czwartek, 18 maja 2017

Coś pękło...?

   Nad napisaniem tego postu zastanawiałam się dość długo. Nie bardzo lubię pisać publicznie o swoich emocjach, odczuciach, związanych z codziennym życiem, funkcjonowaniem. Jednak zdecydowałam podzielić się z Wami tym, co myślę, w nadziei, że Wy, moi drodzy czytelnicy, czujecie podobnie, macie podobne doświadczenia, rozumiecie.. i że jesteście z tej samej gliny ulepieni co ja - podobnie wrażliwi na zło, przeciwni temu, co przeczy zwyczajnym ludzkim zasadom.

   Ostatnio czuję się zmęczona. Nie pracą, nie sprawami codziennymi, ale życiem w ogóle. W szczególności męczą mnie ludzie. Zawodzę się na nich coraz częściej i jakby..jakby coraz więcej widzę, zauważam..? Mam wrażenie, że ostatnimi laty patrzyłam na świat przez różowe okulary. Teraz się potłukły czy jak..bo ciągle coś mnie złości... Chodzę czasami struta, jakby mi to życie całkiem przestało smakować. Dlaczego...?
Zawodzą mnie ludzie, tak jak wspomniałam. Nie pojmuję niektórych zachowań, ich przyczyn.. Nie rozumiem mechanizmów.
Nie godzę się brakiem wartości. Nie trawię ludzi złośliwych, którzy nie potrafią panować nad emocjami i we wszystkich i we wszystkim dopatrują się spisków i zła. Nie godzę się na brak kultury osobistej. Nie zniosę stania w kolejce za młodym facetem żującym gumę z otwartą buzią i ciamkającym mi nad uchem. Nie zniosę młodych panienek, które wyciągają spracowane matki na zakupy, wybierają najdroższe buty i jęczą, że tych tanich (które matka niesie w nadziei, że uda się namówić dziecię i że starczy tym samym do wypłaty) nosić nie będą, bo tylko te za 400zł wyglądają dobrze. Nie mogę słuchać gadania młodych ludzi, że "tu pracować nie będą, bo nie będą rypać za marne grosze.." - tymczasem wiem, że nigdy wcześniej nie skalali się ciężką, ba..żadną pracą, a wyrażają takie opinie.. Nie toleruję mówienia o ludziach będących pod wpływem alkoholu "ten pijak, menel, nic nie wart".Nigdy nie powiedziałabym o alkoholikach w podobny sposób, bo mam w sobie zrozumienie. Nie godzę się na przebywanie w obecności kobiet nielojalnych, które kręci kokietowanie czyjegoś męża, ojca. Babek, które nie mają wartości, nie wyznają zasad, nie znają granic dobrego smaku, nie potrafią wykazać się taktem. Nie toleruję facetów, którzy mając u swego boku wartościową kobietę, wciąż szukają wrażeń. Nie zaakceptuję koleżanki, która szczyci się tym, że faceta, z którym obecnie jest, odbiła innej kobiecie. Nie mogę zdzierżyć ludzi zazdrosnych, którzy sami nie mają pomysłu na siebie a Tobie najchętniej podłożyliby nogę, żebyś się przewrócił/-a i straciła to, na co ciężko pracowałeś/-aś. Nie lubię tych, co są niezadowoleni z życia, jednocześnie nie robiąc nic, by to zmienić. Nie mogę przeżyć tego, do czego czasem ludzie są zdolni dla kasy. Tracą rodziny, więzi, których nigdy i nigdzie nie jest się w stanie niczym innym zastąpić, tylko po to, by zabłysnąć przed znajomymi wypasionym mieszkaniem na modnym osiedlu..
   Jest we mnie tyle zła ostatnio. Sama się na siebie wściekam, bo nie chcę tak. Chcę cieszyć się życiem tak jak dawniej, przestać się przejmować tym wszystkim..czy to widzieć, tak po prostu.. Ale nie godzę się na świat bez zasad i wartości.
Staję się aspołeczna, bo coraz trudniej jest mi nawiązywać relacje z ludźmi. Może mam za duże oczekiwania..nie wiem sama.. Lgnę do osób starszych, wychowanych według "starej szkoły". Kulturalnych, wartościowych, niezmanierowanych. Takich, dla których w życiu liczy się coś więcej niż pieniądz i szpan. Takich, którzy potrafią mnie szanować taką jaką jestem, nie próbując się jednocześnie po części stać mną, robić dokładnie to co ja w życiu, "bo to się sprawdziło".
 
   Niedawno spędziłam wspaniały czas z paniami Anną i Dorotą Sztaudynger. Siedząc znów przy słynnym stole w Koszystej popijałyśmy herbatę rozprawiając o swoich przeżyciach. Pani Ania znów zaszczyciła nas wspaniałymi opowieściami, a ja uwielbiam jej słuchać. Kocham jej poczucie humoru, to, jak się wypowiada, a przede wszystkim jej samokrytycyzm. Dorota (wnuczka pisarza) z kolei jest osobą tak ciepłą, że gdybym mieszkała bliżej, wpadałabym na herbatę natrętnie, by chłonąć jej pozytywną energię. Uwielbiam spędzać czas w ich towarzystwie. I w towarzystwie Joli z Mazur, i tego całego tam mazurskiego towarzystwa..które ma w nosie to, kto czym jeździ i ile na co wydaje. Normalni, prawdziwi, szczerzy ludzie, którzy nie muszą próbować się przypodobać i nadskakiwać, by zyskać aprobatę czy sympatię innych, w tym wypadku nas, z dalekiego miasta w nie aż tak pięknym zakątku Polski ;) No i oni wszyscy (no, prawie..) starsi ode mnie, a ja młodsza od nich. Ale jakby byli moimi rówieśnikami. Wyznajemy podobne wartości, widzimy świat podobnie.

   Jestem jakaś inna.Odstaję, tak czasem czuję.. Ale czy to dobrze,czy źle..? Nie wiem już sama.. W głębi ducha myślę, że to dobrze, a rzeczywistość czasem pokazuje, że lepiej wtopić się w zachowania ludzi spotykanych na co dzień.
Jestem jaka jestem. Jestem wrażliwcem. Nie potrafię krzywdzić innych. Nie umiem szpanować tym, co mam. Może dlatego, że zdobyłam, zdobyliśmy to własną pracą..? Nie wiem.. Nie potrafię  być arogancka, wyrachowana.
   I to nie tak, że ostatnio nie cieszy mnie nic. Nie nie.. Nie chciałabym, żeby ktokolwiek z Was zrozumiał mnie źle. Nadal mam w sobie wrażliwość, wewnętrzną radość i dziecko, które cieszy się i płacze na widok rozkwitającego bzu w ogrodzie. Tylko mój próg cierpliwości na ludzkie zachowania znacznie się skurczył. Kiedyś bardzo zabiegałam o to, by wszyscy mnie lubili. Teraz doszłam do takiego momentu w życiu, że sama wybieram, który kontakt jest dla mnie wartością, a resztę zostawiam za sobą, upłynniam, nie patrzę, nie widzę, nie chcę...

Kiedyś wypowiedziałam życzenie dotyczące ogrodu i..spełniło się. Więc teraz też sobie czegoś zażyczę. Życzę sobie nie czuć się odosobnioną. Chcę spotykać ludzi myślących jak ja. Chcę odzyskać wiarę w ludzi, po prostu..


   Ciekawa jestem, czy jest wśród Was ktoś, kto czasami czuje się równie wyobcowany...??

Tymczasem uciekam do robienia porządków. W kolejnych postach podzielę się z Wami wrażeniami z kolejnej edycji Święta Bzów w Siedlisku, pokażę, co zmalowałam i rewolucje, jakie dzieją się w leśnym domu i coraz to bardziej barwnym ogrodzie.
Mimo wszystko z uśmiechem.... :)




wtorek, 2 maja 2017

Zakopane - czyli urlopuję się i nie dam się naciągnąć na "owoce leśne" ;))

   Weekend majowy powoli dobiega końca, a my od niedzieli urlopujemy się w Zakopanem.
Po raz drugi zakwaterowaliśmy się w willi Tatiana, tyle że tym razem padło na Tatianę Lux. Pamiętacie mój wpis sprzed dwóch lat? (niewtajemniczonych odsyłam:KLIK)
Wówczas mieszkaliśmy w cudownym apartamencie w Tatianie Premium.
Dlaczego tu wróciłam? Bo jest przepięknie, miło, domowo, bardzo czysto, a podczas poprzedniego pobytu w Tatianie stwierdziliśmy, że wreszcie znaleźliśmy "nasze" miejsce. Różnica w pobytach jest taka, że podczas poprzednich odwiedzin odzyskiwałam wiarę w marzenia i bardzo, ale to bardzo zapragnęłam domu na wsi. Teraz jestem tu ponownie, ze świadomością, że mamy już swoje miejsce pod lasem. Teraz jedynie czerpiemy inspiracje i kolekcjonujemy pomysły na budowę i aranżację leśnego domku. Ot, dowód na to, że warto wierzyć..........





   Wczoraj mieliśmy cudowną pogodę. Bezchmurne niebo i wysoka temperatura zachęciły nas do wyjścia w góry. Niestety nie doszliśmy za daleko, bo w pobliżu Sarnich Skał na szlaku zalegał śnieg i bardzo śliskie błoto, a spotkany po drodze górski przewodnik ostrzegł nas, że dalej śnieg jest zamarznięty i trzeba bardzo uważać podczas schodzenia w dół. Zawróciliśmy. Tak czy inaczej, trochę pochodziliśmy. Zaczerpnęliśmy leśnego powietrza, słońca, posłuchaliśmy szumu strumyków, trochę się zmęczyliśmy i szczęśliwi wróciliśmy do hotelu.
   Zawiedliśmy się niestety na naszej karczmie, w której się ostatnio stołowaliśmy. Jedzenie już nie to samo, jakby okrojone porcje.., brak "czekadełek" i śmiejącego się na cała chałupę kelnera - a na właśnie czekała Julka.. Zamówiłam bigos, w którym pływało coś na kształt grzyba, ale bez smaku zupełnie. Klimat też już nie ten. Trzeba było więc szukać nowego miejsca.
Kuzyn polecił nam jadłodajnię o nazwie.. hmm.. "Babcia tu jest szefem" czy jakoś tak.. ;) Jak się okazało, spacer na obiad był przeszło godzinną wyprawą, w dodatku - a jakże - pod górkę. Kiedy doszliśmy na miejsce i zobaczyliśmy kolejkę przed lokalem, ogarnął nas głęboki smutek ;) Nie było jednak mowy o powrocie. Wcisnęliśmy się do stolika między innymi gośćmi i zjedliśmy naprawdę fantastyczny obiad w rozsądnej cenie. Dziś pewnie tam wrócimy, bo warto. Choćby po to, by raz jeszcze przeczytać menu ;))

   Szerokim łukiem omijam oblegane restauracjo-podobne twory na Krupówkach. O moich ostatnich przygodach można przeczytać TU.  Już nie dam się namówić na deser "owoce leśne" w postaci galaretki z kiwi. Jestem już mądrzejsiejsza i zanim coś gdzieś skonsumuję, robię wstępny rekonesans wśród bliższych i dalszych znajomych ;)
Dziś wybieram się do Małej Szwajcarii, którą poleciła mi Jola z bloga Żyjąc z pasją.


   Dzisiaj pogoda nie rozpieszcza. Nad górami wiszą ciężkie chmury i pada przelotnie. Wybierzemy się może na spacer łagodnym szlakiem. Jeśli złapie nas deszcz, odziejemy się w stylowe przeciwdeszczowe worki na śmieci. Yyyy..przepraszam. Worki na ludzi ;))


Póki co praktykuję chilloucik. Jak zwykle z kubkiem kawy, który zapewne za lat kilka przyrośnie mi do dłoni ;)








Poniżej widok z sypialni. Tak pięknie było wczoraj o piątej nad ranem...




   Mam nadzieję, że i Wam majówka mija przyjemnie. Przesyłam pozdrowienia!!

piątek, 28 kwietnia 2017

Komentarze na blogu i uczciwa reklama

   Kochani, dziś słów kilka na temat moderacji komentarzy i reklamy.
Już od jakiegoś czasu nosiłam się z zamiarem napisania tego postu. Jak zapewne zauważyliście, od dłuższego czasu Wasze komentarze pojawiają się tu z opóźnieniem. To dlatego, że mam włączoną moderację. Nie po to, by wybierać komentarze czytelników, lecz po to, by odrzucać nachalne reklamy. Coraz częściej pojawiają się tu komentarze opatrzone imieniem, czasami nawet nie nawiązujące stricte do tematu mojego wpisu, które są reklamą - są podlinkowane do stron www. Jest to rodzaj ukrytej reklamy, której nie akceptuję. Dlatego tego rodzaju wpisy od razu usuwam.

   Nie mam nic przeciwko reklamie, ale uczciwej. Kieruję więc słowa do firm, które się tu czasem niby-incognito udzielają. Jeśli są Państwo zainteresowani zareklamowaniem swoich produktów na moim blogu, bądź przekazaniem mi czegoś do zaopiniowania, wypróbowania i ewentualnego polecenia moim czytelnikom - zapraszam do kontaktu mailowego: rustykalnydom@wp.pl. Bądźmy uczciwi, po prostu.

   Ja, biorąc pod uwagę ilość odsłon bloga, która często przekracza 1000 wejść dziennie, pozostaję w nadziei, że są tu jeszcze prawdziwi czytelnicy, nie reklamodawcy, ale prawdziwi i uczciwi ludzie, którzy czytają, bo znajdują tu w jakiejkolwiek postaci wartościową treść.

   Przepraszam, że tak dosadnie, ale jestem babką z zasadami ;)

Pozdrawiam wszystkich Prawdziwych Czytelników :)))

środa, 26 kwietnia 2017

Się zieleni...

   W przerwach pomiędzy opalaniem starych drzwi, robieniem porządków i szlifowaniem starych desek, biegam z aparatem po ogrodzie. Malutkimi, malusieńkimi krokami poznajemy siebie nawzajem. Bacznie obserwuję rośliny, które jak grzyby po deszczu, pojawiają się przed domem. Stwierdzam, że w moim ogrodzie jest prawie wszystko to, co kocham - sasanki, ostróżki (które jeszcze nie kwitną), niezapominajki kojarzące mi się z niedzielnymi spacerami po Siedlisku, cudowne anemony, prymule, drobne bratki... Rosną sobie, spozierając spod okazalszych krzewów, a ja gadam do nich jak wariat jakiś..

   Trochę mnie ostatnio nerw wziął, bo kilku osobom zaczęły przeszkadzać stare drzewa w lesie, w skutek czego ten przerzedził się nieco. Szlag mnie jasny trafia, bo osobiście wolę nie mieć słońca, niż wycinać piękne, wiekowe sosny. Ale są ludzie i "ludzie"... W każdym razie nade mną ktoś czuwał, bo przyjechaliśmy na wieś akurat w momencie wycinki. Spytałam panów co się dzieje, opowiedzieli o jakiejś petycji.. kwitując, że żal im takie drzewa ciąć. Powiedziałam, że mnie one w niczym nie przeszkadzają i moich niech nie tną. Posłuchali. Przynajmniej kilka sztuk za moim płotem się ostało...


   Dziś dzielę się pstrykami ogrodowych rozweselaczy, spójrzcie jakie cudne..... :)))


Papierówka zaczyna kwitnąć. Kwitnącej jej jeszcze nie wiedziałam..



Ciemiernik...










...i cudny anemon, który o zachodzie słońca jakby troszkę się wstydzi.. ;)










Drzewka, które rosną przy wejściu na działkę, zakwitły cudownie na fuksjowo. Nie wiedziałam co to za roślina, ale wspomogły mnie koleżanki-ogrodniczki. Okazało się, że to porzeczka krwista...



   Dziś siedzę w mieście, a małżonek szanowny wyżywa się na wiejskich sufitach - rozbiera je, bo za bardzo tam "pachnie" stęchlizną. Roboty jest strasznie dużo. Mimo że w rezultacie i tak będziemy stawiać nowe ściany i robić nowy dach, teraz odsłaniamy strych, by przewietrzyć kąty i co by nie struć się pleśniami i innymi paskudztwami do czasu rozpoczęcia budowy.

   Dobrego popołudnia życzę!! :)


niedziela, 23 kwietnia 2017

Pokój prawie-nastolatki i rozmowy matki z córką

   Idziemy we dwie przez park. Do szkoły. Tej samej, tyle że ja do pracy, Julka zdobywać wiedzę.
- Mamuś, grzywka zasłania mi oczy!! Nic nie widzę.
- I tam.. nie widziaj. Świat jest taki brzydki o tej porze roku...
Innego dnia (idziemy w trójkę, dorośli rozmawiają o mało przyjemnych sprawach):
- Ciekawe czy w tym roku będzie jakiś zwrot z podatku...
- A co to znaczy? - wtrąca się małe.
- To znaczy.. oj nie będę ci tłumaczyć teraz, bo nie zrozumiesz.
- Bo jestem niekumata??
;))))
Gdyby tak ktoś nas posłuchał.. Córka i matka po jednych pieniądzach. Obie postrzelone. Obie zakręcone jak domek ślimaka albo baranie rogi (porównania te usłyszałam od naszej wiceprezydent, od razu zapożyczyłam).
Lubię te nasze rozmowy. W domu, podczas drogi do..lub z... Jeszcze niedawno wybierałam sukienusie na bale przebierańców. Dziś mam w domu prawie 11-letnią dziewczynkę. Choć czasem trzeba znosić dziewczyńskie fochy, lubię ten czas. Lubię to, że możemy już porozmawiać o czymś. Wymienić opinie, pośmiać się z czegoś. Boję się, że ten czas szybko minie. Niech więc stanie. Choć na małą, malusieńką chwilę........



   Dzielę się dziś pstrykami z pokoju Julki. Ujęcia jeszcze bez tapety. Następnym razem pokażę, jak wygląda z tapetą, którą położyliśmy na pasie ściany między oknami i na całej przeciwległej ścianie. Jeszcze brakuje parapetów, listew podłogowych..jeszcze nie wszystko powieszone, zamontowane, ale.. na wszystko przyjdzie czas.

Oto pokój po remoncie.
Podłogę Julka wybrała sama. Jest podobna do naszej, ale bez przecierek. Tak chciała -  ok ;) Ściany i belkę sufitową pomalowałam matową bielą. Doszła nowa lampa, łóżko, hamak.. Szafę pomalowałam na biało, a szyby zakleiliśmy okleiną meblową, bo jedna z nich podczas prac remontowych pękła. Kiedy wybudujemy domek, witryna powędruje na wieś, a w jej miejscu pojawi się szafa z zabudowie, pewnie z wielką taflą lustra - elementem, bez którego pokój nastolatki nie ma prawa bytu ;)









   

   Ciężkie, drewniane meble również wyjechały z pokoju. Biurko wystawiłam na sprzedaż, bo potrzebne było większe, by zmieścić lampkę i monitor. W mebelkach wiszących postawiłam na różnorodność w strukturze frontów. W słupku zamontowaliśmy fronty 3d. Efektem jestem zachwycona, a Julka jeszcze bardziej...





   Nie obyło się bez pozostawienia elementu pluszowego. Kilku członków ekipy zostało z nami. Od lewej: Toto, Kulik, Pandziulek, Edek. Poldek się nie załapał...





   Znajomi czasem pytają mnie, czy nie tęsknię za klimatem drewnianego domku..i czy mi w tych bielach dobrze. Powiem Wam, że dobrze. Bardzo dobrze. Jest cudownie świeżo, energetycznie, czysto. Dom wcale nie stracił klimatu. Czasem przytargam ze sklepu jakiś nostalgiczny drobiazg, który ociepla wnętrze. Bo rodzi się ono powoli, sukcesywnie. Nabiera smaku, wyrazu, charakteru. Tylko trzeba cierpliwości...










   Wczorajszy dzień spędziliśmy na wsi. Calutki. Nie ma jeszcze warunków do tego, by tam nocować, ale już sam fakt, że mamy gdzie spędzić dzień wolny od pracy, cieszy mnie niesamowicie. Polubiłam to całe poranne pakowanie balastu - zapełnianie kosza smakołykami, szykowanie ubrań, nasion kwiatów, na które przyszła kolej...
Uwielbiam przebywać w naszym ogrodzie. Choć wymaga jeszcze sporo pracy, udało nam dokonać zmian, czyniących go bardziej naszym. A gdy pogoda płata figle - ostatnio temperatura oscyluje w granicach 3-8 stopni - siedzę w domu i grzeję się przy piecu. W pokoju stoi stara koza. To nią się na razie ogrzewany. Czasem uchylam drzwiczki, by wpatrywać się w tańczący weń ogień. Słucham trzaskania drewna, śpiewu leśnego ptactwa i ciszy. Kocham te chwile.



   Cieszę się, że spodobała się Wam moja tapeta i że link do sklepu okazał się przydatny. Osobiście też lubię korzystać z poleceń różnych miejsc w sieci, sprawdzonych i z dobrym asortymentem. O, gdybyście na przykład znali jakieś fajne sklepy z sadzonkami drzewek (w dolnośląskim, ew.lubuskim) - dajcie znać, chętnie skorzystam z oferty sprawdzonego miejsca.

   Jako że za oknem prawie-zima, chętnie siedzę w domu. Po pracy i odhaczeniu obowiązków owijam się ciepłym kocem i oglądam filmy kostiumowe. Wpadłam w jakiś letarg, bo nie bardzo mam ochotę tworzyć, ale doświadczenie nauczyło mnie, że kiedy tej ochoty nie mam, nie powinnam się za nic zabierać, bo choćbym stanęła na rzęsach, i tak nie zmaluję niczego, co spełni moje oczekiwania. No cóż, nie jestem ideałem i też czasem cierpię na "niechcemisię" ;))

Biegnę do kuchni, bo rosół już dochodzi. Uściski Wam przesyłam mocniaste!! :)))

piątek, 14 kwietnia 2017

Tapeta - kropka nad "i"

   Dziś będzie o charakterze. O charakterze naszego nowego-starego dziennego.
Pisałam Wam, że po remoncie i zaaranżowaniu pokoju dziennego uznałam, że trzeba zrobić coś, by wnętrze nabrało wyrazu i stylu. Akcentu powodującego, iż stanie się bardziej "nasze". Zdecydowałam się na zastosowanie tapety. Długo zastanawiałam się nad tym sposobem wykończenia ścian bojąc się, by nie zniszczyć świeżo tynkowanych powierzchni. Kiedy jednak zdjęłam ze ścian w pokoju Julki kwieciste bordery i okazało się, że po tapecie nie zostało śladu i nie uszkodziła tynku, postawiłam na tapetę. Salonowi brakowało przede wszystkim ciepła i klasycznego sznytu.  Nie odnajduję się (zresztą nie tylko ja) w mieszkaniu zimnym, minimalistycznym. Uznałam, że położenie odpowiedniej tapety spełni to zadanie - ociepli kąty i nada im charakter.
   Kiedy zaczęłam szukać odpowiedniej tapety, trafiłam na sklep tapetuj.pl. Piszę o tym miejscu, gdyż bogactwo oferowanych wzorów jest wprost niewiarygodne, a sam sklep ma tak jasno i przejrzyście skonstruowaną stronę www, że bez problemu mogłam przeglądać tylko to, co mnie interesowało. A interesowały mnie wzory w stylu vintage, motywy w jasnych kolorach, graficzne, z dodatkiem bieli i grafitu. Pomimo tego, że moje wymagania nie stanowiły zbyt szerokiego spektrum, było w czym wybierać. Na wzór decydowałam się ponad tydzień ;)))
Ostatecznie wybrałam dwa rodzaje tapety. Obie winylowe na flizelinie, a więc łatwe do zdjęcia w przyszłości. Jeden wzór to shabby-chic'owe kasetony, tapeta Rasch Pure Vintage, drugi zaś graficzny, ale z nutą retro - BN International.












   W rezultacie zdecydowałam się położyć w pokoju dziennym tapetę Rasch. Postanowiłam stworzyć z niej lamperię imitującą boazerię drewnianą. Przyklejaliśmy ją wycinając pasy po dwa kasetony. Kleiła się świetnie, wystarczyło klej położyć na ścianie.
Wybór był strzałem w dziesiątkę!! Tapeta wygląda fantastycznie. Jesteśmy zachwyceni efektem. 
Dla lepszego efektu postanowiłam lamperię zakończyć sztukaterią. W sklepie budowlanym zamówiłam listwy w pięknym, klasycznym kształcie. Po przyklejeniu pomalowałam je na kolor biały z kroplą szarości. Pięknie zwieńczyły tapetę...



















Kwiecie w wazonie przyniesione dziś z własnego ogrodu. Po zerwaniu i włożeniu do dzbanka wycałowałam. Bo kocham. Wszystko, co w nim rośnie. Wariat........ ;)










Listwa sztukateryjna z bliska..





   Drugą z tapet zastosuję prawdopodobnie w korytarzu. Zrobiłabym to już teraz, ale rozważamy wymianę drzwi, tak więc kiedy zapadnie decyzja, położymy tapetę. Obie tapety wyglądają równie pięknie, więc na pewno i korytarz zyska na urodzie gdy go wytapetujemy.
Wam przy okazji polecam sklep Tapetuj - jest to kolejne miejsce w sieci, do którego będę powracać :))


   W julkowym pokoju też położyliśmy tapetę. Miałam Wam pokazać pokój po remoncie, ale wstrzymałam się właśnie ze względu na to, że zdecydowaliśmy się ozdobić dwie ściany graficznym wzorem. Efekt jest równie interesujący. W ogóle ostatnio pokochałam tapety. Był taki czas, że były one passe i kojarzyły się z a) komunistycznymi wzorami, b) remontem i koszmarem w postaci zdzierania sześciu naklejanych na siebie warstw ;) c) z dziurami w tynku po zdjęciu tapet. Teraz ściągnięcie tapety to żaden problem, a bogactwo wzorów zaspokoi nawet najbardziej wymagającego (mhm..mam na myśli i siebie) klienta ;)

   Biegnę do garnków. Z przygotowaniami do Wielkanocy jestem w lesie. O właśnie..las..... Boziuchnu jak u nas w leśnym ogrodzie pięknie!! :)))) Wszystko powoli budzi się do życia. W wolnych chwilach siadam na krześle przed domem i wystawiam twarz do słońca. Złapałam już nawet pierwsze wiosenne piegi. O, i chrzan dziś wykopaliśmy. Swój najswojeńszy :))) Ach.................................

:)))



środa, 5 kwietnia 2017

Zabawa w nieznane

   Ogród, który kupiliśmy, stanowi dla nas wielką niewiadomą. Po pierwsze, rośnie w nim wiele roślin, krzewów, których zwyczajnie nie znamy. Teraz, gdy jeszcze nie buchnął zielenią, widzę jak na dłoni gdzie co rośnie, choć i tak nie rozpoznaję wystających z ziemi badylków ;) Ale nic to, poznam się z czasem. Po wtóre, kiedy wycinamy suche gałęzie i odgruzowujemy rośliny, co rusz w ich czeluściach znajdujemy jakieś niespodzianki, gadżety. Jak nie klauny wiszące pomiędzy gałązkami bluszczu, to gumowe kaczuszki, anioły z ceramiki, zające etc.etc.... Babcia Marianna, kiedy sprzedawała nam ogród i dom, powiedziała: "Jak coś tam znajdziecie nie tak, jak coś.. to pomyślcie, że co złego to nie ja" :)) Nie. Nikt tu źle o pani Mariannie nie myśli. Podobnie jak o jej śp. mężu, panie Józefie, którego dobry duch czasem nam pomaga w ogrodowych pracach (np. gdy mamy problem z wykopaniem korzenia, prosimy Go o pomoc - za radą babci Marianny; zawsze skutkuje). Uśmiechamy się tylko pod nosem gdy dokopujemy się do różnej maści znalezisk :) Kilka dni temu naszym oczom ukazało się całkiem zacne - zakopane pod masą bluszczowych gałęzi, zamontowane tuż pod daszkiem przed domem - cudna drewniana korona, która niegdyś musiała należeć albo do jakiegoś wspaniałego kredensu, albo też była elementem architektury starego ganku. W każdym razie element to wielkiej urody, więc zostanie zdemontowany i odrestaurowany i na pewno będzie zdobił w przyszłości dom bądź werandę.
 
   W minioną sobotę zabraliśmy się do pierwszych wiosennych prac w ogrodzie. Wcześniej nie było czasu, bo - jak co roku - ścięło mnie z nóg przeziębienie. W pracach pomagały mamy. Ich rady i pomoc okazała się nieoceniona. Uczę się sadzić, przycinać, przesadzać,odchwaszczać.. Kiedyś to robiłam (w ogrodzie mamy), owszem, ale było to tak dawno, że musiałam się wszystkiego uczyć od nowa.
W moim ogrodzie powstał warzywnik. W innym miejscu niż dotychczas. Warzywa posiałam tam, gdzie wcześniej zioła i ogórki rosły jak na drożdżach. Posadziłam marchew, pietruchę, koper, cebulę, czosnek, rzodkiewkę, sałaty, seler i brukselkę. Rosną sobie w równiuchnych rzędach. Kiedy je sadziłam teściowa śmiała się ze mnie, bo każdą nierówność prostowałam tłumacząc, że gdyby grządki były w nieładzie, czułabym nieszczęście ;)
Obok warzywnika wygospodarowałam miejsce na zielnik. Posiałam mnóstwo ziół, których używam w kuchni. Będą rosnąć obok wieloletniej już rukoli i lubczyku. Zielnik nie wygląda w tym roku jeszcze tak, jakbym sobie wymarzyła - w przyszłości chciałabym zbudować taki wyższy, z kamiennym murkiem. Taki, żeby nie musieć się schylać sięgając po pachnące gałązki. Tak zrobię za rok. Teraz priorytetem jest zagospodarowanie działki pod przyszłą przebudowę domu i zbudowanie kompostownika.

Zagospodarowanie ogrodu będzie zmienione, jednak z zachowaniem wszystkich nasadzeń, które są. Te, które przeszkadzają, przesadzam w inne miejsca. Przed zimą wycięłam jedynie dwa dość spore krzewy kaliny, która była chora. Wycięliśmy ją w obawie, by nie zaraziła pobliskich drzew, w tym mniejszej magnolii. Reszta krzaków została.

   Teraz zamierzam przesadzić kilka bukszpanów, które dotychczas tworzyły gęsty płot wokół domu. Chcemy je przesadzić troszkę dalej od ścian domku, bo w ich miejscu kiedyś stanie weranda - przedłużenie kuchnio-salonu, z tarasowym wyjściem. Nie zamierzam ich wyrzucać, bo to prawdziwy skarb - krzewy mają ok.30 lat!! Są prawie tak wysokie (!!) jak ja ;)) Postaram się zrobić zdjęcia i pokazać jak wyglądają w chwili obecnej, a gdzie będą rosły po przesadzeniu. Czytałam trochę o przesadzaniu starych bukszpanów i wiem już, że to im nie zaszkodzi, bo system korzeniowy jest zbudowany w taki sposób, że łatwo się rozrasta. Zresztą, w lecie przesadzaliśmy już co nieco i sadzonki rosną pięknie w nowym miejscu.

Planując zagospodarowanie ogrodu chcemy uszanować to, co się w nim znajduje i co rośnie pięknie od - zapewne - kilkunastu, o ile nie kilkudziesięciu lat. Mamy tu piękne korytarze z bukszpanów, mnóstwo hortensji (niskich i wysokich), duże różaneczniki, pęcherznice i dwie piękne panny - małą i dużą magnolię. Jeszcze nie widziałam ich kwitnących, bo domek kupiliśmy w okolicy lata, tak więc to nasza pierwsza wiosna :) O, podobno mam też bez. Niedługo się okaże, czy faktycznie. Jeśli tak, będę najszczęśliwsza!!  Czekam aż ogród przywdzieje zieloną szatę i zapachnie wiosennie. W kilku miejscach dosadzę jeszcze trochę "moich" kwiatów, czyli tych, które wyglądają na dzikie, są kolorowe, delikatne i będą nawiązywać stylem do ogrodu w stylu cottage.

   Planów jest baardzo dużo. Chcemy jeszcze tej wiosny posadzić tuje pod ogrodzeniem. Sadzonki czekają w ogrodzie teściowej. Niech już rosną i tworzą gęsty szpaler, chroniący naszą prywatność.


Póki co dzielę się z Wami zmianami, które już wdrożyliśmy w życie..

   Pierwszą zmianą, jaką wprowadziliśmy, była zmiana miejsca bramy wjazdowej. To, w którym była poprzednio (na zdjęciu) jest idealne pod teren rekreacyjny - w przyszłości wybudujemy tu grill, miejsce na ognisko, postawimy jakieś ławy, stół. Na razie posadziliśmy tuje, by "zbudować" ogrodzenie. Zieloną bramkę i siatkę kiedyś zastąpimy jakimś ogrodzeniem, ale to już po wybudowaniu domu.




Teraz jest tak..




Jabłonie zostały. Wprawdzie nie bardzo pasują mi akurat w tym miejscu, ale grzechem byłoby je wycinać, gdyż rodzą przepyszne, słodkie jabłka.
Niżej widać bukszpany, które przesadziliśmy kilka dni temu. Teraz rosną przy leśnej drodze. Nie muszę nimi niczego zasłaniać, więc mogą sobie spokojnie rosnąć przez lata.




Część ogrodu widoczna poniżej była zarośnięta krzewami malin, zastawiona kompostownikiem.. w ogóle była zasłonięta. Wąska ścieżka prowadziła do mniej okazałego zakątka, który przed zimą odgruzowałam. Myślę, że to idealne miejsce na stworzenie zielonego zakątka i postawienie ławki. Będzie można tu posiedzieć w słońcu, poczytać książkę. Betoniki znikną, podobnie jak kompostownik i sterta żeliwnego czegoś ;) co, jak twierdzi m., nada się pod zbrojenie domu.




A tu już mój warzywniczek. Boziuchnu...jak mnie to wszystko cieszy.............................................:)))))))))))))))))))))))




Cierpliwie czekam na takie widoki..już niedługo.....




Wybaczcie jakość zdjęć - zrobione telefonem, bo padało. I dobrze. Niech podlewa. I niech mi wszystko rośnie i cudnie wygląda. Pięknie i zdrowo. Kocham!!!!!!




sobota, 25 marca 2017

Kulinarnie i mała zapowiedź (nie)dziecięcego

   Nigdy wcześniej nie jadłam zupy z soczewicy. Zmęczona przygotowywaniem polskich (dość ciężkich) obiadów, postanowiłam poeksperymentować. Zupę ugotowałam "z głowy". Bez konkretnego przepisu, po swojemu. Wyszła pysznie i już wiem, że będzie jedną z naszych ulubionych.
Ostatnimi czasy w ogóle często wypróbowuję nowe przepisy. Gotowanie mnie odpręża. W moje ręce wpadła świetna książka, którą zaprezentuję Wam niebawem. Naturalnie nadal pozostaję w klimatach skandynawskich.. ;)

Dla tych, którzy jeszcze nie próbowali..


Zupa z czerwonej soczewicy

Składniki: 
- szklanka czerwonej soczewicy
- kilka pomidorów bez skórki
- najukochańszy czosnek
- najukochańsza cebula
- wywar z warzyw
- zielona pietruszka
- sól, świeżo zmielony pieprz, kolendra - do smaku


W garnku na łyżce oliwy podsmażyłam pokrojoną w kostkę cebulę i rozmamtolony czosnek. Dodałam pomidory, zalałam wywarem z warzyw i wsypałam soczewicę. Wszystko gotuje się dość szybko - zaledwie 20-30 minut. Na końcu zupkę doprawiłam (dając dość dużo pieprzu, by miała właściwości rozgrzewające). Mniam!! ;)








   Za kilka dni pokażę kadry z pokoju Julki. Jeszcze nie wykończyliśmy ścian - musimy nakleić tapetę. Miało to być zrobione szybciej, ale uznaliśmy, że zrobimy to "hurtowo" - w poniedziałek przyjedzie tapeta, którą wybrałam do pokoju dziennego. 

Zdradzę Wam póki co który element pokoju wywarł na mieszkance największe wrażenie ;) 
Jakiś czas temu Julka wspomniała, że bardzo jej się podobają wiszące fotele. Postanowiliśmy zrobić jej niespodziankę. Wysłaliśmy ją na kilka dni do babci, a gdy wróciła do domu, czekał na nią nie tylko zupełnie odmieniony pokój (podłogi, ściany, meble..), ale i wymarzone wiszące siedzisko. Jej reakcja - bezcenna... ;)
Fotel kupiliśmy przez internet za niewielkie pieniądze. Ujęły mnie frędzle i kolor - delikatny, naturalny. A jakie to to wygodne..!! Przyznam, że czasem pod nieobecność lokatora bujam się w nim z kubkiem kawy w dłoni. Ale ćśśśśś.................... :)))







   Postanowiłam zrobić jej jeszcze jedną niespodziankę. Zrobiłam łapacz snów. Wykorzystałam do tego drewniane koło z tamborka, babciną serwetę i dziergane (również przez babcię) kwiatki i kilka tasiemek i piórek, kupionych w pasmanterii tudzież znalezionych na dnie szafy. Nie wiem, czy jest ładny, ale Julka była zachwycona, a to najważniejsze:)





   Bardzo, ale to bardzo cieszę się, że pomimo moich ostatnich zaniedbań z powodów zdrowotnych, tak wyczekujecie kolejnego wpisu :)))) Ze mną jeszcze nienajlepiej, bo po wypadku jest trochę powikłań i nadal jestem w trakcie leczenia, ale udaje mi się zapominać o nieprzyjemnościach, kiedy robię to, co kocham. Chyba jestem szczęściarą... ;)

Ściskam Was wszystkich bardzo mocno!! :)

niedziela, 12 marca 2017

Odrobina surowości i krzesło-marzenie

   Już dawno miałam się z Wami podzielić zdjęciami pokoju dziennego w nowej aranżacji, a także nowego - zupełnie odmienionego - pokoju Julki, ale nie miałam głowy do blogowania. Teraz, pomimo że ze mną jeszcze nienajlepiej, musiałam wrócić do pisania, bo bardzo, bardzo potrzebuję pozytywnych bodźców, a blogowanie i kontakt z Wami działa niczym balsam dla duszy :)

   Kiedy po remoncie zaaranżowałam pokój dzienny, bardzo szybko okazało się, że brakuje mi niewielkiego stołu. Nie stolika kawowego, nie ławy, ale właśnie stołu. Czasem okazuje się niezbędny do prostych domowych czynności. Postanowiliśmy więc taki kupić. Niewielki, niedrogi i rozkładany.
Padło na stół z Ikei. Będąc w sklepie nie wiedziałam jeszcze, czy kupić czarny czy biały. Szczerze mówiąc żaden z tych kolorów nie odpowiadał mi w stu procentach, gdyż czerń była za ciemna (mój kuchenny stół jest w kolorze grafitowym), zaś biały był "za ciepły". Postanowiłam więc kupić ten w kolorze drewna i pomalować w domu na odpowiedni kolor. Padło na biel - czystą, bez przecierek, taką jaką uzyskałam malując kuchnię (wkrótce więcej obiecanych kadrów z bliska).
No tak, a jeśli już jest stół - muszą być i krzesła ;)
Już dawno "chorowałam" na krzesła w stylu loft. Surowe, metalowe, białe. Za każdym razem przeglądając zdjęcia aranżacji w stylu vintage, mój wzrok zatrzymywał się na dłużej na tychże krzesełkach. Moje mieszkanie ma dość ograniczony metraż, tak więc muszę uważać na to, by go przypadkiem nie zagracić, ale dwa krzesła do świeżo bielonego stołu są w sam raz. Jednego z nich mogę używać do siedzenia podczas gry na pianinie. Po wypadku bardzo bolą mnie plecy, więc krzesło z oparciem w tym wypadku wydaje się być zbawieniem...
   Przeglądając oferty sklepów natknęłam się na Meblownię. Tu właśnie znalazłam krzesła o jakich marzyłam. Proste, w kolorze czystej bieli, z delikatnym połyskiem. Wiem, dużo tych szczegółów, ale przywiązuję ogromną wagę do detali - o czym doskonale wiecie :) Zamówiłam dwa krzesła, które jechały do mnie z prędkością światła. Miałam je w domu już po dwóch dniach. Trochę mnie przeraziła paczka, którą dostarczył kurier - była ciut sfatygowana.. na szczęście krzesła były tak zapakowane, że nie było szans, by coś im się stało podczas transportu.
   Krzesłami jestem zachwycona. Mój pokój - w przeciwieństwie do kuchni - na pewnym etapie stał się trochę zbyt glamour'owy, potrzebny był tutaj pierwiastek surowy, prosty w formie. Krzesła idealnie przełamały słodkie wnętrze. Zresztą myślę, że wyglądałyby dobrze we wnętrzach w każdym stylu...
Osobiście mogę Wam przy okazji polecić Meblownię - kolejny polski sklep z profesjonalnym podejściem do klienta. Wiecie już, że lubię kupować w "mądrych" miejscach. Gdy się zawiodę na sprzedawcy, nie wrócę już do niego, choćby posiadał jako jedyny to, czego potrzebuję. Tak miałam na przykład ze sprzedawcą jajek na targowisku. Kiedyś kobiecinie - emertytka, babcinka na pewno po 70-tce - zabrakło czterdziestu groszy do zakupu opakowania jajek. Babciunia czyściutka, widać, że nie marnotrawi pieniędzy na alkohol etc., a drobnych w portfelu szukała trzęsącymi się dłońmi... Widać było, że nie próbuje naciągnąć, a po prostu tych drobnych nie ma. Sprzedawca nie odpuścił i nie sprzedał jajek. Babcinka z kwitkiem odeszła, a ja już u owego pana zapewne nigdy nic nie kupię. Mam swoje zasady i lubię, gdy klienta, bez względu na okoliczności, traktuje się z szacunkiem i po ludzku ;)
Do Meblowni zapewne jeszcze nie raz wrócę :))

   Zapraszam do obejrzenia kadrów...


Krzesła: Meblownia.pl

















   Moje plany remontowe niestety troszkę się posypały przez wypadek..ale powoli nadrobimy zaległości, wszak co się odwlecze... ;)
Wkrótce planuję zagospodarować ściany. Wcześniej wisiały na nich ramy, ale zdjęłam je, gdyż za bardzo odbijały światło. Powędrowały do pokoju Julki. Mnie brakuje jeszcze w pokoju takiej kropki nad "i", dlatego myślę o zastosowaniu tapety. Dzięki nowym krzesłom wnętrze stało się trochę bardziej surowe, proste, tak więc cel uważam za osiągnięty. Jeszcze tylko wykończenie ścian...


   Dawno nie byłam w domu na wsi. Być może coś już wzeszło w moim ogrodzie... Może później się wybiorę. Tęsknię za wiosną, ciepłem, słońcem i zielenią... ;))

Kochani, zaglądajcie, gdyż kolejny post poświęcony będzie metamorfozie pokoju Julki. Do zobaczenia!! :)

niedziela, 29 stycznia 2017

Przymusowy odpoczynek

Kochani, dziękuję Wam za słowa otuchy. Ze mną już lepiej. Pierwszy tydzień po wypadku przeleżałam, dzięki czemu odzyskałam siły. Jestem jeszcze zakuta w kołnierz, ale powoli będę z niego wychodzić podczas rehabilitacji. Krzątam się po domu poddenerwowana, gdyż nie lubię nic nie robić, ale postanowiłam, że uszanuję swój organizm i kiedy domaga się odpoczynku - odpoczywam.
Mam nadzieję, że już za tydzień-góra dwa- uda mi się wrócić do pracy.

Uściski Wam ślę. A szczególnie tym, którzy informują mnie, że przeczytali bloga od deski do deski :)))) 8 Lat pisania...ponad 550 postów..... chapeau bas Kochani!!!!!!!!!!!!! :)))))
Do zobaczenia!! <3 p="">

piątek, 20 stycznia 2017

Niedyspozycja

   Kochani, chwilowo jestem nieobecna z powodu wypadku. Przepraszam Was za małą aktywność, ale potrzebuję oddechu... Diagnoza: uraz i naderwanie kręgosłupa w odcinku szyjnym. Wsadzono mnie w stylowy kołnierzyk, który działa zbawiennie na obolałe mięśnie i głowę..
Pomimo bólu przesyłam Wam uściski i do zobaczenia wkrótce <3 p="">

Udostępnij