piątek, 20 stycznia 2017

Niedyspozycja

   Kochani, chwilowo jestem nieobecna z powodu wypadku. Przepraszam Was za małą aktywność, ale potrzebuję oddechu... Diagnoza: uraz i naderwanie kręgosłupa w odcinku szyjnym. Wsadzono mnie w stylowy kołnierzyk, który działa zbawiennie na obolałe mięśnie i głowę..
Pomimo bólu przesyłam Wam uściski i do zobaczenia wkrótce <3 p="">

czwartek, 29 grudnia 2016

BEZOSTWO

   Dwa dni temu, pozostając w świątecznym letargu,wybraliśmy się rodzinnie do Opery we Wrocławiu. To był ważny dzień, gdyż po raz pierwszy zabraliśmy tam naszą Julkę. Byłam strasznie ciekawa jej reakcji na samo miejsce, muzykę i sam balet - bo wybraliśmy się na "Dziadka do orzechów".
Tak jak przewidywałam, Julka złapała bakcyla :) Na widok wnętrz opery zrobiła oczy jak pięć złotych, tak samo było w sytuacji, gdy ujrzała orkiestrę pod sceną. Sam balet zrobił równie wielkie wrażenie. Pod koniec już była zmęczona, bo był późny wieczór, ale grzecznie obejrzała do końca i pięknie nagrodziła tancerzy brawami. Ja, mama, byłam bardzo, bardzo dumna z tego, że potrafiła się ładnie zachować i że wyraziła chęć zobaczenia "czegoś podobnego" w przyszłości ;)

   Ten, kto czyta mnie od dawna, bądź od niedawna, ale zdążył przebrnąć przez wiele tekstów, wie, że moje niemalże każde wyjście do kina wiąże się z jakąś katastrofą. Okazuje się, że nie tylko wyjście do kina............ ;))))))
   W dniu wyjazdu wszystko po kolei się "kiełbasiło". Najpierw w samochodzie wysiadł akumulator. Musieliśmy wezwać pomoc i podładować, co by w ogóle ruszyć z miejsca. Kiedy w końcu wyruszyliśmy, sięgałam po coś do torebki i podziwiałam swoje piękne, świeżuchno wypacykowane paznokcie. Po chwili zahaczyłam o coś w torebce (na pewno coś bardzo niezbędnego!!) i.. paznokieć poooo-szedł!! Oczywiście lakieru przy sobie nie miałam, choć..zdarza mi się nosić w torbie dziwne przedmioty..takie jak np. śrubokręt.. ;) Pomyślałam, że nieźle się będę prezentować, taka wystrojona i bez paznokcia..ranyyy.... Ale po chwili wpadłam na pomysł, by zajść do sklepu z malowidłami i tam podmalować paznokieć..a raczej to, co z niego zostało. Znów się uśmiechnęłam, czując ulgę. Po chwili Julka krzyczy: "Mamuś!! Wypadł mi ząb! Krew mi leciiiii". O rety...a jednak, TO JESZCZE NIE KONIEC ;))))
Kiedy dotarliśmy do Wrocławia, mieliśmy jeszcze trochę czasu wolnego, więc poszliśmy na obiad w Magnolia Park. Kiedy moi czekali na zamówienie, pobiegłam do Inglota, żeby naprawić łapska. W sklepie zwróciłam się do sympatycznie wyglądającego chłopca, który w te pędy pospieszył mi z pomocą, dobierając idealny lakier. Postanowiłam, że kupię jakiś drobiazg, żeby nie było, że wpadłam tylko po pomoc.. Kiedy tak stałam przy kasie czekając, aż lakier wyschnie, opowiedziałam sprzedawcy o moich przebojach. Zaśmiewając się zerknął na moje buty, bo był ciekaw, czy nie zgubię jeszcze obcasów :)) Wręczając mi paczuszkę z zakupami powiedział: "Mam nadzieję, że już żadne nieszczęście pani nie spotka po drodze i życzę miłych wrażeń". Podziękowałam i... jeszcze nie zdążyłam opuścić sklepu, gdy moja torebka się rozpadła:))))) Zrobiłam w tył zwrot, śmiejąc się w niebogłosy, podobnie jak pan sprzedawca, który skwitował: "To naprawdę nie jest pani dzień" :))))))))))))))))


No tak właśnie. Moje życie to przygoda :) Co chwilę przytrafia się coś........... ;))


O, zapewne się zastanawiacie, czym jest bezostwo. Otóż jest to stan, którego doświadczyłam całkiem niedawno, kiedy to..... ale zaraz, od początku...

   Kilka tygodni temu udałam się na zakupy. Takie ciuchowe. Zamierzałam wybrać się na bal, a w szafie (jak w szafie KAŻDEJ BABY) kreacji brak. To znaczy jakby się uparł, mam jedną sukienkę wieczorową, ale "obleciałam" w niej już 2 imprezy, więc przepadło, koniec, klapa, kompletna katastrofa. Trzeba było szukać czegoś nowego.
W celu zakupienia kreacji wybrałam się do centrum handlowego. Nie lubię określenia "galeria", bo ma dla mnie wydźwięk pejoratywny.. ;)
Odwiedziłam kilka (czytaj:setkę) sklepów i ułożyłam sobie w głowie plan dotyczący zestawu idealnego: widziałam kilka ładnych czerwonych koronkowych bluzek i czarne tiulowe spódnice. Uznałam, że to będzie rozwiązanie nie tylko ładne, ale też już trochę w klimacie świątecznym. Butów jest od groma, więc ich kupno to nie problem.
Po maratonie sklepowym udałam się na lody. Przeglądając gazetkę reklamującą kilka marek obuwniczych natknęłam się na piękne szpilki w kolorze czerwonym. Naprawdę świetne!! Od razu po zjedzeniu, czy raczej błyskawicznym pochłonięciu lodów (co tam, że zaraz będę miała anginę...),pobiegłam do sklepu, żeby zobaczyć, jak szpilki wyglądają "na żywo". Obejrzałam - piękne. Panie ekspedientki poprosiłam o sprawdzenie, czy i gdzie dostanę swój rozmiar. Okazało się, że na całą Polskę są tylko 2 pary w moim magicznym hobbickim rozmiarze, w tym jedna w odległej od mojego miasta o 20km Nowej Soli. Kilka dni później pojechałam po szpilki.
Wracając do domu z pudłem z czerwonymi butkami czułam radość i ulgę, że w zasadzie kreację mam już skompletowaną.... ;)
   Po kilku dniach wybrałam się po raz drugi na zakupy, tym razem już po bluzkę i spódnicę. Najpierw zabrałam się za przymierzanie czerwonych koronkowych bluzeczek.
Wszystko, co leżało na sklepowych stołach tudzież wisiało na wieszakach, wydawało się piękne, eleganckie, jednak po założeniu powodowało, że mina rzedła mi z minuty na minutę. Kilka bluzek po prostu źle leżało. Jedna z nich (która do momentu mierzenia była moim faworytem) okazała się bluzką dla rycerza w wersji damskiej, bo rękawy przypominały sztywną zbroję. Bardzo interesujący model.... Kilka innych bluzek było po prostu źle skrojonych (nie powiem przecież, że w nie nie wlazłam). Zwykle noszę rozmiar 38, ale tu nawet i 42 nie dawał rady, rany... Ostatnie modele najbardziej podniosły mi ciśnienie, bo po ich założeniu doszłam do wniosku, że w ogóle to ja jestem kompletnie brzydka i stara na dodatek. Rezultat - czerwona bluzka odpada. Poszukam czarnej.
   Skoro już doszłam do wniosku, że moja wymarzona czerwona bluzka nie istnieje, postanowiłam poszukać tiulowej czarnej spódnicy. I TU SIĘ DOPIERO ZACZĘŁO...
W kilku sklepach znalazłam takie spódnice, ale nie było mojego rozmiaru. Jedną znalazłam na dziale dziecięcym (na wzrost 155/164, więc była jak znalazł), ale w talii dziwnie się układała...trzeba byłoby ją przerobić, a to ostateczność, więc szukałam dalej. Znalazłam w sumie kilka spódnic, ale moje serce skradła jedna - długa, lekko oprószona brokatem, idealna!!!!!
Kiedy dotarłam do przymierzalni, zaczęłam zakładać i........o rety kotlety.. o rany barany............ Jak ja wyglądam...???!! A gdzie tam.. ja w ogóle nie wyglądam!!! Mój niewygląd określić było można tylko jednym słowem: BEZOSTWO. W tafli lustra moim oczom bowiem ukazała się wielka, czarna tiulowa beza. Wyglądałam w niej jak świąteczny wypiek, wyrośnięty jak na najlepsiejszych drożdżach. Spódnica była taka wielka, że ledwo dałam radę ją na siebie włożyć. Przez moment poczułam nieszczęście, które czuję zwykle gdy się gdzieś zgubię. Motałam się opierając o ściany przymierzalni (rany..dobrze, że są stabilne!!), bujając na prawo i lewo i próbując coś zobaczyć przez fałdy sztywnego tiulu. Kiedy to to założyłam, ledwie mieściłam się w przymierzalni!! Doszłam do wniosku, że to kiecka dobra dla złodzieja - gdyby w takiej wpadł do spożywczego, bez trudu wyniósłby pod nią kilkanaście paczek ciastek i jeszcze kilka paczek papieru toaletowego... Stojąc tak w tej bezie patrzyłam na siebie jednocześnie z politowaniem, uśmiechem i przerażeniem. Bałam się opuścić do dołu ręce, bo istniało prawdopodobieństwo, że ich już nie znajdę!!!!!
Wiedziałam już, że ten model to nie dla mnie (o kurka... i teraz weź i to zdejmij :o ). Nie wiem właściwie dla kogo, bo chyba nawet kobieta o wzroście i figurze modelki wyglądałaby jak..no ok, może nie jak beza, ale jak bezik na pewno. Na dodatek okazało się, że przy poruszaniu się cudowny brokat się obsypuje. Szoku doznałam, gdy zdjęłam tiulowe ustrojstwo. Kojarzycie taki moment w świątecznych filmach, gdy ktoś zapala nagle wszystkie światełka na elewacji domu, a w tle rozbrzmiewa "Aaalleluja!!"...? Tak właśnie było gdy zdjęłam spódnicę. Podłoga kabiny błyszczała brokatem, jakby przed chwilą wylądowała na niej wróżka... a na tiulu brokatu zdaje się została zaledwie garstka... ;)
   Tym oto sposobem doświadczone w przymierzalniach bezostwo wybiło mi tiule z głowy. A przynajmniej te sztywne.
   W rezultacie po odbytym po raz drugi maratonie, zmęczona, zgarbiona i sina ze zmęczenia, znalazłam jednak spódnicę z tiulu. Ale delikatną, zwiewną, pięknie skrojoną, nie-bezową, w kolorze popielu. Do niej kupiłam bluzkę z czarnej koronki, równie piękną.
Nie pomyślałam jednak o jednym... Do czego ja teraz do licha ubiorę te CZERWONE SZPILKI....??????? :)))


poniedziałek, 26 grudnia 2016

Kadry niekoniecznie uporządkowane

   Dwa dni świętowania za nami. Wypoczęliście..? Tego nie jestem pewna, ale pewna jestem, że Wasze żołądki czują się dopieszczone... o ile nie "przepieszczone" :)))

   Coraz częściej pytacie mnie gdzie się podział rustykalny wystrój naszego domu. Wyjaśnię tym, którzy nie doczytali i tak dociekliwie dopytują tudzież zamartwiają się jego brakiem ;) Kochani, teraz rustykalny klimat zagości w naszym domku na wsi. Dotychczas urządzałam tak swoje mieszkanie w mieście, a robiłam to z tęsknoty za klimatem sielskiej wsi. Teraz już mamy swój wymarzony domek, który będzie drewniany, ciepły...ach.. ma być po prostu kwintesencją sielskości. Zaś mieszkanie w mieście ciut odciążyliśmy. A dlaczego biel..? Bo tego jeszcze tu nie było, bo tęsknię za światłem i przestrzenią.. i dlatego, że teraz to czerń staje się we wnętrzarskich trendach numerem 1,a ja jestem "przewrotowcem" i teraz właśnie stawiam na biel ;) Niemniej jednak nadal będzie ciepło, bo ciepły klimat w mieszkaniu jest dla mnie bardzo, bardzo istotny.

   Tych, których zmartwiła moja zmiana zapewniam, że wnętrza nadal są bardzo ciepłe i klimatyczne. Cały nastrój budują dodatki, których systematycznie przybywa. Wiecie ile kosztują piękne elementy dekoracyjne.. stąd opieszałość w wykończeniu pokoju dziennego, ale ja wyznaję zasadę: wolę poczekać i kupić coś porządnego. Nie uznaję półśrodków i tandety. Wnętrza mieszkania na pewno będą urządzone po mojemu i nie zabraknie tu rustykalnych elementów. Sukcesywnie będę pokazywać jak łączę je z elementami w zupełnie innym stylu. Zresztą..troszkę mnie już znacie i wiecie, że lubię łączyć stare z nowym, błysk i patynę..etc. etc. etc.....

   Pomysłów mam sporo, potrzeba mi jedynie środków i czasu. Ale jestem cierpliwa :))

Póki co poznajemy się z naszym nowym "M"... choć..muszę przyznać, że już pokochaliśmy jego nowe oblicze i jest nam tu bardzo, bardzo dobrze i..hmm..jak to określić..... O!! Hygge - to idealne odzwierciedlenie klimatu naszego domu. Zaprasza ciepłem, nie przytłacza, dodaje energii, zachęca delikatnością barw. Tak mi dobrze :))))
 Tych zaś, co tęsknią za ciężkim klimatem i kolorem, zapraszam do śledzenia bloga, bo wraz z Wami będę przebudowywać i tworzyć mój dom pod lasem, tak więc..mam nadzieję, że każdy z Was znajdzie w moich progach coś dla siebie :)














   Życzę Wam miłego i hygge'owego drugiego dnia Świąt!!
 :))))

sobota, 24 grudnia 2016

Świątecznie...

  
 Moi Drodzy,
z okazji Świąt Bożego Narodzenia chciałabym życzyć Wam
spełnienia najskrytszych marzeń, wielu inspiracji, szczęścia
oraz tego, aby zawsze otaczali Was szczerzy i dobrzy ludzie..
WESOŁYCH ŚWIĄT!! 
:)))






   Mój dom już ubrany na święta. Zdążyłam..uff... ;) Jeszcze trzy dni temu malowałam korytarz, tak więc istniała obawa, że nie zdążę :) Dziś jestem bardzo bardzo zajęta pichceniem, ale jutro przygotuję dla Was więcej pstryków z naszego nowego "M" ;)















   Biegnę pakować ostatnie prezenty,a Wam życzę dziś wspaniałych chwil..!! :))))

piątek, 16 grudnia 2016

Jeszcze tylko kilka dni...

   Co roku obiecuję sobie, że przed świętami nie będę pędzić. Że do wszystkiego podejdę ze spokojem i dystansem. I tak oto w tym roku udało mi się...prawie.. osiągnąć tenże cel ;) Prawie, gdyż niedawno - dość niespodziewanie - zaczęłam pracę w szkole i po raz kolejny okazało się, że na wszystko czasu jest niewiele :)))
Naturalnie nie rezygnuję ze swoich poprzednich zajęć, czyli pisania, robienia sesji czy malowania. Jednak strasznie się cieszę, że teraz mogę się też realizować zgodnie z wykształceniem, które posiadam ;)

   Bardzo, ale to bardzo czekam na święta. W naszym domu stoi już choinka. Żywa, piękna, wybrana spośród setek :) W tym roku, tak jak pisałam we wcześniejszych postach, w moim domu zagości biel w towarzystwie srebra. Nie podzielę się jeszcze aranżacją, gdyż w domu panuje bałagan (choć to..hmm..delikatnie ujęte ;) ), ale jak tylko opanuję sytuację, tak jak co roku, pokażę Wam moje świąteczne kąty. Tym razem w zupełnie nowej odsłonie...!! :)


   Co roku przywiązuję ogromną uwagę do świątecznych dekoracji i tworzenia iście magicznego klimatu, choć na tych kilka dni w roku. Ważnym punktem dla mnie jest stworzenie pięknej aranżacji stołowej. Z roku na rok cztery kąty się zmieniają w mniejszym bądź większym stopniu, dlatego za każdym razem mam okazję zaaranżować stół inaczej.
Na tegoroczny stół wigilijny mam dwa pomysły - stół w bieli i ecru, albo w graficie. Jeszcze nie wiem, na który się zdecyduję.. Na pewno ma być elegancko i przytulnie, gdyż wspólne biesiadowanie przy pięknie nakrytym świątecznym stole jest dla mnie kwintesencją świąt.


   Dziś chcę powspominać i podzielić się z Wami raz jeszcze jedną z moich ulubionych świątecznych, stołowych aranżacji.
Postanowiłam wziąć udział w konkursie ( więcej informacji znajdziecie tutaj: https://fusionsystem.pl/konkursy/magia-swiat.html ) na najładniejszą i najbardziej przytulną aranżację stołu - być może moja się spodoba i nowy rok zacznę z wielkim uśmiechem na ustach :)))

W tejże aranżacji na moim stole znalazły się między innymi pierniki własnego wypieku i ręcznie wykonane dekoracje. Tak lubię najbardziej - nietuzinkowo i po swojemu. Rzadko aranżuję stół zgodnie z tym, co aktualnie modne. Nie lubię tego. U mnie musi być po prostu jak u mnie, a stół ma zachęcać do spędzania miłych chwil i prowadzenia przy nim długich, sympatycznych rozmów :)
















Cóż, trzymajcie kciuki kochani :) a ja uciekam się relaksować (podczas sprzątania ;))) ) po pierwszym - przeżytym - tygodniu nowej pracy.

Ach...!! Zapomniałabym... Jutro czeka nas WYPRAWA PO BOMBKĘ, hurraaaaaa!!!!! :)))

poniedziałek, 12 grudnia 2016

Słów kilka..

   Kochane moje Czytelniczki..
Wpadam na chwilkę, bo dzieje się u mnie baaardzo dużo, ale o tym napiszę Wam za chwilkę ;) Chciałam Wam tylko napisać, że bardzo, ale to bardzo Wam dziękuję za Wasze wizyty, komentarze, ciepłe słowa pod adresem moich poczynań... Dzięki Wam się uśmiecham, dzięki Wam mi się chce :)
Cieszę się też ogromnie, że moje aranżacje, metamorfozy i Wam się podobają.
Jestem obecnie w trakcie ubierania domu na święta. Jak co roku mam tyły :) ale zaczynam się już do tego przyzwyczajać ;) Uspokaja mnie jedynie fakt, że wiem, że i tak dam radę i ze wszystkim zdążę. Już niedługo podzielę się z Wami efektami dekoracyjnych prac.
Teraz uciekam do obowiązków a Wam jeszcze raz dziękuję, do zobaczenia!! :))))

niedziela, 4 grudnia 2016

Okna w nowej oprawie

   Mój dzisiejszy post ma małe opóźnienie. Już jakiś czas temu wykonałam zdjęcia aranżacji, zmian jakie nastąpiły w naszym domu. Nie mogłam jednak ukończyć wpisu..właściwie w ogóle stanęłam z pracą, zleceniami.. Wszystko to za sprawą tragicznych wydarzeń w kopalni..które to wydarzenia miały miejsce w zakładzie pracy mojego męża. Jego to na szczęście nie dotknęło, ale strach zrobił swoje. Kilka dni wyjętych z życiorysu...
Powoli doszłam do siebie i wracam do obowiązków. Część dekoracji świątecznych miało "zawisnąć" u nas już kilka dni temu, ale nie byłam w nastroju. Teraz zabieram się do pracy. Mam trochę zaległości, tak więc parzę mocną kawę i do przodu ;)

   Powolutku nasze wnętrza nabierają kształtu. Wreszcie udało mi się zamontować w oknach nowe rolety. Poprzednie w peonie były cudne, ale nie pasowały do mieszkania w nowej szacie. Dlatego zamówiłam nowe, najprostsze, żeby stanowiły neutralną bazę do okiennych dekoracji. Rolety zamówiłam przez internet, w firmie VITRE.  Nowym pomysłem było zamontowanie ich do sufitu. Pomyślałam, że to dobry pomysł na optyczne podniesienie wnętrza, co było strzałem w dziesiątkę.

   Pracuję jeszcze nad dodatkami. Na ścianie z prawej strony kanapy powiesiłam ramy, w których zamieszczę coś, co zmaluję.. kiedyś tam ;) Wiszą symetrycznie. Gdybym miała je powiesić inaczej, chyba czułabym wewnętrzny niepokój :))) Białe lusterka powędrowały do innego pomieszczenia, a w ich miejscu powiesiłam ciężkie lustro w bogatej ramie. Miałam kupić lustro na starociach. Nawet jedno znalazłam... naprawdę piękne.. ale zachciało mi się odwiedzić kilka innych stoisk i gdy wróciłam - już go nie było. Obraziłam się (chwilowo) na giełdę staroci, a lustro zakupiłam w sklepie. Nad nim powieszę poroże renifera, które niedawno zamówiłam. Z kolei na ścianie między oknem a ramami zawisną półki na książki, też sięgające sufitu. Muszę je jednak najpierw kupić ;)

   Poszewki poduch zmieniłam na srebrno-czarne. Muszę mieć komplet na zmianę, bo białe bardzo szybko się brudzą, tym bardziej, że nie mamy w zwyczaju pokoju traktować jak muzeum - dom stanowi dla nas przestrzeń użytkową i często spędzamy czas wylegując się na kanapie i oglądając dobre i mniej dobre filmy ;) Szukam jeszcze zegara. Jakiegoś fajnego, najlepiej w kolorze kremowym. Pół roku temu kupiliśmy jeden, ale szybko się zepsuł.. a paragon przepadł jak kamień w wodę.











Rolety: 
http://www.vitre.net.pl/
             http://roletyslask.pl/
             https://www.facebook.com/VitreRegulujeSwiatlo/?fref=ts


   Na parapecie stanęły dwa świeczniki. W zasadzie jest to tylko przymiarka, bo nie jestem pewna, czy pasują i czy ich wielkość jest odpowiednia. Tak czy inaczej, będą albo te, albo inne, ale na pewno jakieś świeczniki na parapecie staną. Bardzo lubię światło świec tańczących za sprawą wiatru wdzierającego się do mieszkania przez wywietrznik i to jak się odbijają w okiennej szybie.
   
   Wracam do obowiązków. Ostatni czas mnie nie oszczędzał.. mam jednak nadzieję, że przygotowania do świąt wprawią mnie w lepszy nastrój...

wtorek, 22 listopada 2016

Podróż po Skandynawii - weekend z książką w ręku

   Na dobre przykleiłam się do nowej lektury. Tak już mam, że gdy coś mnie kolokwialnie mówiąc wciągnie, nie ma mocnych, oderwać się nie da.
Kilka dni temu w moje ręce wpadła książka "Nordicana. Za co kochamy Skandynawię", autor: Kajsa Kinsella. Jakoś tak ostatnio funkcjonuję w klimatach Hygge, skandynawskiego design'u i w ogóle tego, co dobre na nasze polskie jesienne, ponure dni. Mieszkańcy Skandynawii są podobno ludźmi najszczęśliwszymi, ale także potrafiącymi jak nikt inny cieszyć się z tego, co wydawałoby się przyziemne. Z kart rozmaitych książek dowiaduję się, jak mieszkańcy Skandynawii celebrują codzienność, jak ją upiększają, ocieplają. Nowa książka, z którą spędziłam weekend ;) (jak ja to lubię!! ) jest prawdziwą pigułką, zawierającą informacje na temat skandynawskiej sztuki, architektury, zabytków, charakterystycznego wzornictwa i interesujących historii. Barry Forshaw na pierwszych stronach książki zapewnia, że "Czytanie Nordicany jest niemal tak samo fascynujące jak podróż po skandynawskich krainach". I faktycznie, choć czasami miałam wrażenie przepełnionego umysłu z uwagi na natłok rozmaitych informacji, poczułam smak i zapach Skandynawii. Poczułam radość życia jej mieszkańców, magię niezwykłych miejsc i dreszczyk emocji, gdy czytałam o górskich trolach czy Mikołaju, który hmmm....nieco różni się od znanego nam staruszka w czerwonej czapie ;)
   Lektura dostarczyła mi inspiracji. Nigdy na przykład nie robiłam na święta wieńca z borówkowych gałązek. Wy próbowaliście..?? Poznałam kilka faktów związanych z tym, z czego Skandynawia słynie i - co mnie najbardziej zainteresowało - kto zapoczątkował słynne modele wnętrzarskich perełek, takich jak krzesła mrówki czy lampy w kształcie karczocha. Dowiedziałam się czym jest Selbu, jak powstały uwielbiane przez całą naszą rodzinę klocki Lego i kim są świąteczni chłopcy, odwiedzający skandynawskie domostwa w okresie świąt Bożego Narodzenia.
   Ach, poczytajcie sami, zachęcam. Ja z książką spędziłam cały weekend. Lubię tak w chłodne dni zakopać się pod ciepłym kocem, popijać angielską herbatę z mlekiem i wpatrywać się w roztańczone płomienie świec.
Utożsamiam się z filozofią życia Skandynawów. Bliski mi jest także  ich sposób tworzenia atmosfery we własnych czterech kątach. Coraz bardziej pociąga mnie też skandynawski design, jego prostota, funkcjonalność i idealna harmonia surowości i ciepła. Staram się wprowadzić podobny klimat w swoich wnętrzach, choć znacie mnie już i wiecie zapewne, że nie odzwierciedlam wnętrz  i najbliższy mojemu sercu jest eklektyzm, który daje wiele możliwości i pozwala cieszyć się na co dzień tym, co najbardziej cieszy oczy :)












   Za jakiś czas zamierzam wypróbować kilka skandynawskich przepisów. Tymczasem maluję i powoli przygotowuję materiał na kolejną wystawę, tym razem w Muzeum Złota :)))

W kolejnym poście pokażę Wam moje nowe rolety, które są dowodem na to, że prostota jest czasem cenniejsza niż najzmyślniejsza forma - moja ściana okienna wreszcie zyskała piękną oprawę. Do następnego razu kochani!! :)

PS. Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy piszą komentarze i opowiadają mi o tym, jak "wsiąkają" w lekturę mojego bloga. Kilka czytelniczek w ostatnim czasie napisało, że przeczytało blog od deski do deski. RANYYY...szacunek Dziewczyny!! Wszak mój blog liczy ponad 500 wpisów :)))) 
Dziękuję, że jesteście ze mną!! :*

piątek, 11 listopada 2016

Róże w klimacie vintage

   Wczorajszy wieczór spędziłam w miłym towarzystwie mojej sąsiadki, mieszkającej na co dzień w Londynie. Lubię z nią rozmawiać. Słuchać opowieści o mieście, londyńczykach, zwyczajach.. Sama rozmówczyni zaś jest osobą niezwykle kreatywną i obdarzoną dobrym smakiem, dlatego wczoraj przez większość wieczoru prawiłyśmy o świątecznych dekoracjach i urządzaniu wnętrz.
W ogóle lubię słuchać mądrych ludzi. Takich, którzy są poukładani, dobrzy,szczerzy i prawdziwi. Po upływie czasu analizuję takie rozmowy i zastanawiam się, czego powinnam się od swojego rozmówcy nauczyć, z czego powinnam brać przykład. Człowiek to dla mnie ogromne i niewyczerpane źródło wiedzy, doświadczeń i inspiracji. I - jaki by nie był - wzór do naśladowania, mam na myśli naturalnie zachowania pozytywne i niosące za sobą wartości ;)

   Na jej zamówienie wykonałam ostatnio obraz. Miały to być róże w przybrudzonych kolorach, na ciemnym tle. Całość miała nawiązywać do stylistyki vintage. Przyznam, że miałam frajdę, bo - jak wiecie - uwielbiam malować kwiaty, szczególnie właśnie róże i szczególnie w ciemnych kolorach.
Obraz wczoraj trafił do znajomej, która ma go podarować swojej mamie...









   Dzisiejszy post kończę wyjątkowo słodko. Mój ulubiony deser. W tym roku już przyozdobiony borówkami z własnego ogrodu :) Przysiądźcie na chwilę z kubkiem ulubionej herbaty i częstujcie się, zapraszam :)))






niedziela, 6 listopada 2016

PPPPP

... = posłała pani pana po pora.

   Uwielbiam nieskomplikowanie mężczyzn w jednych sytuacjach i ich skomplikowanie w innych. I występujący u nich stan totalnego zagubienia, gdy przychodzi robić zakupy. To zadziwiające, że potrafią ogarnąć umysłem tak wiele trudnych spraw,mechanizmów. Nie sprawia im trudności rozpracowanie działania sprzętów, projektowanie, odczytywanie schematów. Mają też nadzwyczajne umiejętności nawigacyjne. Tak, nadzwyczajne. Ja na przykład ich nie posiadam i gubię się zawsze i wszędzie. Choć.. ostatnio wzięłam się na sposób i wchodząc do sklepu w galerii handlowej staram się powtarzać sobie w myślach: "po wyjściu skręć w prawo, inaczej się cofniesz, pamiętaj, że masz skręcić w prawo..w prawo..tak w kierunku Bershki..o..a w Bershce na wystawie jest ten fajny szal, muszę go koniecznie obejrzeć, ciekawe, czy nie gryzie.. pamiętaj..skręć w lewo......" Tak. Czasami i to nie działa :)))
   Panowie z kolei (przynajmniej większość) w miejscach typu galeria handlowa gubią się niczym dzieci. Żal mi ich niejednokrotnie, gdy widzę, jak wyczekują cierpliwie na podsklepowych ławeczkach na swoje żony/dziewczyny/córki tudzież - chyba rzadziej - kochanki. Siedzą zmęczeni, upoceni gonitwą za płcią piękną, mknącą  na obcasach przez sklepy z odzieżą z prędkością światła. Zgięci w pół, obarczeni tuzinem kolorowych toreb z sieciówek. A przy życiu trzyma ich jedno: obietnica - "kochanie, jeszcze tylko jeden sklep, to już ostatni, OBIECUJĘ!" ;)  Ale.. czego się nie robi dla ukochanej osoby, ba..!! ;)

   Wracając do meritum i nawiązując do 5P - bardzo, ale to bardzo lubię posyłać męża na zakupy. Wygląda to mniej więcej tak, że dostaje ode mnie listę zakupów (wraz ze słownym objaśnieniem kwestii typu: gdzie leżą śmietanki do zupy i jak wygląda seler). Pomimo tego jednak zawsze się okazuje, że coś wyjaśniłam nie do końca. Drzwi mieszkania się zatrzaskują, a po 10 minutach się zaczyna: DZWONI TELEFON. "Kochanie, a te pory to mam kupić w X czy Y?" - bo poprosiłam o kupienie - uwaga - dwóch porów średniej wielkości (rany, gdybym wiedziała, jak niejasne jest to określenie, narysowałabym je, słowo daję, w perspektywie 1:1 !!). Powiedziałam, że w markecie Y chyba są bardziej świeże.Pojechał do X. DZWONI TELEFON. "Kotku, są te pory (te pory :) ) ale na tacce i takie pocięte." "Pocięte? Ale że jak?" - pytam. "No tak że wiesz, te liście odcięte. To takie jakby środki tylko."Acha, ok. Proszę więc, żeby powiedział, czy są duże czy małe. "No takie.. 400 gram, nie wiem czy duże.. takie sobie." Pytam, czy starczy mi do przepisu, w którym potrzebuję 2 sztuki średniej wielkości. "No nie wiem, chyba nie.. są jakieś małe..". "Ok, więc nie kupuj i kup w markecie X. O ile będą." Wyszedł z Y. DZWONI TELEFON. "A jak nie będzie ich w X?" "To wrócisz do Y" - tłumaczę coś, co mnie się wydaje logiczne, ale robię to grzecznie, bo wiem, jak bardzo jest przejęty, by kupić dokładnie to, czego potrzebuję. DZWONI TELEFON. "Jestem w X. Nie ma pory". Domyślam się, że po zrobieniu zakupów w X pojedzie do Y. Po minucie DZWONI TELEFON. "Jest pora. Ale taka gigantyczna." "Ok, jak ładna to kup 2 sztuki". "Ale ona jest naprawdę ogromna!". Zastanawiam się, jaka musi być wielka, że zrobiła takie wrażenie... . Kupił 2 sztuki. Kupił też wszystko inne z listy. DZWONI TELEFON. "Coś jeszcze kupić?" "Nie, już nic nie trzeba, wracaj szybciutko."
W domu rozpakowuję kosz z zakupami. Pory normalne, no dorodne po prostu. Myję je, odcinam co niepotrzebne. M. wyrzuca worek i zagląda do kosza na śmieci. "O kurka, ileś ty tej pory odcięła! Tak dużo??? To po co kazałaś mi kupować takie wielkie, jak pół odcięłaś????" :D :))))))))))))))))))))))))))
  Uwielbiam. Nauczyłam się już, że gdy "siedzę w garach" a mój drugi połów jedzie na zakupy, telefon mam zawsze pod ręką. O, i ścierkę do wytarcia rąk ;)

   Kwitując powyższy post - Panowie, bez Was zarówno pory, jak i życie, nie miałyby smaku :)))))


piątek, 4 listopada 2016

Hygge - celebruj chwile

   Przed chwilą wróciliśmy z grzybobrania. To już drugie tej jesieni, w dodatku obfitujące z zbiory - uzbieraliśmy dwa duże wiadra prawdziwków i maślaków.
Niektórzy zapewne mają takich ludzi jak my za desperatów. Bo przecież grzyby można kupić na ryneczku, a w lesie trzeba się nachodzić, trzeba jechać z rana, nie ma pewności, czy coś się zbierze no i przemarznąć też można...a raczej na pewno się przemarznie ;)
Ja myślę inaczej. Dla mnie szklanka jest zawsze w połowie pełna. I nawet w grzybobraniu jest dla mnie coś pięknego.
Po pierwsze: mogę pospacerować po lesie. Miłość do lasu zaszczepiła we mnie śp. babcia Irena. To ona zabierała mnie na grzyby, gdy byłam małą dziewczynką. Uczyła mnie kultury podczas leśnych wędrówek - ot, na przykład zawsze zwracała uwagę na to, żebym zachowywała się cichutko. Ona pokazała mi zalety spaceru po leśnym runie. "Słuchaj.. słyszysz..? Słuchaj jak trzaskają gałązki pod butami..zobacz jak cudnie.." - mawiała. Dziś spaceruję i słucham. I lubię, gdy trzaskają :)
Po drugie: oddycham świeżym powietrzem i zaznaję ruchu, którego w obecnym czasie bardzo mi brakuje. Nawet jeśli nie zbiorę grzybów, wrócę do miasta z nową energią, którą przekazują drzewa i promienie słońca, przedzierające się pomiędzy pasami sosen i świerków.
Po trzecie: żaden, ale to żaden grzyb kupiony na rynku nie zastąpi w święta grzybków, zebranych własnoręcznie!! Jaka to radość, gdy gotuję barszcz czy zupę grzybową i wyciągam ze słoika swoje, najswojeńsze suszone smakołyki. Barszcz, w którym pływają grzyby, które sama zebrałam, smakuje najwyborniej!!
Po czwarte: podczas grzybobrania fajnie jest nawet...zmarznąć. Właśnie tak!! :) Chociaż zawsze staram się ubrać ciepło (najważniejsze są ciepłe buty i skarpety), często zdarza mi się zmarznąć. Kiedy więc wracam do domu, wskakuję w ciepłe ubrania, siadam pod kocem i popijam gorące kakao, ogrzewając dłonie ciepłym kubkiem. Lubię to.

   Bo w tym wszystkim właściwie chodzi o to, by umieć dostrzec piękno w najprostszych czynnościach. Umieć cieszyć się każdą sytuacją i jej konsekwencjami. Drobnostki są istotne. Was również zachęcam do tego, żeby cieszyć się każdą chwilą jesieni. Spróbujcie odnaleźć szczęście w pozornie błahych czynnościach. Życie i każdy jego aspekt są piękne!!










   Kilka dni temu odwiedziłam księgarnię, z której przytargałam nową książkę. Jesień sprzyja zakopywaniu się pod ciepłym kocem z książką w dłoni. Książka, którą obecnie studiuję, to "Hygge - duńska sztuka szczęścia". Podobno Duńczycy to jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Dlaczego..? Bo oni własnie potrafią widzieć szczęście w najprostszych i pozornie nieistotnych czynnościach i sytuacjach. Pielęgnują stosunki międzyludzkie i dbają o klimat w domu. Jestem dopiero na początku przygody z książką, którą kupiłam zauroczona reklamą (co mi się zdarza niezwykle rzadko!!), z której płynął przekaz ciepły, magiczny i bardzo pozytywny. Kiedy przeczytam do końca, być może wypróbuję przepisy, które się tu znalazły. Kusi mnie, by upiec bułeczki z sezamem...














Łapcie dobrą energię, a ja uciekam do czyszczenia grzybów. Już nie mogę się doczekać zapachu podczas suszenia.. Ach, dziś na obiad risotto z grzybami. Mniam!!! :))




środa, 2 listopada 2016

Świeżutki reportaż - zapraszam do lektury

   W kioskach pojawił się już najnowszy numer magazynu „Siedlisko”, a w nim mój świeżuchny reportaż.
Tym razem przedstawiam w nim historię Agnieszki i Pawła, właścicieli Twórczego Pola. Artystów, których miałam okazję i szczęście poznać dwa lata temu na Mazurach.

Agnieszka i Paweł mieszkają w pięknym zakątku Polski. Dom otoczony jest polami, lasami, a jego wygląd idealnie wpisuje się w mazurskie krajobrazy. Dom powstał ze starej stodoły, a o historii jego budowy przeczytacie na łamach magazynu. Nie będę zdradzać szczegółów, zachęcam Was do lektury i lepszego poznania pary tych niezwykłych artystów, niezwykłych ludzi.

Oprócz Agnieszki i Joli poznałam także Julitę - przyjaciółkę Agi. Do dziś wspominam cudowne chwile spędzone na ganku mazurskiej chaty Julity i wrażenia, jakie na mnie zrobiła wizyta w jej domu i mazurskim muzeum. Ale temu poświęcę osobny post :)

Tęsknię za tamtymi chwilami, widokami, ludźmi. Są tacy normalni, szczerzy, prawdziwi. Agnieszka niedawno została mamą, tak więc w tym roku nie zawracałam im głowy wizytami, ale w przyszłym roku bardzo chciałabym ich wszystkich znów zobaczyć. Planuję też uczestnictwo w warsztatach, które mają się odbywać w agroturystyce Agi i Pawła. Można się od nich wiele nauczyć ;)


Zapraszam do lektury :)












Miłego dnia kochani!! :)

wtorek, 1 listopada 2016

Refleksje ze szminką na ustach

   W tym roku, podobnie zresztą jak w poprzednim, stojąc nad grobem mojego brata, czułam się dziwnie. Od Jego śmierci minęło już 13 lat. I straszne jest to, że już Go przeżyłam.. Zginął mając 31 lat. Ja dziś mam 34.
Co roku wspominam. Wierzę w to, że niekoniecznie w wyklepanej modlitwie, ale właśnie we wspomnieniach osoby, które odeszły, ożywają. W pamięci przywołuję wiele sytuacji, które wywoływały śmiech, złość, ale taką pozytywną złość. Bo mój brat miał w zwyczaju się ze mną przekomarzać. Dokuczał mi dla żartów i choć się skarżyłam mamie, też robiłam to z uśmiechem na ustach. Pamiętam, jak co wieczór do snu opowiadał mi bajki rodem z najstraszniejszych horrorów. Pamiętam, jak mówił do mnie "ty głupolu". Pamiętam jego śmiech, który rozbrzmiewał po całym mieszkaniu i zapewne całej klatce schodowej, gdy oglądał "Akademię policyjną"..

Na cmentarz co rok w Święto Zmarłych chodzę z pomalowanymi ustami. Staram się to robić pięknie, dokładnie, starannie dobierając kolor szminki do kolorystyki ubioru. Dlaczego..? Bo On mi zawsze powtarzał, że mam ładnie zarysowane usta i że gdy będę "duża", powinnam je ładnie malować...

   Tęsknię. Cholernie. I wcale nie lubię chodzić na cmentarz. Wkurza mnie, że już Go nie ma. Wkurza mnie, że jestem sama. Kiedy patrzę na Jego zdjęcie na nagrobku, mam ochotę go opierniczyć, albo podokuczać Jemu, śmiejąc się i kwitując "widzisz, gówniarzu, jak to jest..? " ;)
Pozostaje mi się cieszyć z tego, że jako duch, anioł...czymkolwiek dla mnie jest, jest przy mnie. Codziennie. Czuję tę obecność. Często nawet do Niego gadam.. O, czasami też puszczam głośno utwory, które kochał - wierzę, że ich słucgha. Może ktoś uzna, że mam nie po kolei w głowie. Może to prawda. Ale ja lubię mieć nie po kolei.. ;)

   I wiecie co..? Zazdroszczę innym, tym, którzy mają rodzeństwo. Mogą się z nim spotkać, zwyczajnie pogadać, pośmiać się, ponarzekać na to i owo.. I trafia mnie, gdy widzę, ile jest złych relacji między niektórymi ludźmi. Jak się na siebie gniewają, nie chcą się ze sobą spotykać, bo coś tam.. mają żal, bo coś...
 Na usta ciśnie się wyświechtane "Spieszmy się kochać ludzi...."


wtorek, 25 października 2016

Pokój dzienny po zmianach

   Wreszcie doszłam do tego momentu, kiedy mogę zaaranżować przestrzeń pokoju dziennego. Dobrać dodatki, nadać wnętrzu jakąś postać. Remont kuchni i pokoju skończony, tak więc powoluchnu oswajam kąty..

   Jeszcze sporo do zrobienia - muszę zapełnić puste ściany, w ramach zamieścić obrazy.. ale już teraz jest całkiem przyjemnie. W miniony weekend poszalałam w Ikei z moim wygranym bonem i kupiłam kilka elementów, między innymi metalowy stolik, futrzane dywaniki, lampę (a właściwie podstawę, do której dobrałam żarówkę) i poduchy.

Jak widzicie, w dziennym zawisła taka sama lampa, jak w kuchni. Zależało mi, by uzyskać spójność tych dwóch pomieszczeń, dlatego postawiłam na jednakowe oświetlenie. Nie wiem, czy z czasem nie zamienię jej na jedną z moich starych lamp... może na święta..zobaczę ;)

   Na poduszkach, które kilka miesięcy temu wyszperałam na Dekorii znalazł się motyw - jak zwał tak zwał - marokańskiej koniczyny. Przełamałam go czarnymi poduchami, ale chcąc nawiązać do tegoż motywu, szukałam dodatku w postaci dywanu. Wszystkie jednak okazały się za duże..bądź kolor miały nie taki jak trzeba..
Szukając w internecie czegoś, co się nada, natknęłam się na sklep Aleja Kwiatowa, w którym to sklepie znalazłam idealne lustra w orientalnym kształcie. Były pakowane po 3 sztuki, więc zamówiłam 2 komplety (nie były drogie, zaledwie 60zł za komplet..). Pięknie nawiązały do wzoru poduszek, a ponadto dają świetne możliwości aranżacyjne. Długo się zastanawiałam nad tym, jak je powiesić, bo opcje były trzy..





W rezultacie wybrałam pierwszą opcję. Fajne jest to, że za jakiś czas mogę zmienić ustawienie i w ten sposób nieco odświeżyć wnętrze. Lubię takie rozwiązania, a Wy..?? :)


Tak teraz wygląda mój pokój dzienny. Zrobiłam całkowite przemeblowanie. Takiego układu nie było odkąd tu zamieszkaliśmy. Teraz wnętrze bardzo zyskało na przytulności. Sama się w chwili obecnej zastanawiam, dlaczego do tej pory nikt z nas nie wpadł na to, by tak to właśnie urządzić, ustawić..?!! :)
Już nie mogę się doczekać świąt... tak tak!! Czekam na wszędobylskie światełka, odbijające się swym blaskiem w taflach luster... i na żywą choinkę........ach..!! :)))





O, poniżej ściana telewizyjna ;) Może nie jest to najbardziej reprezentacyjna część domu, ale myślę, że telewizor świetnie wpasował się w ceglaną ścianę. Dotychczas wydawała się pusta, teraz wszystko jakoś tak ciekawie współgra.. 
Pod telewizorem znalazło się miejsce na starą walizę. To stara walizka mamy. Jeździła z nią do szkoły, uwierzycie?? :) Wyszperałam ją w jej piwnicy. Pękała ze śmiechu, gdy usłyszała, że chcę to ustrojstwo do domu zabrać :) A mi tutaj tak pięknie pasuje!! 

Ach, zmieniłam też kinkiet. Kupiony w markecie na wyprzedaży za 35zł ;)




Jeszcze nie do końca jest tak, jak bym chciała, ale wszystko powoli ;) 

Nad pianinem powiesiłam lustro, a po bokach wiszą ramy, w których znajdą miejsce obrazy, których jeszcze namalowałam, ale które już kiełkują w mojej głowie ;)))








   Kochani, wiem, że często korzystacie z moich namiarów na sklepy i przedmioty piękne, tak więc podaję link do sklepu, w którym kupiłam lustra: http://www.sklep.alejakwiatowa.pl/84-lustra
W ofercie Alei jest wiele pięknych luster, długo się zastanawiałam co wybrać.. bardzo, bardzo długo ;))) Lusterka pięknie się wpisały w wystrój dziennego, chociaż.. nie wiem, czy za jakiś czas nie powędrują do pokoju córciowego, bo Jula coś za bardzo się koło nich kręci, czemu wcale się nie dziwię ;)))








W kolejnych postach pojawi się więcej kadrów ze zbliżeniami, zgodnie z Waszymi prośbami :))
Do następnego razu!! :)

piątek, 7 października 2016

Metamorfoza kuchni - odsłona pierwsza

   Długo czekaliście, ale dziś wreszcie mogę się z Wami podzielić pierwszymi efektami remontu.
Pochwalę się jeszcze, że znalazłam się w gronie laureatów konkursu, organizowanego przez Ikea, z czego się strasznie, strasznie cieszę!! :))))))))))) Czekają mnie wydatki w związku z remontem łazienki, tak więc zastrzyk gotówki na drobiazgi baaardzo się przyda :)))


   Przypomnę kilka faktów w związku z remontem kuchni.
Meble były wykonane pod wymiar 8 lat tamu. Kuchnia przeżyła 2 przeprowadzki, tak więc była już ciut wysłużona. Nie myślałam jednak o wymianie mebli, gdyż to zabudowa drewniana, dębowa i zwyczajnie szkoda by jej było...
Meble przemalowałam białą farbą z satynowym połyskiem. Wymieniłam lampę. Ta nowa daje fantastyczne, kameralne światło nisko nad blatami, tworząc wieczorem niesamowity klimat. Z racji tego, że lampa jest srebrna, zmieniłam uchwyty meblowe na srebrne z porcelanowymi wstawkami. Kosztowały bardzo dużo, ale ich jakość na szczęście wynagradza wszystko ;)
Zmieniliśmy również podłogę i położyliśmy nowe płytki na ścianach. Nadmienię, że płytki na ścianie położyłam i zafugowałam sama, z czego jestem bardzo dumna ;)
Stary stół był za duży, więc zamówiliśmy mniejszy, barowy. Pomalowałam go na kolor grafitowy. Myślę jeszcze nad przemalowaniem hokerów, bo teraz chyba najładniej prezentowałyby się białe bądź jasno-popielate..
Ach, gdybyście potrzebowali namiar na stolarza, który wykonał mój piękny stół (fachowiec z Nowej Soli w woj. lubuskim), piszcie śmiało na adres mailowy. Pana polecam, chętnie podzielę się informacją.

   Nie szalałam za bardzo z dodatkami, gdyż czeka mnie jeszcze remont łazienki..a tam dosłownie wszystko po kolei.. Jedyne szaleństwo, na jakie sobie pozwoliłam, to kupienie w Ikea regału kremowego. Odkąd go zobaczyłam w sklepie, zapałałam miłością bezgraniczną ;) Służy mi jako półka na przyprawy, oliwy, a obecnie na duże słoje z nalewkami, które dojrzewają.


   Ok, na razie dość informacji. Gdybyście mieli jakieś pytania - piszcie śmiało. Mam nadzieję, że metamorfoza mojej skromnej i niewielkiej kuchni przypadnie Wam do gustu.. ;)



Ok, do rzeczy. Oto efekt - PRZED i PO:















Zmiana może nie jest jakaś kolosalna, ale odnowienie kuchni wymagało bardzo dużo pracy i cierpliwości. Ja jestem bardzo zadowolona z efektu. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.. :)

No następnego razu, ściskam Was mocno!! :)
 

czwartek, 6 października 2016

Jesień stonowana

   Na moim stole pojawiły się pierwsze jesienne dekoracje - standardowo, malowane dynie. Tym razem postawiłam na biel.
"Chodzą za mną" ostatnio skandynawskie dodatki.. Podobają mi się w aranżacjach jasnych wnętrz. Jednak najbardziej lubię styl skandynawski przełamany klasyką i nutą vintage. Mam nadzieję, że ten mój eklektyzm się uda i wkrótce stworzę wnętrze piękne i z charakterem ;)

Wybaczcie, że jeszcze nie pokazuję kuchni, ale nie ma jeszcze wyników konkursu, w którym brałam udział, tak więc jeszcze na chwilę się wstrzymuję..

Póki co - dziś dyniowo. Nie tylko w dekoracjach, ale i kulinarnie. Na obiad zupa dyniowa. Mniam...!! :)












Dobrego dnia!! :)

środa, 5 października 2016

Skrzynia po renowacji

   Jakiś czas temu otrzymałam zlecenie - renowację i obróbkę artystyczną starej skrzyni. Mebel miał stanąć w pokoju dziewczęcym i być wykonany w kolorystyce szarości oraz brudnego różu - to dwie wytyczne, które otrzymałam. Resztę pozostawiono mojej wyobraźni. Strasznie lubię takie zlecenia ;)

Skrzynia wymagała zerwania starych, skórzanych pasów, usunięcia zardzewiałych nitów, szpachlowania dziur i ubytków, przeszlifowania, malowania i zabezpieczenia. Pracy było sporo, ale najważniejsze, że moja mini-klientka jest zadowolona ;)

Przed:



 Po:








Uwaga - w kolejnym poście pierwsze pstryki kuchni po metamorfozie. Zaglądajcie :))

poniedziałek, 3 października 2016

Drobna aranżacja za grosze

   Kiedy w pokoju dziennym stanęło białe pianino, od razu pomyślałam, że przydałoby się postawić na nim świeczki. Zawsze podobały mi się takie aranżacje, z nutą elegancji i nostalgii. Wpadłam na pomysł, by ustawić w grupie kilka różnej wielkości pojedynczych świeczników. Koniecznie w kolorze ciemnego grafitu, na który pomalowałam stół kuchenny.
Niestety, nie dysponowałam takimi świecznikami. Musiałam się wybrać na targ staroci.
Szperałam długo i bardzo intensywnie (najciekawsze okazy z reguły wynajduję w porozrywanych kartonach, do których prawie nikt nie zagląda) i znalazłam kilka sztuk. Jeden drewniany, dwa szklane i cztery z mosiądzu. Wszystkie kosztowały grosze...





W domu od razu zabrałam się za malowanie. Wystarczyły dwie warstwy farby. Całość zabezpieczyłam lakierem w wysokim połysku.
Prezentują się tak:




Wczoraj w graciarni domowej wygrzebałam jeszcze jeden metalowy świecznik. Kupiłam go lata temu. Był w kolorze miedzianym, z nieciekawymi - jak na obecne czasy i wnętrzarskie mody ;) - przecierkami. On również przeszedł metamorfozę.

Wystarczyło ok.30zł, żeby stworzyć nastrojową dekorację na pianino.

Gdy wymienię rolety na nowe (moje w piwonie nie pasują już do nowych wnętrz), pokażę Wam jak wygląda ściana, pod którą stanęło pianino. W chwili obecnej jeszcze wprowadzam drobne zmiany kosmetyczne.. ale.. to już sama przyjemność ;)

Dobrego dnia Wam życzę!!


Udostępnij