrotnymi zawrotami głowy uznałam, że to już szczyt. Trzeba odpocząć od planowania, myślenia o meblach, farbach, młotkach i innych tam niezbędnych remontowych niezbędnikach. Mój organizm też się zbuntował. W wolnej chwili tylko maluję. Ale to akurat mnie wycisza i odpręża.
Za kilka dni, gdy się ciut naprawię, pokażę Wam kilka kadrów z mojego ogrodu, który obrodził już w ogórasy, buraczki, zioła etc.
Teraz idę leżeć. I nic-nie-robić. Do zobaczenia!!
:)

sobota, 2 lipca 2016

Ogórek

– Yyyy...tatooo.. a czemu ten ogórek ma kolce..??
– To normalne Julciu.
– Nie, te ogórki, które kupujemy, nie mają kolców.
– Bo te są nasze, swojskie. Są naturalne.
– Tatooo... ale on dziwnie pachnie. I smakuje dziwnie. Tak inaczej.

Oto rozmowa dziecka, które po raz pierwszy zerwało ogórka ze swojego ogródka. Ogląda, maca, śmieje się i nie może się nadziwić. Fakt, ogórki z marketu, ba, nawet z targu, tak nie kują :)

Oswajamy się powoli. Wczoraj dzięki mojej blogowej koleżance Danusi, dowiedziałam się, że w moim ogrodzie rosną floksy. Podobają mi się. Gdy je ostatnio zobaczyłam (tak, dopiero po dwóch tygodniach je zauważyłam, bo tyle tego wszystkiego zielonego, że ogarniam to to bardzo powoli), wyglądały mi jakoś znajomo. I faktycznie, okazało się, że rosły w ogrodzie mamy.
W ogrodzie jest dużo hortensji. Nie mogę się doczekać, kiedy rozkwitną, żeby co nieco zasuszyć. Nie wiem jeszcze jakie mają kolory. Fajne to. Taki dreszczyk emocji.. ;) Wiem, że są jakieś fioletowe, takie pastelowe, i różowe. Byłoby cudownie, gdyby znalazły się i moje ulubione, niebieskie. Jak się nie znajdą, to dosadzę w przyszłym roku.

I czekam z utęsknieniem na borówki. Mamy kilka krzaków. Kocham. Gdy dojrzeją, będę chodzić z fioletowymi zębami.








O, właśnie, zapomniałabym!! W naszym ogrodzie rośnie całe mnóstwo znanych mi i nieznanych krzewów. Ale na tym nie koniec atrakcji. Dość często naloty nam robią jakieś dziwne stworzonka, rodem z Awatara!! Duże to to, niebieskie niczym niezapominajka, a w słońcu lśni jak fruwający diament. Daję słowo, ten ogród to bardzo tajemnicze miejsce.............





Uściski ślę skrzydlate!!

piątek, 1 lipca 2016

Kuchnia w leśnym domku - pierwsze zmiany

   Dziś w naszym ogrodzie posadziłam pierwsze "swoje" habzie. Ogród, który przejęłam po pani Mariannie jest cudny i zachowam większość nasadzeń, ale chcę go troszkę przerobić i nadać mu bardziej wiejski, swojski charakter. Trochę go przeorganizujemy, ale to później. Teraz powoli dosadzam kwiaty, które wpasują się w ideę ogrodu w stylu angielskim. Przy altanie, która póki co będzie służyła jako miejsce wypoczynku, jadalnię pod chmurką i moje atelier, posadziłam dziś jeżówki. Wsadziłam też rozmaryn i przesadziłam rukolę. Przy wejściu do domu z kolei będzie rosła lawenda. Na dzień dzisiejszy wszystko jest raczej chaotyczne, ale z czasem... ;)

   W domku pod lasem przerabiamy wnętrza po swojemu. Rozwiązanie będzie tymczasowe, bo za jakiś czas będziemy chcieli zrobić  generalny remont i domek przeprojektować. Na pewno będzie tu dużo drzewa, w ciepłym kolorze. Wnętrza mają być otwarte, przestrzenne, sielskie. Będzie kominek, może piecyk kaflowy.. zobaczymy ;) Póki co jednak musimy się tu rozkokosić i dostosować kuchnię i pokój do naszych potrzeb.
Na początku chcieliśmy zrobić kuchnię. Musieliśmy pomieszczenie dostosować do naszych starych mebli. Z mebelków po poprzedniej właścicielce zostawiliśmy szafkę pod zlewem i stół. Szafce dałam drugie życie. Okleiłam ją okleiną meblową, kupioną w markecie budowlanym i zamieniłam uchwyty na te, które zdemontowaliśmy z naszej kuchni w mieszkaniu. Mebelek zyskał całkiem nowy charakter i cieszy oczy radosnym, różyczkowym wzorem.

Zamysł jest taki, by było wszystkiego dużo. Ma być sielsko, swojsko, kolorowo. Kuchnia wymaga jeszcze dopieszczenia, ale... wszystko z czasem ;)

Oto nasza metamorfoza:

Tak wyglądała kuchnia, jaką zastaliśmy..













A tak jest teraz. Po naszemu ;)




Wybaczcie sterczące kable etc., ale.. to dopiero początek ;) CDN.

Miłego wieczoru!!

środa, 29 czerwca 2016

Prawdziwy szok...

   Marzenia się spełniają. Wypowiedz tylko na głos, czego pragniesz. Napisz to. Namaluj. Niech Twoje marzenie ma określoną, wyraźną formę, postać. Myśl o tym intensywnie. Nie przestawaj pragnąć. NIGDY.



   Dziś rano przeglądałam swój profil na Facebooku, w poszukiwaniu wpisu z utworem, który kiedyś tam bardzo mi się spodobał. I kiedy tak wertowałam posty, natknęłam się na post z dnia 5 kwietnia tego roku. Napisałam wówczas TAK:

Boziuniu daj mi proszę ogród. Taki piękny, zachwaszczony, nieogarnięty, dziki, żebym mogła z niego uczynić raj. Daj mi barwne roślinki, a obiecuję, że jak będzie trzeba, będę z nimi gadać. Daj mi drzewa i świerki, którym nie będę podcinać gałązek i na pewno nie zrobię z nich bonzajów. Daj mi kawałeczek nieba. Bodaj jedną chmurkę.............

   Po przeczytaniu tego wpisu długo siedziałam w miejscu i nie mogłam się otrząsnąć. Bo przecież się spełniło. Dokładnie. Wszystko, o co prosiłam!!
Nie wiem, czy oglądaliście film "Pod słońcem Toskanii". Jest w nim taki jeden moment (na końcu filmu), kiedy w ogrodzie Frances odbywa się przyjęcie weselne. Ona zaś spaceruje pod rękę ze swoim przyjacielem, który uświadamia jej, że owszem,kiedyś była na życiowym zakręcie, ale teraz przyszedł taki moment, że wszystko, o czym kiedyś marzyła, się spełniło. Dostała wszystko,o co poprosiła, kiedy kupiła stary dom w Toskanii. Ona nagle zaczyna się zastanawiać i dochodzi do wniosku, że faktycznie, Wszystko o czym marzyła się spełniło. I uśmiecha się do siebie, jednocześnie zaskoczona i szczęśliwa.
   Teraz doświadczyłam tego sama. Tak bardzo marzyłam o ogrodzie. O azylu za miastem, w którym będę mogła spędzać weekendy, czy wakacje. O miejscu cichym, w pobliżu lasu. O ogrodzie z drzewkami, żebym nie musiała wszystkiego sadzić od podstaw. O domku, który będzie miał klimat i z którego da się zrobić w przyszłości piękną, sielską chatkę. I o fajnym właścicielu, od którego to wszystko kupię. Właścicielu uczciwym, dobrym, szczerym. I wiecie co...? WSZYSTKO się spełniło!!


   Pamiętam jak zeszłego lata będąc w Zakopanem, siedziałam w pięknym, drewnianym apartamencie willi Tatiana, zaczytywałam się w książkach Katarzyny Michalak i po kryjomu chlipałam sobie w kącie. Bo po latach nieudanych transakcji i prób zakupu domku na wsi przestałam marzyć. Pani Michalak jednak przywróciła moją wiarę w to, że marzenia się spełniają. W mojej głowie zapisały się słowa pani Katarzyny:
Jeżeli o czymś marzysz, tak bardzo, że aż boli, to cały świat pochyli się nad tobą, aby spełnić to marzenie.

No i się pochylił. I mam. Mamy. Kawałek nieba, własny osobisty widok na las. Własne ptaszki, własne mury starego domku. Własne drzewa.

   Od kilku dni oswajam pierwsze pomieszczenie domku - kuchnię. Kiedy już będzie wyglądać w miarę "po mojemu", zabiorę się za organizację saloniku. Domek jest maleńki i z czasem będzie musiał być przebudowany, ale na razie musi być tak, jak jest. Trzeba go tylko wyprzytulnić, zrobić, jak mawiają moi znajomi, "po kasiowemu" i będzie dobrze. Od dziś będę się z Wami dzieliła zmianami, których będę dokonywać w Domku pod lasem :)

A Wy, moi drodzy, nie przestawajcie marzyć!!!!!!!!!!!!! :)



Zdjęcie zrobione w zeszłym roku w ogrodzie Danusi, w Ściborówce 

sobota, 25 czerwca 2016

Zmęczenie materiału, blondynizm i słówko o materacu

   Nie tylko widać już po nas zmęczenie remontem. Bośmy jacyś tacy... niedozadbani.. ja w szczególności.. W dodatku dopadło mnie wstrętne choróbsko, o które zresztą sama się prosiłam pracując w przeciągu. Leżę od wczoraj z gorączką, kaszlem takim, że mało płuc nie wyrwie, katarem który w ekspresowym tempie uszczupla moje zapasy papieru toaletowego i bólem gardła i wszystkiego, co tam bierze udział w procesie przełykania (to to akurat nienajgorzej, bo jem mało, może więc uda mi się wreszcie uszczuplić również zapasy z rasy fałdowatych na brzuchu).
   Dwa dni temu dopadł nas chyba największy remontowy kryzys.
Otóż, jak pamiętacie z poprzedniego wpisu, składaliśmy ikeowskie łóżko. Szczęśliwi, że w końcu będziemy mogli spać na wypasionych materacach, które zamówiliśmy w sklepie online..
Kiedy już łóżko stanęło w całej swej okazałości, ułożyliśmy materace. Tak jak należy, czyli jeden na drugim. I wówczas to właśnie pogrążyliśmy się w smutku, rozpaczy, czarnej otchłani..czy jakimś tam innym dnie. Otóż Kochani, w tym całym zmęczeniu, zabieganiu, niewyrabianiu, nie pomyśleliśmy o jednym, Że materace owe są po prostu... za grube.

To jest łóżko, które kupiliśmy:

foto: www.ikea.com

Nasze materace kończą się równo z wysokością oparć, zaś żeby usiąść na takim łożu, trzeba się nań wgramolić tudzież czołgnąć. Inaczej się po prostu nie da.

Z tego wszystkiego już nawet się nie złościliśmy, tylko po ujrzeniu cośmy narobili, klapnęliśmy na podłodze i śmialiśmy się niczym wariaci ;)

I tak oto musimy wymienić materace. Czytałam Wasze komentarze i zastanawiam się, czy nie kupić takich najtańszych, a po jakimś czasie, gdy wystrzelą sprężyny albo materac ugniecie się jak piasek na babkę, zwyczajnie go nie wymienić na nowy.

Tak więc remont się przedłużył. Nie pierwszy raz zresztą. Mam nadzieję, że do czasu jego zakończenia nie wyląduję w jakimś zakładzie dla nieprzystosowanych społecznie... 

Jeśli macie jakieś doświadczenia materacowe, albo jesteście właścicielami tego samego łóżka, piszcie, każda wskazówka na miarę złota!!

Ja uciekam dalej chorować.

czwartek, 23 czerwca 2016

Zarzekała się żaba błota

   Żaba se mła, oczywiście, zaś błoto to łózko ikeowskie. Kiedyś już przerabiałam sofę tejże firmy i nie pałałyśmy do siebie sympatią. Zarzekałam się... i.. znów kupiłam łóżko w Ikei.
Mój kochany narożnik, który służył nam 2 lata, powędrował do domku pod lasem. Był dla mnie prawdziwym utrapieniem. Zamawialiśmy go z myślą, że posłuży..tymczasem okazało się, że pieniądze wyrzuciliśmy w błoto. Spać się na nim już nie dało, bo sprężyny tak powychodziły, że budziłam się rano z bolącymi żebrami..
Zastanawialiśmy się jakie łóżko kupić, żeby znów nie popełnić błędu.
W Ikei znaleźliśmy łóżko składane z materacami. W razie czego jak wylezą sprężyny, wymienimy materac, a nie znów cały mebel. Nie wiem jeszcze, czy będzie wygodne i funkcjonalne. Wiem tylko, że będzie lepsze niż to, które mnie co noc boksowało po żebrach...

   Remont w mieszkaniu już zmierza ku końcowi. Złożymy łóżko, regał, posprzątam i będę mogła MIESZKAĆ. Bo do tej pory raczej egzystowałam.. Wiecie, że wczoraj był upał, a ja chodziłam po mieście w dżinsach i bluzce z długim rękawem, bo nie mogłam się do szafy dostać..? Ranyyy... jak ja czekam na Normalność ;)

   O, to nasz składak..



W następnym poście zdam relację, czy to to wygodne. Dodam jeszcze, że materace zamówiliśmy przez internet w sklepie z materacami. Cena prawie ta sama, a jakość jakaś lepsza.. Poza tym jakoś do mnie nie przemawiają te marketowe, zwinięte w rulon..

Uciekam do pracy, uściski ślę!!

środa, 22 czerwca 2016

Wystartowaliśmy z remontem nr 2

   Witajcie!!
Dziękuję za Wasze wizyty, komentarze. Macie rację, marzenia się spełniają, trzeba tylko dać im czas.. ;)

Z remontem w mieszkaniu w mieście stanęliśmy, gdyż przytargaliśmy nowe meble (w tym łóżko), zaś stare czekają na wywiezienie. A żeby je wywieźć, musimy szybciuchno odświeżyć ściany w leśnym domku. W chwili obecnej bawimy się w akrobatów. Bo sztuką jest przemieszczać się pomiędzy tymi wszystkimi gratami. Pod jedną ścianą stoją meble do złożenia, za nimi te do oddania (bo szafka w korytarzu okazała się  o - uwaga - 1,5 cm za szeroka!!), a na środku pokoju dziennego stoi mega-karton z łóżkiem w środku. Przy nim jeszcze dwa ogromne pakunki z materacami..
Ale taki stan jeszcze przez chwilkę.. Jutro wywozimy część starych mebli do domku, zaś nowe będziemy mogli zmontować.

   Z wieści leśno-domowych:
Nasz domek kupiliśmy od Pani Marysi. Pani Marysia jest starszą osobą, dlatego nie miała już zapewne siły na targanie mebli kuchennych czy sprzętów.. a że wszystko stało latami, ściany wymagają naprawy. Po odsunięciu mebelków i kuchenki naszym oczom (wcale mnie to nie zdziwiło) ukazały się ściany z grzybem. Trzeba było więc grzyb zwalczyć specjalnymi środkami, oskrobać co nieco, a potem nałożyć nowy tynk.
Meble babcino-marysiowe wynieśliśmy do drewutni (będą na razie na słoiki), zostawiliśmy tylko kuchenkę, stół i okap. Skuliśmy płytki. Na ściany kładę (tak, swoimi ręcyma ;) ) tynki. Chcę uzyskać efekt starego muru. Nakładam Knaufa gumową packą, bo lżejsza... Gdy skończę, ściany pomaluję na biało.. Pomaluję też, żeby odświeżyć, drewnianą boazerię. Większych remontów nie chcemy robić, bo za czas jakiś i tak będziemy rozbudowywać domek.. Na razie ma być schludnie i przytulnie ;)

O, pozbywamy się tego..






Nie czuję się jakoś zgorszona tym stanem rzeczy, gdyż Pani Maria i tak domek jak i wszystkie inne pomieszczenia zostawiła nam w dobrym stanie, zadbane, wysprzątane, uporządkowane. Zachowała się naprawdę pięknie. Wiecie, że już 2 razy próbowaliśmy kupić dom. Tamci właściciele byli z innej gliny.. mataczyli, kręcili, oszukiwali... Pani Marysia była naprawdę w porządku. I to też utwierdza mnie w przekonaniu, że TAK MIAŁO BYĆ ;)

Pomieszczenie powyżej to kuchnia i ściana, pod którą stanie mój kredens. Po kilkudniowej walce wszystko już wygląda lepiej.

O, a tu Tynkara ;)



Uciekam do pracy. Gdy skończę redagować teksty, zwijam manatki i jadę do lasu. Miłego dnia!!

czwartek, 16 czerwca 2016

Marzenia się spełniają...

   Nie będzie dziś o remoncie. Jeszcze nie. Jeszcze kilka dni i będzie skończony, bo jesteśmy na etapie składania mebli, ale... ja dziś nie o tym...

   Ten, kto czyta, zna mój blog od lat, wie o czym marzyłam...

   Kilka tygodni temu zmęczona pracami remontowymi (większość robię sama, bo mąż po zabiegu), zasiadłam na kanapie i włączyłam program Maja w ogrodzie. I tak oglądałam, odcinek po odcinku.
Nagle podchodzi mąż i zdumiony pyta:
– Oglądasz Maję..?? Co ci się stało???
– A co w tym dziwnego, że oglądam Maję?? – zapytałam zdziwiona jego zdumieniem.
Wzruszył ramionami i poszedł do kuchni. Spytałam raz jeszcze, skąd to zdziwienie, bo reakcja mnie zaskoczyła. Podszedł do mnie, jakbym oglądała jakiś program o hydraulice.. nie nie.. to akurat mogłabym oglądać.. to.. o! jakbym oglądała jakiś mecz piłki nożnej (których, nadmienię, nie oglądam Nigdy).
W końcu odpowiedział..
– Bo parę miesięcy temu zaproponowałem, żeby obejrzeć Maję, a ty się oburzyłaś. Powiedziałaś, że nie możesz oglądać tego programu, bo przypomina ci o twoich niespełnionych marzeniach...

Tak. Wiecie, że mamy za sobą 2 próby kupna domku z ogrodem. Na ten temat zaczęłam już nawet pisać książkę, bo to takie przygody, że wprost nieprawdopodobne ;) Ale cóż.. Nie na darmo mówi się.. DO TRZECH RAZY SZTUKA ;)

Dziś na szybkiego. Przedstawiam Wam moi kochani nasz (już na papierze) kawałek nieba. Nasze listki, gałązki, ziemię.
Wszystko jeszcze jakieś takie obce, jak nie moje. Wszystko potrzebuje oswojenia, a domek remontu. Ale.. to z czasem. Wiem, że pokochamy to miejsce (ja już kocham, a jakże!!) miłością odwzajemnioną. Miejsce o jakim marzyłam. Pod samiutkim lasem....
(PS. Więcej o tym, jak to się stało i za czyją sprawą - już wkrótce.. ;) )



Ja chyba jeszcze nie wierzę... ;)

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Jeszcze nie poległam..

Kochane moje..i Kochani moi :D żeby nie było.. bo panowie też czytają ;)
Już wkrótce podzielę się z Wami efektami remontowych prac. Za jakiś tydzień, góra dwa, większa część prac będzie za nami. To znaczy w kuchni i pokoju dziennym, bo łazienkę przekładamy na jesień. Pan mąż jest po zabiegu, czeka go jeszcze jeden, tak więc prace muszę tak rozplanować, żeby nasz pacjent na tym nie ucierpiał :)

Nie będzie to jeszcze koniec koniec, gdyż drzwi do kuchni będą wstawione dopiero w połowie lipca, a stół kuchenny wyskrobie się też za jakiś miesiąc.. ale i tak wiele prac będzie za nami.
Na dzień dzisiejszy kończę powoli meble kuchenne, a za chwilę się zabierzemy za ściany i podłogę w pokoju. Później wstawimy jakąś nową komodę, wywalimy co nieco, poprzestawiamy i już ;)

Za mną przyjemny weekend spędzony w domku nad jeziorem. Przyjemny, bo pospacerowałam po lesie, który kocham i wyciszyłam się siedząc na ławeczce.. na jakimś pomoście.. Domek, który wynajęliśmy, nie był najprzyjemniejszy.. bo komunistyczny, brudny, z odpadniętymi klamkami okiennymi i dziurą wielkości pięści zamiast klamki w drzwiach, ale.. nie ma tego złego. Przy tymże domu nasze zakurzone, zagracone mieszkanko wydaje się teraz prawdziwą oazą :)

Uciekam do roboty, ślę Wam mooocne uściski!!
K.

wtorek, 31 maja 2016

W bieli i fiolecie

   Prace remontowe trwają. Do końca tygodnia muszę skończyć malować kuchnię, bo w poniedziałek kładziemy podłogę. Kuchnia i pokój dzienny - tu już z górki. Łazienkę odkładamy na jesień.
Zdradzę Wam, że tym razem będzie bardziej praktycznie. Jaśniej, bardziej minimalistycznie - choć chcę, by było stylowo i oryginalnie, a przede wszystkim praktycznie. Konieczne były pewne zmiany. Musimy urządzić nowe stanowisko komputerowe. Sekretarz drewniany, w którym dotychczas stał komputer, niestety już nie będzie przydatny. W pokoju stanie malutkie biurko. Będzie też nowa komoda. I stół. Wszystko czeka na złożenie.
Ja staram się nie zwariować :) Pracuję jako dziennikarz, robię reportaże, a w międzyczasie remontuję i maluję. Nie narzekam, wręcz przeciwnie. Taki natłok prac bardzo pozytywnie mnie napędza ;)

Ostatnio w moim Siedlisku (moim, bo jak zapewne wiele z Was pamięta, że wychowałam się na wsi o nazwie Siedlisko), ostatnio odbyło się Święto Bzów. W zeszłym roku nie wzięłam udziału w kiermaszu na terenie zamku, gdyż robiłam zdjęcia do reportażu. W tym roku już stanęłam ze swoimi pracami. Byłam zdumiona tak pozytywnym odbiorem :) Wiele z prac powędrowało do nowych domów i moje Janioły, tym razem malowane na większych formatach, będą strzegły nowych właścicieli :)

Przy okazji bzowego święta musiałam zmalować coś.. w klimacie. Pochwalę się przy okazji, że moja Bzowa Panienka wygrała konkurs na najpiękniejsze rękodzieło. Zajęłam pierwsze miejsce i pękałam z dumy :)

Wybaczcie, że tak chaotycznie piszę, ale jestem w biegu..

Ach.. Zaglądajcie do mnie, bo już wkrótce ogłoszę konkurs. Ale o tym za jakiś czas... :)



Oto mój konkursowy...



 ...i inne.. bzowe..malowane na rustykalnych dechach..












Życzę Wam liliowego tygodnia!!
:)

Udostępnij