wtorek, 8 czerwca 2010

Moja historia...

Witam Was serdecznie w pięknym, słonecznym dniu.
Postanowiłam napisać parę słów, choć pokazywać jeszcze nie mam co;) Jestem w trakcie wykańczania drzwi. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, skończę je już dziś...
Przez ostatnich kilka dni jeździłam na działeczkę i pracowałam nad swoimi pomysłami. Przycinaliśmy deski, heblowałam, szlifowałam, bejcowałam... Niby nic, a pracy sporo. Mam nadzieję, że już niedługo pokażę efekt mojego kombinatorstwa;)

A dziś chciałabym się z Wami podzielić tym, co mi się przytrafiło jakiś czas temu.
Dotyczy to genezy moich artystycznych ciągot...

O tym, że mój ojciec był bardzo uzdolnionym człowiekiem, już pisałam.
Ja już jako dziecko lubiłam malować, tworzyć. Niemal co roku w szkole podstawowej startowałam w konkursach plastycznych. Lubiłam projektować mebelki dla lalek, wycinałam jakieś cudaki z drewna. I stawiałam, jak to moja mama określała, "ołtarze" ;) Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż często zdarzało mi się pochwycić przypadkowe przedmioty, przedstawiające dla mnie jakąś wartość estetyczną, i ustawiać je obok siebie aranżując jakąś ciekawą kompozycję. Brałam na przykład mały obrazek święty w złotej zdobnej ramce, kawałek kwiatka, jakiś wazonik itp. i tak sobie układałam. Ustawiałam to to na półce i tak sobie patrzyłam. Mama się śmiała, nie widząc celu w tym co robiłam;) Teraz, oceniając swoje poczynania z perspektywy czasu, myślę, że miałam po prostu potrzebę aranżowania. Tak mi niestety zostało do dziś, ciągle bowiem odczuwam potrzebę tworzenia czegoś nowego...
Moim pierwszym "poważniejszym" malunkiem był efekt cieplarniany ;) na ścianie mojej klasy w świeżo wybudowanej podstawówce. Do dziś widzę panią wychowawczynię, która trzęsła się na widok mnie kołysającej się na regałach z książkami;)) Miałam wówczas 14 lat. Jakieś dwa lata temu odwiedziłam miejscowość, w której wzrastałam, zajrzałam też do podstawówki. Poprosiłam o klucz do klasy i wzruszona byłam szczerze tym, że po tylu latach malunek nadal widnieje na ścianie... Niesamowicie miłe;) I przyznam, że jak na 14 lat, nie było najgorzej;)
Od początku wszyscy wokół mnie uznawali mnie za uzdolnioną plastycznie. Polecali mi pójść do ASP, obdarowywali albumami malarzy światowych... Poszłam jednak inną drogą, bo życie pokrzyżowało mi ścieżki. Niczego jednak nie załuję. I tak mam szczęście, że mam wspaniałą mamę, dzięki której dziś żyję szczęśliwie. Ach, o swoim dzieciństwie mogłabym książkę napisać... ;/
Moje zamiłowanie również pomogło mi przezwyciężyć trudne chwile. I utarło się, że "talent" mam po ojcu. Jakże miałoby być inaczej, skoro on pięknie malował, a mamusia moja kochana nawet królewnom kwadratowe głowy rysowała...? Och, ile bylo sytuacji, w których najpierw prosiłam ją o namalowanie czegoś, a potem płakałam, bo maszkarony nie odpowiadały moim oczekiwaniom;))
Tak, wszyscy zgodnie twierdzili, że uzdolnienia plastyczne mam po tacie.
Nawet ja nie wiedziałam, że nie tylko po nim...

Kilka lat temu moja mama dowiedziała się, że jej tatuś nie był jej biologicznym ojcem. Zszokowana była tą informacją, to naturalne. Mój Śp.dziadziuś, który ją wychował, był przewspaniały, dlatego nie szukała prawdziwego ojca. Śp.babcia również nie chciała do tego wracać i nie powiedziała mamie, kto był jej ojcem.
Dwa lata temu jednak mama odnowiła kontakt z dawną znajomą. Przez przypadek dowiedziała się, że osoba ta znała prawdę i wiedziała, kto jest moim biologicznym dziadkiem.
I odezwała się ciekawość... ;)
Mamę i mnie zawsze zastanawiało to, do kogo ja jestem właściwie podobna. No bo mama czarnulka o piwnych oczach, ojciec również, Śp.brat mój też był czarny, bardzo ładniutki na buzi, zupełnie inny niz ja. Tłumaczyłyśmy więc sobie, że ja to babcino-dziadkowa jestem. Tylko że... hmm.. babcia wyglądem za młodości daleka ode mnie, a dziadek miał fiołkowo niebieskie oczy. Ja mam szare. Dlaczego więc zawsze ta babcia uparcie powtarzała, ze oczy mam po dziadku...?? ;)
Postanowiłyśmy się spotkać ze znajomą mamy. Zaprosiłyśmy ją do mnie na kawę.
Kochani, tego się nie da opisać. Kiedy mama dowiedziała się w końcu kto był jej tatą rozpłakała się strasznie. Babcia mówiła jej, ze biologiczny ojciec nie interesował się dzieckiem i nie chciał utrzymywać kontaktu z mamą, natomiast mama przypomniała sobie, że widywała Go bardzo często w pobliżu szkoły podstawowej. "Mamusiu, jakiś pan codziennie stoi na naszym boisku i tak się patrzy na mnie i uśmiecha...", opowiadała babci, gdy wracała do domu... Przewijał się często przez wspomnienia mamy... zawsze gdzieś blisko, niby przypadkiem...
Mama powiedziała, że pamięta Go jako bardzo przystojnego mężczyznę, eleganckiego, postawnego i sympatyczego. Postanowiłyśmy się dowiedzieć więcej.
Najpierw odwiedziłyśmy grób. Zaniedbany... Dziadek miał żonę, która już też nie żyje. Nie miał więcej dzieci.
Odnalazłyśmy przez internet starszą panią, która jest daleką kuzykną dziadka i zamieszkuje nadal w Jego miejscowości. Zapytałam, czy byłaby tak miła i opowiedziała coś o dziadku. Zgodziła się i umówiłyśmy się na spotkanie. Pojechałyśmy z mamą pełne obaw.
Kiedy zajechałyśmy pod podany adres, zaczęłyśmy się wycofywać, bo pod domem siedziało kilka dorosłych osób, mnóstwo dzieci i odbywało się grillowanie. Pomyślałyśmy, że to nie tu. Jednak jedna z kobiet wstała i gestem zaprosiła nas do siebie.
Wyszłyśmy z auta.
Kiedy się zbliżyłam do tych ludzi, usłyszałam tylko "Boże, wnusia - cały dziadek!!" ;))
Płakać mi się chciało. Wszystko jasne. Szare oczy po dziadku, no tak... ;)
Starsza pani była z córkami, które też znały dziadka. Wszystkie opowiadały...
Zobaczyłam stare, niedokładne zdjęcie. Mama się uśmiechnęła, a ja się dowiedziałam, skąd ten mój kinolek wielki ;) Pani stwierdziła, że usta też mam identyczne...
I jeszcze jedno.
Kiedy starsza pani powiedziała, że dziadek w swej wsi znany był ze swych artystycznych wyrobów, przeszły mnie dreszcze. Nie wiedziała o moim zamiłowaniu do malowania i majsterkowania. Powiedziała, że pięknie malował, rzeźbił, robił wilkinowe kosze i wypychał ptaki.
Był podobno bardzo zdolnym człowiekiem...
Cieszę się.
Cieszy mnie to, że jestem do Niego podobna, i że moja mama miała takich wspaniałych tatusiów.
I to, że mimo iż dziadek mnie nigdy nie poznał, mogę kontynuować to, co On zaczął...

;)

16 komentarzy:

  1. Niesamowita historia! Cieszę się jednak, że odnalezienie dziadka nie rozczarowało Cię tylko utwierdziło w prawdzie. Całe życie odkrywamy nasze korzenie...
    Pozdrawiam cieplutko!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale historia, aż łezka się w oku kręci.

    OdpowiedzUsuń
  3. Piękna i wzruszająca historia, pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowita historia, takie nie czesto sie zadrzaja. Czytalam ja z wypiekami na twarzy, fajnie ze chcialas sie z nami podzielic nia.
    Goraco pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Zaczytałam się i wzruszyłam.
    Piękna historia Kasiu.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  6. Niesamowita historia,bardzo wzruszająca.

    Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  7. Wzruszająca opowieść:)

    To fascynujące poznać swoje korzenie- zwłaszcza w tak niespodziewany sposób...

    Pozdrawiam!

    Magda

    OdpowiedzUsuń
  8. Często się zdarza, że pierwsze dziecko dziedziczy w połowie geny dziadka i ojca. Tak też jest ze mną i jestem z tego zadowolona:) Widzę, że Ty chyba też:)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  9. Czytałam z zapartym tchem i nadzieją na happy end i tak się stało:)
    Piękna historia.
    Pozdtawiam serdecznie i gratuluję odnalezienia korzeni :)

    OdpowiedzUsuń
  10. dobrze, że z Mamą juz lepiej :)

    A historia doba na jakąś powieść :)) fajnie, że odnalazłaś swojego dziadka... i odkryłaś dzięki temu kolejny kawałeczek siebie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Historia jak z filmu. Dobrze znać własne korzenie.

    OdpowiedzUsuń
  12. ale losy ludzkie się dziwnie plotą.
    dobrze , ze znalazłaś swoje korzenie.i chyba też nową rodzinę...

    OdpowiedzUsuń
  13. Co za historia...ale To Twoje życie i dobrze, że znasz swoje korzenie...Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  14. Fajnie, że odkryłaś swoje korzenie. A Twoja historia to dowód na to, że życia ciągle zaskakuje, niezależnie od tego ile mamy lat. Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  15. Zapraszam na powitalną kawkę i miętę:)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij