niedziela, 4 grudnia 2016

Okna w nowej oprawie

   Mój dzisiejszy post ma małe opóźnienie. Już jakiś czas temu wykonałam zdjęcia aranżacji, zmian jakie nastąpiły w naszym domu. Nie mogłam jednak ukończyć wpisu..właściwie w ogóle stanęłam z pracą, zleceniami.. Wszystko to za sprawą tragicznych wydarzeń w kopalni..które to wydarzenia miały miejsce w zakładzie pracy mojego męża. Jego to na szczęście nie dotknęło, ale strach zrobił swoje. Kilka dni wyjętych z życiorysu...
Powoli doszłam do siebie i wracam do obowiązków. Część dekoracji świątecznych miało "zawisnąć" u nas już kilka dni temu, ale nie byłam w nastroju. Teraz zabieram się do pracy. Mam trochę zaległości, tak więc parzę mocną kawę i do przodu ;)

   Powolutku nasze wnętrza nabierają kształtu. Wreszcie udało mi się zamontować w oknach nowe rolety. Poprzednie w peonie były cudne, ale nie pasowały do mieszkania w nowej szacie. Dlatego zamówiłam nowe, najprostsze, żeby stanowiły neutralną bazę do okiennych dekoracji. Rolety zamówiłam przez internet, w firmie VITRE.  Nowym pomysłem było zamontowanie ich do sufitu. Pomyślałam, że to dobry pomysł na optyczne podniesienie wnętrza, co było strzałem w dziesiątkę.

   Pracuję jeszcze nad dodatkami. Na ścianie z prawej strony kanapy powiesiłam ramy, w których zamieszczę coś, co zmaluję.. kiedyś tam ;) Wiszą symetrycznie. Gdybym miała je powiesić inaczej, chyba czułabym wewnętrzny niepokój :))) Białe lusterka powędrowały do innego pomieszczenia, a w ich miejscu powiesiłam ciężkie lustro w bogatej ramie. Miałam kupić lustro na starociach. Nawet jedno znalazłam... naprawdę piękne.. ale zachciało mi się odwiedzić kilka innych stoisk i gdy wróciłam - już go nie było. Obraziłam się (chwilowo) na giełdę staroci, a lustro zakupiłam w sklepie. Nad nim powieszę poroże renifera, które niedawno zamówiłam. Z kolei na ścianie między oknem a ramami zawisną półki na książki, też sięgające sufitu. Muszę je jednak najpierw kupić ;)

   Poszewki poduch zmieniłam na srebrno-czarne. Muszę mieć komplet na zmianę, bo białe bardzo szybko się brudzą, tym bardziej, że nie mamy w zwyczaju pokoju traktować jak muzeum - dom stanowi dla nas przestrzeń użytkową i często spędzamy czas wylegując się na kanapie i oglądając dobre i mniej dobre filmy ;) Szukam jeszcze zegara. Jakiegoś fajnego, najlepiej w kolorze kremowym. Pół roku temu kupiliśmy jeden, ale szybko się zepsuł.. a paragon przepadł jak kamień w wodę.











Rolety: 
http://www.vitre.net.pl/
             http://roletyslask.pl/
             https://www.facebook.com/VitreRegulujeSwiatlo/?fref=ts


   Na parapecie stanęły dwa świeczniki. W zasadzie jest to tylko przymiarka, bo nie jestem pewna, czy pasują i czy ich wielkość jest odpowiednia. Tak czy inaczej, będą albo te, albo inne, ale na pewno jakieś świeczniki na parapecie staną. Bardzo lubię światło świec tańczących za sprawą wiatru wdzierającego się do mieszkania przez wywietrznik i to jak się odbijają w okiennej szybie.
   
   Wracam do obowiązków. Ostatni czas mnie nie oszczędzał.. mam jednak nadzieję, że przygotowania do świąt wprawią mnie w lepszy nastrój...

wtorek, 22 listopada 2016

Podróż po Skandynawii - weekend z książką w ręku

   Na dobre przykleiłam się do nowej lektury. Tak już mam, że gdy coś mnie kolokwialnie mówiąc wciągnie, nie ma mocnych, oderwać się nie da.
Kilka dni temu w moje ręce wpadła książka "Nordicana. Za co kochamy Skandynawię", autor: Kajsa Kinsella. Jakoś tak ostatnio funkcjonuję w klimatach Hygge, skandynawskiego design'u i w ogóle tego, co dobre na nasze polskie jesienne, ponure dni. Mieszkańcy Skandynawii są podobno ludźmi najszczęśliwszymi, ale także potrafiącymi jak nikt inny cieszyć się z tego, co wydawałoby się przyziemne. Z kart rozmaitych książek dowiaduję się, jak mieszkańcy Skandynawii celebrują codzienność, jak ją upiększają, ocieplają. Nowa książka, z którą spędziłam weekend ;) (jak ja to lubię!! ) jest prawdziwą pigułką, zawierającą informacje na temat skandynawskiej sztuki, architektury, zabytków, charakterystycznego wzornictwa i interesujących historii. Barry Forshaw na pierwszych stronach książki zapewnia, że "Czytanie Nordicany jest niemal tak samo fascynujące jak podróż po skandynawskich krainach". I faktycznie, choć czasami miałam wrażenie przepełnionego umysłu z uwagi na natłok rozmaitych informacji, poczułam smak i zapach Skandynawii. Poczułam radość życia jej mieszkańców, magię niezwykłych miejsc i dreszczyk emocji, gdy czytałam o górskich trolach czy Mikołaju, który hmmm....nieco różni się od znanego nam staruszka w czerwonej czapie ;)
   Lektura dostarczyła mi inspiracji. Nigdy na przykład nie robiłam na święta wieńca z borówkowych gałązek. Wy próbowaliście..?? Poznałam kilka faktów związanych z tym, z czego Skandynawia słynie i - co mnie najbardziej zainteresowało - kto zapoczątkował słynne modele wnętrzarskich perełek, takich jak krzesła mrówki czy lampy w kształcie karczocha. Dowiedziałam się czym jest Selbu, jak powstały uwielbiane przez całą naszą rodzinę klocki Lego i kim są świąteczni chłopcy, odwiedzający skandynawskie domostwa w okresie świąt Bożego Narodzenia.
   Ach, poczytajcie sami, zachęcam. Ja z książką spędziłam cały weekend. Lubię tak w chłodne dni zakopać się pod ciepłym kocem, popijać angielską herbatę z mlekiem i wpatrywać się w roztańczone płomienie świec.
Utożsamiam się z filozofią życia Skandynawów. Bliski mi jest także  ich sposób tworzenia atmosfery we własnych czterech kątach. Coraz bardziej pociąga mnie też skandynawski design, jego prostota, funkcjonalność i idealna harmonia surowości i ciepła. Staram się wprowadzić podobny klimat w swoich wnętrzach, choć znacie mnie już i wiecie zapewne, że nie odzwierciedlam wnętrz  i najbliższy mojemu sercu jest eklektyzm, który daje wiele możliwości i pozwala cieszyć się na co dzień tym, co najbardziej cieszy oczy :)












   Za jakiś czas zamierzam wypróbować kilka skandynawskich przepisów. Tymczasem maluję i powoli przygotowuję materiał na kolejną wystawę, tym razem w Muzeum Złota :)))

W kolejnym poście pokażę Wam moje nowe rolety, które są dowodem na to, że prostota jest czasem cenniejsza niż najzmyślniejsza forma - moja ściana okienna wreszcie zyskała piękną oprawę. Do następnego razu kochani!! :)

PS. Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy piszą komentarze i opowiadają mi o tym, jak "wsiąkają" w lekturę mojego bloga. Kilka czytelniczek w ostatnim czasie napisało, że przeczytało blog od deski do deski. RANYYY...szacunek Dziewczyny!! Wszak mój blog liczy ponad 500 wpisów :)))) 
Dziękuję, że jesteście ze mną!! :*

piątek, 11 listopada 2016

Róże w klimacie vintage

   Wczorajszy wieczór spędziłam w miłym towarzystwie mojej sąsiadki, mieszkającej na co dzień w Londynie. Lubię z nią rozmawiać. Słuchać opowieści o mieście, londyńczykach, zwyczajach.. Sama rozmówczyni zaś jest osobą niezwykle kreatywną i obdarzoną dobrym smakiem, dlatego wczoraj przez większość wieczoru prawiłyśmy o świątecznych dekoracjach i urządzaniu wnętrz.
W ogóle lubię słuchać mądrych ludzi. Takich, którzy są poukładani, dobrzy,szczerzy i prawdziwi. Po upływie czasu analizuję takie rozmowy i zastanawiam się, czego powinnam się od swojego rozmówcy nauczyć, z czego powinnam brać przykład. Człowiek to dla mnie ogromne i niewyczerpane źródło wiedzy, doświadczeń i inspiracji. I - jaki by nie był - wzór do naśladowania, mam na myśli naturalnie zachowania pozytywne i niosące za sobą wartości ;)

   Na jej zamówienie wykonałam ostatnio obraz. Miały to być róże w przybrudzonych kolorach, na ciemnym tle. Całość miała nawiązywać do stylistyki vintage. Przyznam, że miałam frajdę, bo - jak wiecie - uwielbiam malować kwiaty, szczególnie właśnie róże i szczególnie w ciemnych kolorach.
Obraz wczoraj trafił do znajomej, która ma go podarować swojej mamie...









   Dzisiejszy post kończę wyjątkowo słodko. Mój ulubiony deser. W tym roku już przyozdobiony borówkami z własnego ogrodu :) Przysiądźcie na chwilę z kubkiem ulubionej herbaty i częstujcie się, zapraszam :)))






niedziela, 6 listopada 2016

PPPPP

... = posłała pani pana po pora.

   Uwielbiam nieskomplikowanie mężczyzn w jednych sytuacjach i ich skomplikowanie w innych. I występujący u nich stan totalnego zagubienia, gdy przychodzi robić zakupy. To zadziwiające, że potrafią ogarnąć umysłem tak wiele trudnych spraw,mechanizmów. Nie sprawia im trudności rozpracowanie działania sprzętów, projektowanie, odczytywanie schematów. Mają też nadzwyczajne umiejętności nawigacyjne. Tak, nadzwyczajne. Ja na przykład ich nie posiadam i gubię się zawsze i wszędzie. Choć.. ostatnio wzięłam się na sposób i wchodząc do sklepu w galerii handlowej staram się powtarzać sobie w myślach: "po wyjściu skręć w prawo, inaczej się cofniesz, pamiętaj, że masz skręcić w prawo..w prawo..tak w kierunku Bershki..o..a w Bershce na wystawie jest ten fajny szal, muszę go koniecznie obejrzeć, ciekawe, czy nie gryzie.. pamiętaj..skręć w lewo......" Tak. Czasami i to nie działa :)))
   Panowie z kolei (przynajmniej większość) w miejscach typu galeria handlowa gubią się niczym dzieci. Żal mi ich niejednokrotnie, gdy widzę, jak wyczekują cierpliwie na podsklepowych ławeczkach na swoje żony/dziewczyny/córki tudzież - chyba rzadziej - kochanki. Siedzą zmęczeni, upoceni gonitwą za płcią piękną, mknącą  na obcasach przez sklepy z odzieżą z prędkością światła. Zgięci w pół, obarczeni tuzinem kolorowych toreb z sieciówek. A przy życiu trzyma ich jedno: obietnica - "kochanie, jeszcze tylko jeden sklep, to już ostatni, OBIECUJĘ!" ;)  Ale.. czego się nie robi dla ukochanej osoby, ba..!! ;)

   Wracając do meritum i nawiązując do 5P - bardzo, ale to bardzo lubię posyłać męża na zakupy. Wygląda to mniej więcej tak, że dostaje ode mnie listę zakupów (wraz ze słownym objaśnieniem kwestii typu: gdzie leżą śmietanki do zupy i jak wygląda seler). Pomimo tego jednak zawsze się okazuje, że coś wyjaśniłam nie do końca. Drzwi mieszkania się zatrzaskują, a po 10 minutach się zaczyna: DZWONI TELEFON. "Kochanie, a te pory to mam kupić w X czy Y?" - bo poprosiłam o kupienie - uwaga - dwóch porów średniej wielkości (rany, gdybym wiedziała, jak niejasne jest to określenie, narysowałabym je, słowo daję, w perspektywie 1:1 !!). Powiedziałam, że w markecie Y chyba są bardziej świeże.Pojechał do X. DZWONI TELEFON. "Kotku, są te pory (te pory :) ) ale na tacce i takie pocięte." "Pocięte? Ale że jak?" - pytam. "No tak że wiesz, te liście odcięte. To takie jakby środki tylko."Acha, ok. Proszę więc, żeby powiedział, czy są duże czy małe. "No takie.. 400 gram, nie wiem czy duże.. takie sobie." Pytam, czy starczy mi do przepisu, w którym potrzebuję 2 sztuki średniej wielkości. "No nie wiem, chyba nie.. są jakieś małe..". "Ok, więc nie kupuj i kup w markecie X. O ile będą." Wyszedł z Y. DZWONI TELEFON. "A jak nie będzie ich w X?" "To wrócisz do Y" - tłumaczę coś, co mnie się wydaje logiczne, ale robię to grzecznie, bo wiem, jak bardzo jest przejęty, by kupić dokładnie to, czego potrzebuję. DZWONI TELEFON. "Jestem w X. Nie ma pory". Domyślam się, że po zrobieniu zakupów w X pojedzie do Y. Po minucie DZWONI TELEFON. "Jest pora. Ale taka gigantyczna." "Ok, jak ładna to kup 2 sztuki". "Ale ona jest naprawdę ogromna!". Zastanawiam się, jaka musi być wielka, że zrobiła takie wrażenie... . Kupił 2 sztuki. Kupił też wszystko inne z listy. DZWONI TELEFON. "Coś jeszcze kupić?" "Nie, już nic nie trzeba, wracaj szybciutko."
W domu rozpakowuję kosz z zakupami. Pory normalne, no dorodne po prostu. Myję je, odcinam co niepotrzebne. M. wyrzuca worek i zagląda do kosza na śmieci. "O kurka, ileś ty tej pory odcięła! Tak dużo??? To po co kazałaś mi kupować takie wielkie, jak pół odcięłaś????" :D :))))))))))))))))))))))))))
  Uwielbiam. Nauczyłam się już, że gdy "siedzę w garach" a mój drugi połów jedzie na zakupy, telefon mam zawsze pod ręką. O, i ścierkę do wytarcia rąk ;)

   Kwitując powyższy post - Panowie, bez Was zarówno pory, jak i życie, nie miałyby smaku :)))))


piątek, 4 listopada 2016

Hygge - celebruj chwile

   Przed chwilą wróciliśmy z grzybobrania. To już drugie tej jesieni, w dodatku obfitujące z zbiory - uzbieraliśmy dwa duże wiadra prawdziwków i maślaków.
Niektórzy zapewne mają takich ludzi jak my za desperatów. Bo przecież grzyby można kupić na ryneczku, a w lesie trzeba się nachodzić, trzeba jechać z rana, nie ma pewności, czy coś się zbierze no i przemarznąć też można...a raczej na pewno się przemarznie ;)
Ja myślę inaczej. Dla mnie szklanka jest zawsze w połowie pełna. I nawet w grzybobraniu jest dla mnie coś pięknego.
Po pierwsze: mogę pospacerować po lesie. Miłość do lasu zaszczepiła we mnie śp. babcia Irena. To ona zabierała mnie na grzyby, gdy byłam małą dziewczynką. Uczyła mnie kultury podczas leśnych wędrówek - ot, na przykład zawsze zwracała uwagę na to, żebym zachowywała się cichutko. Ona pokazała mi zalety spaceru po leśnym runie. "Słuchaj.. słyszysz..? Słuchaj jak trzaskają gałązki pod butami..zobacz jak cudnie.." - mawiała. Dziś spaceruję i słucham. I lubię, gdy trzaskają :)
Po drugie: oddycham świeżym powietrzem i zaznaję ruchu, którego w obecnym czasie bardzo mi brakuje. Nawet jeśli nie zbiorę grzybów, wrócę do miasta z nową energią, którą przekazują drzewa i promienie słońca, przedzierające się pomiędzy pasami sosen i świerków.
Po trzecie: żaden, ale to żaden grzyb kupiony na rynku nie zastąpi w święta grzybków, zebranych własnoręcznie!! Jaka to radość, gdy gotuję barszcz czy zupę grzybową i wyciągam ze słoika swoje, najswojeńsze suszone smakołyki. Barszcz, w którym pływają grzyby, które sama zebrałam, smakuje najwyborniej!!
Po czwarte: podczas grzybobrania fajnie jest nawet...zmarznąć. Właśnie tak!! :) Chociaż zawsze staram się ubrać ciepło (najważniejsze są ciepłe buty i skarpety), często zdarza mi się zmarznąć. Kiedy więc wracam do domu, wskakuję w ciepłe ubrania, siadam pod kocem i popijam gorące kakao, ogrzewając dłonie ciepłym kubkiem. Lubię to.

   Bo w tym wszystkim właściwie chodzi o to, by umieć dostrzec piękno w najprostszych czynnościach. Umieć cieszyć się każdą sytuacją i jej konsekwencjami. Drobnostki są istotne. Was również zachęcam do tego, żeby cieszyć się każdą chwilą jesieni. Spróbujcie odnaleźć szczęście w pozornie błahych czynnościach. Życie i każdy jego aspekt są piękne!!










   Kilka dni temu odwiedziłam księgarnię, z której przytargałam nową książkę. Jesień sprzyja zakopywaniu się pod ciepłym kocem z książką w dłoni. Książka, którą obecnie studiuję, to "Hygge - duńska sztuka szczęścia". Podobno Duńczycy to jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Dlaczego..? Bo oni własnie potrafią widzieć szczęście w najprostszych i pozornie nieistotnych czynnościach i sytuacjach. Pielęgnują stosunki międzyludzkie i dbają o klimat w domu. Jestem dopiero na początku przygody z książką, którą kupiłam zauroczona reklamą (co mi się zdarza niezwykle rzadko!!), z której płynął przekaz ciepły, magiczny i bardzo pozytywny. Kiedy przeczytam do końca, być może wypróbuję przepisy, które się tu znalazły. Kusi mnie, by upiec bułeczki z sezamem...














Łapcie dobrą energię, a ja uciekam do czyszczenia grzybów. Już nie mogę się doczekać zapachu podczas suszenia.. Ach, dziś na obiad risotto z grzybami. Mniam!!! :))




środa, 2 listopada 2016

Świeżutki reportaż - zapraszam do lektury

   W kioskach pojawił się już najnowszy numer magazynu „Siedlisko”, a w nim mój świeżuchny reportaż.
Tym razem przedstawiam w nim historię Agnieszki i Pawła, właścicieli Twórczego Pola. Artystów, których miałam okazję i szczęście poznać dwa lata temu na Mazurach.

Agnieszka i Paweł mieszkają w pięknym zakątku Polski. Dom otoczony jest polami, lasami, a jego wygląd idealnie wpisuje się w mazurskie krajobrazy. Dom powstał ze starej stodoły, a o historii jego budowy przeczytacie na łamach magazynu. Nie będę zdradzać szczegółów, zachęcam Was do lektury i lepszego poznania pary tych niezwykłych artystów, niezwykłych ludzi.

Oprócz Agnieszki i Joli poznałam także Julitę - przyjaciółkę Agi. Do dziś wspominam cudowne chwile spędzone na ganku mazurskiej chaty Julity i wrażenia, jakie na mnie zrobiła wizyta w jej domu i mazurskim muzeum. Ale temu poświęcę osobny post :)

Tęsknię za tamtymi chwilami, widokami, ludźmi. Są tacy normalni, szczerzy, prawdziwi. Agnieszka niedawno została mamą, tak więc w tym roku nie zawracałam im głowy wizytami, ale w przyszłym roku bardzo chciałabym ich wszystkich znów zobaczyć. Planuję też uczestnictwo w warsztatach, które mają się odbywać w agroturystyce Agi i Pawła. Można się od nich wiele nauczyć ;)


Zapraszam do lektury :)












Miłego dnia kochani!! :)

wtorek, 1 listopada 2016

Refleksje ze szminką na ustach

   W tym roku, podobnie zresztą jak w poprzednim, stojąc nad grobem mojego brata, czułam się dziwnie. Od Jego śmierci minęło już 13 lat. I straszne jest to, że już Go przeżyłam.. Zginął mając 31 lat. Ja dziś mam 34.
Co roku wspominam. Wierzę w to, że niekoniecznie w wyklepanej modlitwie, ale właśnie we wspomnieniach osoby, które odeszły, ożywają. W pamięci przywołuję wiele sytuacji, które wywoływały śmiech, złość, ale taką pozytywną złość. Bo mój brat miał w zwyczaju się ze mną przekomarzać. Dokuczał mi dla żartów i choć się skarżyłam mamie, też robiłam to z uśmiechem na ustach. Pamiętam, jak co wieczór do snu opowiadał mi bajki rodem z najstraszniejszych horrorów. Pamiętam, jak mówił do mnie "ty głupolu". Pamiętam jego śmiech, który rozbrzmiewał po całym mieszkaniu i zapewne całej klatce schodowej, gdy oglądał "Akademię policyjną"..

Na cmentarz co rok w Święto Zmarłych chodzę z pomalowanymi ustami. Staram się to robić pięknie, dokładnie, starannie dobierając kolor szminki do kolorystyki ubioru. Dlaczego..? Bo On mi zawsze powtarzał, że mam ładnie zarysowane usta i że gdy będę "duża", powinnam je ładnie malować...

   Tęsknię. Cholernie. I wcale nie lubię chodzić na cmentarz. Wkurza mnie, że już Go nie ma. Wkurza mnie, że jestem sama. Kiedy patrzę na Jego zdjęcie na nagrobku, mam ochotę go opierniczyć, albo podokuczać Jemu, śmiejąc się i kwitując "widzisz, gówniarzu, jak to jest..? " ;)
Pozostaje mi się cieszyć z tego, że jako duch, anioł...czymkolwiek dla mnie jest, jest przy mnie. Codziennie. Czuję tę obecność. Często nawet do Niego gadam.. O, czasami też puszczam głośno utwory, które kochał - wierzę, że ich słucgha. Może ktoś uzna, że mam nie po kolei w głowie. Może to prawda. Ale ja lubię mieć nie po kolei.. ;)

   I wiecie co..? Zazdroszczę innym, tym, którzy mają rodzeństwo. Mogą się z nim spotkać, zwyczajnie pogadać, pośmiać się, ponarzekać na to i owo.. I trafia mnie, gdy widzę, ile jest złych relacji między niektórymi ludźmi. Jak się na siebie gniewają, nie chcą się ze sobą spotykać, bo coś tam.. mają żal, bo coś...
 Na usta ciśnie się wyświechtane "Spieszmy się kochać ludzi...."


wtorek, 25 października 2016

Pokój dzienny po zmianach

   Wreszcie doszłam do tego momentu, kiedy mogę zaaranżować przestrzeń pokoju dziennego. Dobrać dodatki, nadać wnętrzu jakąś postać. Remont kuchni i pokoju skończony, tak więc powoluchnu oswajam kąty..

   Jeszcze sporo do zrobienia - muszę zapełnić puste ściany, w ramach zamieścić obrazy.. ale już teraz jest całkiem przyjemnie. W miniony weekend poszalałam w Ikei z moim wygranym bonem i kupiłam kilka elementów, między innymi metalowy stolik, futrzane dywaniki, lampę (a właściwie podstawę, do której dobrałam żarówkę) i poduchy.

Jak widzicie, w dziennym zawisła taka sama lampa, jak w kuchni. Zależało mi, by uzyskać spójność tych dwóch pomieszczeń, dlatego postawiłam na jednakowe oświetlenie. Nie wiem, czy z czasem nie zamienię jej na jedną z moich starych lamp... może na święta..zobaczę ;)

   Na poduszkach, które kilka miesięcy temu wyszperałam na Dekorii znalazł się motyw - jak zwał tak zwał - marokańskiej koniczyny. Przełamałam go czarnymi poduchami, ale chcąc nawiązać do tegoż motywu, szukałam dodatku w postaci dywanu. Wszystkie jednak okazały się za duże..bądź kolor miały nie taki jak trzeba..
Szukając w internecie czegoś, co się nada, natknęłam się na sklep Aleja Kwiatowa, w którym to sklepie znalazłam idealne lustra w orientalnym kształcie. Były pakowane po 3 sztuki, więc zamówiłam 2 komplety (nie były drogie, zaledwie 60zł za komplet..). Pięknie nawiązały do wzoru poduszek, a ponadto dają świetne możliwości aranżacyjne. Długo się zastanawiałam nad tym, jak je powiesić, bo opcje były trzy..





W rezultacie wybrałam pierwszą opcję. Fajne jest to, że za jakiś czas mogę zmienić ustawienie i w ten sposób nieco odświeżyć wnętrze. Lubię takie rozwiązania, a Wy..?? :)


Tak teraz wygląda mój pokój dzienny. Zrobiłam całkowite przemeblowanie. Takiego układu nie było odkąd tu zamieszkaliśmy. Teraz wnętrze bardzo zyskało na przytulności. Sama się w chwili obecnej zastanawiam, dlaczego do tej pory nikt z nas nie wpadł na to, by tak to właśnie urządzić, ustawić..?!! :)
Już nie mogę się doczekać świąt... tak tak!! Czekam na wszędobylskie światełka, odbijające się swym blaskiem w taflach luster... i na żywą choinkę........ach..!! :)))





O, poniżej ściana telewizyjna ;) Może nie jest to najbardziej reprezentacyjna część domu, ale myślę, że telewizor świetnie wpasował się w ceglaną ścianę. Dotychczas wydawała się pusta, teraz wszystko jakoś tak ciekawie współgra.. 
Pod telewizorem znalazło się miejsce na starą walizę. To stara walizka mamy. Jeździła z nią do szkoły, uwierzycie?? :) Wyszperałam ją w jej piwnicy. Pękała ze śmiechu, gdy usłyszała, że chcę to ustrojstwo do domu zabrać :) A mi tutaj tak pięknie pasuje!! 

Ach, zmieniłam też kinkiet. Kupiony w markecie na wyprzedaży za 35zł ;)




Jeszcze nie do końca jest tak, jak bym chciała, ale wszystko powoli ;) 

Nad pianinem powiesiłam lustro, a po bokach wiszą ramy, w których znajdą miejsce obrazy, których jeszcze namalowałam, ale które już kiełkują w mojej głowie ;)))








   Kochani, wiem, że często korzystacie z moich namiarów na sklepy i przedmioty piękne, tak więc podaję link do sklepu, w którym kupiłam lustra: http://www.sklep.alejakwiatowa.pl/84-lustra
W ofercie Alei jest wiele pięknych luster, długo się zastanawiałam co wybrać.. bardzo, bardzo długo ;))) Lusterka pięknie się wpisały w wystrój dziennego, chociaż.. nie wiem, czy za jakiś czas nie powędrują do pokoju córciowego, bo Jula coś za bardzo się koło nich kręci, czemu wcale się nie dziwię ;)))








W kolejnych postach pojawi się więcej kadrów ze zbliżeniami, zgodnie z Waszymi prośbami :))
Do następnego razu!! :)

piątek, 7 października 2016

Metamorfoza kuchni - odsłona pierwsza

   Długo czekaliście, ale dziś wreszcie mogę się z Wami podzielić pierwszymi efektami remontu.
Pochwalę się jeszcze, że znalazłam się w gronie laureatów konkursu, organizowanego przez Ikea, z czego się strasznie, strasznie cieszę!! :))))))))))) Czekają mnie wydatki w związku z remontem łazienki, tak więc zastrzyk gotówki na drobiazgi baaardzo się przyda :)))


   Przypomnę kilka faktów w związku z remontem kuchni.
Meble były wykonane pod wymiar 8 lat tamu. Kuchnia przeżyła 2 przeprowadzki, tak więc była już ciut wysłużona. Nie myślałam jednak o wymianie mebli, gdyż to zabudowa drewniana, dębowa i zwyczajnie szkoda by jej było...
Meble przemalowałam białą farbą z satynowym połyskiem. Wymieniłam lampę. Ta nowa daje fantastyczne, kameralne światło nisko nad blatami, tworząc wieczorem niesamowity klimat. Z racji tego, że lampa jest srebrna, zmieniłam uchwyty meblowe na srebrne z porcelanowymi wstawkami. Kosztowały bardzo dużo, ale ich jakość na szczęście wynagradza wszystko ;)
Zmieniliśmy również podłogę i położyliśmy nowe płytki na ścianach. Nadmienię, że płytki na ścianie położyłam i zafugowałam sama, z czego jestem bardzo dumna ;)
Stary stół był za duży, więc zamówiliśmy mniejszy, barowy. Pomalowałam go na kolor grafitowy. Myślę jeszcze nad przemalowaniem hokerów, bo teraz chyba najładniej prezentowałyby się białe bądź jasno-popielate..
Ach, gdybyście potrzebowali namiar na stolarza, który wykonał mój piękny stół (fachowiec z Nowej Soli w woj. lubuskim), piszcie śmiało na adres mailowy. Pana polecam, chętnie podzielę się informacją.

   Nie szalałam za bardzo z dodatkami, gdyż czeka mnie jeszcze remont łazienki..a tam dosłownie wszystko po kolei.. Jedyne szaleństwo, na jakie sobie pozwoliłam, to kupienie w Ikea regału kremowego. Odkąd go zobaczyłam w sklepie, zapałałam miłością bezgraniczną ;) Służy mi jako półka na przyprawy, oliwy, a obecnie na duże słoje z nalewkami, które dojrzewają.


   Ok, na razie dość informacji. Gdybyście mieli jakieś pytania - piszcie śmiało. Mam nadzieję, że metamorfoza mojej skromnej i niewielkiej kuchni przypadnie Wam do gustu.. ;)



Ok, do rzeczy. Oto efekt - PRZED i PO:















Zmiana może nie jest jakaś kolosalna, ale odnowienie kuchni wymagało bardzo dużo pracy i cierpliwości. Ja jestem bardzo zadowolona z efektu. Mam nadzieję, że i Wam się spodoba.. :)

No następnego razu, ściskam Was mocno!! :)
 

czwartek, 6 października 2016

Jesień stonowana

   Na moim stole pojawiły się pierwsze jesienne dekoracje - standardowo, malowane dynie. Tym razem postawiłam na biel.
"Chodzą za mną" ostatnio skandynawskie dodatki.. Podobają mi się w aranżacjach jasnych wnętrz. Jednak najbardziej lubię styl skandynawski przełamany klasyką i nutą vintage. Mam nadzieję, że ten mój eklektyzm się uda i wkrótce stworzę wnętrze piękne i z charakterem ;)

Wybaczcie, że jeszcze nie pokazuję kuchni, ale nie ma jeszcze wyników konkursu, w którym brałam udział, tak więc jeszcze na chwilę się wstrzymuję..

Póki co - dziś dyniowo. Nie tylko w dekoracjach, ale i kulinarnie. Na obiad zupa dyniowa. Mniam...!! :)












Dobrego dnia!! :)

środa, 5 października 2016

Skrzynia po renowacji

   Jakiś czas temu otrzymałam zlecenie - renowację i obróbkę artystyczną starej skrzyni. Mebel miał stanąć w pokoju dziewczęcym i być wykonany w kolorystyce szarości oraz brudnego różu - to dwie wytyczne, które otrzymałam. Resztę pozostawiono mojej wyobraźni. Strasznie lubię takie zlecenia ;)

Skrzynia wymagała zerwania starych, skórzanych pasów, usunięcia zardzewiałych nitów, szpachlowania dziur i ubytków, przeszlifowania, malowania i zabezpieczenia. Pracy było sporo, ale najważniejsze, że moja mini-klientka jest zadowolona ;)

Przed:



 Po:








Uwaga - w kolejnym poście pierwsze pstryki kuchni po metamorfozie. Zaglądajcie :))

poniedziałek, 3 października 2016

Drobna aranżacja za grosze

   Kiedy w pokoju dziennym stanęło białe pianino, od razu pomyślałam, że przydałoby się postawić na nim świeczki. Zawsze podobały mi się takie aranżacje, z nutą elegancji i nostalgii. Wpadłam na pomysł, by ustawić w grupie kilka różnej wielkości pojedynczych świeczników. Koniecznie w kolorze ciemnego grafitu, na który pomalowałam stół kuchenny.
Niestety, nie dysponowałam takimi świecznikami. Musiałam się wybrać na targ staroci.
Szperałam długo i bardzo intensywnie (najciekawsze okazy z reguły wynajduję w porozrywanych kartonach, do których prawie nikt nie zagląda) i znalazłam kilka sztuk. Jeden drewniany, dwa szklane i cztery z mosiądzu. Wszystkie kosztowały grosze...





W domu od razu zabrałam się za malowanie. Wystarczyły dwie warstwy farby. Całość zabezpieczyłam lakierem w wysokim połysku.
Prezentują się tak:




Wczoraj w graciarni domowej wygrzebałam jeszcze jeden metalowy świecznik. Kupiłam go lata temu. Był w kolorze miedzianym, z nieciekawymi - jak na obecne czasy i wnętrzarskie mody ;) - przecierkami. On również przeszedł metamorfozę.

Wystarczyło ok.30zł, żeby stworzyć nastrojową dekorację na pianino.

Gdy wymienię rolety na nowe (moje w piwonie nie pasują już do nowych wnętrz), pokażę Wam jak wygląda ściana, pod którą stanęło pianino. W chwili obecnej jeszcze wprowadzam drobne zmiany kosmetyczne.. ale.. to już sama przyjemność ;)

Dobrego dnia Wam życzę!!


piątek, 30 września 2016

Drobne zmiany..

   Mamy już prawie-bramę. Prawie, bo zamontowaliśmy słupki i zrobiliśmy wylewkę. Wiosną trzeba będzie ją pomalować i dokupić kilka przęseł, ale mnie już sama brama cieszy, bo będzie to pierwszy nowy i całkowicie nasz element na działce.
Wczoraj robiliśmy wylewkę. Kiedy tak paćkałam szpachelką (wszak wszystko musi być pod linijkę), obok domu przechodziła sąsiadka - jeszcze nie wiem skąd..ale wyglądała bardzo sympatycznie- i z uśmiechem skwitowała, że widać, że się dobrze bawimy ;)
Tak. Bawi mnie babranie się w pracach budowlanych. I chodzenie w uciapranych spodniach i kaloszach. Wyglądam niczym babska wersja Sindbada-żeglarza, ale..co tam.. Jak się wybuduję, będę się stroić, leżeć i pachnieć ;)
   Jutro będziemy montować skrzydła bramy. Przygotuję też miejsce pod tuje. Na razie zasadzę tuje, które dostanę od teściowej. W przyszłości, jak ciut się odkujemy finansowo po remontach, posadzę przed nimi jodły koreańskie. I muszę gdzieś zrobić miejsce na hebe, które obecnie kwitnie na moim odgruzowanym balkonie.

   W przyszłym tygodniu pokażę Wam moją nową kuchnię. Zdjęcia już mam, ale muszę się wstrzymać z publikacją, gdyż brałam udział w konkursie.. Mam nadzieję, że mi się poszczęści :)

Uciekam odpoczywać, miłego wieczoru Kochani :)

niedziela, 25 września 2016

Marzenia są...

... po to, by je spełniać ;)

Kilka dni temu się rozkleiłam.
Przy okazji pracy nad nowym reportażem, zajrzałam do magazynu, w którym pisano o moich pasjach. Pisano o mnie i moich marzeniach. O tym, że marzę o własnym domku i o tym, by kiedyś grać na pianinie. Rozpłakałam się...
Kiedy wypowiadałam te słowa, które znalazły się na łamach magazynu, byłam w..hmm.. dość trudnej sytuacji życiowej. Pomimo mojego optymizmu i tego, że zawsze się uśmiecham, czasem i mnie przytrafiają się przykre sytuacje. Ostatnie lata mnie, nas, nie rozpieszczały. Nie będę się wdawać w szczegóły. O tym być może kiedyś przeczytacie w mojej książce. W każdym razie był taki czas, że było mi bardzo ciężko. Ale.. nigdy, nigdy!! nie przestawałam marzyć. Wierzę w to, że jeśli się czegoś pragnie, to się spełni.
Dziś mam własny domek. Z pięknym ogrodem. Pod lasem. Czasami jeszcze nie dowierzam. Mam takie uczucie, jakby ktoś miał mi to odebrać.. zapewne dlatego, że już kilkakrotnie próbowaliśmy kupić dom, bezskutecznie. Kto czyta bloga od początku, ten wie przez co przeszliśmy.
Czasami się zastanawiam, czy zasłużyłam na tyle dobrego. Ty, drogi Czytelniku rustykalnodomowy, na pewno znasz to uczucie. Kiedy po burzy wychodzi słońce, a później jeszcze barwna tęcza, zaczynasz się zastanawiać, czy to aby na pewno Twoje życie..? Czy to nie jakiś żart? Sen..? Po tym wszystkim...??
Przecierasz jednak oczy i nagle wiesz.. To Twoje życie. I wiesz, że warto było marzyć, czekać i wierzyć.

Wiecie co..? Mam w domu pianino :) Tak. W moim maleńkim pokoju dziennym (nie lubię określać go salonem) znalazło się miejsce na nowy mebel, który jest spełnieniem moich dziecięcych marzeń. Pamiętam, jak w wieku, w którym jest obecnie Julka, biegałam do przedszkola, w którym pracowała mama, żeby choć przez chwilę móc nacieszyć się dźwiękiem klawiszy starego pianina. Pamiętam ekscytację, którą czułam za każdym razem, kiedy otwierałam pokrywę... Grałam wówczas po swojemu, ze słuchu. W tamtym czasie nie miałam ani okazji, ani możliwości nauczyć się na nim grać.

Podobno marzenia są po to, by je spełniać. Uważam też, że na naukę nigdy nie jest za późno ;) Dlatego rozpoczęłam naukę gry na pianinie :) Zdaje się, że jestem najstarszą uczennicą w szkole ;) a moja nauczycielka ma ze mnie niezły ubaw. Ja z kolei cieszę się niczym dziecko :) I mam nadzieję, że po roku nauki wybrzdękam już coś, co przypomni konkretną melodię... ;)





Drodzy Czytelnicy - pamiętajcie: nie przestawajcie wierzyć i marzyć, obiecajcie to mnie i sobie samym... :)))



   Teraz słów kilka o leśnym.

Nastała jesień i zrobiło się chłodno. Szczególnie pod lasem. W domu coraz bardziej czuć wilgoć i potrzebę wykonania izolacji budynku. W przyszłym roku będzie co robić. Dom będzie trzeba nie tylko osuszyć, ale też przebudować. Potrzebny jest nowy komin, bo stary mocno popękał. W sumie i tak budowalibyśmy nowy, gdyż kominek zaplanowaliśmy w miejscu niż obecne. Och, pracy będzie sporo, bo powstaną też nowe mury. Dziś przy domu jest coś na kształt werandy, wykonanej ze sztucznego tworzywa. Będziemy chcieli ją wymurować, a także podnieść nieznacznie górę, by móc się po niej swobodnie poruszać. No i trzeba wymienić dach z eternitu. Być może uda nam się załapać na środki unijne na ten cel. Póki co jest jak jest. Z większymi pracami czekamy do przyszłego roku. Teraz postanowiliśmy zająć się działką, którą przeorganizujemy, ale o tym za chwilkę. Oto nasz staruszek... 




Tu, gdzie widać mały daszek, będzie duża weranda. Trzeba będzie poprzesadzać rośliny. W pustym polu, widocznym przed domem, rosły wcześniej kalina i bez. Niestety, drzewa były chore i trzeba było je usunąć. W tym miejscu posadzę jakiś pachnący świerk, być może balsamiczny.
Oprócz drzewek usunęłam też kilka lilii, za którymi nie przepadam, a w ich miejscu posadziłam piwonie, które z kolei uwielbiam.

Poniżej widok z boku domu. Pod ogrodzeniem rosną porzeczki i maliny. To miejsce też nieco odmienimy. Chciałabym, by powstała tu alejka z ławeczką, na której będzie można posiedzieć czytając książkę. Maliny rzecz jasna zostaną, być może je tylko przesadzę. Już teraz robi się moja ukochana malinówka z tegorocznych zbiorów..





Na końcu pod płotem rosną piękne tuje, które były zagłuszone różą pnącą i kompostownikiem. Odsłoniliśmy je, by mogły się pięknie rozrastać.

Na kolejnym zdjęciu widać obecną bramkę wjazdową. Docelowo będzie usunięta, a przed nią posadzę tuje i świerki, a także byliny, ale to w przyszłości. To właśnie tu kiedyś powstanie grillownia. Miejsce, które było miejscem postojowym, stanie się miejscem rekreacyjnym. To idealny zakątek, w pobliżu gęstego zagajnika i dużej magnolii. 
Bramę wjazdową zakupiliśmy niedawno i w chwili obecnej pracujemy nad jej montażem. Trwa to dość długo, bo wszystko sami.. ale.. poradzimy sobie ;)
O, a jabłka, jak się okazało - pychota!! Babcie już przetwarzają te, które opadły. Będzie w zimie pod dostatkiem tartych smakołyków do szarlotki.





O, tu niedługo będzie brama. Teraz jeszcze jest siatka i ogólbobudowlany rozgardiasz ;)
Staram się uszanować to, co sadziła poprzednia właścicielka i co tylko się da przesadzam w inne miejsca.
Niedawno z mamą posadziłyśmy tulipany, anemony, czosnki ozdobne i moje ukochane kosmosy. Nie mogę się doczekać wiosny i radosnego oczekiwania.. :)



   Jeśli macie jakieś rady, czy pomysły, piszcie proszę, wskazówki mile widziane :)
Ja uciekam spać. Dobranoc...... :))))



czwartek, 22 września 2016

Bardzo istotny Detal - klamki jak marzenie

   Kilka dni temu wreszcie udało mi się spotkać przy kawie z moją sąsiadką, która na co dzień mieszka w Londynie. Kiedyś już o niej pisałam, pamiętacie..? O tym, jak przykleiła się do mojego świeżo malowanego stołu ;)
Rzadko mamy okazję się spotkać, ale jak już zasiądziemy przy stole, gawędzimy zwykle do nocy. Pomimo różnicy wieku wiele nas łączy, szczególnie w kwestii preferowanego stylu w aranżacji wnętrz, dekoracji, czy podejścia do ogólnie pojętej potrzeby upiększania przestrzeni, w której żyjemy.
Podczas spotkania L. uświadomiła mi, czy może przypomniała, że nie jestem jednak taka sfiksowana, jak mi się wydawało ;) Zawsze uważałam, że trochę przesadzam z moim perfekcjonizmem, jeśli chodzi o sprawy związane z aranżacją mieszkania. Ale inaczej nie potrafię, po prostu. Nie uznaję półśrodków, a gdy coś robię, muszę osiągnąć w 100% pożądany efekt. Inaczej, zresztą podobnie jak L. - rany, nie jestem odosobniona!! - czuję wewnętrzny niepokój :)
   Kiedy docierają do mnie czasami sygnały, sugestie, że z czymś przesadzam.. zastanawiam się, czy faktycznie, czy po prostu osoby wydające takie opinie po prostu nie nadają na tych samych falach co ja. Dla mnie każdy szczegół we wnętrzu mojego domu, każdy detal, jest ważny. Każdy element stanowi o całości aranżacji. Kiedy rozmawiałam o tym z sąsiadką, powiedziała mi tak: „Wiesz, u mnie musi być idealnie. Przecież każdy detal ma znaczenie. Przy aranżacji wnętrza w danym stylu znaczenie ma nawet rodzaj kwiatka w doniczce!". NO TAK. Tak właśnie jest. Tak jak stwierdziła moja rozmówczyni, jeśli urządzamy mieszkanie w stylu PRL i chcemy, by okna wyglądały jak z tamtych lat, musimy ustawić na parapecie takie kwiaty, jakie bywały w domach w tamtych czasach. To takie logiczne ;)
Są osoby - których absolutnie nie neguję!! - które nie przywiązują zanadto wagi do tego, by wnętrza domu były idealne. Mają być po prostu funkcjonalne, przytulne, wygodne czy minimalistyczne. Ja chyba należę do innego typu ludzi. U mnie musi być efektownie, z polotem. Czasami zaśmiewam się, gdy coś planuję, aranżuję, bo żeby mnie coś całkowicie zadowoliło, musi mi coś „pyknąć” - tak jakby zapalała się w głowie lampka informująca, że tak, teraz jest Idealnie :) Chyba nie umiałabym żyć w przestrzeni, która urządzona jest nie po mojemu, nie do końca. I zawsze przykładam wagę do drobnych elementów urządzając, a tym razem remontując mieszkanie.

   Widzieliście już moje nowe drzwi. Zamawiając je prosiłam o skrzydła bez klamek. Postanowiłam, że te znajdę później. Bo klamki też musiały być idealnie dobrane. Nie przesadnie drogie, nie. Nie należę do osób, dla których wyznacznikiem jakości jest kwota za produkt. Zależało mi jednak na tym, by klamki zamówić u polskiego producenta. Wymarzyłam sobie takie ciężkie, stylizowane na stare i bogato (acz nie przesadnie) zdobione.
Kiedy przeglądałam oferty w internecie, znalazłam producenta, którego oferta sprawiła, że dostałam gęsiej skórki :)  Kiedy zaczęłam oglądać modele klamek, zachwycił mnie każdy, dosłownie każdy z nich. Ceny naprawdę przystępne, tak więc pozostało nie dać się zwariować (bo najchętniej wykupiłabym z pół sklepu) i wybrać najbardziej odpowiedni model. Wybrałam zdobiony, z prostą rączką. I na klucz.
Niewątpliwą zaletą klamek tego producenta jest to, że wszystkie oferowane produkty wykonywane są ręcznie i z litego mosiądzu. Cenię sobie jakość i trwałość, tak więc mam pewność, że zainwestowałam w coś, co posłuży mi przez lata.
Kiedy wybrałam model klamki, pozostało się zastanowić nad kolorem. Okazało się, że istnieje wiele możliwości wykończenia - w połysku, macie, z zaciemnionymi wgłębieniami.. Ja wybrałam kolor srebrny z ciemnym akcentem przy zdobieniach, żeby podkreślić piękny wzór. Klamki wykonano bardzo szybko. Kiedy rozpakowałam przesyłkę, byłam naprawdę zachwycona. Jak ja to lubię!! Taką jakość, takie eleganckie podejście do klienta. Jestem oczarowana!!!! :)

Oto moje klamki...












Podaję Wam od razu namiar do firmy, być może ktoś z Was się skusi. Ja szczerze polecam manufakturę i na pewno zostanę klientką na dłużej ;)
Adresy: www.artykuly-mosiadz.pl i www.koloroweklamki.pl. Firma istnieje od 1980 roku, tak więc ma prawie tyle lat co ja :)

   Powiem Wam, że to nie koniec rewelacji. Ta manufaktura produkuje też klamki, które maluje na tęczowe kolory. Gdy zobaczyłam tę kolekcję, oszalałam z zachwytu...!! :) Rany, jak pięknie muszą wyglądać klasyczne białe czy czarne drzwi z taką oprawą.. Nie wykluczam, że jeśli w przyszłości wymienię drzwi do pokoju i łazienki, kupię takie kolorowe klamki, bo są cudowne, zobaczcie sami..









   Moja Julka zapewne oszalałaby, gdybym jej wstawiła taką klamkę w kolorze purpurowym, albo czarnym.. Ach...rozmarzyłam się........ ;)

   Cieszy mnie, że często korzystacie z moich rad i że przydają się Wam moje opinie o różnych produktach. Osobiście też sobie cenię rady Wasze czy moich znajomych. Nie lubię kupować w ciemno. Lubię firmy sprawdzone, dobre i szanujące klienta. Ta z klamkami z mosiądzu do nich niewątpliwie należy.
Moje drzwi są już wykończone jak należy, co mnie strasznie cieszy, a do końca remontu już bliżej niż dalej ;)
Łazienkę odkładamy na listopad, bo jesteśmy zmęczeni bałaganem. Chcemy choć przez miesiąc pomieszkać w domu bez wszędobylskich pędzli, wiader i szmatek różnej maści..

   W kolejnych postach pokażę Wam nasz nowy, minimalistyczny balkon (minimalistyczny z musu, bo rośliny moje wymarły śmiercią naturalną, gdyż przez stos remontowych śmieci nie miałam do nich dostępu) i pokażę Wam zakamarki mojego ogrodu oraz pierwsze zmiany na budowlanym placu boju ;)

Do następnego razu!! :)


wtorek, 6 września 2016

Ukradli mi zamek

   Dziś rano ukradli mi zamek. Ten, który zawsze widać za oknem mojego domu. Mgła tak gęsto zasnuła świat, że wszystko stało się niemal niewidoczne, a atmosfera panująca za oknem stała się już taka jesienna, nostalgiczna, tajemnicza...
   Mnie ostatnio zajmują malowanie, prace wykończeniowo-remontowe, przygotowanie dziecięcia do czwartej już klasy... Rany, jak ten czas leci.. Wiecie, że gdy zaczynałam pisać blog, moja Julka miała 2 latka, a teraz ma już 10..? :)))

   W chwili obecnej kombinuję, co powiesić na ścianach w pokoju dziennym i korytarzu. Założeniem moim było stworzyć po remoncie wnętrze mniej obfitujące w dodatki, wnętrze jasne i przestrzenne, ale.. jakoś tak nie mogę w pustych czterech ścianach.. ;) Obrazy i detale muszą być. Może w mniejszej ilości i bardziej delikatne, stonowane, ale muszą być.
Wczoraj namalowałam pejzaż, bardzo niewielki. Zamknęłam go w nowoczesnej, białej ramie z Ikea, w białym passepartout. Na ścianie prezentuje się naprawę ładnie. Rzadko wieszam u siebie swoje obrazy, nie wiem dlaczego.. ale..powoli się przekonuję ;)

   Omiatam wzrokiem swoje cztery kąty i zastanawiam się, czego im jeszcze brakuje. Bo wyraźnie czegoś brakuje ścianie z oknami. I wymyśliłam. Wnęki okienne wykończę sztukaterią, również w stylu starych kamienic. Nie będzie to jednak sztukateria styropianowa, z jakiej korzystałam dotychczas. Zastosuję listwy podobne do tych, które zamontowaliśmy na podłodze (wysokie, białe, w angielskim stylu). Myślę, że ściana nabierze charakteru i będzie ładnie współgrać z kuchnią.

   W weekend, jeśli znajdę czas, pojadę do sklepu i rozejrzę się za listwami. Mam nadzieję, że znajdę coś ładnego w przystępnej cenie ;)


   O, a to mój wczorajszy pejzaż...




Dziś będę malować kolejny. Do sosnowej ramki...

Biegnę do pędzla, a Wam życzę dobrego dnia. I witam przy okazji bardzo, bardzo serdecznie nowych rustykalnodomowych czytelników :)))))

piątek, 2 września 2016

Mam drzwi!!

 
   Mam drzwi!! Doczekałam się. Po przeszło czterech miesiącach oczekiwania wreszcie są. Było pod górkę, bo stoczyłam małą walkę.. nie lubię bowiem, gdy klientów traktuje się niepoważnie i lekkomyślnie, ale.. w rezultacie wywalczyłam sfinalizowanie umowy i wykonanie zlecenia. Pan stolarz na szczęście drzwi wykonał fantastycznie. Są drewniane, malowane na biało z delikatnym, satynowym wykończeniem. Widać delikatnie słoje drewna. Drzwi są frezowane, masywne, takie jak w starej kamienicy. Fachowiec odczytał moje intencje w 100% poprawnie. Drzwi są takie, o jakich marzyłam. Jedno skrzydło będzie się otwierać na co dzień, drugie w miarę potrzeb, gdy potrzebne będzie szersze przejście. Jestem oczarowana...
Niestety, przez poślizg z drzwiami nie zdążę wyremontować łazienki. Nie kupiłam nawet wszystkich materiałów, bo nie miałam ich już gdzie trzymać. Już dostatecznie jesteśmy zastawieni ;) Czekałam cały czas na te drzwi, bo kuchnię mam caluśką jak nową - nowe płytki na ścianach, podłodze, pomalowane szafki, nowe uchwyty..wszystko wygląda sterylnie i ładnie.. I żeby skuwać całą łazienkę chciałam móc zamknąć drzwi, żeby kurz nie pokrył mi znów każdego zakamarka w mieszkaniu.. Cóż, łazienkę odłożymy na jesień. Jakoś to ogarniemy, musimy ;)

   Ja mogę zamknąć powoli temat remontu kuchni i pokoju dziennego. Czekałam też na drzwi, żeby ocenić, jaki kolor nadać stołowi barowemu, żeby nie było za mdło.. Teraz już mam pomysł i wiem, co będzie najlepsze. Farby i bejce kupione, niedługo zabieram się do pracy.
   W pokoju dziennym zrobiłam też nowy parapet. Te, które mieliśmy dotychczas, robiliśmy sami z drewna. Teraz taki ciepły, drewniany, za bardzo kontrastował z wnętrzem. Zamówiłam więc biały, kamienny. Firma wstawiła go błyskawicznie (byłam pod wrażeniem czystości pracy i organizacji, chapeau bas..). Pozostało podmalować ścianę.
   O, i mogę wreszcie ukończyć korytarz. Muszę pomalować ściany i zamontować listwy podłogowe. I zawiesić szafkę, lustro.. Z listwami i szafką musiałam czekać na drzwi. Nareszcie nie będę się potykać o listwy, które leżały owinięte kocem na środku dziennego ;)

   Jest co robić, ale teraz to już z górki.. Wkrótce pokażę Wam kuchnię po metamorfozie. Zmiana jest ogromna, szczerze mówiąc mnie samą zaskoczyła ;)

Póki co dzielę się z Wami naszym nowym nabytkiem drzwiowym (widać kawałeczek kuchennych mebli.. ;) ).
 W chwili obecnej czekam na klamki, a te - tak myślę - będą równie piękne... ;)




  Życzę Wam dobrego dnia!! :)

Udostępnij