wtorek, 22 listopada 2016

Podróż po Skandynawii - weekend z książką w ręku

   Na dobre przykleiłam się do nowej lektury. Tak już mam, że gdy coś mnie kolokwialnie mówiąc wciągnie, nie ma mocnych, oderwać się nie da.
Kilka dni temu w moje ręce wpadła książka "Nordicana. Za co kochamy Skandynawię", autor: Kajsa Kinsella. Jakoś tak ostatnio funkcjonuję w klimatach Hygge, skandynawskiego design'u i w ogóle tego, co dobre na nasze polskie jesienne, ponure dni. Mieszkańcy Skandynawii są podobno ludźmi najszczęśliwszymi, ale także potrafiącymi jak nikt inny cieszyć się z tego, co wydawałoby się przyziemne. Z kart rozmaitych książek dowiaduję się, jak mieszkańcy Skandynawii celebrują codzienność, jak ją upiększają, ocieplają. Nowa książka, z którą spędziłam weekend ;) (jak ja to lubię!! ) jest prawdziwą pigułką, zawierającą informacje na temat skandynawskiej sztuki, architektury, zabytków, charakterystycznego wzornictwa i interesujących historii. Barry Forshaw na pierwszych stronach książki zapewnia, że "Czytanie Nordicany jest niemal tak samo fascynujące jak podróż po skandynawskich krainach". I faktycznie, choć czasami miałam wrażenie przepełnionego umysłu z uwagi na natłok rozmaitych informacji, poczułam smak i zapach Skandynawii. Poczułam radość życia jej mieszkańców, magię niezwykłych miejsc i dreszczyk emocji, gdy czytałam o górskich trolach czy Mikołaju, który hmmm....nieco różni się od znanego nam staruszka w czerwonej czapie ;)
   Lektura dostarczyła mi inspiracji. Nigdy na przykład nie robiłam na święta wieńca z borówkowych gałązek. Wy próbowaliście..?? Poznałam kilka faktów związanych z tym, z czego Skandynawia słynie i - co mnie najbardziej zainteresowało - kto zapoczątkował słynne modele wnętrzarskich perełek, takich jak krzesła mrówki czy lampy w kształcie karczocha. Dowiedziałam się czym jest Selbu, jak powstały uwielbiane przez całą naszą rodzinę klocki Lego i kim są świąteczni chłopcy, odwiedzający skandynawskie domostwa w okresie świąt Bożego Narodzenia.
   Ach, poczytajcie sami, zachęcam. Ja z książką spędziłam cały weekend. Lubię tak w chłodne dni zakopać się pod ciepłym kocem, popijać angielską herbatę z mlekiem i wpatrywać się w roztańczone płomienie świec.
Utożsamiam się z filozofią życia Skandynawów. Bliski mi jest także  ich sposób tworzenia atmosfery we własnych czterech kątach. Coraz bardziej pociąga mnie też skandynawski design, jego prostota, funkcjonalność i idealna harmonia surowości i ciepła. Staram się wprowadzić podobny klimat w swoich wnętrzach, choć znacie mnie już i wiecie zapewne, że nie odzwierciedlam wnętrz  i najbliższy mojemu sercu jest eklektyzm, który daje wiele możliwości i pozwala cieszyć się na co dzień tym, co najbardziej cieszy oczy :)












   Za jakiś czas zamierzam wypróbować kilka skandynawskich przepisów. Tymczasem maluję i powoli przygotowuję materiał na kolejną wystawę, tym razem w Muzeum Złota :)))

W kolejnym poście pokażę Wam moje nowe rolety, które są dowodem na to, że prostota jest czasem cenniejsza niż najzmyślniejsza forma - moja ściana okienna wreszcie zyskała piękną oprawę. Do następnego razu kochani!! :)

PS. Bardzo, ale to bardzo dziękuję wszystkim tym, którzy piszą komentarze i opowiadają mi o tym, jak "wsiąkają" w lekturę mojego bloga. Kilka czytelniczek w ostatnim czasie napisało, że przeczytało blog od deski do deski. RANYYY...szacunek Dziewczyny!! Wszak mój blog liczy ponad 500 wpisów :)))) 
Dziękuję, że jesteście ze mną!! :*

piątek, 11 listopada 2016

Róże w klimacie vintage

   Wczorajszy wieczór spędziłam w miłym towarzystwie mojej sąsiadki, mieszkającej na co dzień w Londynie. Lubię z nią rozmawiać. Słuchać opowieści o mieście, londyńczykach, zwyczajach.. Sama rozmówczyni zaś jest osobą niezwykle kreatywną i obdarzoną dobrym smakiem, dlatego wczoraj przez większość wieczoru prawiłyśmy o świątecznych dekoracjach i urządzaniu wnętrz.
W ogóle lubię słuchać mądrych ludzi. Takich, którzy są poukładani, dobrzy,szczerzy i prawdziwi. Po upływie czasu analizuję takie rozmowy i zastanawiam się, czego powinnam się od swojego rozmówcy nauczyć, z czego powinnam brać przykład. Człowiek to dla mnie ogromne i niewyczerpane źródło wiedzy, doświadczeń i inspiracji. I - jaki by nie był - wzór do naśladowania, mam na myśli naturalnie zachowania pozytywne i niosące za sobą wartości ;)

   Na jej zamówienie wykonałam ostatnio obraz. Miały to być róże w przybrudzonych kolorach, na ciemnym tle. Całość miała nawiązywać do stylistyki vintage. Przyznam, że miałam frajdę, bo - jak wiecie - uwielbiam malować kwiaty, szczególnie właśnie róże i szczególnie w ciemnych kolorach.
Obraz wczoraj trafił do znajomej, która ma go podarować swojej mamie...









   Dzisiejszy post kończę wyjątkowo słodko. Mój ulubiony deser. W tym roku już przyozdobiony borówkami z własnego ogrodu :) Przysiądźcie na chwilę z kubkiem ulubionej herbaty i częstujcie się, zapraszam :)))






niedziela, 6 listopada 2016

PPPPP

... = posłała pani pana po pora.

   Uwielbiam nieskomplikowanie mężczyzn w jednych sytuacjach i ich skomplikowanie w innych. I występujący u nich stan totalnego zagubienia, gdy przychodzi robić zakupy. To zadziwiające, że potrafią ogarnąć umysłem tak wiele trudnych spraw,mechanizmów. Nie sprawia im trudności rozpracowanie działania sprzętów, projektowanie, odczytywanie schematów. Mają też nadzwyczajne umiejętności nawigacyjne. Tak, nadzwyczajne. Ja na przykład ich nie posiadam i gubię się zawsze i wszędzie. Choć.. ostatnio wzięłam się na sposób i wchodząc do sklepu w galerii handlowej staram się powtarzać sobie w myślach: "po wyjściu skręć w prawo, inaczej się cofniesz, pamiętaj, że masz skręcić w prawo..w prawo..tak w kierunku Bershki..o..a w Bershce na wystawie jest ten fajny szal, muszę go koniecznie obejrzeć, ciekawe, czy nie gryzie.. pamiętaj..skręć w lewo......" Tak. Czasami i to nie działa :)))
   Panowie z kolei (przynajmniej większość) w miejscach typu galeria handlowa gubią się niczym dzieci. Żal mi ich niejednokrotnie, gdy widzę, jak wyczekują cierpliwie na podsklepowych ławeczkach na swoje żony/dziewczyny/córki tudzież - chyba rzadziej - kochanki. Siedzą zmęczeni, upoceni gonitwą za płcią piękną, mknącą  na obcasach przez sklepy z odzieżą z prędkością światła. Zgięci w pół, obarczeni tuzinem kolorowych toreb z sieciówek. A przy życiu trzyma ich jedno: obietnica - "kochanie, jeszcze tylko jeden sklep, to już ostatni, OBIECUJĘ!" ;)  Ale.. czego się nie robi dla ukochanej osoby, ba..!! ;)

   Wracając do meritum i nawiązując do 5P - bardzo, ale to bardzo lubię posyłać męża na zakupy. Wygląda to mniej więcej tak, że dostaje ode mnie listę zakupów (wraz ze słownym objaśnieniem kwestii typu: gdzie leżą śmietanki do zupy i jak wygląda seler). Pomimo tego jednak zawsze się okazuje, że coś wyjaśniłam nie do końca. Drzwi mieszkania się zatrzaskują, a po 10 minutach się zaczyna: DZWONI TELEFON. "Kochanie, a te pory to mam kupić w X czy Y?" - bo poprosiłam o kupienie - uwaga - dwóch porów średniej wielkości (rany, gdybym wiedziała, jak niejasne jest to określenie, narysowałabym je, słowo daję, w perspektywie 1:1 !!). Powiedziałam, że w markecie Y chyba są bardziej świeże.Pojechał do X. DZWONI TELEFON. "Kotku, są te pory (te pory :) ) ale na tacce i takie pocięte." "Pocięte? Ale że jak?" - pytam. "No tak że wiesz, te liście odcięte. To takie jakby środki tylko."Acha, ok. Proszę więc, żeby powiedział, czy są duże czy małe. "No takie.. 400 gram, nie wiem czy duże.. takie sobie." Pytam, czy starczy mi do przepisu, w którym potrzebuję 2 sztuki średniej wielkości. "No nie wiem, chyba nie.. są jakieś małe..". "Ok, więc nie kupuj i kup w markecie X. O ile będą." Wyszedł z Y. DZWONI TELEFON. "A jak nie będzie ich w X?" "To wrócisz do Y" - tłumaczę coś, co mnie się wydaje logiczne, ale robię to grzecznie, bo wiem, jak bardzo jest przejęty, by kupić dokładnie to, czego potrzebuję. DZWONI TELEFON. "Jestem w X. Nie ma pory". Domyślam się, że po zrobieniu zakupów w X pojedzie do Y. Po minucie DZWONI TELEFON. "Jest pora. Ale taka gigantyczna." "Ok, jak ładna to kup 2 sztuki". "Ale ona jest naprawdę ogromna!". Zastanawiam się, jaka musi być wielka, że zrobiła takie wrażenie... . Kupił 2 sztuki. Kupił też wszystko inne z listy. DZWONI TELEFON. "Coś jeszcze kupić?" "Nie, już nic nie trzeba, wracaj szybciutko."
W domu rozpakowuję kosz z zakupami. Pory normalne, no dorodne po prostu. Myję je, odcinam co niepotrzebne. M. wyrzuca worek i zagląda do kosza na śmieci. "O kurka, ileś ty tej pory odcięła! Tak dużo??? To po co kazałaś mi kupować takie wielkie, jak pół odcięłaś????" :D :))))))))))))))))))))))))))
  Uwielbiam. Nauczyłam się już, że gdy "siedzę w garach" a mój drugi połów jedzie na zakupy, telefon mam zawsze pod ręką. O, i ścierkę do wytarcia rąk ;)

   Kwitując powyższy post - Panowie, bez Was zarówno pory, jak i życie, nie miałyby smaku :)))))


piątek, 4 listopada 2016

Hygge - celebruj chwile

   Przed chwilą wróciliśmy z grzybobrania. To już drugie tej jesieni, w dodatku obfitujące z zbiory - uzbieraliśmy dwa duże wiadra prawdziwków i maślaków.
Niektórzy zapewne mają takich ludzi jak my za desperatów. Bo przecież grzyby można kupić na ryneczku, a w lesie trzeba się nachodzić, trzeba jechać z rana, nie ma pewności, czy coś się zbierze no i przemarznąć też można...a raczej na pewno się przemarznie ;)
Ja myślę inaczej. Dla mnie szklanka jest zawsze w połowie pełna. I nawet w grzybobraniu jest dla mnie coś pięknego.
Po pierwsze: mogę pospacerować po lesie. Miłość do lasu zaszczepiła we mnie śp. babcia Irena. To ona zabierała mnie na grzyby, gdy byłam małą dziewczynką. Uczyła mnie kultury podczas leśnych wędrówek - ot, na przykład zawsze zwracała uwagę na to, żebym zachowywała się cichutko. Ona pokazała mi zalety spaceru po leśnym runie. "Słuchaj.. słyszysz..? Słuchaj jak trzaskają gałązki pod butami..zobacz jak cudnie.." - mawiała. Dziś spaceruję i słucham. I lubię, gdy trzaskają :)
Po drugie: oddycham świeżym powietrzem i zaznaję ruchu, którego w obecnym czasie bardzo mi brakuje. Nawet jeśli nie zbiorę grzybów, wrócę do miasta z nową energią, którą przekazują drzewa i promienie słońca, przedzierające się pomiędzy pasami sosen i świerków.
Po trzecie: żaden, ale to żaden grzyb kupiony na rynku nie zastąpi w święta grzybków, zebranych własnoręcznie!! Jaka to radość, gdy gotuję barszcz czy zupę grzybową i wyciągam ze słoika swoje, najswojeńsze suszone smakołyki. Barszcz, w którym pływają grzyby, które sama zebrałam, smakuje najwyborniej!!
Po czwarte: podczas grzybobrania fajnie jest nawet...zmarznąć. Właśnie tak!! :) Chociaż zawsze staram się ubrać ciepło (najważniejsze są ciepłe buty i skarpety), często zdarza mi się zmarznąć. Kiedy więc wracam do domu, wskakuję w ciepłe ubrania, siadam pod kocem i popijam gorące kakao, ogrzewając dłonie ciepłym kubkiem. Lubię to.

   Bo w tym wszystkim właściwie chodzi o to, by umieć dostrzec piękno w najprostszych czynnościach. Umieć cieszyć się każdą sytuacją i jej konsekwencjami. Drobnostki są istotne. Was również zachęcam do tego, żeby cieszyć się każdą chwilą jesieni. Spróbujcie odnaleźć szczęście w pozornie błahych czynnościach. Życie i każdy jego aspekt są piękne!!










   Kilka dni temu odwiedziłam księgarnię, z której przytargałam nową książkę. Jesień sprzyja zakopywaniu się pod ciepłym kocem z książką w dłoni. Książka, którą obecnie studiuję, to "Hygge - duńska sztuka szczęścia". Podobno Duńczycy to jeden z najszczęśliwszych narodów świata. Dlaczego..? Bo oni własnie potrafią widzieć szczęście w najprostszych i pozornie nieistotnych czynnościach i sytuacjach. Pielęgnują stosunki międzyludzkie i dbają o klimat w domu. Jestem dopiero na początku przygody z książką, którą kupiłam zauroczona reklamą (co mi się zdarza niezwykle rzadko!!), z której płynął przekaz ciepły, magiczny i bardzo pozytywny. Kiedy przeczytam do końca, być może wypróbuję przepisy, które się tu znalazły. Kusi mnie, by upiec bułeczki z sezamem...














Łapcie dobrą energię, a ja uciekam do czyszczenia grzybów. Już nie mogę się doczekać zapachu podczas suszenia.. Ach, dziś na obiad risotto z grzybami. Mniam!!! :))




środa, 2 listopada 2016

Świeżutki reportaż - zapraszam do lektury

   W kioskach pojawił się już najnowszy numer magazynu „Siedlisko”, a w nim mój świeżuchny reportaż.
Tym razem przedstawiam w nim historię Agnieszki i Pawła, właścicieli Twórczego Pola. Artystów, których miałam okazję i szczęście poznać dwa lata temu na Mazurach.

Agnieszka i Paweł mieszkają w pięknym zakątku Polski. Dom otoczony jest polami, lasami, a jego wygląd idealnie wpisuje się w mazurskie krajobrazy. Dom powstał ze starej stodoły, a o historii jego budowy przeczytacie na łamach magazynu. Nie będę zdradzać szczegółów, zachęcam Was do lektury i lepszego poznania pary tych niezwykłych artystów, niezwykłych ludzi.

Oprócz Agnieszki i Joli poznałam także Julitę - przyjaciółkę Agi. Do dziś wspominam cudowne chwile spędzone na ganku mazurskiej chaty Julity i wrażenia, jakie na mnie zrobiła wizyta w jej domu i mazurskim muzeum. Ale temu poświęcę osobny post :)

Tęsknię za tamtymi chwilami, widokami, ludźmi. Są tacy normalni, szczerzy, prawdziwi. Agnieszka niedawno została mamą, tak więc w tym roku nie zawracałam im głowy wizytami, ale w przyszłym roku bardzo chciałabym ich wszystkich znów zobaczyć. Planuję też uczestnictwo w warsztatach, które mają się odbywać w agroturystyce Agi i Pawła. Można się od nich wiele nauczyć ;)


Zapraszam do lektury :)












Miłego dnia kochani!! :)

wtorek, 1 listopada 2016

Refleksje ze szminką na ustach

   W tym roku, podobnie zresztą jak w poprzednim, stojąc nad grobem mojego brata, czułam się dziwnie. Od Jego śmierci minęło już 13 lat. I straszne jest to, że już Go przeżyłam.. Zginął mając 31 lat. Ja dziś mam 34.
Co roku wspominam. Wierzę w to, że niekoniecznie w wyklepanej modlitwie, ale właśnie we wspomnieniach osoby, które odeszły, ożywają. W pamięci przywołuję wiele sytuacji, które wywoływały śmiech, złość, ale taką pozytywną złość. Bo mój brat miał w zwyczaju się ze mną przekomarzać. Dokuczał mi dla żartów i choć się skarżyłam mamie, też robiłam to z uśmiechem na ustach. Pamiętam, jak co wieczór do snu opowiadał mi bajki rodem z najstraszniejszych horrorów. Pamiętam, jak mówił do mnie "ty głupolu". Pamiętam jego śmiech, który rozbrzmiewał po całym mieszkaniu i zapewne całej klatce schodowej, gdy oglądał "Akademię policyjną"..

Na cmentarz co rok w Święto Zmarłych chodzę z pomalowanymi ustami. Staram się to robić pięknie, dokładnie, starannie dobierając kolor szminki do kolorystyki ubioru. Dlaczego..? Bo On mi zawsze powtarzał, że mam ładnie zarysowane usta i że gdy będę "duża", powinnam je ładnie malować...

   Tęsknię. Cholernie. I wcale nie lubię chodzić na cmentarz. Wkurza mnie, że już Go nie ma. Wkurza mnie, że jestem sama. Kiedy patrzę na Jego zdjęcie na nagrobku, mam ochotę go opierniczyć, albo podokuczać Jemu, śmiejąc się i kwitując "widzisz, gówniarzu, jak to jest..? " ;)
Pozostaje mi się cieszyć z tego, że jako duch, anioł...czymkolwiek dla mnie jest, jest przy mnie. Codziennie. Czuję tę obecność. Często nawet do Niego gadam.. O, czasami też puszczam głośno utwory, które kochał - wierzę, że ich słucgha. Może ktoś uzna, że mam nie po kolei w głowie. Może to prawda. Ale ja lubię mieć nie po kolei.. ;)

   I wiecie co..? Zazdroszczę innym, tym, którzy mają rodzeństwo. Mogą się z nim spotkać, zwyczajnie pogadać, pośmiać się, ponarzekać na to i owo.. I trafia mnie, gdy widzę, ile jest złych relacji między niektórymi ludźmi. Jak się na siebie gniewają, nie chcą się ze sobą spotykać, bo coś tam.. mają żal, bo coś...
 Na usta ciśnie się wyświechtane "Spieszmy się kochać ludzi...."


Udostępnij