niedziela, 26 lipca 2015

PoKochaj Kolor KONKURS


   Moi Drodzy,
w podziękowaniu za Waszą obecność, za czas, który poświęcacie na komentowanie moich postów, pisanie do mnie maili i telefonowanie i... ogólnie...za dawanie radości:) przygotowałam dla Was prawdziwą gratkę:)


   Wraz z moim partnerem, firmą F&F HOME, ogłaszam Konkurs "PoKochaj Kolor".
Dlaczego o takiej nazwie...?
Najmilsi, mamy pełnię lata. A lato to KOLORY. Barwy kwiatów, nieba, piasku, wody... .
Kolor to radość i energia.
Ja ostatnio oglądam świat przez różowe okulary. I jest mi z tym baaaardzo dobrze:)
I Wy PoKochajcie Kolor!!!!









ZASADY KONKURSU 


Konkurs trwać będzie od dziś do końca wakacji, czyli do dnia 31 sierpnia 2015r.


Zasady:

1. Udział w Konkursie może wziąć każdy czytelnik Rustykalnego Domu (nie trzeba mieć własnego bloga).
2. Aby wziąć udział, należy zgłosić chęć udziału pod tym postem i do dnia zakończenia Konkursu przesłać jedno zdjęcie kolorowego dodatku z Waszego domu, na adres mailowy: rustykalnydom@wp.pl
Może to być dowolny przedmiot - świeczka, wazon, mebel, pled...etc. ale koniecznie w kolorze (za wyłączeniem czerni i bieli).
3. Do dnia 5 września wyłonię dwa najciekawsze zdjęcia, a wyniki ogłoszę w dniu 6 września na łamach bloga.
4. NAGRODY są dwie:

Dwa zestawy dodatków, ufundowane przez firmę F&F HOME:

1. Zestaw Romantic Home (trzy poduszki, pled, dwie szklanki i zapachowa świeca w stylu romantycznym)









2. Zestaw Oceanic (trzy poduszki, pled, dwie szklanki i zapachowa świeca w kolorach morskich)








Zapraszam Was serdecznie do zabawy!!!

Ja ruszam w drogę... a zmierzam ku kolejnej - myślę, wspaniałej - przygodzie... ;)))

Do zobaczenia!!





wtorek, 21 lipca 2015

Deski - nie deski i pomysły balkonowe

   Kochani,
bardzo, ale to bardzo dziękuję Wam za słowa wsparcia. Nie spodziewałam się aż takiego odzewu po moich ostatnich postach. Dwa dni temu nawet znalazłam w skrzynce mailowej wiadomość.... od pani Kasi Michalak, autorki "Poziomki" i wielu innych (cudownie pokrzepiających) powieści:) Och, skakałam z radości... i wzruszyłam się szczerze...
Otrzymałam od Was tyle pozytywnej energii, tyle ciepłych słów.... jestem Wam OGROMNIE wdzięczna!! :)))
Tak jak napisałam, zaczęłam wierzyć. Postawiłam sobie cel, do osiągnięcia którego być może dążyć będę długo, ale w końcu kiedyś... :)  Mam nadzieję, że w przyszłości będę mogła Was raczyć pięknymi sesjami w Moim ogrodzie...


   Nowy tydzień zaczął się dla mnie bardzo pracowicie. Jestem w trakcie przywracania do życia kilku drobiazgów należących do mojej znajomej, a w międzyczasie fotografuję, piszę i powoli przygotowuję moją Julkę do wyjazdu (pierwszy raz jedzie na kolonię, a ja - matka wariatka - ze strachu obgryzam paznokcie..;) ).
A co piszę..?
Otóż od jakiegoś czasu mam przyjemność pisać artykuły dla strony dopoznania.pl, jako ekspert w dziedzinie aranżacji i dekoracji wnętrz:)
Jeśli ciekawi jesteście, jak wygląda to, co tworzę, zapraszam Was, zajrzyjcie..
http://www.dopoznania.pl/warszawa/pl/porady_i_newsy/porady/ogrod_ktory_laczy.html


   Czy pamiętacie mój wpis na temat belek sufitowych w rustykalnym stylu...?
Przy okazji zamawiania tychże belek, zamówiłam dodatkowo jeszcze kilka produktów firmy Plastmaker. Jednym z nich są imitacje... desek:) Szczerze mówiąc, dopóki nie zapoznałam się z ofertą firmy, nie wiedziałam, że takowe istnieją;) Zamówiłam je z myślą o ozdobieniu ścian szachulcem. Deski te doskonale imitują drewno.
Pomysł wykorzystania desek musiał dojrzeć, dlatego przeleżały one do dziś za szafą.
Jedną deską udało mi się zamaskować rury gazowe, które biegną nad kuchenną zabudową. Deska wprawdzie nie jest tego samego koloru co szafki, za to świetnie nawiązuje barwą do naszych drewnianych drzwiczek z kutą rozetą.
Resztę desek chcę wykorzystać do ozdobienia ścian w pokoju. A wyglądają one tak...










   To zdjęcie już się pojawiło w jednym z wcześniejszych wpisów. Nad szafkami widać wkomponowaną deskę (przyklejoną do sufitu)...






   Innym elementem, który przykuł moją uwagę na stronie sklepu, jest imitacja deski w formie elastycznej okładziny. Jest to rodzaj okładziny szerokości ok.14cm, którą kupuje się na metry, tak więc można ją dowolnie ciąć;) Przysłano mi próbkę tego materiału i już mam pomysł na jego wykorzystanie.
   Tego lata dowiedziałam się, że za rok będą wymieniane w naszej kamienicy  balustrady balkonowe. I nie byłoby to nic strasznego, gdyby nie fakt, że wspólnota mieszkaniowa głosowała i wygłosowała balustrady... z falowanej blachy:/  Aż mnie mierzi, gdy pomyślę...
Już teraz tworzę w głowie obraz tego, jak wyglądać będzie mój przyszłoroczny balkonowy kamuflaż;) Pomyślałam, że mogłabym zasłonić blaszane ustrojstwo jakąś sklejką, którą mogę z kolei okleić taką drewnopodobną okładziną. Co o tym myślicie...??

Tak wygląda wspomniana okładzina...




Jest stosunkowo cienka, dlatego świetnie się nada do oklejenia różnych powierzchni. Moja szwagierka planuje okleić nią zabudowę wanny. Jestem bardzo ciekawa efektu... ;)























   Uciekam do pracy, a Wam przesyłam garść uśmiechu... :)))

piątek, 17 lipca 2015

O piękniej Tatianie i o tym, jak odzyskałam wiarę w marzenia

  Nie nie, nie będzie o kobiecie, lecz o miejscu. Tatiana to willa, w której mieliśmy okazję gościć podczas naszego pobytu w Zakopanem:)

   Dlaczego zdecydowałam, że napiszę post o tym miejscu...? Otóż powodów jest kilka.
Po pierwsze, już od dłuższego czasu marzyło nam się znalezienie wakacyjnego miejsca (czytaj: hotelu/willi/pensjonatu), do którego chciałoby się wracać. Miejsca przyjaznego, w dobrej lokalizacji, estetycznego i z miłą - jakkolwiek to zabrzmi - obsługą. Po drugie, męczy mnie szukanie noclegów przed wyjazdami. Nie lubię marnotrawić czasu na wysyłanie ofert do właścicieli hoteli, którzy albo nie fatygują się odpisać, albo zwyczajnie oszukują - a bo to podadzą błędną cenę, a to przez uwagę poinformują, że do centrum miejscowości jest blisko po czym okazuje się, że blisko to  owszem, ale autem, a najlepiej to helikopterem:/
Po trzecie, od jakiegoś czasu zaczęłam bardziej przywiązywać uwagę do wyglądu miejsc, w których się zatrzymujemy. Nie lubię płacić dużych kwot za pokój, który jest zwyczajnie brzydki, nieestetyczny, i w którym nie ma "domowych drobiazgów" - bo właściciele boją się złodziei. Och, od takich miejsc stronię, bo gdybym miała nocować w Takim miejscu, czułabym się jak na celowniku.


   Na co zwracam uwagę szukając noclegu...? Otóż:

1. Wielkość/podzielność pokoju. Ważnym jest dla mnie komfort nasz i Julki, tak więc staram się wybierać pomieszczenia, w których jest miejsce dla dziecka.

2. Pościel i czystość pokoju. Jeśli chodzi o pościel, mam alergię na pościele kreszowe, gniecione i bardzo kolorowe. Dlaczego..? Z prostej przyczyny: nie mam pewności, czy jest ona czysta.
Kiedyś miałam okazję nocować w popularnym hotelu w Warszawie. Nadmienię, że nocowałam w jednym pokoju z koleżanką-pedagożką. Dostałyśmy - UWAGA - łoże małżeńskie;) I tam właśnie spać trzeba było na jakimś wyliniałym kocu....na którym koleżanka znalazła...brrrrr!!! nie..... nie będę o tym pisać... ;)))
Dlatego najlepiej dla mnie, gdy pościel jest jasna, najlepiej biała. I wyprasowana.

3. Kolejną istotną sprawą jest dla mnie to, jak zostaję w danym miejscu przyjęta. Jacy są właściciele, jacy pracownicy. Lubię, gdy jest miło, sympatycznie i gdy atmosfera jest zbliżona do domowej.
Dwa lata temu byłam na urlopie w Sudetach. Już mi się wydawało, że znalazłam wręcz idealne miejsce na pobyt - piękna, stara willa, z wielkim ogrodem urządzonym z głową, wspaniałe jedzenie... ale niestety, właścicielka okazała się być osobą baaardzo zdystansowaną, wręcz zimną. Prawie w ogóle się nie uśmiechała, traktując gości bardzo służbowo. Tak, wiem...że to jej praca, ale tak już mam, że lubię, gdy ktoś na uśmiech odpowiada uśmiechem... Sytuację w tymże pensjonacie ratował jedynie  pan kelner - starszy mężczyzna, który podawał nam posiłki. Był cudny, a uśmiech miał chyba przyklejony na stałe:) Naszą Julkę codziennie witał radosnym "No i co tam Zosieńka..? Ale masz dziś cudny warkocz!!" Naprawdę chciało się przychodzić do jadalni... zaś rozmawiać z właścicielką - już niekoniecznie;)

4.  Wiem, że zdarzają się nieuczciwi goście. Że oszukują, demolują, a czasem wynoszą co nieco z hotelu (bo przecież bez hotelowej szklanki się w swym domu nie obejdzie). Że zużywają tony gratisowych mydełek, bo te są z innego świata niż mydła ogólnodostępne. Ale nie popadajmy w skrajności. Bardzo, ale to bardzo nie lubię, gdy traktuje się moją rodzinę jako potencjalnych złodziejaszków. Nie cierpię mieszkać w miejscach, w których nie ma serwety, donicy czy obrazka na ścianie, bo a nuż ktoś wyniesie... Lubię w hotelu czuć się domowo. I nawet jeśli na ścianie wisi jakiś bohomaz z targowiska za 5zł, to niech wisi!! Niech będzie miło i przytulnie.

5. Istotną sprawą jest też dla mnie lokalizacja miejsca noclegowego. Nie mam wygórowanych wymagań, jednak cenię właścicieli, którzy są uczciwi. Którzy nie wciskają mi bzdur, że "hotel jest blisko centrum", podczas gdy dojście do centrum zajmuje mi pieszo  (szybkim tempem) 40 minut, a droga prowadzi przez osiedla wyglądające jak powojenne pobojowiska. Cenię uczciwość i prawdomówność, po prostu.



   Znalazłam.
Znalazłam w Zakopanem miejsce, które sprostało moim wymaganiom. Willa Tatiana, położona 5 minut spacerem od Krupówek.

Wszystko tu się zgadza. Jest pięknie, miło, domowo, czysto, przyjemnie. Jak znalazłam (już "moje") miejsce..? Dzięki artykułowi z magazynu Voyage, który z kolei wynalazłam w internecie. Gdy przeczytałam tytuł "Do Tatiany goście wracają" - pomyślałam: o rety, skąd ktoś wiedział, że szukam miejsca, do którego chciałabym kiedyś wrócić...??? Przejrzałam ten artykuł, a później znalazłam kolejny - z Werandy Country. Cały artykuł o Tatianie przeczytacie TUTAJ.







   Gdy ujrzałam zdjęcia wnętrz, serce mi się uśmiechnęło, o ile w ogóle serce potrafi się uśmiechać;)
Postanowiłam skontaktować się z Panią Aleksandrą - właścicielką dobytku. Okazało się, że jest osobą bardzo sympatyczną, ciepłą i - o rany...!! - często się uśmiecha:)))
Zarezerwowaliśmy apartament nr 8 w Tatianie Premium. Na wyborze zaważyły.... Schody:)









fot. willa Tatiana




   Na zdjęciu poniżej widać antresolę apartamentu, którą okupował najmniejszy członek rodziny;)


fot. willa Tatiana




   Postanowiłam, że podczas urlopu wreszcie przeczytam (PRZECZYTAM!! a nie odsłucham audiobook'a) jakąś książkę. Na co dzień nie mam na to czasu. W naszym apartamencie - jak się okazało - czekało na mnie idealne miejsce. To, co widzicie na zdjęciu poniżej, to nie blat jadalniany, lecz mój Kącik Czytelniczy;)))










   Podsumowując, nasz apartament sprostał Wszystkim naszym potrzebom. Okazał się być miejscem ciepłym, przytulnym, urządzonym ze smakiem i dbałością o każdy szczegół. Podczas pobytu naprawdę niczego nam nie brakowało. No, prawie niczego;) ale piszę to z przymrużeniem oka.
Otóż któregoś dnia (dodam: dzień po wyprawie w góry, podczas której zrobiliśmy prawie 25km pieszo), postanowiłam sama ugotować obiad (na ogół stołowaliśmy się w karczmie). Rozpakowałam zakupy, po czym bardzo szybko zweryfikowałam zakupowe braki - zapomniałam o bułce tartej do panierki. Na szczęście znalazłam na półce czerstwe bułki. Postanowiłam je zetrzeć.
Jako że ze mnie urządzenie wielofunkcyjne i podzielnouwagowe;) postanowiłam podczas przygotowywania obiadu zadzwonić do mamy. W trakcie rozmowy nagle słyszę:
- Co ty tam robisz? O matko, co tak szeleści??- pyta mama.
- Bułkę tartą robię. To znaczy..trę. A ściślej mówiąc...... trę bułką o bułkę.
- Jak...?? A tarki nie masz?
- Mamuś, jestem w hotelu. Tu i tak jest więcej naczyń niż w standardowym apartamencie.. Dam sobie radę.
- O matko, Pomysłowy Dobromirze ty.
Kilka dni później znów rozmawiam z mamą przez telefon:
- (...) czyli jesteś zadowolona, tak? Wróciłabyś tu kiedyś?
- Tak. Jest świetnie. Wszystko na plus. I naprawdę...jest tu wszystko czego nam trzeba. Właścicielka pomyślała o wszystkim.
- Nie.
- Ja to nie??
- Tarki nie ma.
;))))))))))))))

   Tu naprawdę wspaniale się wypoczywa, a goście są traktowani z szacunkiem i sympatią. Pani Aleksandra, którą miałam okazję poznać osobiście, jest odpowiednią osobą na odpowiednim stanowisku. Pani Ewa zaś, która dogląda willi, sprawiła, że nie czuliśmy się tu jak w hotelu, tylko jak gdyby gościła nas dobra, kochana ciocia. Wspaniale!!
Powtórzę słowa z podróżniczego artykułu: Tutaj chce się wracać:)))



   Pani Aleksandra jest właścicielką trzech willi: Tatiany Premium (w której gościliśmy), Tatiany Lux i Tatiany Boutique. Postanowiłam skorzystać z możliwości obejrzenia pozostałych budynków.
Mam więc dla Was kilka pstryków. Spójrzcie sami, z jaką pieczołowitością zaaranżowano ich wnętrza...


































A tutaj wille z zewnątrz...


Tatiana Premium, fot. willa Tatiana



Tatiana Lux, fot. willa Tatiana



Tatiana Boutique, fot. willa Tatiana




   Kochani, k woli ścisłości: nie jest to post sponsorowany. Nie nocowałam w Tatianie za darmo:) Jednak postanowiłam o niej napisać, bo jest to miejsce, które zasługuje na to, by o nim mówić i aby je polecać. Być może wśród Was znajdą się osoby, które szukają dobrego miejsca na nocleg, a przy okazji tychże poszukiwań zwracają uwagę na wysoki komfort wypoczynku.
Przyjedźcie, przekonajcie się. Ja tu na pewno wrócę... :)





   Teraz kilka słów "z innej beczki".
Jakiś czas temu - przyznam się bez bicia - zaczęłam tracić serce do blogowania. Pisanie przychodziło mi z trudem, robiłam to raczej niechętnie. Utraciłam poczucie celu, radość.
Długo się zastanawiałam skąd wziął się taki stan rzeczy. Żeby otrzymać odpowiedź musiałam wyjechać, odpocząć. Od wnętrz, malowania, bloga, sklepu, aparatu (no...tu nie do końca;) ). Trzeba mi było wyciszenia, spacerów wśród zieleni, słuchania szelestu strumyków, śpiewu ptaków, wsłuchania się w nostalgiczną ciszę gór i we własne myśli.
Odpowiedź przyszła.
Straciłam chęć, gdyż... straciłam wiarę w marzenia.
Po kilku nieudanych próbach kupna wymarzonego domu (o tym już powstaje książka..), wypaliłam się. Straciłam poczucie sensu, przyszłości.

Co mi przywróciło wiarę...?

   Kiedy któregoś dnia usiadłam przy drewnianym blacie w wynajętym apartamencie, poczułam pustkę. Poczułam, że brakuje mi bloga, kontaktu z czytelnikami. I że brakuje mi...czegoś jeszcze. Zaświeciło słońce. Ubrałam się i pobiegłam do Empiku w poszukiwaniu jakiejś książki...czegoś o...marzeniach... . Oczywiście!! Katarzyna Michalak. Znalazłam regał z powieściami i od razu chwyciłam w dłoń "Rok w Poziomce".
Wróciłam do pokoju. Przeczytałam prawie jednym tchem. Kiedy skończyłam, długo wpatrywałam się w duże okno i wysoką choinkę, rosnącą tuż za nim. Pomyślałam od razu: tak, takie drzewa rosnąć będę w moim ogrodzie. MOIM!! Boże, zatraciłam się gdzieś i straciłam nadzieję... a przecież... marzenia się spełniają!!
Tak, chcę domu. Wymarzonego, takiego, jaki czasem śni mi się w nocy.
Skonsultowałam sprawę z mężem. On też nie przestał marzyć. Tyle że tym razem - stwierdziliśmy zgodnie - wszystko musi przebiec bez wariactw, bez pośpiechu, rozsądnie, po kolei. Zrobiliśmy  plan. Mam cel. I zaczęłam znów wierzyć:)
Pomogły mi słowa odnalezione w książce:

"Jeśli o czymś bardzo marzysz, tak bardzo, że aż boli,
to cały świat pochyli się nad tobą, by spełnić twoje marzenie..."



środa, 15 lipca 2015

Podróż w czasie i wspaniałe spotkanie - przystanek Koszysta


    Tak jak wspomniałam, kolejnym przystankiem podczas naszych wakacyjnych wojaży, było Zakopane. Spędziliśmy tu cudownych dziesięć dni. Co sprawiło, że wyjazd na długo pozostanie w mojej, naszej pamięci..? Po pierwsze ludzie, których poznałam. Po drugie - miejsce, w którym mieszkaliśmy (o tym będzie osobny post). Po trzecie - miejsce, które dane mi było poznać od podszewki i cudowne dwie osobowości - pani Doroty i pani Anny.


   Kilka miesięcy temu zadzwonił mój telefon. Numer nieznany. Zadzwonił trochę nie w porę - jak mi się z początku wydawało - gdyż byłam w tzw. dołku. Zastanawiałam się, czy brnąć dalej w firmę, blog, w pracę twórczą, czy rzucić to wszystko i wrócić do pracy w szkole. Poważnie!!
   Odebrałam. Usłyszałam łagodny, kobiecy głos. Moja rozmówczyni przedstawiła się i zaczęła mniej więcej od słów: "Dzień dobry pani Kasiu, mam na imię Dorota, mieszkam w Zakopanem, jestem wnuczką pisarza, Jana Sztaudyngera. Dzwonię, ponieważ natknęłam się na pani blog, który mnie po prostu zachwycił...". Byłam ogromnie zaskoczona, uradowana i zaciekawiona jednocześnie. Niewiele potrafiłam powiedzieć, bo, biorąc pod uwagę fakt, że przed chwilą dosłownie myślałam o zamknięciu bloga, słowa pani Doroty wprawiły mnie w zdumienie. Pomyślałam, że ten telefon to jakiś znak z niebios:)
Pani Dorota obdarzyła mnie prawdziwą lawiną pozytywnych słów pod adresem bloga oraz mojej osoby, choć osobiście mnie nie zna. Stwierdziła, że gdy o mnie czyta, to ma wrażenie, jakby czytała o sobie. Mówiła długo, a ja z każdym kolejnym słowem podnosiłam się na duchu. Serce mi się rozradowało niemiłosiernie... .
Podziękowałam za miłe (i tak mi teraz, właśnie Teraz potrzebne!!) słowa. Rozmawiałyśmy dość długo. Postanowiłyśmy, że musimy się kiedyś spotkać.

   Chwilę po zakończeniu rozmowy usiadłam na kanapie. Rozpłakałam się....



   Kiedy planowaliśmy wyjazd do Zakopanego, od razu pomyślałam o pani Dorocie. Postanowiłam poinformować, że przyjeżdżam i że będzie okazja, by się spotkać.
W odpowiedzi otrzymałam zaproszenie na spotkanie Stowarzyszenia Fraszka, które zrzesza przyjaciół pisarza oraz miłośników Jego twórczości, szczególnie fraszek, z pisania których słynął. Niezmiernie mnie to zaproszenie ucieszyło. Poczułam się zaszczycona tym, że dane mi będzie spotkać wspaniałych ludzi, szczególnie zaś panią Dorotę i Annę - jej mamę, a córkę Jana Sztaudyngera.


   Na spotkanie, które odbyło się w bibliotece, stawiłam się punktualnie. Usiadłam sobie z tyłu, by nikomu nie wadzić i móc wysłuchać wypowiedzi, wspomnień. Mówiąc szczerze, wcześniej nie docierało do mnie tak wyraźnie to, że można z taką czcią hołdować pamięci ojca i jego pisarskiego dorobku. Na spotkaniu przekonałam się, jak wielkim -  zarówno rodzina, jak i przyjaciele oraz miłośnicy fraszkopisarza - szacunkiem darzą spuściznę po Panu Janie i jak bardzo dbają o to, by przetrwała pamięć...
Pani Dorota po zakończeniu spotkania przepraszała mnie mając obawy, że się wynudziłam. Nic podobnego. Było to dla mnie wspaniałe, WSPANIAŁE!! doświadczenie. Móc słuchać opowieści, wspomnień, anegdot. Móc choć przez chwilę obcować z ludźmi ceniącymi polski język, z dbałością układającymi każde wypowiadane zdanie. Dla mnie to niezwykle cenne, biorąc pod uwagę fakt, że na bylejakość języka mam alergię (szczególnie na zwroty typu "cze" i "nara") :)
 


   Kilka dni później miałam okazję odwiedzić dom rodzinny Jana Sztaudyngera, willę Koszysta. Jest to stareńka chata drewniana, położona w pobliżu skoczni. Niezwykle klimatyczne miejsce.
Pani Dorota niestety nie mogła nas ugościć, gdyż musiała wyjechać do Krakowa. Przyjęła nas pani Anna.

   Kiedy przybyliśmy do Koszystej, trwał akurat plener malarski - na ganku intensywnie pracowały artystki z Łodzi. Pani Anna powitała nas bardzo ciepło. Jest osobą starszą, a polubiłam ją od razu gdy ją zobaczyłam - za jej wygląd. Tak:) Za ciepły, łagodny wyraz twarzy, za uśmiech i za pięknego, babcinego koka:)) Poza tym, pomimo wieku, nie straciła poczucia humoru, wręcz przeciwnie - rozbawiłaby nawet najbardziej zatwardziałego malkontenta;)
   Z panią Anną wypiliśmy herbatę. Dodam, że robiliśmy to siedząc przy stole, przy którym pisarz jadał ze swoją rodziną śniadania, obiady... W ogóle... w Koszystej czas się zatrzymał. Dech zapierają liczne pamiątki (nie byle jakie..!!), rodzinne zdjęcia, meble, drobiazgi. Trzeszcząca drewniana podłoga dopełniała tylko całości czarownego obrazka.
Herbatę piliśmy z serwisu bolesławieckiego, więc czułam się jak u siebie. W ogóle czuliśmy się tam dobrze, chociaż, towarzystwo tak zacnej osoby zobowiązywało do należytego zachowania i uważnego dobierania słów:) Pani Anna opowiadała nam o swoim Tacie. Było mi trochę niezręcznie, bo prawie się nie odzywałam... ale tak lubię słuchać mądrych (mądrych!!) ludzi... .Swoje opowieści przeplatała anegdotami, z których zaśmiewała się nasza Julka. Pani Ania chwilami droczyła się z nią, co - jak zauważyłam - Julce bardzo przypadło do serca, bo w naszym domu również nie stronimy od śmiechu i radosnego dokuczania sobie nawzajem;)
   Pani Ania opowiadała o Tacie. O tym, ile serca wkładał w pisanie i jak bardzo kochali Go ludzie, których spotykał na swej drodze. Mówiła o poranku, kiedy to wszedł do jadalni (o dość wczesnej porze) i oznajmił, że w ciągu godziny napisał 60 fraszek!! I o tym, jak pocieszał swoją wnusię gdy smuciła się podczas jednych wakacji, bo koledzy wyjeżdżają nad morze, a ona zostanie w domu. Napisał z tej okazji dla niej wiersz, w którym porównał pielęgnowanie przydomowego ogrodu do nadmorskich spacerów, chcąc udowodnić małej istocie, że pobyt w domu może być równie atrakcyjny jak wyjazd nad morze:)
Wysłuchaliśmy wielu pięknych opowieści o wyjątkowej relacji dziadek-wnuczka. Opowieści wzruszających, zupełnie jak z bajki. Myślę, że każdy z nas chciałby mieć równie piękne wspomnienia... :)



Pani Anna




willa Koszysta - dom rodzinny Sztaudyngerów















   Co zapamiętam na zawsze..? I co zapamięta  - mam nadzieję - Julka?
Pani Anna czytała Julce wiersze. Te, które Pan Jan pisał dla swojej wnusi - Pani Doroty.
                           :))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))


   Julka do tej pory wspomina: "Ale ta pani jest kochana...". Tak, jest. I takie wrażenie również zrobiła na mnie Pani Dorota, którą - mam nadzieję - kiedyś lepiej poznam. Oby jak najwięcej Takich ludzi otaczało nas w życiu.



   Te spotkania, rozmowy z panią Dorotą, przywróciły moją wiarę. Wiarę w to, że to, co robię, ma sens. Niestety, w ostatnim czasie moje życie zaburzyły (nadmienię - dość mocno) osoby - wcześniej mi bliskie - nienawistnie do mnie nastawione, złośliwe. I niby zawsze miałam dystans, jednak.. kiedy krzywdzi ktoś, komu nie wyrządziło się krzywdy... to boli. Niektórzy stali się zazdrośni... choć nie wiedzą, że do tego, do czego teraz doszłam, dochodziłam długo i ciężką pracą, poświęceniem... że były momenty, że nie miałam pieniędzy na życie, a zakupy spożywcze robiła mi mama-emerytka... .
Zawsze jednak, gdy myślę, by to wszystko zostawić (bo może wtedy zaczną mnie znowu lubić...?? ), dzwoni do mnie Pani Dorota bądź inna czytelniczka, przywracając mi chęć do życia i wiarę w siebie.

Tak jak napisałam wcześniej, życzyłabym sobie spotykać jak najwięcej Takich osób na swojej życiowej drodze... .



   Mój dzisiejszy post chciałabym zakończyć fraszką Jana Sztaudyngera, którą usłyszałam z ust Pani Anny (proszę mi wybaczyć, jeśli nie zacytowałam dosłownie, a piszę tak, jak zapamiętałam) :




Jan Sztaudynger
Wyrosła mi lilia


Wyrosła mi lilia
za oknem w ogródku
I smutek się zjawił
choć nie siałem smutku.






poniedziałek, 13 lipca 2015

Kraków magiczny, eteryczny... czyli początek wakacyjnej wyprawy



    Dziś nie zasypię Was zdjęciami. Skupię się na słowie i postaram się opisać część przeżyć z wakacyjnych wojaży:)


   Urlop, jak już wiecie, spędziliśmy w Tatrach. A właściwie większość urlopu, bo kilka dni spędziliśmy niedaleko Krakowa. Ale od początku:

   Wyjazd "na wakacje" zaplanowaliśmy na 3:00 (rano? w nocy...?) we wtorek. W poniedziałek po południu spakowaliśmy walizki i - dość pobieżnie - uporządkowaliśmy mieszkanie. Około osiemnastej mieliśmy wziąć kąpiel, położyć się wcześnie spać i wyjechać o wymienionej porze.
I tak oto po raz kolejny z naszych planów wyszły nici: wszystko wywróciło się do góry nogami, bo przed wyjazdem postanowiłam przygotować upominki dla osób, z którymi miałam się spotkać podczas naszych podróży. Tak już mam, że lubię dawać:) więc dopuszczałam do myśli, że mogę nie zdążyć pomalować paznokci, ale upominki muszą być gotowe - koniec, kropka. Kiedy zorientowaliśmy się w naszym czasowym poślizgu, ustaliliśmy z Radkiem, że wyjedziemy chyba na spokojnie, gdzieś koło godziny 6:00.
Wieczorem Julka poszła spać, a my jeszcze długo krzątaliśmy się dopakowując do walizek i toreb potrzebne (a gdzie tam!! wcale nie potrzebne!!!) drobiazgi i sprzęty. Do wanny weszłam na wpół przytomna, około godziny 1:15. Kiedy zażywałam przyjemności spowita niemożebną ilością pachnącej aloesem piany, usłyszałam głos zza drzwi: "Kasiu, chce ci się spać?" "Nie" - odpowiadam, a potem słyszę propozycję: "To może wykąp się, ubierz, zapakujemy manatki i od razu wyruszymy..?"
No, nie było to głupie. Tak zrobiliśmy. Doszłam do wniosku, że i tak pewnie nie zasnę, a nawet jeśli, to po przespaniu trzech godzin i tak będę zmęczona.
Około 2:00 obudziliśmy Julkę, zapakowaliśmy ją razem z tysiącem walizek do auta i ruszyliśmy. Julka oczywiście od razu zasnęła, opatulona miękkimi poduchami.

   Plan był taki: zamierzaliśmy spędzić jeden dzień w Krakowie, potem trzy dni w agroturystyce nieopodal Krakowa, a potem ruszyć na Zakopane.

   Po drodze mieliśmy trzy około półgodzinne postoje, podczas których oddaliśmy się błogiemu snowi. Spaliśmy rzecz jasna na siedząco, bo niemożliwością było złożyć siedzenia z uwagi na pokaźną ilość bagażu. Po trzecim postoju obudziliśmy się rześcy i gotowi na dalszą drogę.


   Do Krakowa zajechaliśmy chwilę po 10:00. W mieście przywitał nas rzęsisty deszcz. W zasadzie przez większość drogi padało. Mój kierowca był ukontentowany, bo - w przeciwieństwie do większości kierowców - kocha jeździć w taką właśnie pogodę.
Trochę mnie zasmuciła ta aura. Planowałam długie spacery po krakowskich zakamarkach, a pod tak ciemnymi chmurzyskami niemiło się przechadzać. Postanowiliśmy jednak, że żaden deszcz i żadne  "cumulonimbus" nie zepsują nam zabawy. Wszak żadne z nas nigdy wcześniej nie było w tym pięknym mieście.

   Przed przyjazdem do Krakowa zastanawiałam się, czy miasto faktycznie mnie oczaruje.

   Zwiedzanie zaczęliśmy od rynku, który nie zrobił na mnie powalającego wrażenia. Piękny, owszem. Cudny, z tymi sukiennicami, nobliwymi kamienicami i przejeżdżającymi bądź stojącymi tu i ówdzie białymi karetami. Ale - jak dla mnie - urodą podobny do rynków innych starych miast.
Tym zaś, co wprawiło mnie w zachwyt i skąd nie dało się mnie wyciągnąć (moja rodzina potrzebowała do tego stu wołów) był Kościół Mariacki. Kiedy przez telefon opowiadałam o swoich wrażeniach mamie, od razu dodała: "A ołtarz, piękny, prawda..?" No... piękny. Ale mnie nie ołtarz ujął, lecz freski, kolory, witraże i sklepienie kościoła. Kolokwialnie mówiąc: stałam jak wryta. Na widok ferii barw przeszły mnie dreszcze. Zresztą.. wszystko tu jakieś takie monumentalne, doniosłe, a jednocześnie takie...ciepłe. Nie mogłam się napatrzeć!!
Zdjęć nie mam. To znaczy mam, ale takie tam..kiepskie, z telefonu. Obiecałam sobie, że tym razem oglądać będę oczyma, a nie przez obiektyw aparatu.. bo ostatnio takiego właśnie dziwnego nawyku nabrałam.
   Kiedy już się napatrzyłam, otrzymałam od losu okazję do zabłyśnięcia znajomością francuskiego. Uczyłam się tego języka przez osiem lat, tak więc coś mi tam zostało... a przynajmniej tak mi się wydawało.
Otóż zaczepiła mnie starsza pani. Spytała, skąd mam naklejkę (z informacją, że mogę fotografować), ja zaś wytrącona z artystycznego letargu nie umiałam znaleźć słów:/ I stoję tak i gapię się na kobietę szperając w mózgowych szufladach w poszukiwaniu francuskiego "kobieta", "chodzi" i "da pani naklejkę". Pustka. ZERO. W końcu, gdy kobieta zaczęła wodzić wzrokiem za nieco bardziej rozgarniętą rozmówczynią, zapaliła mi się lampka..czy zwarły jakieś kabelki... MAM. "Vous allez là-bas, la femme... l'a". Tak, nie wiedziałam jak z francuska mówi się "naklejka", więc uroczo, niczym jaskiniowiec powiedziałam, że kobieta " da pani TO" wskazując na swój przyklejony do swetra papierek z rysunkiem aparatu.


   Kraków zeszliśmy wzdłuż i wszerz. Co mnie tu najbardziej urzekło..? Oczywiście. Kazimierz. Kiedy tu dotarliśmy, wreszcie poczuliśmy spełnienie. Na to czekaliśmy. Na Takie ulice, na Takie budynki, Taki klimat. Zachwyciła mnie dzielnica żydowska. Och... nawet teraz, gdy o tym piszę, mam dreszcze... . Kamienice naznaczone czasem, jakby wyjęte z planu filmu wojennego. Jedna z nich, którą sfotografowałam, wywołała u mnie nieokreślone uczucia... Kiedy stanęłam tuż pod budynkiem i spojrzałam w górę, na okna, przeniosłam się w czasie. Niemal widziałam żyjących w tych murach ludzi, niemal czułam ich strach i smutek, słyszałam huk strzałów. Starając się jednak skupić na bardziej pogodnych aspektach dawnego życia w tym miejscu, próbowałam sobie wyobrazić biegające dzieci, kobiety strzepujące przez okno kurz z dywanów... W wyobrażaniu pomogła mi muzyka, która płynęła (chyba z gramofonu..) z piwnicznego, okratowanego okienka jakiegoś antykwariatu nieopodal wejścia do kamienicy. Na długo zapamiętam ten obraz...





To zdjęcie zrobiłam niedaleko powyższej kamienicy. Drzwi skradły moje serce... :)





   W dzielnicy żydowskiej odwiedziliśmy jedną z restauracji. Chcieliśmy skosztować tradycyjnych smaków kuchni żydowskiej. Z menu wybraliśmy pieczywo z kilkoma rodzajami past. Próbowaliśmy humus. Cóż... jesteśmy bogatsi w doświadczenie, jednak fanami smaków raczej nie zostaniemy. Nasze kubki i filiżanki smakowe preferują zdecydowanie inny rodzaj kuchni;) Ale... spróbowaliśmy:))


   Będąc w Krakowie nie mogłam nie pójść na Bracką. Tym bardziej, że od rana lało jak z cebra. Och... tak bardzo chciałam wrzucić nasze zdjęcie z parasolami i zacząć ten post od "A w Krakowie na Brackiej pada deszcz"....!! Niestety, zamysł się nie udał. Padało przez kilka godzin, a gdy dotarliśmy na Bracką - na chwilę przestało padać. Nawet chodnik (jakim cudem..??!!) był tu suchy:( Skoro jednak już tutaj przydreptałam, postanowiłam zrobić zdjęcie. A dla pozorów chociaż... założyć kaptur... ;)






Tutaj dowód na to, że naprawdę padało... ;)





   Podsumowując swoje wrażenia z pobytu w mieście artystów: Tak, Kraków mnie oczarował. Nie chcę wymieniać poszczególnych miejsc... . Oczarował mnie klimatem. Tu jest tak... inaczej. Tu się czuje, że jest się w miejscu wyjątkowym. Po prostu. I pachnie też inaczej. Ulice pachną specyficznie... nawet mijani przechodnie pachną jakoś tak wyjątkowo... . Na pewno tu jeszcze wrócę:)))



   Z Krakowa ruszyliśmy do agroturystyki. Jakiej...? :)
Otóż miałam okazję poznać osobiście moją blogową znajomą, Danusię ze Ściborówki:))) Z Danusią znamy się wirtualnie od dłuższego czasu, a łączyła nas przede wszystkim miłość do pięknych, wiejskich wnętrz i do bolesławców.

   U Danusi spędziliśmy cudowne, CUDOWNE!! trzy dni. Fotografowałam Ściborówkę na potrzeby kolejnego materiału do magazynu.
Ach... wiecie, co nas zaskoczyło...? Kiedy jechaliśmy do Danusi, lał deszcz. Byłam trochę zmartwiona, gdyż w takiej sytuacji moja sesja zdjęciowa stała pod znakiem zapytania. Jednak kiedy minęliśmy kilka ulicznych serpentyn tuż przed celem podróży, a później przejechaliśmy przez niewielki las i wyjechaliśmy na teren agroturystyki, chmury pozostały za nami!! Danusiowe siedlisko powitało nas czystym niebem, przyjemnym ciepłem i słońcem, rozświetlającym barwny ogród:)
   Kiedyś napiszę Wam więcej o szczegółach naszego pobytu, teraz tylko napiszę tyle: Danusia powitała i ugościła nas tak, że gdy wyjeżdżaliśmy, z radością stwierdziłam w duchu: Tak, tutaj warto wracać. Wreszcie znaleźliśmy miejsce wypoczynku, do którego chce się przyjechać ponownie. WRESZCIE..!! :)))


Nasza Julka stała się fanką ściborówkowych futrzaków;)








   Po ukończonych zdjęciach i prawdziwym resecie na łonie natury (och, jak tam się dobrze wypoczywa!!), ruszyliśmy na Zakopane. Czekały nas kolejne spotkania, wrażenia. Równie wspaniałe:) Ale o tym w kolejnym poście... :)))



poniedziałek, 6 lipca 2015

Krajobrazy dla Anety:)

  Anetko kochana, na Twoją prośbę wrzucam kilka pstryków z trasy na Giewont.
W większości fotografuję góry, choć na szlakach najbardziej fascynują mnie gęste zagajniki z wąskimi ścieżkami uwitymi z mieniących się w promieniach słonecznych kamieni. Jednak idąc taką trasą nie wyjmuję aparatu - zwyczajnie chwytam chwile... :)

Mam nadzieję, że uśmiechniesz się na widok znajomych miejsc...


















Udostępnij