poniedziałek, 6 lipca 2015

Krajobrazy dla Anety:)

  Anetko kochana, na Twoją prośbę wrzucam kilka pstryków z trasy na Giewont.
W większości fotografuję góry, choć na szlakach najbardziej fascynują mnie gęste zagajniki z wąskimi ścieżkami uwitymi z mieniących się w promieniach słonecznych kamieni. Jednak idąc taką trasą nie wyjmuję aparatu - zwyczajnie chwytam chwile... :)

Mam nadzieję, że uśmiechniesz się na widok znajomych miejsc...


















sobota, 4 lipca 2015

Fenomen Krupówek i Lekarz

   Tak się nieszczęśliwie złożyło, że swój pobyt w górach zaczęłam od choroby.
Rozłożyło mnie kompletnie. Najpierw lekki ból gardła, później bóle głowy, stawów, osłabienie, wreszcie silny ból gardła. Nie jestem z tych, co biegną do przychodni gdy wiatr zawieje. Zawsze najpierw kuruję się domowymi środkami (rozgrzewam się malinami, jem czosnek - wówczas cały dom nim pachnie, wątpliwa przyjemność..) a jak nie pomaga, łykam coś w rodzaju Gripexu albo innej aspiryny.
Tym razem wiedziałam, że domowe sposoby nic a nic nie zaradzą. Któregoś ranka wstałam z takim bólem gardła, że chciało mi się płakać. Zapadła decyzja - jedziemy do lekarza.
Tu, w Zakopanem, w szpitalu, przyjmuje tzw. "lekarz dla turystów". No więc pojechaliśmy.
Poczekalnia świeciła pustkami, więc myślałam, że nie będę musiała długo czekać. A jednak. Swoje musiałam "wysiedzieć" niczym kurka na grządce.
Kiedy wreszcie do gabinetu wszedł lekarz, postanowiłam zapukać i zapytać, czy mogę wejść. Obleciałam wcześniej wzrokiem drzwi i ściany w poszukiwaniu jakiejś kartki z informacją, że "należy czekać na wezwanie lekarza". Niczego nie było, więc zapukałam. Od biurka doleciał mnie naraz donośny, ociekający wściekłością głos: "Proszę czekać! Ja zawołam!!". OK. No więc czekam.
Gdy wreszcie pan doktor mnie zawołał, zapytał co się stało. Opowiedziałam krótko o dolegliwościach (szybko, bo mnie jeszcze wyprosi..), a ten zajrzał mi do gardła (a właściwie to przez ułamek sekundy rzucił okiem) i zawyrokował: Angina że hoho. I jak nie zacznie mnie bruzgać za to, że nie przyszłam wcześniej, bo choroba już rozwinięta... No dobrze, ale - pomyślałam - czy gdybym przyszła wcześniej, nie narzekałby, że baba przyszła z lekkim przeziębieniem...??
Zapisał antybiotyk, jeszcze inne leki wspomagająco-chroniące i kazał się oszczędzać. Oszczędzać. W GÓRACH. Gdy przyjechałam właśnie po to, by się męczyć!!
Na końcu jakże uroczej wizyty zapytałam, czy doktor wie, czy ta apteka po lewej, która jest w pobliżu szpitala, będzie dziś (bo to było w niedzielę) czynna. Na to lekarz - UWAGA:
"No przecież krzyż to się na niej świeci tak mocno, że trudno nie zauważyć (ale czy ja sugerowałam, że ją słabo widać...??), a czynna to jest przecież już od trzech lat!!" Aaaaaaaaaaaaaa!! Ależ ja głupia jestem!! No jak - JA, mieszkająca na Dolnym Śląsku, mogę nie wiedzieć, że apteka przy ulicy Iksińskiej w Zakopanem otwarta jest juz od trzech lat.........??!!!!!!!!
Wychodząc z gabinetu zobaczyłam kolejną oczekującą pacjentkę. Minę miała nietęgą. Pyta mnie: "I jak, wredny jakiś, co?" Na co ja odpowiadam, już ze stoickim spokojem i uśmiechem (chyba z ulgi), że jej serdecznie współczuję:)

Antybiotyki postawiły mnie na nogi już po dwóch dniach. Albo to ja czułam się podświadomie "postawiona", bo tak bardzo chciałam iść na szlak... .
Dwa dni spędziliśmy oszczędzając moje siły, snując się bezwiednie po Krupówkach. Dziwne to miejsce. Ale w tej swojej dziwności ciekawe. Szczególnie gdy się zasiądzie z obiadkiem gdzieś za szybką, z widokiem na przelewające się tu i ówdzie tłumy turystów - czy Ceprów, jak wolą miejscowi.
O turystach i moich obserwacjach powstanie osobny post;)
Dziś chciałabym o jedzeniu.

   Otóż znaleźć dobre miejsce do spożywania posiłków (obiadów, deserów) w miejscowości turystycznej graniczy z cudem. Co sprytniejsi przed wyjściem "na miasto" pobuszują w internecie, poczytają opinie i trafiają do polecanej restauracji. Ja już nie opieram się na opiniach innych ludzi, bo są gusty i guściki. Kiedyś jedni (nad morzem) polecali nam rybkę - taka świeża!! pycha... . Świeża pycha-ryba okazała się być zdechłym kotletem, niedosmażonym (musiałam prosić o dosmażenie, bo panierki nie złapało i surowa była), w dodatku przyszło nam jeść plastikowymi sztućcami na papierowych talerzach..nie...nie talerzach tylko zagniecionych w prostokąt kartonikach.
CO TO ZA MODA???!! Nie lubię, gdy turystów z góry traktuje się jak bydło, które wejdzie, staranuje, zabrudzi, na koniec beknie i przy odrobinie dobrej woli może zapłaci. Owszem, można takie podejście tłumaczyć tym, że są ludzie i ludziska i że niektórzy turyści faktycznie - delikatnie rzecz ujmując - nie potrafią się zachować. Ale dlaczego się generalizuje..?
Tu, w Zakopanem, kilka dni temu także zostałam potraktowana jak.... Boże...nawet nie umiem określić JAK. Otóż wybraliśmy się pod wieczór na deser. Weszliśmy do jednej z góralskich restauracji (wyglądającej dość elegancko) i zamówiliśmy desery - Pucharek "Owoce leśne z bitą śmietaną". Mój błąd, że nie spytałam, jakie to leśne owoce znajdą się w moim pucharku... choć na zdrowy rozsądek - mogłyby to być jagody, jeżyny, albo poziomki... . Ale nie. W Zakopanem w lesie rosną KIWI. Tak. Dostałam kiwi i truskawkę, pokrojone w kostkę, polane wątpliwej jakości białym bitym czymś. Owoce leśne - kiwi i truskawka. Brawa dla układającego menu!!!!

   Swoją drogą, gdy otrzymałam to to, zaczęłam się zastanawiać, czy wyglądam jakoś... zaściankowo..? A może właściciele lokalu w ogóle mają Ceprów za mało rozgarniętych cudaków z miasta, co mylą psa z kozą, a gdy słyszą wycie krowy rozglądają się po koronach drzew szukając źródła dźwięku............???
Dla tych, co się wybierają do Zakopanego - polecę Wam karczmę, gdzie na pewno dobrze zjecie, nikt Was nie oszuka i gdzie poczujecie się jak w domu - Karczma Bacówka. Gdy wchodzicie na Krupówki od dołu, to są na samej górze po lewej, prawie na końcu.
PS. Nie jest to post sponsorowany, nie jadam w Bacówce za darmo (niektórym to zapewne przez myśl przejdzie) - płacę jak wszyscy, ale za to mogę szczerze polecić - bo jest tam miło, domowo, ładnie, czysto i smacznie. I ja życzyłabym sobie, by ktoś polecił mi dobre miejsce, tak więc... polecam:)

Teraz wrzucam maleńką garść wspomnień z minionych wypadów...

Zakopane, szlak na i z Giewontu (w drodze powrotnej mój małżonek szedł, ja zaś z dzieckiem pełzłam tudzież zjeżdżałam na pupie, tak było stromo...;) )













Życzę Wam słońca!! Do następnego razu:)

środa, 1 lipca 2015

Pozdrowienia z Podhala i WYNIKI KONKURSU LNIANEGO

Witajcie kochani!!!

Na początku bardzo, ale to bardzo Was przepraszam za opóźnienie związane z podaniem wyników konkursu.
Mogłabym skłamać, że komputer mi siadł, albo miałam jakiś wypadek... Nie kochani. Przyczyna jest prozaiczna - moje wakacyjne plany uległy wywróceniu do góry nogami (o ile plany wakacyjne w ogóle mają nogi) i musiałam wcześniej wyjechać na urlop. Dlatego nie miałam czasu zająć się konkursem, a nie chciałam robić tego pobieżnie.

Dziękuję Wam z całego serca za udział w zabawie. Pisałyście tak pięknie o Domu!!!! Niejeden komentarz wywołał u mnie dreszcze, niejeden sprawił, że w oku zakręciła się łza... Ciężko było wybrać trzy wypowiedzi, gdyż wszystkie pisałyście cudnie i prawdziwie.

Wyłoniłam zwyciężczynie. Są to autorki wypowiedzi, które - według mnie - swoimi słowami trafiły w samo sedno. Pozwoliłam sobie również wyróżnić dwie z Was, a wypowiedzi opublikować w tymże poście:)

Dobrze, zatem przejdźmy do konkretów.

Przypomnę, że sponsorem cudownych nagród jest firma



ZWYCIĘŻCZYNIE:

Nagroda pierwsza - bieżnik

Anonimowy
"Moim zdaniem dom to miejsce w którym powinniśmy się czuć najlepiej, detale to jak przyprawy do potraw dodają smaku i stylu wnętrzom, dzięki nim dom jest przytulny, ciekawy i charakterystyczny. Dzięki drobiazgom możemy dokonać niedrogiej i szybkiej metamorfozy, dodatkowo niektóre ułatwiają nam życie:) Dla mnie ciepło domowego ogniska jest najważniejsze daje mi i mojej rodzinie poczucie bezpieczeństwa i komfort, uwielbiam piękne wnętrza i ludzi z pasją którzy potrafią stworzyć cudowne aranżacje. Poza tym dajemy dzieciom przykład, kształtujemy ich gusty i wspomnienia na całe życie to ważne by były najwspanialsze."


Nagroda druga - bieżnik

red artist
"Od razu do głowy przychodzi mi tekst piosenki: "Trzeba stworzyć dom, Żeby mieć do czego wracać. Upchać miłość tam w każdy kąt. (...) Wybuduję dym z komina, i rupieci pełen strych, W kącie my, nad lampką wina, koty trzy (...) Gdzieś za szafą zadomowi się nam świerszcz. Jak ćmy wpadną przyjaciele (...) Ty posadzisz w każdym oknie złoty kwiat. A nad nami dach i niebo. To nasz świat, cały świat, cały świat."

Dom to my sami, przez wybór dodatków wyrażamy siebie, to co lubimy, czego potrzebujemy, do czego dążymy i oczywiście budujemy nastrój. Dopieszczamy każdy detal, nadajemy przedmiotom ciepło, uśmiechamy się na widok rzeczy, które przywołują wspomnienia. Choćby tak jak tu i teraz. Siedzę i delektuję się kawą z ulubionego kubka Mynte w kolorze turkusowym. Pod nim podkładka zrobiona specjalnie dla mnie przez blogową koleżankę - ileż radości sprawiło mi odpakowywanie tej przesyłki! Opieram się wygodnie na na zrobionej własnoręcznie szydełkowej podusi, na krześle własnoręcznie odnowionym. Opatulona mięciutkim kocem. Czuję zapach agrestowych świeczek. Jest mi po prostu DOBRZE, zwłaszcza gdy za oknem deszcz i ziąb. Na ścianie tabliczka, której napis utwierdza mnie w przekonaniu, że tutaj jest moje "Siódme niebo - proszę pukać!" I pomyśleć, że wystarczy zgromadzić wokół siebie parę rzeczy, które wprawiają nas w tak dobry humor..."



Nagroda trzecia - wałek

Justyna Ch.
"Czy moje życie jest cudowne? Tak. Czy każdego dnia padam ze zmęczenia? Tak. Żyjąc w biegu. Praca. Dom. Niemowlę. Bogini sexu. Nie mogę sobie pozwolić na bylejakość. A mam wrażenie, że ta jest zmorą dzisiejszych czasów. W parówce chrząstki, w paprykarzu kurzy pazur! (autentyczna historia), w mące karaluchy... o ile nie mam wpływu na czynniki zewnętrzne, a o tyle mogę zadbać o moje wnętrze. Mój azyl. Moją rzeczywistość. Wierzę, że sami tworzymy dom. Dom, jako uczucia, emocje i piękno. Lubię przejechać ręką po surowym drewnie, poczuć zapach ciętych kwiatów, lubię naturalne piękno... Chłonę z mojego prywatnego źródła, oddaję w eter."


Zwyciężczyniom gratuluję:))) i proszę o kontakt mailowy: rustykalnydom@wp.pl



Na wyróżnienie zasługują według mnie również poniższe wypowiedzi:

"Nasz dom... Zmienia się wraz z naszym wiekiem, wewnętrzną dojrzałością, pojawieniem się ukochanych dzieci, wspólnymi marzeniami, potrzebami, pragnieniami, porami roku.. Ważne aby każdemu z nas kojarzył się z miłością, radością, bliskością. Był piękny, wygodny subiektywnie.. Aby otaczać się meblami, dodatkami ważnymi dla nas, upragnionymi, często wyczekanymi, podarowanymi z miłością..Piękne, dopieszczone, zadbane otoczenie, wnętrze, bliskie sercu, cieszące oczy, uszy i dotyk przedmioty to piękny ranek, wieczór, dzień, noc, wiosna, lato, jesień, zima... Piękna codzienność, piękne życie.. /Pozdrawiam najserdeczniej :)" Agnieszka G.



"Nie od zawsze marzyłam o swoim domu, w bloku też żyło mi się nieźle.Ale już wtedy nie chciałam mieć jak wszyscy. Jako nastolatka wraz z moim tatą zrobiłam proste meble do mojego dziewczyńskiego pokoiku, stół był dużą skrzynią a siedziska to dwie mniejsze skrzynie, uszyłam poduchy i było super! Koleżanki chętnie mnie odwiedzały bo przyjemnie się tam gawędziło godzinami. Potem wybudowaliśmy z mężem nasz dom. I wiedziałam, że nie wstawię tu nowych mebli bez duszy i swojej historii, i tak mam do tej pory. Wokół mnie królują stare kredensy, półeczki z ładnymi dla mnie przedmiotami, zdjęciami mojej drogiej babci, rodziców, lubię wynaleźć piękną porcelanę na targach staroci i potem spijać kawkę w miłym towarzystwie z cieniutkiej filiżaneczki. Nie czekam na święta żeby użyć pięknego kompletu do kawy bo wiem, że świąt może nie być po prostu, trzeba żyć chwilą i umieć cieszyć się z prostych przyjemności i samemu sobie te przyjemności fundować bo to tak niewiele kosztuje. Teraz nasze domowe życie przenosi się na taras, i to dosłownie, zrobiłam tam sobie domowy salonik i w razie deszczu mam trochę pracy żeby zabezpieczyć co się da i ktoś mógłby powiedzieć - po co masz tu tyle rzeczy? Przecież to nie praktyczne! Może to i racja ale dla mnie praktycznie znaczy trochę nudno, a liczni znajomi, którzy z chęcią wpadają na kawkę na świeżym powietrzu utwierdzają mnie, że to nie tylko moje ulubione miejsce. Dom to matecznik ze swoim zapachem, wspomnieniami i tradycją. Każdemu życzę takiego miejsca na ziemi! :)"


Jeszcze raz wszystkim Wam moje drogie dziękuję!!!
:)))



Teraz słów kilka o tym, co u mnie. Tak pokrótce.

Jak wynika z tytułu postu, nasz dom pozostał w rękach rodzinki, a my odpoczywamy w Zakopanem.
Mój urlop stał się niezwykły. Bogaty w przeżycia. Tym jednak podzielę się z Wami za jakiś czas.

Tymczasem kieruję się teraz do mieszkanek Zakopanego i okolic - jeśli któraś z Was, moich czytelniczek, mieszka tu właśnie i chciałaby się spotkać, odezwijcie się do mnie:))
Piszcie na adres mailowy: rustykalnydom@wp.pl. Możecie też odezwać się do mnie na fb (https://www.facebook.com/rustykalnydom.kasiapiekarz)
Może uda nam się spotkać...? :)))

Uciekam pod kocyk  - zasiądę z książką i będę leczyć zmęczone nogi (bo dla mnie wyprawa w góry to przede wszystkim zdobywanie szczytów). Później pędzę na spotkanie z jedną z moich czytelniczek, Panią Dorotą. Och, z Panią Dorotą wiąże się ciekawa historia... :)) ale o tym też za jakiś czas:)


Ślę do Was zakopiańskie buziaki!!

niedziela, 21 czerwca 2015

Loft + rustic czyli wszystko jest możliwe

   Kilka dni temu, przeglądając jedną z galerii na Deccorii, nasunęła mi się konkluzja – wnętrze urządzone od A do Z w jednym stylu to zdecydowanie nie moja bajka. Galeria, o której mowa, prezentowała wnętrze, w którym panuje wszechogarniający misz-masz, jednak wszystkie elementy pięknie ze sobą współgrały. Łączyła je albo nuta jakiegoś koloru, albo print, albo… po prostu ja w tym wnętrzu zobaczyłam coś magicznego, bo było kolorowe, stylowe, naturalne i niebanalne.
Nie wiem, jak w przyszłości będzie wyglądał mój wymarzony dom. Tak jak pisałam w artykule na łamach Siedliska, mój gust ewoluuje i co jakiś czas, powiedzmy…co kwartał… podoba mi się co innego. Jedno zawsze (póki co) pozostaje niezmienne – kolor, drewno, metal, czerń. Nie wiem, czy zauważyliście, ale w naszym mieszkaniu co jakiś czas w drobnych elementach pojawia się kolor czarny. A to na karniszach, a to na podkładce pod kucharską księgę, innym znów razem na świeczkach… . Lubię słodycz wnętrz przełamywać surowymi barwami – najczęściej właśnie czernią, bądź szarością.

   Od jakiegoś czasu, jak zapewne czytaliście w moich postach, „chodziły za mną” stylizacje industrialne. Niezmiernie podobają mi się loftowe lampy i stoły. Lubię meble kawowe z metalową konstrukcją i drewnianym blatem. Zaś jeśli chodzi o lampy, bardzo bliskie mojemu sercu są te w kolorze Black. Podobają mi się na tyle, że postanowiłam się rozejrzeć w sieci za takimi, które wpasowałyby się w moje wnętrza. A to zadanie niełatweJ
Po wykonaniu rekonesansu domowych potrzeb doszłam do wniosku, że przydałoby się wreszcie kupić jakiś kinkiet na ceglaną ścianę. Do tej pory wisiał na niej lampion, choć oklejając ściankę cegłą przygotowaliśmy ją do montażu oświetlenia. Nie umiałam się zdecydować na konkretne lampy, więc pomysł… dojrzewał;)
Kiedy uznałam, że czas znaleźć kinkiet, zaczęłam szukać lamp w stylu skandynawskim i industrialnym. Od razu oczy mi się zaświeciły na widok kinkietu firmy Markslojd z kolekcji Ekelund – z regulowanym kątem padania światła i.. w kolorze czarnym. Kiedy szczegółowiej zapoznałam się z ofertą firmy, okazało się, że w kolekcji występują również: lampa biurkowa, podłogowa,  a także pojedynczy i podwójny zwis. Ok, do pokoju dziennego lampy nie potrzebuję, bo bardzo lubię tę, którą mam, ale… pomyślałam, że po ośmiu latach przydałoby się też wymienić lampę kuchenną. A pod oknem, obok fotela, mogłaby stanąć podłogowa… tak co by mi uprzyjemnić wieczorne czytanie książek tudzież pisanieJ
Pozostało się jedynie zastanowić nad tym, jak te surowe w swym wyglądzie oprawy wpiszą się w rustykalny styl moich wnętrz. Owszem, był taki moment, że zaczęłam przeglądać lampy stylowe i  rustykalne. Szybko się jednak wycofałam ze skwaszoną miną i myślą: Nie, to byłoby za proste, zbyt oczywiste.  
W rezultacie postawiłam na lampy Ekelund. Na przesyłkę nie musiałam długo czekać. Same oprawy okazały się łatwe w montażu, tak więc mój kochany elektryk poradził sobie z nimi ekspresowo. Najpierw powiesiliśmy kinkiet. Później zamontowaliśmy w kuchni podwójny zwis. Zastanawiałam się, jak go powiesić – czy równolegle do belek sufitowych czy nie. Zdecydowałam, że powiesimy prostopadle, by żarówki dobrze oświetlały kuchenny stół.
Na końcu ustawiłam lampę podłogową w kącie pokoju. Wszystkie trzy lampy wyglądają naprawdę świetnie. Pokój pięknie zintegrował mi się z kuchnią. Kolor czarny i surowość lamp pięknie przełamały słodkie elementy kwiatowe.
Przy okazji montażu nowego oświetlenia w kuchni, zabrałam się za małą reorganizację szafek. Pozbyłam się nieużywanych od dawna sprzętów, talerzy, pojemników. Chcąc nieco odmienić na jakiś czas kuchenny look, wszystkie bolesławce schowałam w drewnianej witrynie, zaś na półkach ustawiłam dodatki w kolorze ciemnych brązów, butelkowej zieleni i ecru.
Po raz kolejny miałam okazję przekonać się, jak prozaiczny element w postaci nowego oświetlenia potrafi uczynić nowe wnętrze. W poprzedniej lampie kuchennej żarówki umiejscowione były tuż pod sufitem, oświetlając kuchnię od samej góry – pomieszczenie było dość mocno doświetlone. Teraz żarówki świecą niżej powodując, że kuchnia wygląda zupełnie inaczej. Nie jest już tak jasno (choć mnie to akurat nie przeszkadza, gdyż pod górnymi szafkami mamy oświetlenie halogenowe), za to stało się baaaardzo kameralnie i niezwykle klimaciarsko;) Podoba mi się ta zmiana!!
Kinkiet z kolei doskonale eksponuje cegłę. Kiedy go zapalam wieczorem, pokój staje się bardzo przytulny, taki jakiś… tajemniczy. Lubię dodatkowo włączyć cottonballsy – wówczas nabiera on charakteru wnętrz rodem z klimatycznych amerykańskich filmów;)

























Muszę przyznać, że oświetleniowy zakup nam się udał. Markę Markslojd znam od lat – w starym mieszkaniu miałam oświetlenie tej firmy. Nie zawiodłam się i tym razem. Dodatkową zaletą jest fakt, że pomimo naprawdę widocznych i namacalnych zmian w mieszkaniu, mój portfel nie zeszczuplał. Lampy są w dobrej cenie, tak więc dokonaliśmy zmian bez obaw, że zajdzie konieczność rezygnacji z wakacyjnych wojaży. A zdradzę Wam… że zapowiadają mi się wakacje bogate w piękne przeżycia. Przede mną kolejna przygoda związana z moją pasjąJ 

Dziękuję wszystkim biorącym udział w Lnianym Konkursie:) Już wkrótce zakończenie... i przyznam, że piszecie tak cudnie, że będzie mi ciężko wyłonić zwyciężczynię;)


Uciekam do swoich spraw, a Wam życzę ciepła, słońca i sympatycznych przedwakacyjnych dni:)))



niedziela, 14 czerwca 2015

Słodko i twórczo

   Kilka dni temu miałam okazję wyszaleć się dekoracyjnie. Znajomi poprosili mnie o zorganizowanie słodkiego stołu na prywatne przyjęcie. Musiałam stworzyć niebanalną, romantyczną i słodką aranżację, która stanowić miała tło dla uroczych słodkości.
Przyznam, zadanie to dało mi wiele satysfakcji... ;)























Życzę Wam równie słodkiej reszty dzisiejszego dnia i dobrego początku nowego tygodnia. Ślę uściski!!
:)

środa, 10 czerwca 2015

Debiut:)

    Witajcie moi drodzy!!
W moim domu dziś...istne wariatkowo;) Uwijam się z obowiązkami, a w międzyczasie odbywam oświetleniowe rewolucje. Ale o tym w kolejnym poście.

Nadszedł czas, bym podzieliła się z Wami zapowiadaną niespodzianką i opowiedziała o tym, co mnie zaabsorbowało w ostatnim czasie:)

Otóż.. spełniło się jedno z moich marzeń. Dziś w magazynie Siedlisko wyszedł mój pierwszy, świeżuchny autorski artykuł:) Zadebiutowałam w roli redaktora i fotografa. Jestem taka szczęśliwa, że nie sposób tego opisać!!!!!!!!!! ;))))))))))))))))))))

   W najnowszym numerze magazynu przeczytacie mój tekst o Bzowym Raju. Opowiadam tam historię miejsca urokliwego, którego pejzaże zapierają dech w piersiach. Wszystko to dzięki Pani Ryszardzie (redaktor naczelna magazynu), która dała mi tę wspaniałą szansę. Spotkałyśmy się jakiś czas temu przy kawie. Było sympatycznie, ciepło. Redaktor zrobiła na mnie bardzo miłe wrażenie i wiedziałam już, że bardzo, ale to bardzo chciałabym dla niej pracować:)

Samo przygotowanie materiału to niesamowita przygoda!!! Robiąc reportaż podczas corocznej imprezy zwanej Świętem Bzów, biegałam z aparatem tak intensywnie, że wieczorem zasnęłam na kanapie w pozycji półsiedzącej;) Dzięki Agnieszce i Marcinowi, którzy koordynowali całą imprezą, wszystko poszło gładko. Aga, w przeddzień imprezy, wiedząc, że planuję robić sesję w starej zamkowej kaplicy, zjechała ze mną całą wieś wzdłuż i wszerz zrywając najdorodniejsze w świecie gałęzie bzów - białych, liliowych, lawendowych... Agnieszko, jeszcze raz Tobie dziękuję!!



   Kochani, jeśli zaś chodzi o sam magazyn - jak dla mnie...jest świetny!! Wspaniale rokuje. Znajdziecie tu mnóstwo ciekawych artykułów, miejsc, wnętrz, fotografii. Mnie zachwyciły zdjęcia letnich  przepisów - palce lizać..!!  Zresztą, sami się przekonajcie. Ja...jestem dumna, że to właśnie tutaj mogłam zadebiutować:)



   Przygotowuję się powoli na kolejne materiały.
A.. może wśród Was jest ktoś, kto chciałby się spotkać, a przy okazji pokazać swoje wnętrza czytelnikom...? Może chcielibyście, bym u Was zrobiła sesję..?? Wierzcie mi, to wspaniała przygoda:)
Piszcie śmiało!!
rustykalnydom@wp.pl



Ot, moja radość...;)



















Do następnego razu!!!!
:)

niedziela, 7 czerwca 2015

Makaron z krewetkami

   Witajcie poniedziałkowo:)
W poprzednim poście wspominałam, że zamierzam przygotować na kolację makaron z krewetkami. Pomysł znalazłam w internecie. Postanowiłam podzielić się z Wami przepisem, bo danie wyszło nader wyśmienicie!! 



Makaron z krewetkami



Składniki:

krewetki (wedle uznania, ja użyłam ok.20)
spaghetti makaron (użyłam klusek smakujących jak makaron domowej roboty)
szczypta chilli
trzy ząbki czosnku
białe wino (1/3 Szklanki; użyłam Mocsato d'Asti)
pomidory z puszki (ok.1 / 3 pojemności)
dwie garście rukoli 
sok i skórka z połowy cytryny
świeży czarny pieprz
oliwa

Makaron ugotowałam w osolonej wodzie. W czasie gotowania przygotowałam sos:
Na oliwie z czosnkiem podsmażyłam krewetki. Posypałam chili. Smażyłam je około dwóch minut. Następnie dodałam wino i pomidory, po czym dusiłam wszystko w pod przykryciem (na małym ogniu) około 5 minut. Później dodałam makaron do sosu (a właściwie dodałam sos do odcedzonego makaronu w garnku, by nie wysypywał się on z patelni), Wszystko  razem pomieszałam. Dodałam sok z cytryny i jedną garść rukoli. Zestawiłam z gazu. Przyprawiłam pieprzem.
Makaron podajemy posypując po wierzchu świeżą rukolą i startą skórką cytryny.







   Widzę, że podobnie jak ja, jesteście fankami ciast z rabarbarem:) Agness wspomniała w komentarzu, że piekła placek jogurtowy z kokosową posypką... Brzmi świetnie. Kochana - poproszę przepis:)))


   Mam nadzieję, że długi weekend minął Wam miło i przyjemnie. Ja odpoczęłam. Było mi to bardzo potrzebne. Spędziłam dużo czasu na balkonie. Wczoraj zapaliłam świece i popijając herbatę wysłuchałam koncertu Perfect'u. Zaś sobotni występ Alphaville był po prostu fantastyczny!! Lider zespołu... już nienajmłodszy, wykazał się na scenie energią, której pozazdrościłby mu niejeden młodziak;) Poza tym osobiście kocham jego ekspresję i to, jak przeżywa muzykę. Utwór Sound like a melody grany na żywo wywołał u mnie dreszcze... ;)



   Dziękuję Wam z całego serducha za maile ze zdjęciami wnętrz z kolorowym akcentem:) Cieszę się ogromnie, że są wśród moich czytelników miłośnicy wnętrz barwnych, pogodnych i ciepłych.
Zachęcam Was po raz kolejny do udziału w konkursie lnianym - szczegóły na pasku bocznym.


   Uciekam do pracy, a Wam życzę udanego początku tygodnia!!!!
:)



sobota, 6 czerwca 2015

Celebracja chwili... czyli weekendowy chillout na balkonie

   Moje miasto wreszcie zaczyna żyć.
W ostatnich latach nasza starówka świeciła pustkami. Działo się w zasadzie niewiele, a jak już się działo - to jakoś tak bez sensu... . Niedawno zmienił nam się prezydent, który tchnął w nasze miasto życie. Starówka od kilku dni nabrała kolorów za sprawą wszędobylskich wesołomiasteczkowych atrakcji. Rozradowała się jakoś za sprawą gwaru w pobliskich ogródkach restauracyjnych.
Niedaleko naszej kamienicy.. a w zasadzie rzut lekkim beretem;) bo tuż przed kamienicą, rozstawiono scenę, na której dziś wieczorem zagra Alphaville. Och, nie mogę się doczekać!! Muzykę lubię, bo przypomina mi dawne czasy i mojego kochanego brata, który na takich utworach się chował. 

   Wczoraj matka-wariatka po raz kolejny rozkleiła się (broń Boże na oczach ludzi!! - czytaj: w domowych pieleszach) z dumy i zachwytu nad własnym dziecięciem. Uryczałam się jak wariat!! 
Julka występowała na dużej scenie pod ratuszem. Tańczyła breakdance. Pan nauczyciel opracował fantastyczny układ, a dzieciaki były tak przygotowane, że patrzyło się na nie z prawdziwą rozkoszą. Julka... kolokwialnie rzecz ujmując.. Dała Czadu:))) Aż mnie ciarki przeszły. A gdy usłyszałam komentarz stojącej obok mnie dziewczyny - "Ej, ale ta mała z lewej jaka dobra!!" - od razu urosłam sto centymetrów :D



   Dziś wreszcie wysprzątałam balkon i przygotowałam go do wieczornych "posiadówek" w towarzystwie rodziny i doborowej muzyki. Choć jestem baaardzo zmęczona (mam za sobą tak pracowite dni, że wczoraj starłam do krwi stopy i nawet nie poczułam...), strasznie mi się chce domowego relaksu. Zaraz zabieram się za pieczenie ciacha. Upiekę placek z rabarbarem i truskawkami. Lubicie taki...? :)
Na kolację będą krewetki z rukolą. Zapalę świece, moje wymarzone cottonballsy (które przyleciały do mnie od przesympatycznej Agnieszki z Cottonovelove), porozkładam tonę poduch, by było miękko i będę celebrować czas wolny:)))

Życzę i Wam takiego pozytywnego i słonecznego weekendu.......!!!







Na zdjęciu:
Cottonballsy: cottonovelove.pl
Szklanki, poduchy, pled, nieziemnsko pachnąca świeca;) - F&F Home
Obrus, osłona na talerz, dzbanek, lampion biały - Rustykalny Dom





niedziela, 31 maja 2015

Dom w peoniach

   Tak jak pisałam w poprzednich postach, mój dom przechodzi metamorfozę. Dość odważną;)
Od jakiegoś czasu tęskniłam za kolorem. Wiecie, że kocham wnętrza w stylu cottage, więc planując zmiany musiałam uwzględnić motywy kwiatowe.
Długo zastanawiałam się, jak ożywić pokój dzienny. Chciałam go nieco rozjaśnić, rozweselić. Tak, by swoim wyglądem uprzyjemniał każdy poranek.
W moim życiu nastąpiły ostatnio pewne (pozytywne) zmiany, dlatego potrzebuję teraz dużo energii, pozytywnej energii:)


   Myśląc o nowej aranżacji pokoju, zastanawiałam się nad przemalowaniem ścian. Chciałam na początku nadać im ciepły kolor. Dotychczas były zawsze (albo..przeważnie) białe, stanowiąc doskonałe tło dla drewnianych, ciężkich mebli. Teraz muszę się nieco przeorganizować, zmniejszyć ilość mebelków, bo potrzebuję miejsce do pracy. Planuję..UWAGA.. zlikwidować stary portal kominkowy. TAK. Wiem, wiem, szkoda trochę... ale nam się już opatrzył po latach. Nie chciałabym rezygnować z portalu w ogóle, gdyż stanowi świetny punkt centralny pokoju. Jestem na etapie projektowania modelu drewnianego, na styl angielski. Znalazłam stolarza, myślę.. dobrego fachowca. Chcę postawić portal, nad nim powiesić lustro, a w portalu w przyszłości może jakiś biokominek... choć jego się trochę obawiam.. Cóż, jeszcze coś wymyślę;)

   Postanowiłam jednak nie przemalowywać na razie ścian, by nie przytłoczyć wnętrza. Zainspirowały mnie za to wnętrza z angielskich magazynów. Zaczęłam się rozglądać nad tapetą. Kwiecistą, radosną i w kolorach różu i czerwieni. Dotychczas stawiałam na dodatki w kolorze niebieskim, tym razem chciałam małej odmiany.
W internecie jest duży wybór tapet w kwiaty. Choć nie każdy wzór mi odpowiada (nie lubię takich, które wypuszczono na polski rynek 10 lat temu), na pewno coś bym znalazła.
Pozostało dobrać jakieś dodatki. Coś, co nawiązywałoby do wzoru na tapecie. Szukałam tkanin na zasłony... ale te lubię często zmieniać, musiałam się więc dłużej zastanowić.

   Któregoś dnia przeglądając galerie na Deccorii, trafiłam na ogłoszenie: "Tapety drukowane". Zaintrygowało mnie to. Była to oferta firmy Dekea. No i przepadłam..!! :)
Okazało się, że na stronie firmy można zamówić rolety z dowolnym wzorem. Nie żebym wcześniej nie słyszała o czymś takim jak drukowane rolety, ale jakoś tak do tej pory nie brałam ich pod uwagę. Może to dlatego, że na stoiskach w marketach takie rolety mają średnio atrakcyjne wzornictwo. Produkty typu "drukowane rolety" czy "fototapety" mnie odstraszały ... .
Na stronie www.dekea.pl znalazłam propozycje gotowych grafik, ale później dostrzegłam, że mogę sama wybrać wzór... jeden spośród tysięcy!! wiedziałam więc, że na pewno coś znajdę:)
W wyszukiwarce wpisałam hasło "english garden", później "english flower"... i dosłownie zwariowałam:) Wybór był imponujący. Przeglądałam dziesiątki stron przez kilka dni. Długo rozważałam rodzaj kwiatów. Skoro już miałam Taki wybór, postanowiłam zrezygnować z róż (które najczęściej pojawiają się w moich dekoracjach i hand-made'ach), a poszukać innego kwiecia.
I padło na...peonie... które, podobnie jak róże, uwielbiam. Jeden z wzorów od razu skradł moje serce. Kiedy przeglądam setki wzorów, a widząc ten konkretny mówię sama do siebie: "O!!", to znaczy, że to jest to;)

   Wybrałam wzór rolet. Później postanowiłam, że zaszaleję:) i dobiorę jeszcze pas tapety o tym samym wzorze. Uznałam, że jeśli ozdobię nim pas ściany za kominkiem, wszystko będzie pięknie współgrało.
Wymierzyłam okna i ścianę, wysłałam zamówienie.
Firma - kolejna, którą naprawdę mogę Wam polecić, bardzo profesjonalna i odpowiedzialna - od razu udzieliła wskazówek co i jak. Zaproponowano mi zastosowanie nieco mniejszego deseniu na roletach, a na tapecie większego. Nawet nie pomyślałam, że tak można;) Otrzymałam wizualizację, dzięki czemu mogłam sobie wyobrazić efekt końcowy.
Pas tapety wymierzyłam tak, by w przyszłości dobrze wyglądał z nowym portalem.
Złożyłam zamówienie. Nie mogłam się doczekać paczki, byłam strasznie ciekawa jakości i efektu.
Jeszcze na kilka dni przed wysłaniem zamówienia (a - o zgrozo!! - już po wykonaniu tapety) napisałam do firmy maila z pytaniem, czy tapeta będzie matowa. Nie pomyślałam o tym wcześniej.. a ściana pod tapetę odbija światło dzienne. Zaraz otrzymałam odpowiedź, że tapeta będzie matowa i mam się nie obawiać sztucznego efektu.
Ale i tak się obawiałam;)))
Zamówienie przyszło dość szybko. Kurier wręczył mi wielgaśną pakę. Co za emocje... ;)
Bałam się, bo tapety na ogół jakoś tak źle się kojarzą... też macie takie wrażenie..?? Mnie zależało na ciekawym efekcie i dobrej jakości.
Kiedy otworzyłam paczkę, najpierw znalazłam rolety. Dobrze zapakowane, ze wszystkimi niezbędnymi do montażu elementami. Szybko je rozpakowałam i odwinęłam kawałek. Efekt mnie zachwycił!!!! Naprawdę:) Wyglądały uroczo i..tak solidnie, elegancko. W ogóle nie było widać tego, że są drukowane.
Później rozpakowałam karton z tapetą. Była ładnie nawinięta na duży rulon, dzięki czemu w ogóle się nie pogniotła. I znów zaskoczenie - gdy odwinęłam kawałek, byłam w szoku - tapeta wygląda świetnie!! Żadnych świeceń, łączeń wzorów. Żywe, nasycone barwy... Po prostu zachwycająca!!!!
Fototapeta ma jeszcze jedną ważną zaletę - jest mocna, a odkleja się ją ponoć w całości:)

   Nie mogłam się doczekać montażu. Musiałam jeszcze dokupić klej do tapet. Firma poleca klej Fluggera, a że często korzystam z jego wyrobów, postanowiłam kupić ten właśnie klej. Niewątpliwą zaletą jest fakt, że kleju nie trzeba nakładać na tapetę. Nałożyłam jedynie na ścianę (wałkiem), odczekałam kilka minut i kleiłam. Przed przystąpieniem do pracy byłam mocno zestresowana... bo - powtórzę to po raz kolejny - klejenie tapety jakoś tak mnie odstraszało... . Jednak okazało się, że cały proces trwał krótko i był absolutnie bezproblemowy. Wszystko poszło gładko. A efekt... oj... bardzo, bardzo mnie zadowolił!! :)

Jeśli i Wy zdecydujecie się kiedyś na kupno fototapety, naprawdę Wam  polecam ofertę Dekea - dostępną TU. Pracownicy chętnie udzielają rad, a także dobierają grafiki do konkretnych elementów.Jakość świetna, a tapeta w ogóle nie przypomina dawnych fototapet;) W dodatku produkty są ekologiczne:)
Rolety też są świetne - system montażu dobry, wszystko jak należy. A jakość też widać na pierwszy rzut oka. To lubię!!

  Och, nachwaliłam się;) ale to dlatego, że jestem teraz szczęśliwą posiadaczką energetycznego, wiosennego wnętrza:) I będę Was moi drodzy systematycznie zachęcać do ożywiania Waszych wnętrz kolorami. Stosujcie KOLOR, chociażby w dodatkach. Malujcie meble na odważne barwy. Nie bójcie się odważnych eksperymentów. Niech nasze wnętrza nie będą nudne i smutne:)

Zdradzę Wam, że już wkrótce na blogu ogłoszę kolejny konkurs:) Będzie bardzo kolorowy, świeży, wiosenno-letni. Tymczasem przypominam o trwającym konkursie lnianym - a tym, którzy już się przyłączyli do zabawy bardzo pięknie dziękuję za wspaniałe wpisy!!!!!

(Żeby wziąć udział, kliknij w obrazek)





Mam też małą propozycję - jeśli posiadacie w domach jakieś ciekawe, kolorowe elementy (meble, zasłony, poduchy, świeczki, lustra, tace...etc.)- prześlijcie mi zdjęcia:) 
Wyślijcie na rustykalnydom@wp.pl
Może wspólnie pokażemy coś na moim blogu...? Może wspólnie ze mną zachęcicie innych czytelników do Pokochania Koloru...?? 




Teraz zapraszam Was do obejrzenia moich ukwieconych czterech kątów... :)

Ściskam Was radośnie...!!!
:)



















Miłej niedzieli!!


wtorek, 26 maja 2015

Mama zawsze wie...

   Wszystkim Mamusiom z okazji ich święta przesyłam najmocniejsze uściski!!

Dzisiejszy dzień - jak dla mnie - do najpiękniejszych nie należał, ale cóż, i tak się zdarza;)
Przypomniał mi się za to zeszłoroczny Dzień Matki, a właściwie przeddzień.
Chodziłam z córcią po centrum handlowym szukając spodni. Mąż poszedł do sklepu komputerowego. W jednym ze sklepów Jula stanęła obok mnie i zaczęła oglądać biżuterię. I ogląda...i ogląda.... . Wreszcie pytam: "Co tam Juleńko, chcesz coś..?" "Nie..." - odpowiada i dalej ogląda, po czym pyta: "A które kolczyczki ci się mamusiu najbardziej podobają?" No więc pokazuję, że te różowe...i te morskie. "No, Julciu, idziemy", ale Julka stoi twardo i mówi: "Poczekaj...czekaj jeszcze chwilkę..". No więc stoję.
Po chwili dziecię moje kochane rozgląda się, smutnieje, znów się rozgląda. Pyta: "Mamusiu, a te ile kosztują?" "Dwadzieścia dziewięć złotych" - odpowiadam i już się domyślam. Biedactwo moje najkochańsze stoi ze łzami w oczach i za nic nie chce iść dalej. Ale że MATKA ZAWSZE WIE, mówię: "Wiesz co kochanie, postój tu chwilkę, a ja zadzwonię do taty, bo zapomniałam mu coś powiedzieć". Odchodzę kawałek i dzwonię do męża: "Kotu, chodź szybko, bo Julcia chyba chce mi coś kupić na dzień mamy, ale nie chce mi tego powiedzieć...". Tata przyszedł, ja wyszłam po gazetę;) Dziecię moje pojaśniało na małej twarzyczce.

Dla takich chwil warto żyć......prawda Drogie Mamy...??? :))))




czwartek, 21 maja 2015

KONKURS lniany






  Kochani,
tak jak obiecałam, mam dla Was nie lada gratkę:) Ogłaszamy KONKURS. Do wygrania są trzy nagrody ufundowane przez firmę www.lenoui.com - oferującą piękne tekstylia z najwyższej jakości lnu.



Przedstawiam zasady Konkursu:

Należy w komentarzu pod tym postem napisać krótką wypowiedź na temat:


"Dlaczego warto dbać o wnętrze, w którym żyjemy? Jak dbałość o detale wpływa na nasze codzienne funkcjonowanie, samopoczucie? "


Odpowiedzi nie muszą być długaśne, za to dobrze byłoby, gdyby były interesujące:)
Pamiętajcie proszę, że z uwagi na moderację komentarzy, mogą się one pojawiać pod postem po kilku chwilach.

Komentarze można dodawać od dnia dzisiejszego do 20 czerwca
Wyniki konkursu ogłoszę w dniu 21 czerwca

Będę wdzięczna, jeśli zamieścicie na swoich blogach/profilach FB baner z informacją o konkursie.



A oto nasze nagrody:






Dwie najciekawsze wypowiedzi nagrodzimy upominkiem w postaci lnianego bieżnika...










Trzecią nagrodą będzie dekoracyjna, lniana poszewka na poduchowy wałek:







W imieniu swoim i firmy Lenoui zapraszam Was do udziału w konkursie.
Czekam z niecierpliwością na Wasze komentarze:)))
Do zobaczenia!!


Udostępnij