wtorek, 25 lipca 2017

Zamknięte w słoikach.. czyli kwintesencja lata

   Miałam pisać o kolejnym przystanku naszej podróży, ale wstrzymam się do kolejnego postu, bo przy okazji wpisu chciałabym się z Wami podzielić zdjęciami, które zrobię jutro.

   Dziś odpoczywam. Wczorajszy dzień obfitował w emocje, bo z dalekiej podróży wróciła nasza ptaszyna. Opalona i radosna, naturalnie z ledwie domkniętą walizką, która pomieściła - jak zwykle - jakże wyczekiwane i wywołujące uśmiech jak u kota z "Alicji.." pamiątki ;))
Strasznie tęskniłam.

   Od rana krzątam się po kuchni, która teraz pachnie lawendą, ziołami, owocami i zielonym ogórkiem. Z ogrodu przywiozłam borówki. Część mrożę, z części mama będzie robić powidła. Doskonale sprawdzają się do pieczonych rogalików. Nabrałam ochoty na upieczenie jagodzianek..czy raczej...borówczanek ;) Z borówką jeszcze nie piekłam.
   Kiedy uporządkowałam kuchnię po śniadaniu, moim oczom ukazał się widok tak zacny, że chwyciłam za aparat. Cudnie mi z tym. Z własnymi przetworami, owocami, ziołami. Marzyłam, by smaki zamykać w słoikach, ale by zbiory pochodziły z mojego ogrodu. Liczę, że kiedyś doczekam się na wsi spiżarni z prawdziwego zdarzenia, z regałami na słoje i na butle z winem i nalewkami...







Wczoraj zrobiłam małosolne, a kilka dni temu przesmażyłam czarną porzeczkę z cynamonem. Moje słoiczki z przetworami są..hmmm.. Najlepiej ujęła to Julka: "Mamusiu, one są zupełnie jak ty, ty też jesteś do góry nogami" ;)))






  W tym roku po raz pierwszy zrobiliśmy sosnówkę. Najpierw powstał syrop z sosny (wyśmienity; poprzednie dwa lata z rzędu mi nie wyszedł, bo raz się skwasił, a drugim razem w słoju jaja złożyły jakieś muszki..brrrr...), a potem pędy, które zostały, zalaliśmy wódką (ja nie mogę spirytusu, więc wszystkie nalewki robimy na wódce) i wodą. Nalewka wspaniale pachnie i jeszcze lepiej smakuje..







W małych karafkach, które kupuję na targach staroci - tę mniejszą ze zdjęcia kupiłam za złotówkę - zamykam oliwę z dodatkiem ziół z ogrodu, majeranku i rozmarynu. Nie robię tego w dużych butlach, by się nie zepsuły.









Jutro będę robić ogórki. Na balkonie czeka cała skrzynia. Zdecydowanie muszę się wyspać ;)

Spokojnego wieczoru Wam życzę.. :)

poniedziałek, 24 lipca 2017

Magicznie nostalgicznie czyli podróż po Podlasiu

   Przejeżdżając przez wsie usłane drewnianymi chatami podziwiałam nie tylko widoki, ale przede wszystkim nazwy miejscowości, rzek czy jezior. Ot, choćby "Oksiutycze" :) Tu, na Podlasiu jest zupełnie inaczej niż u nas. Wszystko jakieś takie większe, bardziej rozległe. Jest cicho, a czas jakby się zatrzymał.
- O, zobacz, rzeka Pyszna!
- Gdzie?
- Nie ma..jest sam most. Ktoś ją wypił.
Jest tu wiele magicznych zakątków. Jako że marzy mi się dom po części obity drewnem, czerpałam inspiracje, a do domu wróciłam lekko oszołomiona i równie magicznie natchniona. Ba, nawet pan mąż złapał bakcyla, bo jadąc rzucał okiem to na prawo, to na lewo. Zdarzało się, że nie zauważał przez to "hopka" na drodze. Ja wówczas modliłam się, by samochód, który wyskoczył jak z  wyrzutni, wylądował w powrotem na jezdni.
- Zobacz, jak pięknie!!
- Kochanie prowadzę.
Mhm. Prowadzi, ale zwalnia i patrzy.
Mnie ogarnia błogostan, gdy zauważam drewniany (odnowiony) domek pod lasem wśród zarośli tak zielonych, jakby je kto farbą ochlapał. Przed domkiem niewielka, równie zielona łąka. Ach, jaki piękny byłby tu piknik....!!
- O, a zobacz na to ogrodzenie! - krzyczy kierowca.
- Gdzie..?? Ejjjjj!! Uważaj, dziura... ehh.. znowu. No..piękneeeeeeeeeeeeeeeee...................

Rozglądając się na prawo i lewo jadąc samochodem, doszliśmy do wniosku, że Podlasie to kraina krów i bocianów. Jest ich to naprawdę sporo. Konkluzja taka nam się przy okazji wykluła, że krów jest dużo, bo przynoszą je bociany.
Takie myśli człowieka nachodzą, gdy spędza 9 godzin w podróży. To strasznie męczące, lecz gdy w końcu dociera się do tak wspaniałego miejsca, jakim jest dom Ani i Maćka, bolące nogi i siódme poty idą w zapomnienie.
Dwa wspaniałe dni spędziliśmy w Aniutkowie. Z Anią znamy się od lat, ale do ubiegłego roku znałyśmy się zaledwie wirtualnie. Ponad rok temu odwiedziliśmy desperatów (takich jak my zresztą), którzy mieszkali w maleńkiej drewnianej chatynie i budowali swój wymarzony dom, stojący tuż obok. Starą chatę Anka urządziła w taki sposób, że przepadłam z kretesem. Ze starego starocia, którego ktoś by już pewnie spisał na straty, zrobiła takie cudo, że kiedy przekroczyłam próg zastanawiałam się jak ona do licha to zrobiła..??!! Wtedy domownicy byli pochłonięci pracami budowlanymi, więc nie zabawiliśmy długo, ale zdążyłam napić się z Anią kawy z cynamonem, której zapach i smak pamiętam do dziś. W domu próbowałam zaparzyć taką samą, ale najwyraźniej taka kawa to tylko u nich, na Podlasiu, Nigdzie indziej nie zasmakuje tak samo.

I tym razem doczekałam się kawy z cynamonem. Z Anią i Maćkiem spędziliśmy fantastyczny czas. Ja, matka już nastolatki, zapomniawszy już jak to jest mieć bobasa w domu, wytarmosiłam najmłodszą latorośl aniutkową - Leona. Cudny maluch!! Niespodziewanie zostałam ciotką i chcę nią pozostać. Amen.
:)))))
Pozostaję w nadziei, że wkrótce będziecie mogli poczytać o aniowych i maćkowych poczynaniach w moim reportażu. Aniutkowicze są niesamowici, naprawdę!! A ich dom..................................


Mateczka Aneczka...



...gadżeciarze....



i jakiś przyjezdny duch.. ;)



To miejsce jest w ogóle magiczne.
Mówi się, że sen, który się przyśni w nowym miejscu, się spełni. Śniło mi się, że wyglądam przez okno sypialni i widzę kobiety w ludowych strojach (zobaczcie, jaki wpływ ma design domu...!! hahahah). Podobno - to słowa właścicieli domu, jesteśmy nadal we śnie - miejscowi chodzą w strojach ludowych w każdą niedzielę, ot, taka tradycja.
Wszak była sobota, gdy opuszczaliśmy Aniutkowo, ale jadąc przez wieś minęliśmy przy drodze dwie panie..ubrane w ludowe stroje...................... ;))))))))))))))


Kolejnym przystankiem był dom Reginy w Puszczy Białowieskiej. O tym, kto to taki i w jakim celu nas tam przywiało, w kolejnym poście ;) Do zobaczenia!!

piątek, 21 lipca 2017

Ogrodowe kadry

   Ostatnich kilka dni spędziliśmy w cudownych miejscach i równie wspaniałej atmosferze. Napiszę o tym słów kilka w kolejnych postach. Dziś szybciutko i ogrodowo. Pracujemy intensywnie na działce (dziś dzień odpoczynku), bo trzeba było trochę zmienić ogrodowe plany. Podczas naszej nieobecności ktoś wszedł na teren ogrodu i zdeptał moje kwiaty. Wykopał jeden kwiat...choć..w sumie i tak się nie doliczę.. :/ Nie pozostaje nic innego jak kupić kamerę i objąć teren działki monitoringiem.
Póki co miejsca, przez które niechcianiec mógł się dostać na teren działki, osłaniamy płotem.
Jeszcze nie pomalowany, bo kasiorka się kończy.. Wymieniamy w mieszkaniu w mieście drzwi, więc budżet trochę ucierpiał. Cóż, co się odwlecze.... ;)


Dwa lata temu nawet nie marzyłam o tym, że będę mogła jeść śniadanie w takiej scenerii...









Moja ulubiona alejka... Wieczorami spaceruję nią, albo po prostu przynoszę krzesło i zasiadam z książką. Kiedyś stanie tu ławka. Miała stanąć tego lata, ale mama w jej miejscu posadziła fasolkę ;)))





A to nasz gość. Jego rozmiar robi wrażenie. Cudne obrazy maluje natura...




Życzę Wam pogodnego dnia!! :)

wtorek, 11 lipca 2017

Fototapeta - jestem na "tak"

   Wpis sponsorowany
   Kilkakrotnie już drogą mailową zadawaliście mi pytania dotyczące fototapet – co o nich myślę, czy nie są tandetne, „obciachowe”, czy warto je zastosować we wnętrzach i jak to zrobić. Korzystając z okazji nawiązania współpracy w firmą produkującą fototapety postanowiłam poświęcić wpis temu właśnie tematowi, bo jest on – moim zdaniem – naprawdę wart uwagi J

   Fototapeta czasami kojarzy nam się źle. Bywa, że przywodzi na myśl lata 80-te i 90-te, kiedy cieszyły się one dużą popularnością, zaś znakiem rozpoznawczym były palmy i wodospady, a nade wszystko kiepska jakość ;)
Ze współczesnymi fototapetami mają one niewiele wspólnego. Te „dzisiejsze” cechuje świetna jakość – w łatwy sposób się je nakłada, łatwo się też ściąga (oczywiście tu dużą rolę pełni również klej). Powierzchnia tapety może być błyszcząca, bądź matowa, wedle życzenia klienta. Jeśli komuś trudno się zdecydować na kolorystykę, można zamówić próbkę koloru, która jest niczym innym jak wydrukiem tapety na małym formacie. Te wszystkie możliwości daje na przykład sklep internetowy uwalls.pl. Dodatkowym i niewątpliwie istotnym plusem jest tu ogromny wybór wzorów fototapet. Zachęcam Was do obejrzenia oferty, ja zaś skupię się na kilku wybranych propozycjach.

   Jedna z czytelniczek spytała mnie kiedyś jaką fototapetę wybrałabym do salonu i czy trzeba mieć wnętrze urządzone w określonym stylu, by któryś deseń móc zastosować.
Powiem, a raczej napiszę tak: w każdym wnętrzu można zastosować fototapetę. Trzeba tylko zrobić to z rozwagą.

Wiele/-u z Was zapewne mieszka/urządza/lubuje się we wnętrzach w stylu skandynawskim. W takich czterech kątach widziałabym coś w ten deseń:








Świetnym pomysłem jest zastosowanie motywu biblioteczki. Kiedyś szukając inspiracji natknęłam się na zdjęcie aranżacji scandi-salonu, w którym powieszono pas tapety imitującej stary regał z książkami. Wyglądało to obłędnie!! Wiem, że zaraz znajdą się tu czytelnicy, którzy zganią mnie za „imitacje” ;), jednak jeśli ktoś nie ma miejsca na urządzenie biblioteczki, bo na przykład woli wykorzystać miejsce na lustro bądź szafki na domowe niezbędności, to dlaczego nie? J
W ofercie Uwalls znalazłam coś takiego:





Myślę, że taka tapeta świetnie będzie współgrać z surowym, skandynawskim wnętrzem. Warto tu pokusić się o wyszperanie na targowisku ze starociami ramy do lustra/obrazu w podobnej kolorystyce do szafa na tapecie.
We wnętrzu skandynawskim widziałabym też tapetę w kwiaty (tu coś dla miłośniczek romantycznych deseni w stylu vintage - takich jak ja) ;) W korytarzu/przedpokoju, jak zwał tak zwał, zastosowałabym taką tapetę:





Wystarczyłoby, by wzór był stosunkowo niewielki i powtarzalny. Taką dekoracją można ozdobić jedną ze ścian albo zrobić z niej lamperię wykończoną ozdobnym gzymsem. Do tego białe drzwi, białe ściany i kilka cienkich, delikatnych ramek (w prostej formie), w kolorystyce dobranej do tapety – w tym wypadku jasnych brązach, szarościach i ciemnej, przybrudzonej zieleni. Do tego fajna lampa w stylu skandynawskim – raczej jasna, najlepiej biała…albo po prostu coś wyszperanego na targu staroci.


Właściwie dla każdego stylu tu się coś znajdzie. Ot, na przykład glamour:






Mnie o zawrót głowy przyprawiły tapety z działu „Etno”.  Wzory są niesamowite, wyobrażacie sobie salon z taką fototapetą…? Ja BARDZO J))












Blisko tego tematu będzie też stylistyka marokańska, której wzornictwo cieszy się ostatnio u nas dużą popularnością. Często spotyka się we wnętrzach kafle z kolorowymi wzorami, ale spójrzcie na te fototapety - czy nie są wspaniałe..? Wyobraźcie sobie białą (bądź w innym kolorze, ale jednolitą) kuchnię, w której jedną ze ścian zdobiłby motyw z drugiego zdjęcia... ;)








Co zaś wybrałabym do pokoju dziecięcego? Na pewno coś neutralnego. Gdy nakleicie tapetę z księżniczką z baśni czy ulubionym bohaterem bajki, wzór szybko się dziecku znudzi. No, chyba że jesteście otwarci na szybkie zmiany ;)

Ja zastosowałabym coś takiego:















Źródło zdjęć: www.uwalls.pl



Mam nadzieję, że Was zainspirowałam i odpowiedziałam na pytania zadawane w mailach. Gdybym mogła pomóc w czymś jeszcze – piszcie śmiało w komentarzach. Przejrzyjcie ofertę sklepu, może i Wam coś wpadnie w oko ;)

Życzę Wam bardzo, ale to bardzo kolorowego dnia!!
:)))





wtorek, 4 lipca 2017

Patrząc z góry..

   Śniły mi się jeżówki. Rany, cała masa jeżówek!! W moim ogrodzie. Patrzyłam na nie z góry, z balkonu. Miały kolor przybrudzonego różu, czerwieni i bladej pomarańczy.
Mam podobne w ogrodzie. Bardzo je lubię, ale jeszcze nie zrywam. Chcę, by się rozrosły.
   Któregoś wieczoru oglądałam jeden z ulubionych programów poświęconych angielskim ogrodom. Odcinek tak mnie zachwycił..!! Z zapartym tchem patrzyłam, jak prowadząca sadziła kolorowe kwiaty - całą feerię barw - a później robiła z nich bajeczne bukiety. Julka wpadła do pokoju podczas emisji programu i pozachwycała się ze mną. Ha....!! Złapała bakcyla. Będzie z niej ogrodnik-dekorator jak ta lala!! ;))))))
Kilka dni później wyjechałam z ogrodniczego z wózkiem wyładowanym kwieciem: kupidynkami, daliami, gali...coś tam.. (podobne do stokrotek, tylko większe i czerwone), rudbekią, jeżówkami.. Gdy podjechałam do auta z tylnego siedzenia usłyszałam głośny śmiech Julki: "Widzę, że zainspirował cię troszeczkę ostatni program"
No tak, zainspirował. Jak ta lala!! :)

Wprawdzie moje nowinki jeszcze się adaptują w nowym środowisku, ale staram się korzystać z tego, co obecnie rośnie w moim ogrodzie i robię bukiety. Stawiam je w każdym kącie w ruderce, by nieco ocieplić i upiększyć niezbyt wyrafinowane wnętrza ;)

Jeden z bukietów przywiozłam do domu. Takie lubię najbardziej - kwiaty z ziołami. W bukiecie między innymi oregano, pietruszka, koper i mięta...






















   Nasza leśna chatka na razie straszy. Z przebudową ruszymy pewnie dopiero za dwa lata. Póki co staram się upiększać...nie, nie upiększać..to za dużo powiedziane.. bardziej "uładniać" ;) wnętrza. Wieszam swoje durnostrojki - tu szafeczka, tam obrazek, jeszcze gdzie indziej latarenka czy zasłonki.. Chcę, by mimo wszystko miło się tu spędzało czas. 
Kiedy budzimy się rano i zasiadamy przy ładnie nakrytym stole, nawet odrapane ściany nie mają znaczenia ;)





Tak naprawdę wnętrze czynią głównie dodatki. 
W naszym ogrodzie stoi wiata, taka zwyczajna, metalowa, nakryta grafitowym dachem z tkaniny. Pod nią stoi huśtawka. Nie lubiłam patrzeć na ten kąt, choć widok z tego miejsca jest obłędny.. Widać las, krzewy, zielone korytarze. A dlaczego nie lubiłam? Bo wszystko takie nie po mojemu. Czułam się obco, jakbym gościła u kogoś.
Postanowiłam odmienić nieco ten kącik. Wszystko za sprawą dodatków. Jak pogoda dopisze, pokażę efekt prac. Jeśli chodzi o kolorystykę, idę w tonacje i wzory, które znacie z naszego mieszkania przed remontem. Wszystko to za radą Agi, która kiedyś napisała mi, że brakuje jej moich kolorów, kwiatów, krat.. Faktycznie, tu, na wsi, sprawdzą się doskonale.. ;)


   Do zobaczenia!!
:)

środa, 28 czerwca 2017

Pani Elwira, malwy i topinambur

   W środę wybraliśmy się po cegłę rozbiórkową. Ogłoszenie dotyczące sprzedaży znaleźliśmy na internecie. Nie było opcji dostawy, więc wypożyczyliśmy przyczepę i we dwójkę wybraliśmy się do położonej ok.30km od Głogowa miejscowości.
Kiedy przejeżdżaliśmy przez wieś szukając numeru domu z ogłoszenia, moim oczom ukazał się piękny, ceglany, stary dom, rodem z powieści Kalicińskiej. Zatrzymałam wzrok na dłużej, a chwilę później okazało się, że to właśnie nasze miejsce docelowe.
Dostojny dom. Stary, z czerwonej cegły. Odrestaurowany, ale tak...z szacunkiem. Z zachowaniem starych detali, bez rażących, kontrastujących kolorów. Wejście zdobi drewniany ganek, a filary budynków gospodarczych zdobią całe naręcza winobluszczu.
Moją uwagę jednak najbardziej przykuły malwy. Jakie piękne!!! Ogromne, dorodne. I to te stare, takie w starym gatunku, z wielkimi kwiatami o widocznych środkach. Od dawna marzę o takich właśnie malwach przed domem. Te, które kupiłam i wysiałam na wiosnę, są mikre jakieś.. i takie bardziej nowoczesne.. a tu..........zupełnie jak w Lanckoronie, gdzie przed niemalże każdym domem wyrastają takie właśnie staruszki, które biją na głowę nowoczesne, zbajerowane gatunki..
Pani Elwira, właścicielka gospodarstwa, wskazała nam miejsce, z którego zabieraliśmy cegły. Podczas gdy mąż mój je ładował na przyczepę, porozmawiałyśmy sobie. W rezultacie rozgadałyśmy się tak, że nie zdążyłam się nawet zorientować, że cegła już czeka złożona, gotowa do transportu.
Właścicielka oprowadziła mnie po swoim ogrodzie. Ogromnym, ale takim "po mojemu".... Wszystko w nim rośnie naturalnie, swobodnie i wysoko. Nie ma boznajów, dociętej trawy, w której nie ma źdźbła koniczyny... Są za to ogromne, stare krzewy porzeczek, agrest, poziomki.. Nad tarasem rozpościerają się wysokie drzewa i to tak pięknie, że nie potrzebne są tu ogrodowe parasole... Wszystko z pozoru w nieładzie, ale stworzyło to tak niesamowity klimat, jakby ogród był taki od stuleci. Wyczuwa się w nim pozytywną energię. W osobie pani Elwiry zresztą też.
Opowiedziała mi jak sadzić i przesadzać malwy, porzeczki..i jakie syropy (według babcinych receptur) sprawdzają się na rozmaite dolegliwości.
Kiedy zbierałam się do wyjścia, pobiegła po donicę i powiedziała, że ma sporo sadzonek malw i zaraz mi je wykopie. "Zaliczyłam" lekką konsternację, bo coraz rzadziej zdarza mi się spotykać z taką szczerością i bezinteresownością ;) Pani Elwira wykopywała te malwy, a ja czułam taką wewnętrzną radość...tak ogromną...!! Radość, że je dostanę i że spotkałam kolejną osobę, która daje tyle dobra..  :))))))) (Pani Elwiro, może Pani przeczyta - malwy rosną już sobie podparte należycie; jeszcze raz uściski serdeczne!!)





Oprócz malw przytargałam jeszcze od pani Elwiry topinambur. Nie bardzo wiedziałam, jak się go je, bo zaledwie zasłyszałam gdzieś kiedyś w telewizji, że dodaje się go do potraw.. ale u gospodyni rozsiewa się on niemożebnie a i kwitnie ponoć ładnie, pobrałam więc szczepki... Może Wy znacie jakieś dobre przepisy?





   Za każdym razem, gdy spotykam ludzi tak dobrych, szczerych, bezinteresownych, dziękuję. Niebiosom, losowi czy czemu tam jeszcze... 
Mam nadzieję, że uda mi się kiedyś odwiedzić to gospodarstwo. Z chęcią zawiozłabym coś od siebie..

Dobrego dnia!! :)))

niedziela, 25 czerwca 2017

Kuchnia w szerszych kadrach

   Nasza kuchnia obecnie przechodzi test. Od malowania mebli minął rok, ale fronty nadal wyglądają świetnie. Nic się nie zniszczyło, nie zżółkło. To powód do radości biorąc pod uwagę fakt, że w zasadzie testowałam nową farbę na własnej kuchni i gdyby coś poszło nie tak, musiałabym ją pewnie zastąpić nową ;)
W dwóch miejscach na frontach pojawiły się drobne odpryski, ale powstałe na skutek silnego uderzenia - zapewne schodkiem z Ikei bądź jakimś garem o większym gabarycie. Sama nie obtłukłam, a gdy spytam moich domowników, zapierają się robiąc oczy jak pięciozłotówki, więc.. ;)) niech im tam będzie :)))))) Drobiazgi podmalowałam i śladu nie ma ;)

   W nowej, jasnej kuchni funkcjonuje się wspaniale. Jest świeżo, jasno, ale nie nazbyt nowocześnie - a to za sprawą dodatków takich jak stylowe młynki czy kosze w stylu "shabby"... Rozjaśnienie mebli uważamy dziś za świetne posunięcie. Jako że kuchnia otwarta jest na pokój dzienny, nie rzuca się zanadto w oczy, lecz stanowi delikatne tło dla reszty pomieszczenia.

   Tym, którzy nie śledzili dokładnie moich poczynać związanych z metamorfozą kuchni, przypomnę, że malowałam meble, wymieniłam płytki podłogowe i ścienne (te drugie przykleiliśmy Mamutem - taki klej, który zdołałby pewnie przykleić człowieka do człowieka - do starych płytek, by zaoszczędzić czasu i ograniczyć bałagan). Stary stół zastąpiliśmy nowym, zmieniliśmy lampę i kilka dodatków. Kilka elementów pozostało bez zmian, o tym za chwilkę.

Tak się prezentuje kuchnia po roku od dokonania zmian...








W świetle dziennym pomieszczenie jest jasne i świeże, zaś w świetle wieczornym staje się bardzo, ale to bardzo przytulne ;) Nie wiem, czy to zasługa nowej lampy, której światło rozprasza się nisko nad blatami, czy też barwy tego światła, ale jest tu naprawdę cudownie. W chłodniejsze albo deszczowe dni zapalam dodatkowo świece..i można tu siedzieć i siedzieć i...................... ;)))





Tak jak wspomniałam, jest w naszej kuchni kilka elementów, do których mam sentyment i bez których obyć się nie mogę, czy raczej - nie chcę ;) 
Najważniejszym z nich jest ekspres. To nas staruszek, liczący już około 10 lat. Uwielbiam go za to, jak pyszną kawę parzy, za to, że sam się po zrobieniu kawy czyści i że jest prosty w utrzymaniu czystości - przecieram go raz na jakiś czas wilgotną chusteczką (te zawsze mam w szufladzie) i już jest jak nowy. Jeśli kiedyś się nie daj Panie spsuje - chyba będę szukać tego samego.. ;)





Na naszych blatach kuchennych jest taki misz-masz. Nie lubię kompletów, za to cenię przedmioty funkcjonalne i gustowne. Większa część naszych "bolesławców" powędrowała na wieś, ale kilka elementów zostało, bo - no właśnie - mam sentyment ;) 

Poniżej widać kolejny element, który jest dla mnie niezbędny w kuchni. Jest to zestaw: mydło do rąk+krem. Mam jakąś obsesję kremowania rąk. To zaburzenie podobne do tego, gdy ma się obsesyjne dreszcze i wzdrygania na widok maglowanej pościeli czy szurania styropianem ;)
PS Ten zielony gigant to z naszego ogrodu. Po deszczu wszystko wystrzeliło jak szalone. Rukola to się tak rozpanoszyła w zielniku, że teraz robię z niej bukiety i obdarowuję znajomych ;))





W kuchni obowiązkowym elementem są też słoje ozdobne. Zamykam w nich różne różności. Obecnie robi się syrop sosnowy..








Na kuchennym stole, choćby było na nim mało miejsca, muszą stać świeże kwiaty. Teraz oszczędzam na kupnie, korzystając z tego, co rośnie w ogrodzie. W tej chwili moje oczy cieszy hortensja, której kwiaty są białe niczym najbielszy śnieg...





W różnych zakamarkach kuchni wieszam suszone zioła, lawendę. Tę, która wisi na piekarniku, dostałam od szwagierki. Moja, posadzona rok temu, w tym roku jest jeszcze lichutka..





W kuchni, jak widać, jeszcze jeden element wymaga wykończenia - listwy przypodłogowe. Musimy zamówić białe, bo teraz meble dziwnie się odcinają od podłogi. Kiedy zamówimy - nie wiem. Obecnie pomysł nabiera urzędowej mocy ;))











   Teraz będę miała trochę więcej czasu wolnego. Zaczęły się wakacje, więc mogę skupić się na pasjach i pracach remontowych tu, w mieszkaniu, i na wsi.
W planach na najbliższe dni mamy malowanie i - mam nadzieję - stawianie płotu.

   A Wy jakie macie plany na najbliższe dni? Jakie na wakacje...?? Piszcie :))))))

sobota, 24 czerwca 2017

Metamorfoza mebli holenderskich

   Zgodnie z zapowiedzią dzielę się dziś efektami pracy nad kompletem holenderskich mebli.
Właścicielka postanowiła z wielkiej meblościanki zrobić komodę. Metamorfozie poddałam więc komodę, stół, krzesło i stolik kawowy.
Wszystko poza stolikiem wymagało zeszlifowania dość opornej warstwy lakierobejcy, dlatego nad kompletem mebli pracowałam cały tydzień. Właścicielka zażyczyła sobie, by meble były białe, bez przecierek.
Pracy było sporo (tym bardziej, że po wypadku cięższe prace renowacyjne idą mi raczej mozolnie - tu podziękowania dla pani domu, która pomogła mi w najcięższej pracy, jaką było szlifowanie blatu stołu). Meble wymagały nie tylko dokładnego szlifu, ale też nałożenia wielu warstw farby.

 

To mebelki przed dokonaniem zmian.. (wybaczcie jakość zdjęć, ale robiłam telefonem)








...poniżej w trakcie pracy..









A tutaj już gotowe meble..
*zaproponowałam wymianę uchwytów, bo to moim zdaniem zawsze w znacznym stopniu zmienia oblicze mebelka..














   Właścicielka, obserwując moją pracę, cały czas wyrażała obawy, czy meble w ogóle będą ładnie wyglądać w bieli..."bo one takie stare i nic w nich nadzwyczajnego"... Ja widząc mebel jednak zawsze widzę bryłę, bazę, frezy, kształty listew wykończeniowych i oceniam potencjał. I wiedziałam, że z tą bielą to wyjdzie nam taka fajna, delikatna klasyka ;)))

   Niech wpis ten będzie inspiracją dla tych, którzy się wahają, czy meble holenderskie w ogóle opłaca się malować :)))


W kolejnym poście szerokie kadry naszej kamienicznej kuchni i słów kilka o tym, bez czego w niej obyć się nie mogę ;)
Do następnego razu kochani!! :)


Udostępnij