czwartek, 31 sierpnia 2017

Dom ciepło ubrany

   Zwariowałam - ktoś by powiedział. W domu remontowy rozgardiasz, a ja wzięłam się za dekorowanie dziennego. Ubieram okna, dekoruję kąty. To dlatego, że bardzo tęskno mi do piękna i poczucia estetycznego spokoju ;)

Dziś będzie o nowych zasłonach, czyli o elemencie, który nadaje wnętrzu charakteru i domowego ciepła.

   Kiedy rok temu rozpoczynaliśmy remont, pomyślałam, że zrezygnuję z dekoracji okien, ot, dla zdrowotności. Jestem alergikiem. W ciągu roku przekonałam się jednak, że nie ma różnicy w stopniu odczuwania objawów alergii gdy mam w domu więcej czy mniej tekstyliów. Dlatego nie ma potrzeby, by z nich rezygnować. Ponadto zatęskniłam za ciepłem, które wprowadzają do wnętrz ciężkie zasłony. Dlatego zdecydowałam się ubrać nasze okna. Chcę, by było tu bardzo przytulnie.
   Zaczęliśmy od powieszenia szyn. Następnie zamówiliśmy sztukaterię i we dwójkę z mężem wykonaliśmy maskownicę przysufitową. Później zamówiłam zasłony.
   Klientką Dekorii jestem od lat. Pierwsze poszewki na poduszki zamawiałam kiedy firma "startowała". Jakość ich wykonania mnie zachwyciła. Od tamtej pory jestem stałą klientką i co jakiś czas coś zamawiam. Nigdy się nie zawiodłam. Kiedy więc przyszło mi znaleźć nowe zasłony, znów postawiłam na Dekorię. Poprosiłam jedynie konsultantkę o pomoc w doborze tkaniny. Wspomniałam, że chciałabym, by tkanina na zasłony była dość ciężka, mięsista i by pomogła mi wykreować przytulny pokój w angielskim stylu. Doradzono mi uszycie zasłon z tkaniny Cotton Panama, w kolorze starej bieli. I to był strzał w dziesiątkę. Tkanina ma piękny, kremowy kolor i spełnia wszystkie moje oczekiwania. Nadała wnętrzu zupełnie nowe oblicze. Sama pewnie wybrałabym inną tkaninę, dlatego jestem wdzięczna za pomoc i myślę, że konsultanci Dekorii mają znakomity gust ;)
Paczka z zasłonami była bardzo, bardzo ciężka, co odebrałam za dobry znak :))) Zamówienie jak zwykle na najwyższym poziomie. Zasłony pięknie odszyte, z załączoną instrukcją prania, wyprasowane "na blachę" - wystarczy tylko powiesić. BARDZO LUBIĘ :))))















  













   Reszta mojego mieszkania jeszcze remontowo straszy, ale dzienny nabrał już takiego smaczku, że aż się chce..!! :)

W kolejnym poście słów kilka o tym, co obecnie na tapecie ;) Do zobaczenia!! :)))
 

piątek, 25 sierpnia 2017

Na chwilę wpadam, by się przywitać

   Witam bardzo, ale to bardzo ciepło nowych czytelników :)))) Rozsiądźcie się proszę wygodnie, weźcie kubek dobrej kawy bądź herbaty i posiedźcie tu ze mną. Porozmawiajmy o czymś miłym, wywołującym dobre emocje..albo po prostu posiedźmy w ciszy, słuchając cichutkich dźwięków relaksującej muzyki... :))))

   Dziś znów serwuję post bez zdjęć, bo zwyczajnie nie mam jak fotografować, chociaż jest co ;) Nie dość, że w domu zmiany, to jeszcze obrazów nowych przybyło.. jednak wszystko jest zakamuflowane przed kurzem. Ale już z górki. Łazienka właściwie już zrobiona. Teraz kolej na moją pracę, czyli dekorowanie. No i sprzątanie rzecz jasna, a to zajmie na pewno sporo czasu.
  Obecnie dopieszczam jedną ze ścian w pokoju dziennym. Przyznam szczerze, że zawsze oszczędzałam na oknach. Gdy zamawiałam zasłony, to tylko dwie, żeby nie było za drogo.. Skutek był taki, że ścianie okiennej zawsze czegoś brakowało. Takiej kropki nad "i". Tym razem postanowiłam dopracować tę część pokoju. Pozostałe elementy zobowiązują - kamieniczne drzwi, masywna kuchnia, stół.. Choćbym miała nie kupić sobie nowych dżinsów, muszę pokój dzienny urządzić do końca. I żadnych półśrodków. Ma być pięknie, przytulnie i ma być widoczna jakość. Zresztą.. na swoim własnym osobistym doświadczeniu przekonałam się, że nie warto oszczędzać. Na meblach, dodatkach. Po prostu się nie opłaca ;)

   Och, jak mi pachnie kawą... Piję i zabieram się za sprzątanie. Wam życzę pogodnego weekendu. Zaglądajcie, bo w kolejnym poście pokażę nowe zasłony, a są naprawdę.....ach....!! :))))))))))
 

środa, 23 sierpnia 2017

Niespodziajki

    Kochani, wpadłam dosłownie na chwilkę.
Czas nas goni przeokropnie, a prace remontowe ciągną się jak przysłowiowe flaki z olejem.
Kilka dni temu dostałam wiadomość, że moje drzwi nie dojadą na czas. Producent ma półtoramiesięczne opóźnienie. Cóż.. wykończę łazienkę, a panowie montażyści będą musieli się nagimnastykować, żeby nie zepsuć tego co będzie zrobione. Nie mam już siły czekać, bo cały ten bałagan mnie wykańcza. Pokój Julki cały zastawiony sanitariatami (Jula z babcią już trzeci tydzień), wszędzie kurz i brak warunków do normalnego funkcjonowania. Myjemy się w misce, a wodę w toalecie spłukujemy z wiadra ;) Nie to jednak jest dla mnie najbardziej uciążliwe. Nie lubię brudu, a chwilowo muszę z nim żyć.
   Obecnie przerabiamy instalację. Kaloryfer przeniesiony już na inną ścianę, rurki przerobione pod umywalkę wolnostojącą.
Remont niestety nie obywa się bez kłopotów. Zaczęło się od tego, że podczas skuwania płytek w łazience popękała ściana w korytarzu. Świeżo malowana. Będę musiała pęknięcie jakoś zakamuflować, bo robić ścian na nowo już nie mam siły. Później poszedł nam nowy sprzęt. Musieliśmy wysłać do serwisu. Do tego wszystkiego to opóźnienie z drzwiami..no i ja - pochorowałam się na całego. Najpierw angina, później - tuż po zdemontowaniu toalety - grypa żołądkowa ;) Cudnie po prostu. Na szczęście już jest dobrze. Nabieram sił i pomagam w drobnych pracach. W tych mniej drobnych pomóc nie mogę, bo powypadkowe plecy mi na to nie pozwalają - kilkuminutowe kucnięcie czy schylenie się przynosi ból.
Nie załamuję się jednak, tylko cierpliwie czekam na efekt końcowy, a frustracje leczę wybierając dodatki do łazienki i dziennego ;)

   W międzyczasie dopieszczam pokój dzienny. Tu już nie jest tak strasznie. Zamykam moje kamieniczne drzwi przed remontem, dzięki czemu tony kurzu omijają kuchnię i pokój.
Kilka dni temu odebrałam zamówioną sztukaterię. W wolnych chwilach (gdy np. nie można wykonywać głośnych prac, czyli po godzinie 18:00) pracujemy nad drobiazgami. Zamontowaliśmy między innymi szyny na zasłony. Zamówiłam zasłony, standardowo w Dekorii. Wczoraj odebrałam paczkę i już nie mogę się doczekać, by je powiesić, bo są wspaniałe - ciężkie, długie, w kolorze kremowym. Myślę, że idealnie ocieplą wnętrze. Wkrótce podzielę się z Wami efektem :)


   A teraz chcę napisać o niespodziance, która mnie spotkała kilka dni temu. Otóż przy okazji rodzinnego spotkania na Pomorzu miałam okazję poznać pewną panią - koleżankę kuzynki. Bardzo sympatyczna, tak na marginesie. Kuzynka opowiedziała mi następnego dnia po spotkaniu, że gdy jej koleżanka zobaczyła nasz samochód i logo Rustykalnego, powiedziała, że przecież mnie zna..bo czyta mój blog. Aż mnie ciary przeszły :))))
Wiecie, takie sytuacje zdarzają mi się coraz częściej i jest to strasznie, strasznie miłe!! Co innego mieć z Wami kontakt wirtualny, a co innego móc poznać Was w świecie realnym. Zamienić słowo, uśmiechnąć się do Was i przekonać się, że nie jesteście jedynie statystykami na blogu, ale żywymi, realnymi, wspaniałymi osobowościami :))) Nawiasem mówiąc, przyszło mi do głowy, by zorganizować coś, by Was poznać tak właśnie bardziej realnie. Może Wy macie jakiś pomysł?? :)))))


PS Podczas ostatniego dnia pobytu na Pomorzu kuzynka zabrała nas do swojej znajomej, która handluje antykami. Ma na imię Gosia i ma niesamowite wyczucie smaku jeśli chodzi o wybór tego, co sprzedaje. Kiedy trafiłam do stodoły, w której znajduje się ekspozycja, mój wzrok przyciągnął jeden przedmiot - stara angielska lampa stołowa. Duża, masywna, dostojna. Zachwycająca!! Stała sobie pośród innych, mniejszych drobiazgów, zupełnie jakby czekała właśnie na mnie!! Idealna, wymarzona i wybitnie pasująca do mojej wizji salonu w stylu cottage, który chcę urządzić w domku pod lasem. Ona po prostu miała być moja. Kocham!!


:)


środa, 16 sierpnia 2017

Niespodzianka "Czterech Kątów" i remontowy rozgardiasz

      Taką oto niespodziankę sprawiła mi redakcja Czterech Kątów - to już trzeci imienny egzemplarz. Jesteście kochani, dziękuję!!!! :)))))))







Uwielbiam spędzać wieczory wertując magazyny wnętrzarskie i szukając inspiracji. Ot, taki miły przerywnik pomiędzy hałasem młota udarowego a brzęczeniem wiertarki ;) Nowe Cztery Kąty oferują mnóstwo pomysłów, działając niczym balsam na moją remontowo zakurzoną duszę ;)))


   Nasza łazienka wygląda jak pobojowisko. Kafle skute, ściany poszarpane, wszędzie kurz i resztki gruzu. Na środku uchowała się jeszcze wc-towa muszla, ale i ta wkrótce wybędzie. Dobrze, że mam sąsiadów, u których mogę się umyć... ;)
Ja jestem już zmęczona. Trwającym od roku remontem, bałaganem i w ogóle tym całym niedokończeniem. Chciałabym już zamknąć ten temat i móc wygodnie zasiąść w nieupapranych od kurzu poduchach i cieszyć się..po prostu.. Pocieszam się jednak, że powoli kończymy..
Gdy łazienka będzie w połowie zrobiona, będziemy wstawiać nowe drzwi. W grudniu jeszcze wymienię wejściowe (przez moje obecne słychać dosłownie wszystko) i temat remontu zamknę na amen.

  W pokoju dziennym montujemy szyny na zasłony. Brakowało mi wykończenia pokoju tekstyliami. Było jak dla mnie ciut za zimno, zbyt formalnie. Zamówiłam zasłony, klasyczne, jednokolorowe. Z czasem dokupię dywan bądź wykładzinę...
Czasami tak bywa, że urządzamy mieszkanie, jednak "w praniu" wychodzi, że coś jest mało funkcjonalne, czy nie do końca zgodne z preferencjami, gustem. Tak jest i u nas. Z kuchni jestem bardzo zadowolona, zaś pokój dzienny jeszcze dopieszczam. Surowy skandynawski styl jednak nie jest dla mnie. Owszem, niektóre elementy pasują mi bardzo, jednak potrzebuję w pokoju ciepła, przytulności i odrobiny stylu, w którym zakochałam się kilka lat temu - lubię ducha starych polskich kamienic. Zapewne pojawi się tu jakaś stara lampa, czy stół z odzysku. Z wymianą nie mam problemu, bo na wsi wszystko się przydaje ;)
Ponadto zwykle w takich mieszkaniach jak moje (43m) podczas aranżowania przestrzeni okazuje się, że coś zawadza, coś się nie otwiera gdy w pobliżu stoi inne coś... ;) Tak to już jest w mikroskopijnych domach. Grunt to się nie poddawać i walczyć tak długo, aż będzie i funkcjonalnie i efektownie :)
Jakkolwiek długi wydaje się proces tworzenia, kocham to. Uwielbiam tworzyć wnętrza właśnie tak -  powoli, z rozmysłem. Wypróbowywać, kombinować i aranżować tak długo, aż efekt będzie perfekcyjny.


   Na wsi póki co nic się nie dzieje. Prace stanęły w miejscu ze względu na remont łazienki. Gdy go już zamkniemy, zabierzemy się za budowę. Zanim zaczniemy remont starej chatki, chcemy wybudować domek narzędziowy. Wszystko już mamy zaplanowane, wybraliśmy stolarza i zrobiliśmy kosztorys. Czuję ekscytację na myśl, że na naszej działce wreszcie stanie coś nowego, szczelnego, pozbawionego dziwnej maści lokatorów, pachnącego drewnem i naszego ;)


Piszę chaotycznie jakoś... ale to dlatego, że się spieszę. Za chwilę jadę po farby, regipsy i inne kleje ;) Wam życzę radosnego dnia :)))


 



środa, 9 sierpnia 2017

Popołudniowy spacer po Mużakowie

   Pałac skąpany w popołudniowym słońcu wygląda nadzwyczajnie. Przedzierające się przez korony drzew promienie wiszącego nad widnokręgiem słońca wyglądają wręcz magicznie, nierealnie. Dookoła przestrzeń z masą wijących się tu i ówdzie ścieżek, gdzieniegdzie tylko przerywanych połyskującą wodą. Tu mostek, tam mostek... Są turyści, ale jest ich niewielu. Można się wyciszyć, zatrzymać.
Ale od początku.

   Z tych wakacji zapamiętam niewątpliwie dwie rzeczy: pakowanie i prasowanie. Nie, nie wyjeżdżamy nigdzie na dłużej, bo kończymy remont mieszkania. A pakujemy Lulkę. Przynajmniej ona korzysta. Cztery dni po powrocie z Chorwacji pojechała na obóz taneczny. Dwa dni po powrocie z obozu wyjechała z babcią na Pomorze. Jeździ, zwiedza, bawi się, a ja tylko pakuję, piorę, prasuję, pakuję, piorę, prasuję, pakuję... ;))
Nie mogę jednak narzekać. Odwiedziłam w te wakacje już kilka pięknych miejsc. Jedno z nich, do którego trafiliśmy przypadkowo, zachwyciło mnie niezmiernie. To pałac w Mużakowie, położony w Niemczech, w Saksonii, tuż przy granicy z Polską.
   Kiedy zawieźliśmy Lulkę na obóz, wsiedliśmy do samochodu i mieliśmy ruszać do domu, ale dzień był taki piękny... ;) Otworzyliśmy mapę. Prześwietliłam na googlach kilka pobliskich miejscowości. Kiedy zobaczyłam nazwę Mużaków coś mi zaświtało... Okazało się, że nazwę Mużaków miałam na swojej liście miejsc, które koniecznie muszę zobaczyć.
Na miejscu byliśmy po godzinie. Nie mieliśmy nic do jedzenia ani picia, ani euro. Poszliśmy na żywioł ;)
Samochód zostawiliśmy na parkingu w Łęknicy i ruszyliśmy przed siebie.
Najpierw pokonaliśmy kawałek drogi lasem. Później przeszliśmy przez mostek i znaleźliśmy się po stronie niemieckiej. Tuż za mostem rozpostarł się przed nami widok zapierający dech w piersi... Byliście tam kiedyś...??
Pałac w całym swoim anturażu robi ogromne wrażenie. Wnętrz nie zwiedziliśmy, bo było chwilkę po 18:00, ale spacer na zewnątrz w zupełności zaspokoił moje potrzeby.
   Z zamku powędrowaliśmy do miasteczka, później wróciliśmy do parku.
Okalająca wszystko zieleń w blasku zachodzącego słońca prezentowała się nadzwyczajnie. Nie mogłabym sobie wymarzyć lepszej wycieczki...
























































































   Kilka dni temu zawoziliśmy Lulę na Pomorze, na wieś, do rodziny. I znów miałam okazję do krótkiego odpoczynku w gronie wspaniałych ludzi i w miejscu, na widok którego ciśnie się na usta "cudze chwalicie..." Relacja foto już wkrótce. Tymczasem uciekam do remontowego szału.
Zaczęliśmy demolkę łazienki. Musimy się wyrobić w dwa tygodnie, przed montażem drzwi do łazienki i pokoju Luli.
Muszę wziąć prysznic. Trzeba wygarnąć gruz z wanny.....................






Trzymajcie kciuki, żebym nie zwariowała i nie zarosła kurzem ;))) Do następnego!!

poniedziałek, 7 sierpnia 2017

Przystanek: Kazimierz Dolny

   Kolejnym przystankiem po Hajnówce był Kazimierz Dolny. Na miejsce dojechaliśmy późnym wieczorem, więc wykupiliśmy pierwszy lepszy pokój i z rana wybraliśmy się na spacer.
Ogrom galerii artystycznych mnie powalił. Jedne przyciągały klimatem, inne osobowością artysty, jeszcze inne po prostu "zawartością". Niektóre skutecznie mnie odstraszyły - nie przepadam za artystami, którzy nie widzą świata poza czubkiem własnego nosa ;)
W jednej z galerii odbyliśmy z artystą ciekawą rozmowę na temat popełniania desperackich kroków w remontowaniu starego domu. Bardzo miły mężczyzna. Na odchodne dostałam kilka pocztówek z wizerunkiem prac artysty i jego żony.
Kawałek dalej natknęłam się na stragan z magnesami i biżuterią z ceramiki. Rzecz jasna nie mogłam przejść obojętnie ;) Przy stoisku postaliśmy trochę dłużej, bo poznaliśmy właścicieli-rękodzielników. Ale fajni ludzie :) Nie mogliśmy się nagadać, zupełnie jakbyśmy znali ich od lat. Wykonują torebki i wspomniane magnesiki, bransoletki, wisiory.. a wszystko to z fajnymi grafikami. Dowiedziałam się, że mogę im podesłać zdjęcie jednego ze swoich obrazów i wykonają magnes bądź co tam sobie zażyczę, z wybraną grafiką. Rewelacja!! :) Od nich też dostałam gratis. Skwitowałam, że aż mi głupio, bo gdzie nie wlezę, tam ktoś mi coś daje ;)) (widać było coś po mnie czy co..?) Ale to szalenie miłe. I pewnie sama zrobiłabym tak samo ;)
Jeśli chcecie zobaczyć prace Malwiny i jej męża, proszę, podaję namiar:
http://piando.shopshood.com/
Są też na fejsbuku - można tu obejrzeć biżuterię, zerknijcie koniecznie ;)
   Po pogawędce z cudownie szalonymi rękodzielnikami udaliśmy się nad Wisłę. Spłukani już doszczętnie z powodu kosztów podróży i remontów domowych, zasiedliśmy na ławeczce z obiadem - bułką z kabanosem. Mniam...!! :))))))

   Z Kazimierza jechaliśmy do domu. Stęsknieni za swoim łóżeczkiem, bielutką pościelą i przytulnością w każdym znaczeniu tego słowa. Bo.. nawet gdy trwa remont, jest upierdliwie, głośno i bałaganiarsko.. no nie... nie ma jak w domu...!! :))))))))))))))))



Galeria sympatycznego artysty...




... a tu galeria zamknięta, ale za to z jakim wejściem..!! ;)




I Malwina. Cudowna babka. Chodząca po chodniku w skarpetkach i zarażająca hiperpozytywną energią ;)




Do zobaczenia!!
:)

piątek, 4 sierpnia 2017

Hajnówka i anielsko-angielskie inspiracje

   Tak jak wspomniałam w poprzednich wpisach, kolejnym przystankiem naszej krótkiej podróży była Puszcza Białowieska i Hajnówka, a w niej dom Reginy i Anatola.
Reginę poznałam przez internet. Napisała do mnie, bo spodobał jej się mój obraz z malwami. To było przeszło rok temu. Mąż Reginy, pan Anatol (którego nie miałam okazji jeszcze poznać) tworzy stołki i stoły z drewna. Jeśli chcecie zobaczyć te cuda, zajrzyjcie TU.
Jakiś czas temu Regina zaproponowała, byśmy dokonali wymiany - obraz za stolik. Pomysł spodobał mi się bezapelacyjnie. Mebelek na pewno idealnie wpisze się w stylistykę naszego przyszłego rustykalnego salonu. Jedyną trudnością był transport. Dzielą nas setki kilometrów, więc jedyną opcją było odwiedzenie Hajnówki przy okazji jakichś wakacyjnych wojaży.
Regina ugościła nas kawą, ciastkiem i bardzo ciepłym usposobieniem. Później dokonaliśmy wymiany, a na końcu jeszcze obdarowała mnie sadzonkami malw, trawy żubrówki (musielibyście widzieć z jakim namaszczeniem je traktuje mój mąż..jaki zachwycony..;) ) i.. hmm.. maleńkich, różowych kwiatków.
- Co to za kwiaty? - spytałam Reginę.
- Nie wiem. Nazwij to "hajnowskimi kwiatkami" :)
Ledwie domknęliśmy bagażnik. W nim walizki, zakupy ze Szmizjerki, prezenty od Ani i Maćka (poziomki w słoiku i nalewka śliwkowa), stół, deska na sery, którą kupiłam od Reginy, a na wierzchu sadzonki. I jechaliśmy tak dalej, przed siebie. Kolejny przystanek: Kazimierz Dolny., a tam znów wspaniałe wrażenia..ale o tym w kolejnym poście ;)

Tak się prezentuje stolik kawowy od Reginy i Anatola, z blatem z plastra dębu, cudowny w swej prostocie i surowości...








   Stolik nie jest jeszcze należycie wyeksponowany. Stoi rogiem na razie i czeka na nowe wnętrze, by móc cieszyć oczy.


My utknęliśmy. Lada dzień zaczynamy remont nieszczęsnej łazienki w mieszkaniu. Teraz już musimy, bo zamówiliśmy nowe drzwi do łazienki i pokoju Julki, a przed ich montażem musimy skuć kafle, bo otwory drzwiowe będą poszerzane. Nie kwapiliśmy się do tej pory, zmęczeni bałaganem i niekończącą się opowieścią..yyy...to znaczy pracą ;) Mieliśmy wcześniej zacząć remont w mieszkaniu, to najpierw trzeba było stawiać płot na wsi, żeby złodziej nie niszczył kwiatów... później znów fundusze się skończyły.. Nie uznaję półśrodków i nie chciałam oszczędzać na płytkach i innych klejach.
Jakaś taka zniechęcona byłam ostatnio. Zmęczenie materiału...? Nie wiem.. Remont mieszkania w kamienicy i odbudowa starego domu na wsi, do tego reorganizacja ogrodu, bo co chwilę coś tudzież ktoś go zżera.. to nie zachęca do optymizmu. Moja cierpliwość rozciągnęła się do granic możliwości, a to pewnie dopiero początek ;)


   Projekt naszego domku zupełnie się zmienił. W zasadzie wszystko jest inaczej niż pierwotnie, z zachowaniem starych murów naokoło jedynie. Musieliśmy go zmienić ze względów technicznych. Nowy projekt jednak znacznie bardziej przypadł mi do serca. Pomieszczenia są bardziej przytulne. Nie chcę pustych, otwartych przestrzeni, to nie dla mnie. Chcę, by było tu ciepło jak w niewielkich angielskich cottages. Za to bardzo zależy mi na funkcjonalności i świetle słonecznym. Zaś jeśli idzie o kuchnię, chciałam, by była przytulna, ciepła, oryginalna i z oknem na korytarze bukszpanów i drzewa. Poprzedni rysunek uwzględniał kuchnię z dużymi oknami wychodzącymi na wschodnią część działki, czyli na kwiaty. Nie bardzo to do mnie przemawiało.. Teraz okno będzie jedno, mniejsze, ale na las. Kuchnia będzie taka...ach........!! :)))
Wiem, że do rozpoczęcia budowy jeszcze sporo czasu, ale już teraz muszę znać projekt i wiedzieć na przykład gdzie będą okna i jaki mają mieć kolor. Pomysły przebiegają przez moją głowę niczym stado rozpędzonych pterodaktyli. Co chwilę pojawia się nowa wizja kuchni, salonu. Ma kilka takich "perełek inspiracyjnych", na których będę się wzorować. Jedną z nich jest film "Pokuta". Oglądaliście? Znacie wnętrza z filmu..?? Mnie powalają na łopatki. Taki salon widzę u siebie. Może nie bogaty w sztukaterię, ale na pewno z motywem kwiatowym. Jeszcze jakaś fajna krata do tego, kwieciste zasłony, ciężkie drewniane okna ze szprosami, kolorowe meble...

Stopklatka z Pokuty. Kto nie oglądał, a kocha angielskie wnętrza... ten zapewne właśnie zaczyna seans ;)




Takie zdjęcia dodają mi otuchy. Remont, budowa i projektowanie to nie tylko przyjemności. To również stres związany z kosztami, obawą o popełnienie błędu, niepewnością.. No i zdecydowanie trudniej jest, gdy się większość prac wykonuje bez pomocy fachowców, prawdziwnych i tych "pseudo".
Niedługo planujemy postawić nową szopę. Zastanawiam się, czy damy radę sami, ale... kto jak nie my ;))))

Do zobaczenia!!
:)


wtorek, 25 lipca 2017

Zamknięte w słoikach.. czyli kwintesencja lata

   Miałam pisać o kolejnym przystanku naszej podróży, ale wstrzymam się do kolejnego postu, bo przy okazji wpisu chciałabym się z Wami podzielić zdjęciami, które zrobię jutro.

   Dziś odpoczywam. Wczorajszy dzień obfitował w emocje, bo z dalekiej podróży wróciła nasza ptaszyna. Opalona i radosna, naturalnie z ledwie domkniętą walizką, która pomieściła - jak zwykle - jakże wyczekiwane i wywołujące uśmiech jak u kota z "Alicji.." pamiątki ;))
Strasznie tęskniłam.

   Od rana krzątam się po kuchni, która teraz pachnie lawendą, ziołami, owocami i zielonym ogórkiem. Z ogrodu przywiozłam borówki. Część mrożę, z części mama będzie robić powidła. Doskonale sprawdzają się do pieczonych rogalików. Nabrałam ochoty na upieczenie jagodzianek..czy raczej...borówczanek ;) Z borówką jeszcze nie piekłam.
   Kiedy uporządkowałam kuchnię po śniadaniu, moim oczom ukazał się widok tak zacny, że chwyciłam za aparat. Cudnie mi z tym. Z własnymi przetworami, owocami, ziołami. Marzyłam, by smaki zamykać w słoikach, ale by zbiory pochodziły z mojego ogrodu. Liczę, że kiedyś doczekam się na wsi spiżarni z prawdziwego zdarzenia, z regałami na słoje i na butle z winem i nalewkami...







Wczoraj zrobiłam małosolne, a kilka dni temu przesmażyłam czarną porzeczkę z cynamonem. Moje słoiczki z przetworami są..hmmm.. Najlepiej ujęła to Julka: "Mamusiu, one są zupełnie jak ty, ty też jesteś do góry nogami" ;)))






  W tym roku po raz pierwszy zrobiliśmy sosnówkę. Najpierw powstał syrop z sosny (wyśmienity; poprzednie dwa lata z rzędu mi nie wyszedł, bo raz się skwasił, a drugim razem w słoju jaja złożyły jakieś muszki..brrrr...), a potem pędy, które zostały, zalaliśmy wódką (ja nie mogę spirytusu, więc wszystkie nalewki robimy na wódce) i wodą. Nalewka wspaniale pachnie i jeszcze lepiej smakuje..







W małych karafkach, które kupuję na targach staroci - tę mniejszą ze zdjęcia kupiłam za złotówkę - zamykam oliwę z dodatkiem ziół z ogrodu, majeranku i rozmarynu. Nie robię tego w dużych butlach, by się nie zepsuły.









Jutro będę robić ogórki. Na balkonie czeka cała skrzynia. Zdecydowanie muszę się wyspać ;)

Spokojnego wieczoru Wam życzę.. :)

Udostępnij