sobota, 24 czerwca 2017

Metamorfoza mebli holenderskich

   Zgodnie z zapowiedzią dzielę się dziś efektami pracy nad kompletem holenderskich mebli.
Właścicielka postanowiła z wielkiej meblościanki zrobić komodę. Metamorfozie poddałam więc komodę, stół, krzesło i stolik kawowy.
Wszystko poza stolikiem wymagało zeszlifowania dość opornej warstwy lakierobejcy, dlatego nad kompletem mebli pracowałam cały tydzień. Właścicielka zażyczyła sobie, by meble były białe, bez przecierek.
Pracy było sporo (tym bardziej, że po wypadku cięższe prace renowacyjne idą mi raczej mozolnie - tu podziękowania dla pani domu, która pomogła mi w najcięższej pracy, jaką było szlifowanie blatu stołu). Meble wymagały nie tylko dokładnego szlifu, ale też nałożenia wielu warstw farby.

 

To mebelki przed dokonaniem zmian.. (wybaczcie jakość zdjęć, ale robiłam telefonem)








...poniżej w trakcie pracy..









A tutaj już gotowe meble..
*zaproponowałam wymianę uchwytów, bo to moim zdaniem zawsze w znacznym stopniu zmienia oblicze mebelka..














   Właścicielka, obserwując moją pracę, cały czas wyrażała obawy, czy meble w ogóle będą ładnie wyglądać w bieli..."bo one takie stare i nic w nich nadzwyczajnego"... Ja widząc mebel jednak zawsze widzę bryłę, bazę, frezy, kształty listew wykończeniowych i oceniam potencjał. I wiedziałam, że z tą bielą to wyjdzie nam taka fajna, delikatna klasyka ;)))

   Niech wpis ten będzie inspiracją dla tych, którzy się wahają, czy meble holenderskie w ogóle opłaca się malować :)))


W kolejnym poście szerokie kadry naszej kamienicznej kuchni i słów kilka o tym, bez czego w niej obyć się nie mogę ;)
Do następnego razu kochani!! :)


piątek, 16 czerwca 2017

   Niedługo wakacje. Z jednej strony żal mi, bo będę musiała na jakiś czas pożegnać się z całym tym szkolnym ambarasem, z drugiej znowu cieszę się, że będę miała więcej czasu. W planach na najbliższe tygodnie mamy postawienie płotu na działce i wykonanie rustykalnej furtki do tajemniczego ogrodu ;) Już kupiliśmy drzewo do jej wykonania. Nieoheblowane dechy, które będzie trzeba oszlifować. Wymyśliłam sobie, że furtka będzie taka ciut gotycka kształtem, a co z tego wyjdzie, przekonamy się niedługo.
Do mocowania furtki potrzebne były zawiasy. Wiecie, jak bardzo lubię architekturę angielskich cottage. Zawsze podobały mi się drzwi z kutymi, czarnymi zawiasami. Idealne, takie jak z obrazka powstałego w mojej głowie, znalazłam znów u polskiego producenta - strona internetowa dla tych, którzy tak jak ja lubią kute drobiazgi: www.rustykalneuchwyty.pl :) Dwa dni zastanawiałam się nad rozmiarem ;) i w końcu stanęło na dłuższych, by utrzymały masywne drzwi...





 Kupiłam dwa zawiasy. Po dodaniu do koszyka zaczęłam się zastanawiać,czy nie przydałoby się coś jeszcze.. ;)) Znacie to?? :))))))))
I rzeczywiście, pomyślałam od razu o uchwytach do drewnianej szafki.
Szafka uprzednio miała kolor złotego dębu, nie pasowała więc już do nowej kolorystyki mieszkania. Reszta mebli z woskowanej serii powędrowała na wieś, ale komódkę zostawiłam ze względu na niewielki gabaryt i funkcjonalność. Pomalowałam ją farbą w kolorze grafitu, dokładnie ta samą, którą malowałam stół kuchenny. Nie chciałam montować z powrotem starych rączek. Zależało mi, by mebelek zyskał całkiem nowy wygląd. Postanowiłam więc poszukać uchwytów w sklepie z elementami rustykalnymi.
Przyznam, że miałam dylemat, bo strasznie spodobały mi się muszle- nie takie typowe, jakich wszędzie pełno, ale zdobione. Wybór był oszałamiający (tu nadchodzi ten moment, kiedy czuję niepokój i wewnętrzne nieszczęście, bo muszę zdecydować, a najchętniej brałabym wszystko, jak leci :) ), ale w końcu wybrałam. Nie muszle, ze względu na głęboko osadzone płyciny w szufladach, ale uchwyty z rączkami. Ujął mnie ich kształt i surowość.
Zakupy okazały się strzałem w dziesiątkę. Uchwyty meblowe prezentują się świetnie, a zawiasy do furtki są wprost idealne :)))
Ja z czystym sercem polecam Wam sklep Rustykalne Uchwyty. Oferta jest zacna, obsługa bardzo miła, wszystko w ogóle jak należy. Zajrzyjcie, o TU :)))


A to moja nowa-stara komódka...















   Wracając do tematu zakupów w sieci, czy zakupów w ogóle, zdradzę Wam, że mam alergię na obcesową obsługę i naciąganie klienta. Wczoraj przyjechała do nas nowa pralka. Nie jakaś tam zbajerowana, bo ja bajerów nie lubię (powodują u mnie uczucie ogólnego zagubienia) - zwyczajna, która ma po prostu prać. Na obsłudze sklepu i podejściu do klienta niestety bardzo się zawiedliśmy. Niby duża firma, niby poważna, a tu klops. Warunki oferowane przez internet w rzeczywistości okazały się chwytem, a po przebyciu drogi z domu do sklepu z owych warunków nie pozostało nic. Fikcja. Och, nie lubię tak. Cenię sobie uczciwość i odpowiednie podejście do klienta...


Osobiście pozostanę już klientką Rustykalnych Uchwytów. Czeka mnie budowa, renowacja, więc potrzeby będą, a ja się cieszę, że znów mogę wybierać w tym, co POLSKIE :))))

Zdradźcie, jakie macie plany na weekend? Sprzątacie, nadrabiacie jakieś zaległości, czy po prostu będziecie uprawiać słodki chillout??
Ja piję kawę i jadę do klientki. Może uda mi się dziś skończyć pracę nad mebelkami..

Dobrej energii Wam życzę!!


czwartek, 15 czerwca 2017

Niespodzianka "Czterech kątów" i targowe znaleziska

   Taką mi ostatnio niespodziankę sprawiła ekipa "Czterech kątów", o:







W skrzynce na listy znalazłam najnowsze wydanie magazynu z przyklejonymi liścikami, które wywołały u mnie falę radości :) Jako że ze mnie prawdziwie artystyczna dusza (czytaj: zakręcona, czasem do granic niemożebności :D ), dopiero wieczorem, zabierając magazyn ze stołu, zauważyłam swoje imię i nazwisko na okładce ;)))
Redakcji bardzo dziękuję za wspaniałą niespodziankę i dawkę inspiracji!!!!!! :))))))))


   Kilka dni temu wybrałam się na targ staroci. Bez określonego celu (jedynie mąż poszukiwał kilku drobiazgów do ogrodu), ot, po prostu, żeby połazić, pooglądać... Pozbierałam przy okazji wizytówki firm, z usług których być może w przyszłości skorzystamy - stolarza, metaloplastyka, kamieniarza...
Zwykle, kiedy nie planuję zakupów, trafia się coś interesującego. Tak też było tym razem. Przeciskając się między ciasno zastawionymi straganami trafiłam na ramę. Stała bida taka bez wnętrzności - ani lustra, ani obrazu.. Zakochałam się w tej bidzie, bo masywna, szeroka, duża i z pięknym ornamentem. Pędem pobiegłam do sprzedawcy, potargowałam się co nieco i już była moja ;) Oczyma wyobraźni widziałam już obraz w nią ubrany, tylko nie wiem jeszcze jaki. Wczoraj coś tam sobie zmalowałam na próbę, ale to tak jeszcze roboczo...





Nie czyszczę jej za bardzo, bo lubię patynę. Nie dla mnie złoto na wysoki połysk. Szczerze mówiąz zastanawiam się nad tym, czy jej nie pomalować, tak aby pasowała do pokoju dziennego - na kolor grafitowy z jasno-grafitową przecierką.. Cóż, pomysł dojrzewa, czy może raczej kiełkuje ;)))

   Po wizycie na targowisku, brudna i schodzona, wstąpiłam jeszcze do mojego ulubionego English Home. Nie jestem może fanką różowości i pasteli we wnętrzach (wolę podziwiać takie wnętrza u Was, ja się do tego nie nadaję),ale lubię tam czasem pobuszować za drobiazgami. I - ot, nieszczęście - trafiłam na wyprzedaż. Tak tak, wiem, osobiście też nie wierzę w coś takiego jak "wyprzedaż", ale lubię kupić coś w cenie rzeczywistej wartości, nie zaś z niebagatelnym narzutem rodem z kosmosu ;)
Wyszperałam obrusy. Takie ogrodowe, ceratowe, ale jakie cudne!! Wyglądają jak dziergane czy haftowane cuda. Jestem zachwycona, tym bardziej, że za sztukę zapłaciłam coś koło 20 złotych..
Niestety cieszę się w chwili obecnej jednym z nich, bo w drugim już pierwszego dnia mój zdolny małżonek wypalił dziurę ślimakiem na komary :D
Oprócz tych ceratowych kupiłam jeszcze dwa bieżniczki. Och, nie mogę się doczekać, by stworzyć urocze aranżacje i podzielić się nimi z Wami!! :)))




   Chwilowo nie mam czasu, gdyż po pracy jeżdżę do mojej znajomej - podjęłam się renowacji i malowania mebelków do pokoju dziennego. Ciężko mi trochę, bo plecy dokuczają piekielnie, ale moja klientka dzielnie mi pomaga w cięższych pracach, taka kochana jest!!
Niedługo pokażę efekty moich poczynań.




PS  Pamiętam o przepisie na szare kluchy, więc podaję:


Składniki:
- 2 jajka
- 30 dag mąki (daję na oko)
- łyżeczka soli


Jajka roztrzep łyżeczką w dużym kubku z solą i niepełną szklanką wody. Dodaj odrobinę mąki, wymieszaj i wrzuć resztę mąki. Mieszaj energicznie na gęstą masę. Gotowa jest, gdy zaczyna odklejać się od brzegów kubka. W garnku zagotuj wodę. Ma wrzątek wrzucaj ciasto - zgarniaj z kubka łyżką, po kawałku (wielkość kluch wg uznania). Pogotuj ze 2 minutki i gotowe!!



Przepis jest bardzo prosty, ale bardzo go lubię, a kluchy gotuję i do kapuchy, i do zup gulaszowych.. pychota :))) Dajcie znać, jak wypróbujecie :)


Kawa mi pachnie. Mąż postawił na stole przede mną, więc ciężko się skupić........:)))) W kolejnym poście pokażę Wam metamorfozę grafitowej szafki, do zobaczenia!!

:)

czwartek, 8 czerwca 2017

Stara-nowa szafka

   W pokoju dziennym obok pianina miała stanąć witryna z Ikei. Taka metalowa, utrzymana w klimacie loftu. Niestety nie stanie. Za każdym razem, gdy już zamierzałam ją kupić, klarowały się jakieś wydatki. A to wypadek, to znów samochód się spsuł, a to na wycieczkę trzeba było dać małeleństwu.. Cóż, wygląda na to, że jest to marzenie, które się raczej nie spełni. W sklepach witryny prawie wyprzedano, więc mogę zapomnieć. Wrrrr....
W miejscu nie-witryny stanęła więc szafka. Ta z serii woskowanych, którą wcześniej w pokoju miała Julka. Mebelek ma już kilka lat i wymagał delikatnego liftingu. Postanowiłam, że przemaluję go na taki sam grafit, w jaki ubrałam nasz stół kuchenny. Jeszcze tylko wykończenie, lakierowanie i uchwyty. Nie chciałam montować z powrotem starych uchwytów. Zależy mi, by mebelek zyskał zupełnie nowy wygląd. Uchwyty zamówiłam jak zwykle u polskiego producenta. Razem z uchwytami przyjadą do nas kute zawiasy do furtki ogrodowej. Jestem ich bardzo,ale to bardzo ciekawa..

   Poniżej szafka z pierwszą warstwą farby, a niżej w wersji oryginalnej..











   Dziękuję kobietki za przepis na zupę sałacianą. Gotowałam - faktycznie fajna :) 

Zbliża się koniec tygodnia, a ja w planach miałam stawianie drewnianego płotu-pergoli w ogrodzie. Trafiliśmy na dobrych sąsiadów, którzy zgodzili się, byśmy postawili płot przy granicy działki. Jesteśmy zwolennikami intymności, dlatego chcę się ciut osłonić, by czuć się u siebie w pełni swobodnie.
Nie wiem jeszcze, czy uda nam się zacząć prace, bo jak na złość okazuje się, że znalezienie producenta ładnych płotów lamelowych w naszej okolicy graniczy z cudem.. :/ Jest firma, owszem, ale o tej porze roku dysponuje już resztkami, a ja do tych, co się resztkami zadowolą, zdecydowanie nie należę ;) Będę jeszcze szukać w internecie, do upadłego, aż znajdę...

   Powoli zaczynamy szukać zduna. Wiemy już gdzie i jakie kominy postawimy. Teraz trzeba znaleźć fachowca, co postawi nam na wsi piec kaflowy. Pomysł na ten piec mam przedni - chcę w projekcie wykorzystać starą koronę od oryginalnego pieca secesyjnego - to korona zdobyczna, dostałam ją lata temu od cioci, która remontowała stary dom i likwidowała taki właśnie piec. Mąż mój miał gdzieś namiar na dobrego zduna z okolic Głogowa, jednak kieszenie mężowskiego portfela tudzież spodni bywają przepastne, a ich zawartość często ginie w tajemniczych okolicznościach, więc.. jakby..... nie było tematu ;) 

   Biegnę do garów. Zachciało mi się młodej kapuchy z szarymi kluchami. Mniam!! Ktoś chętny...?? :)))


niedziela, 4 czerwca 2017

Życie bez pasji...?

   Czym byłoby dla mnie życie bez pasji..? Pustką..
Od dawna jest tak, że poza wykonywaniem codziennych obowiązków, pracą zawodową, szukam dodatkowych zajęć. Takich, które nie tylko pozwolą mi się realizować, ale też wyciszają, pozwalają się oderwać od szarej rzeczywistości.
Nie wyobrażam sobie na przykład swojego życia bez pasji, jaką jest tworzenie, w szerokim znaczeniu. Choć czasem popadam w marazm, czuję się bezpiecznie ze świadomością, że mam swój "mały świat". Inny od tego codziennego, popularnego. Wolniejszy, spokojniejszy, pełen wartości. I chociaż często czuję, że odstaję od większości (choćby pod względem muzyki, którą lubię..), jest mi z tą innością dobrze.
Maluję, kiedy mam wenę. Maluję też, gdy jest mi ciężko, gdy jestem zła. Maluję, gdy czuję radość, ekscytację. Tworzę, gdy jestem zainspirowana.
Teraz maluję i gram.
Od września realizuję jedno z marzeń z dzieciństwa. Pisałam już, że chodzę na lekcje pianina. Uczę się nadal i po wakacjach chcę kontynuować naukę. Znam już nutki, nauczyłam się kilku czarodziejskich pojęć.. ;) No i zagram już co nieco całkiem całkiem dobrze ;) Najlepiej idą mi walce, choć czasem zdarza mi się też improwizować.. ;)) Poniżej fragmencik takiej właśnie improwizacji :)

https://www.youtube.com/watch?v=Bi_y7o8iTNU

Lubię to :)


   Energią i pasją staram się zarazić Julkę. Od trzech lat tańczy breakdance. Trafiła na świetnego nauczyciela, o którym śmiało można powiedzieć, że to właściwy człowiek na właściwym miejscu.
Owszem, zdarzało się, że chciała zrezygnować, bo zajęcia bywają wyczerpujące.. bo trzeba było chodzić na nie w zimowe wieczory.. bo........ Ale - starając się jednocześnie nie naciskać - zawsze ją motywujemy. Zachęcamy, by chodziła. Bo teraz miewa chwile zwątpienia, ale za kilka lat zapewne będzie nam wdzięczna, że mogła tak wspaniale spędzać czas, spełniać się. Tak trzeba. Motywować dzieciaki do działania. Do rozwijania zainteresowań. Nie przesadnie oczywiście i nie na zasadzie realizacji przez dziecko niespełnionych ambicji rodzica, ale mądrze. Tak, by dziecko samo czuło, że warto robić w życiu coś więcej.
   Julka uwielbia taniec. Lubi zajęcia, grupę, z którą tańczy. I choć czasami zdarzało się marudzić, że "trzeba iść, a tak zimno...", gdy wychodzi na scenę, widzę dumę w jej oczach. Widzę w niej siłę i potencjał. I widzę..pasję....

Poniżej link do filmiku nagranego przez Pana Rafała, prowadzącego grupę. To małe w blond kosmykach, to moje. Najmojeńsze :))) Solówka Julki - od 2:05...


https://www.youtube.com/watch?v=gkhLlORKBtY



   Oprócz tańca zajmuje ją rysowanie. Namiętnie ogląda tutoriale w internecie. Podgląda techniki, inspiruje się. Żal mi czasem wydać dużą sumę na bluzkę w modnym sklepie..bo zaraz wyrośnie, a moda czy upodobanie minie.. ale nie żal mi na przyrządy do malowania czy rysowania. Niedawno na przykład dowiedziałam się czym są promarkery. Julka rysuje nimi takie cuda, że duma rozpiera... Na pasję nie żałuję. Nigdy.















   Sukcesywnie będę się z Wami dzielić tym, co ostatnio namalowałam. Jest tego sporo. Na początek - kwietna drobnica w białym passepartout. Obraz do sprzedania ;)







Dobrej niedzieli kochani!!
:)


Pisała: Dumna Mama :D

środa, 31 maja 2017

Co z tą sałatą...??

   Mam w ogrodzie krzewuszkę, wiecie...? ;)))))))))))))))))
Tak poważnie, bardzo Wam dziękuję, szanowne ogrodniczki. Bez Was pewnie musiałabym przewertować kilkanaście leksykonów, by dowiedzieć się, co rośnie wokół mojego domku ;) Nie znam się jeszcze na drzewach, krzewach i kwiatach, bo i po co się miałam znać wcześniej.. Moja wiedza kończyła się na na tym jak dbać o pelargonie rosnące na balkonie i kiedy przycinać pnącza. Teraz szkolę się szerzej, co by mi to wszystko zielone za płotem nie uschło. Dziękuję za podpowiedzi i wskazówki.

   Powiem Wam dziś, a raczej napiszę, jak kończy się ogrodniczenie takiego świeżaka w temacie uprawy warzywnika, jak ja. Otóż kończy się tak, że liście sałaty wozi się do domu w workach na śmieci.
Sadząc warzywa i zioła uczyłam się. Jak to robić, kiedy. Pomagały mi w tym mama i teściowa, które miały ubaw po pachy. Bo nie dość, że nie wiem co i jak robić, to jeszcze myliłam pojęcia (myliłam; teraz już tego nie robię, bo mam doświadczenie, ha!!). Kiedy mówiłam "sadzę te ziarenka", zaraz zza pleców słyszałam głos mamy: "sieję, nie sadzę". I bardzo dobrze. Jeśli mam być ogrodnikiem, to porządnym, a nie podróbą jakąś, jak ten aromat z powieści Grocholi, "idiotyczny z naturalnym".. .
No i posiałam sobie tak intuicyjnie co nieco. Rzodkiewkę wyrzuciłam niestety, bo cała robaczywa. W jej miejsce mama wsadziła fasolkę. No a sałatę to posadziłam tak obficie, że teraz nie nadążam za zbiorami. Niby mało się wydawało, gdy kupowałam sadzonki... . Lubię ją, owszem, ale w takiej ilości to ja sałaty Nigdy nie jadłam. Jedno jest pewne. Jeśli (nie daj Panie) wybuchnie wojna, sałaty mi na pewno nie zabraknie. Armagiedon mi nie grozi.

   I rosną sobie te moje zieloniuchne... a ja chodzę i gadam do nich i dziękuję, że tak pięknie rosną. Zioła nie wszystkie wzeszły. W sumie nie ubolewam jakoś strasznie, gdyż i tak nie pamiętam gdzie co posiałam.. (kolejna cenna nauka: PODPISYWAĆ!!) Coś mi wyszło za lubczykiem, ale co to to ja za Chiny ludowe..... Ale poczekam, aż podrośnie i po zapachu poznam. Być może.
 W każdym razie cudownie jest móc skrobnąć sobie do obiadu coś z własnego warzywnika. Ostatnio gotowałam zupę na własnej botwince -ach.......!!

Podsumowując: lekcja nr 1: - nie sadzić sałaty w ilości jak dla armii
                                              - podpisywać gdzie co sieję
                                              - w przyszłości zrobić warzywnik na podwyższeniu, by ułatwić sobie pracę, a rzodkiew siać w donicach, by wyprzedzić robactwo i zjeść ją pierwszemu.







   W domu czasami też sieję zielone. Stawiam na kiełki, bo zioła u nas w mieście się nie sprawdzają.. W mieszkaniu mamy za mało słońca, a na balkonie nie sadzę ze względu na kurz i pobliską jezdnię. Kiełki uwielbiam i to nie tylko w okresie wielkanocnym...


Naczynie ceramiczne: Aleja Kwiatowa


   Idę do garów. Pichcenie kiedyś było niekoniecznie przyjemnym obowiązkiem. Teraz stało się odskocznią, sposobem na odprężenie. Lubię to.
Trzymajcie się ciepło!! :)

niedziela, 28 maja 2017

   Weekend spędziliśmy na wsi. Chociaż nasz domek przypomina ruderę, przez którą przeszło tornado, miło było się napić kawy w ogrodzie wśród ptasich treli i pierwszych promieni słońca. Ba, wreszcie się trochę opaliłam!! (dotychczas nie miałam gdzie).

   Niedawno zrzuciliśmy strych. Zlikwidowaliśmy prawie cały. W domu brzydko pachniało stęchlizną, wilgocią i jeszcze czymś..bliżej niezidentyfikowanym ;)
Kiedy zaczęliśmy rozbierać górę, okazało się, że pod płytami na podłodze wysypany był żwir. To z niego właśnie ten zapach.. Kiedyś ocieplano w ten sposób domy. Dziś nie do końca rozumiemy dlaczego tak budowano, choć z opowieści innych ludzi wiemy, że w trudnych czasach budowało się z tego, z czego się dało. No i oto efekt. Żwir i belki-sklejki. No właśnie..tu kolejna niespodzianka. Kiedy odsłoniliśmy belki stropowe, okazało się, że kilka jest tak spróchniałych, że same niemalże spadły na ziemię, a inne nie stanowią całości - są to belki łatane w połowie, zbite deskami. I w każdej belce milion gwoździ...
Prace budowlane wykonujemy sami. To znaczy mąż, ja i nasze mamy. Żadnych budowlańców. Niektórzy zapewne mają nas za wariatów, ale.. kiedy trzeba ciąć koszty i nie ma się cierpliwości do zrzędzących i niezadowolonych ludzi, to się buduje samemu ;) Ja jestem zaledwie pomocnikiem na zasadzie "przynieś, wynieś, pozamiataj", bo po wypadku dźwigać nie mogę, a plecy "wysiadają mi" po piętnastu minutach kucania nad chwastami... Ubolewam strasznie, bo uwielbiam demolkę i sama bym już tym młotem tam.. ale nie dam rady. Nawet wchodzenie po schodach jest od wypadku bolesne, więc odpuszczam. I przynoszę, wynoszę i pozamiatuję ;)))
(o ranyy...jak cudownie pada...i burza jaka wspaniała....!!!!!)

   Oprócz tego, że rozebraliśmy strych, zburzyliśmy też jedną ścianę. Była to ściana przy piecu i trzeba było się jej pozbyć, by zrobiło się miejsce pod nowy komin. Ze ściany odzyskaliśmy kilka cegieł. Będą pod budowę kominów. Jeszcze dokupimy gdzieś z rozbiórki jakieś milion dwieście... ;))
Uniknęliśmy póki co problemu z gruzem i żwirem, bo wszystko ląduje w piwnicy. Zasypujemy ją, bo jest bardzo mała i tak zawilgocona i nieprzyjemna, że nie było sensu jej zostawiać.

   Teraz w domku powstało jedno duże pomieszczenie - straszny kuchniosalon. Straszny, bo na środku stoi komin krzywy jak diabli (że on się jeszcze trzyma i jest szczelny...) i zniszczony niemożebnie.. no i teraz nad głowami mamy dach, obity od wewnątrz panelami powyginanymi niczym fale Dunaju. Widać też belki, które stanowiłyby doskonałe tło dla horroru jakiego.. ;) Ale.. póki co musi tak być. Jak dobrze pójdzie, za jakiś czas będziemy wymieniać dach, a jak wymienimy, to już będzie z górki.

   Na razie jest ciut strasznie. Nawet nowe koleżanki Julki nie bardzo chcą przekraczać próg domku ;)) Ale.. nie wszystko od razu. Dom ma się rodzić powoli, powolutku dojrzewać jak dobre wino ;)
 
   Wczoraj rano siedziałam przed domem w piżamie. Jak ja o tym marzyłam!! :)))) Piłam kawę i rozmyślałam, jak tu kiedyś będzie. Jak będzie wyglądał dom, weranda, ganek.. jak zaplanuję ogród.
W ogrodzie brakuje mi wysokich drzew i ciemnego koloru. Prawie wszystko, co rośnie po reprezentacyjnej części, jest jasno-zielone, takie jakby wypłowiałe w słońcu. Muszę to przełamać jakimiś krzewami w ciemnym kolorze. I posadzić kilka świerków, jodeł.. Teraz część, którą będziemy widzieć w przyszłości z salonu, jest taka jakaś...hmm...bez wyrazu trochę. Więc planuję, obmyślam...
Z moich roślinek, które posiałam wiosną, wzeszły już malwy, maciejka i ozdobny groszek. Powoli zakwitają piwonie. W rozkwicie jeszcze ich nie widziałam...

   Dopóki dom nie zyska nowych ścian i dachu, staram się w każdym kącie wcisnąć coś, co będzie cieszyć oko...
Przy okazji robienia porządków doszłam do wniosku, że trzeba zamieścić na blogu post wyprzedażowy, bo mam trochę cacuszek do sprzedania. Jesteście zainteresowani..??





   O, to nasza ruderka, czyli mniej okazała część kuchnio-salonu... ;)))





   W ogrodzie zakwitły rododendrony...



...i drzewko - "coś".. pomożecie..?? :))




   Z kiermaszu w Siedlisku przywiozłam wspaniałości, którymi obdarowała mnie pani Basieńka, moja nowa znajoma :) w której pomimo dużej różnicy wieku odnajduję bratnią duszę :) Więcej w kolejnym poście. A tu bylinka - przetacznik. Pani Basiu, przyjęła się!! :)))





Biegnę szykować się do pracy. Wam życzę pogodnego dnia!! :)))))
 

czwartek, 18 maja 2017

Coś pękło...?

   Nad napisaniem tego postu zastanawiałam się dość długo. Nie bardzo lubię pisać publicznie o swoich emocjach, odczuciach, związanych z codziennym życiem, funkcjonowaniem. Jednak zdecydowałam podzielić się z Wami tym, co myślę, w nadziei, że Wy, moi drodzy czytelnicy, czujecie podobnie, macie podobne doświadczenia, rozumiecie.. i że jesteście z tej samej gliny ulepieni co ja - podobnie wrażliwi na zło, przeciwni temu, co przeczy zwyczajnym ludzkim zasadom.

   Ostatnio czuję się zmęczona. Nie pracą, nie sprawami codziennymi, ale życiem w ogóle. W szczególności męczą mnie ludzie. Zawodzę się na nich coraz częściej i jakby..jakby coraz więcej widzę, zauważam..? Mam wrażenie, że ostatnimi laty patrzyłam na świat przez różowe okulary. Teraz się potłukły czy jak..bo ciągle coś mnie złości... Chodzę czasami struta, jakby mi to życie całkiem przestało smakować. Dlaczego...?
Zawodzą mnie ludzie, tak jak wspomniałam. Nie pojmuję niektórych zachowań, ich przyczyn.. Nie rozumiem mechanizmów.
Nie godzę się brakiem wartości. Nie trawię ludzi złośliwych, którzy nie potrafią panować nad emocjami i we wszystkich i we wszystkim dopatrują się spisków i zła. Nie godzę się na brak kultury osobistej. Nie zniosę stania w kolejce za młodym facetem żującym gumę z otwartą buzią i ciamkającym mi nad uchem. Nie zniosę młodych panienek, które wyciągają spracowane matki na zakupy, wybierają najdroższe buty i jęczą, że tych tanich (które matka niesie w nadziei, że uda się namówić dziecię i że starczy tym samym do wypłaty) nosić nie będą, bo tylko te za 400zł wyglądają dobrze. Nie mogę słuchać gadania młodych ludzi, że "tu pracować nie będą, bo nie będą rypać za marne grosze.." - tymczasem wiem, że nigdy wcześniej nie skalali się ciężką, ba..żadną pracą, a wyrażają takie opinie.. Nie toleruję mówienia o ludziach będących pod wpływem alkoholu "ten pijak, menel, nic nie wart".Nigdy nie powiedziałabym o alkoholikach w podobny sposób, bo mam w sobie zrozumienie. Nie godzę się na przebywanie w obecności kobiet nielojalnych, które kręci kokietowanie czyjegoś męża, ojca. Babek, które nie mają wartości, nie wyznają zasad, nie znają granic dobrego smaku, nie potrafią wykazać się taktem. Nie toleruję facetów, którzy mając u swego boku wartościową kobietę, wciąż szukają wrażeń. Nie zaakceptuję koleżanki, która szczyci się tym, że faceta, z którym obecnie jest, odbiła innej kobiecie. Nie mogę zdzierżyć ludzi zazdrosnych, którzy sami nie mają pomysłu na siebie a Tobie najchętniej podłożyliby nogę, żebyś się przewrócił/-a i straciła to, na co ciężko pracowałeś/-aś. Nie lubię tych, co są niezadowoleni z życia, jednocześnie nie robiąc nic, by to zmienić. Nie mogę przeżyć tego, do czego czasem ludzie są zdolni dla kasy. Tracą rodziny, więzi, których nigdy i nigdzie nie jest się w stanie niczym innym zastąpić, tylko po to, by zabłysnąć przed znajomymi wypasionym mieszkaniem na modnym osiedlu..
   Jest we mnie tyle zła ostatnio. Sama się na siebie wściekam, bo nie chcę tak. Chcę cieszyć się życiem tak jak dawniej, przestać się przejmować tym wszystkim..czy to widzieć, tak po prostu.. Ale nie godzę się na świat bez zasad i wartości.
Staję się aspołeczna, bo coraz trudniej jest mi nawiązywać relacje z ludźmi. Może mam za duże oczekiwania..nie wiem sama.. Lgnę do osób starszych, wychowanych według "starej szkoły". Kulturalnych, wartościowych, niezmanierowanych. Takich, dla których w życiu liczy się coś więcej niż pieniądz i szpan. Takich, którzy potrafią mnie szanować taką jaką jestem, nie próbując się jednocześnie po części stać mną, robić dokładnie to co ja w życiu, "bo to się sprawdziło".
 
   Niedawno spędziłam wspaniały czas z paniami Anną i Dorotą Sztaudynger. Siedząc znów przy słynnym stole w Koszystej popijałyśmy herbatę rozprawiając o swoich przeżyciach. Pani Ania znów zaszczyciła nas wspaniałymi opowieściami, a ja uwielbiam jej słuchać. Kocham jej poczucie humoru, to, jak się wypowiada, a przede wszystkim jej samokrytycyzm. Dorota (wnuczka pisarza) z kolei jest osobą tak ciepłą, że gdybym mieszkała bliżej, wpadałabym na herbatę natrętnie, by chłonąć jej pozytywną energię. Uwielbiam spędzać czas w ich towarzystwie. I w towarzystwie Joli z Mazur, i tego całego tam mazurskiego towarzystwa..które ma w nosie to, kto czym jeździ i ile na co wydaje. Normalni, prawdziwi, szczerzy ludzie, którzy nie muszą próbować się przypodobać i nadskakiwać, by zyskać aprobatę czy sympatię innych, w tym wypadku nas, z dalekiego miasta w nie aż tak pięknym zakątku Polski ;) No i oni wszyscy (no, prawie..) starsi ode mnie, a ja młodsza od nich. Ale jakby byli moimi rówieśnikami. Wyznajemy podobne wartości, widzimy świat podobnie.

   Jestem jakaś inna.Odstaję, tak czasem czuję.. Ale czy to dobrze,czy źle..? Nie wiem już sama.. W głębi ducha myślę, że to dobrze, a rzeczywistość czasem pokazuje, że lepiej wtopić się w zachowania ludzi spotykanych na co dzień.
Jestem jaka jestem. Jestem wrażliwcem. Nie potrafię krzywdzić innych. Nie umiem szpanować tym, co mam. Może dlatego, że zdobyłam, zdobyliśmy to własną pracą..? Nie wiem.. Nie potrafię  być arogancka, wyrachowana.
   I to nie tak, że ostatnio nie cieszy mnie nic. Nie nie.. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek z Was zrozumiał mnie źle. Nadal mam w sobie wrażliwość, wewnętrzną radość i dziecko, które cieszy się i płacze na widok rozkwitającego bzu w ogrodzie. Tylko mój próg cierpliwości na ludzkie zachowania znacznie się skurczył. Kiedyś bardzo zabiegałam o to, by wszyscy mnie lubili. Teraz doszłam do takiego momentu w życiu, że sama wybieram, który kontakt jest dla mnie wartością, a resztę zostawiam za sobą, upłynniam, nie patrzę, nie widzę, nie chcę...

Kiedyś wypowiedziałam życzenie dotyczące ogrodu i..spełniło się. Więc teraz też sobie czegoś zażyczę. Życzę sobie nie czuć się odosobnioną. Chcę spotykać ludzi myślących jak ja. Chcę odzyskać wiarę w ludzi, po prostu..


   Ciekawa jestem, czy jest wśród Was ktoś, kto czasami czuje się równie wyobcowany...??

Tymczasem uciekam do robienia porządków. W kolejnych postach podzielę się z Wami wrażeniami z kolejnej edycji Święta Bzów w Siedlisku, pokażę, co zmalowałam i rewolucje, jakie dzieją się w leśnym domu i coraz to bardziej barwnym ogrodzie.
Mimo wszystko z uśmiechem.... :)




wtorek, 2 maja 2017

Zakopane - czyli urlopuję się i nie dam się naciągnąć na "owoce leśne" ;))

   Weekend majowy powoli dobiega końca, a my od niedzieli urlopujemy się w Zakopanem.
Po raz drugi zakwaterowaliśmy się w willi Tatiana, tyle że tym razem padło na Tatianę Lux. Pamiętacie mój wpis sprzed dwóch lat? (niewtajemniczonych odsyłam:KLIK)
Wówczas mieszkaliśmy w cudownym apartamencie w Tatianie Premium.
Dlaczego tu wróciłam? Bo jest przepięknie, miło, domowo, bardzo czysto, a podczas poprzedniego pobytu w Tatianie stwierdziliśmy, że wreszcie znaleźliśmy "nasze" miejsce. Różnica w pobytach jest taka, że podczas poprzednich odwiedzin odzyskiwałam wiarę w marzenia i bardzo, ale to bardzo zapragnęłam domu na wsi. Teraz jestem tu ponownie, ze świadomością, że mamy już swoje miejsce pod lasem. Teraz jedynie czerpiemy inspiracje i kolekcjonujemy pomysły na budowę i aranżację leśnego domku. Ot, dowód na to, że warto wierzyć..........





   Wczoraj mieliśmy cudowną pogodę. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura zachęciły nas do wyjścia w góry. Niestety nie doszliśmy za daleko, bo w pobliżu Sarnich Skał na szlaku zalegał śnieg i bardzo śliskie błoto, a spotkany po drodze górski przewodnik ostrzegł nas, że dalej śnieg jest zamarznięty i trzeba bardzo uważać podczas schodzenia w dół. Zawróciliśmy. Tak czy inaczej, trochę pochodziliśmy. Zaczerpnęliśmy leśnego powietrza, słońca, posłuchaliśmy szumu strumyków, trochę się zmęczyliśmy i szczęśliwi wróciliśmy do hotelu.
   Zawiedliśmy się niestety na naszej karczmie, w której się ostatnio stołowaliśmy. Jedzenie już nie to samo, jakby okrojone porcje.., brak "czekadełek" i śmiejącego się na cała chałupę kelnera - a na właśnie czekała Julka.. Zamówiłam bigos, w którym pływało coś na kształt grzyba, ale bez smaku zupełnie. Klimat też już nie ten. Trzeba było więc szukać nowego miejsca.
Kuzyn polecił nam jadłodajnię o nazwie.. hmm.. "Babcia tu jest szefem" czy jakoś tak.. ;) Jak się okazało, spacer na obiad był przeszło godzinną wyprawą, w dodatku - a jakże - pod górkę. Kiedy doszliśmy na miejsce i zobaczyliśmy kolejkę przed lokalem, ogarnął nas głęboki smutek ;) Nie było jednak mowy o powrocie. Wcisnęliśmy się do stolika między innymi gośćmi i zjedliśmy naprawdę fantastyczny obiad w rozsądnej cenie. Dziś pewnie tam wrócimy, bo warto. Choćby po to, by raz jeszcze przeczytać menu ;))

   Szerokim łukiem omijam oblegane restauracjo-podobne twory na Krupówkach. O moich ostatnich przygodach można przeczytać TU.  Już nie dam się namówić na deser "owoce leśne" w postaci galaretki z kiwi. Jestem już mądrzejsiejsza i zanim coś gdzieś skonsumuję, robię wstępny rekonesans wśród bliższych i dalszych znajomych ;)
Dziś wybieram się do Małej Szwajcarii, którą poleciła mi Jola z bloga Żyjąc z pasją.


   Dzisiaj pogoda nie rozpieszcza. Nad górami wiszą ciężkie chmury i pada przelotnie. Wybierzemy się może na spacer łagodnym szlakiem. Jeśli złapie nas deszcz, odziejemy się w stylowe przeciwdeszczowe worki na śmieci. Yyyy..przepraszam. Worki na ludzi ;))


Póki co praktykuję chilloucik. Jak zwykle z kubkiem kawy, który zapewne za lat kilka przyrośnie mi do dłoni ;)








Poniżej widok z sypialni. Tak pięknie było wczoraj o piątej nad ranem...




   Mam nadzieję, że i Wam majówka mija przyjemnie. Przesyłam pozdrowienia!!

piątek, 28 kwietnia 2017

Komentarze na blogu i uczciwa reklama

   Kochani, dziś słów kilka na temat moderacji komentarzy i reklamy.
Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem napisania tego postu. Jak zapewne zauważyliście, od dłuższego czasu Wasze komentarze pojawiają się tu z opóźnieniem. To dlatego, że mam włączoną moderację. Nie po to, by wybierać komentarze czytelników, lecz po to, by odrzucać nachalne reklamy. Coraz częściej pojawiają się tu komentarze opatrzone imieniem, czasami nawet nie nawiązujące stricte do tematu mojego wpisu, które są reklamą - są podlinkowane do stron www. Jest to rodzaj ukrytej reklamy, której nie akceptuję. Dlatego tego rodzaju wpisy od razu usuwam.

   Nie mam nic przeciwko reklamie, ale uczciwej. Kieruję więc słowa do firm, które się tu czasem niby-incognito udzielają. Jeśli są Państwo zainteresowani zareklamowaniem swoich produktów na moim blogu, bądź przekazaniem mi czegoś do zaopiniowania, wypróbowania i ewentualnego polecenia moim czytelnikom - zapraszam do kontaktu mailowego: rustykalnydom@wp.pl. Bądźmy uczciwi, po prostu.

   Ja, biorąc pod uwagę ilość odsłon bloga, która często przekracza 1000 wejść dziennie, pozostaję w nadziei, że są tu jeszcze prawdziwi czytelnicy, nie reklamodawcy, ale prawdziwi i uczciwi ludzie, którzy czytają, bo znajdują tu w jakiejkolwiek postaci wartościową treść.

   Przepraszam, że tak dosadnie, ale jestem babką z zasadami ;)

Pozdrawiam wszystkich Prawdziwych Czytelników :)))

środa, 26 kwietnia 2017

Się zieleni...

   W przerwach pomiędzy opalaniem starych drzwi, robieniem porządków i szlifowaniem starych desek, biegam z aparatem po ogrodzie. Malutkimi, malusieńkimi krokami poznajemy siebie nawzajem. Bacznie obserwuję rośliny, które jak grzyby po deszczu, pojawiają się przed domem. Stwierdzam, że w moim ogrodzie jest prawie wszystko to, co kocham - sasanki, ostróżki (które jeszcze nie kwitną), niezapominajki kojarzące mi się z niedzielnymi spacerami po Siedlisku, cudowne anemony, prymule, drobne bratki... Rosną sobie, spozierając spod okazalszych krzewów, a ja gadam do nich jak wariat jakiś..

   Trochę mnie ostatnio nerw wziął, bo kilku osobom zaczęły przeszkadzać stare drzewa w lesie, w skutek czego ten przerzedził się nieco. Szlag mnie jasny trafia, bo osobiście wolę nie mieć słońca, niż wycinać piękne, wiekowe sosny. Ale są ludzie i "ludzie"... W każdym razie nade mną ktoś czuwał, bo przyjechaliśmy na wieś akurat w momencie wycinki. Spytałam panów co się dzieje, opowiedzieli o jakiejś petycji.. kwitując, że żal im takie drzewa ciąć. Powiedziałam, że mnie one w niczym nie przeszkadzają i moich niech nie tną. Posłuchali. Przynajmniej kilka sztuk za moim płotem się ostało...


   Dziś dzielę się pstrykami ogrodowych rozweselaczy, spójrzcie jakie cudne..... :)))


Papierówka zaczyna kwitnąć. Kwitnącej jej jeszcze nie wiedziałam..



Ciemiernik...










...i cudny anemon, który o zachodzie słońca jakby troszkę się wstydzi.. ;)










Drzewka, które rosną przy wejściu na działkę, zakwitły cudownie na fuksjowo. Nie wiedziałam co to za roślina, ale wspomogły mnie koleżanki-ogrodniczki. Okazało się, że to porzeczka krwista...



   Dziś siedzę w mieście, a małżonek szanowny wyżywa się na wiejskich sufitach - rozbiera je, bo za bardzo tam "pachnie" stęchlizną. Roboty jest strasznie dużo. Mimo że w rezultacie i tak będziemy stawiać nowe ściany i robić nowy dach, teraz odsłaniamy strych, by przewietrzyć kąty i co by nie struć się pleśniami i innymi paskudztwami do czasu rozpoczęcia budowy.

   Dobrego popołudnia życzę!! :)


niedziela, 23 kwietnia 2017

Pokój prawie-nastolatki i rozmowy matki z córką

   Idziemy we dwie przez park. Do szkoły. Tej samej, tyle że ja do pracy, Julka zdobywać wiedzę.
- Mamuś, grzywka zasłania mi oczy!! Nic nie widzę.
- I tam.. nie widziaj. Świat jest taki brzydki o tej porze roku...
Innego dnia (idziemy w trójkę, dorośli rozmawiają o mało przyjemnych sprawach):
- Ciekawe czy w tym roku będzie jakiś zwrot z podatku...
- A co to znaczy? - wtrąca się małe.
- To znaczy.. oj nie będę ci tłumaczyć teraz, bo nie zrozumiesz.
- Bo jestem niekumata??
;))))
Gdyby tak ktoś nas posłuchał.. Córka i matka po jednych pieniądzach. Obie postrzelone. Obie zakręcone jak domek ślimaka albo baranie rogi (porównania te usłyszałam od naszej wiceprezydent, od razu zapożyczyłam).
Lubię te nasze rozmowy. W domu, podczas drogi do..lub z... Jeszcze niedawno wybierałam sukienusie na bale przebierańców. Dziś mam w domu prawie 11-letnią dziewczynkę. Choć czasem trzeba znosić dziewczyńskie fochy, lubię ten czas. Lubię to, że możemy już porozmawiać o czymś. Wymienić opinie, pośmiać się z czegoś. Boję się, że ten czas szybko minie. Niech więc stanie. Choć na małą, malusieńką chwilę........



   Dzielę się dziś pstrykami z pokoju Julki. Ujęcia jeszcze bez tapety. Następnym razem pokażę, jak wygląda z tapetą, którą położyliśmy na pasie ściany między oknami i na całej przeciwległej ścianie. Jeszcze brakuje parapetów, listew podłogowych..jeszcze nie wszystko powieszone, zamontowane, ale.. na wszystko przyjdzie czas.

Oto pokój po remoncie.
Podłogę Julka wybrała sama. Jest podobna do naszej, ale bez przecierek. Tak chciała -  ok ;) Ściany i belkę sufitową pomalowałam matową bielą. Doszła nowa lampa, łóżko, hamak.. Szafę pomalowałam na biało, a szyby zakleiliśmy okleiną meblową, bo jedna z nich podczas prac remontowych pękła. Kiedy wybudujemy domek, witryna powędruje na wieś, a w jej miejscu pojawi się szafa z zabudowie, pewnie z wielką taflą lustra - elementem, bez którego pokój nastolatki nie ma prawa bytu ;)









   

   Ciężkie, drewniane meble również wyjechały z pokoju. Biurko wystawiłam na sprzedaż, bo potrzebne było większe, by zmieścić lampkę i monitor. W mebelkach wiszących postawiłam na różnorodność w strukturze frontów. W słupku zamontowaliśmy fronty 3d. Efektem jestem zachwycona, a Julka jeszcze bardziej...





   Nie obyło się bez pozostawienia elementu pluszowego. Kilku członków ekipy zostało z nami. Od lewej: Toto, Kulik, Pandziulek, Edek. Poldek się nie załapał...





   Znajomi czasem pytają mnie, czy nie tęsknię za klimatem drewnianego domku..i czy mi w tych bielach dobrze. Powiem Wam, że dobrze. Bardzo dobrze. Jest cudownie świeżo, energetycznie, czysto. Dom wcale nie stracił klimatu. Czasem przytargam ze sklepu jakiś nostalgiczny drobiazg, który ociepla wnętrze. Bo rodzi się ono powoli, sukcesywnie. Nabiera smaku, wyrazu, charakteru. Tylko trzeba cierpliwości...










   Wczorajszy dzień spędziliśmy na wsi. Calutki. Nie ma jeszcze warunków do tego, by tam nocować, ale już sam fakt, że mamy gdzie spędzić dzień wolny od pracy, cieszy mnie niesamowicie. Polubiłam to całe poranne pakowanie balastu - zapełnianie kosza smakołykami, szykowanie ubrań, nasion kwiatów, na które przyszła kolej...
Uwielbiam przebywać w naszym ogrodzie. Choć wymaga jeszcze sporo pracy, udało nam dokonać zmian, czyniących go bardziej naszym. A gdy pogoda płata figle - ostatnio temperatura oscyluje w granicach 3-8 stopni - siedzę w domu i grzeję się przy piecu. W pokoju stoi stara koza. To nią się na razie ogrzewany. Czasem uchylam drzwiczki, by wpatrywać się w tańczący weń ogień. Słucham trzaskania drewna, śpiewu leśnego ptactwa i ciszy. Kocham te chwile.



   Cieszę się, że spodobała się Wam moja tapeta i że link do sklepu okazał się przydatny. Osobiście też lubię korzystać z poleceń różnych miejsc w sieci, sprawdzonych i z dobrym asortymentem. O, gdybyście na przykład znali jakieś fajne sklepy z sadzonkami drzewek (w dolnośląskim, ew.lubuskim) - dajcie znać, chętnie skorzystam z oferty sprawdzonego miejsca.

   Jako że za oknem prawie-zima, chętnie siedzę w domu. Po pracy i odhaczeniu obowiązków owijam się ciepłym kocem i oglądam filmy kostiumowe. Wpadłam w jakiś letarg, bo nie bardzo mam ochotę tworzyć, ale doświadczenie nauczyło mnie, że kiedy tej ochoty nie mam, nie powinnam się za nic zabierać, bo choćbym stanęła na rzęsach, i tak nie zmaluję niczego, co spełni moje oczekiwania. No cóż, nie jestem ideałem i też czasem cierpię na "niechcemisię" ;))

Biegnę do kuchni, bo rosół już dochodzi. Uściski Wam przesyłam mocniaste!! :)))

Udostępnij