poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Kiedy ma się tyle kur... na głowie ;)

   Witajcie!!
Mój remont nadal w trakcie. Nie mam już siły ani ochoty na nerwy. Za mną dni przepłakane, za mną rzucanie czym popadnie, bo znów ktoś coś zawalił... Jest mi już wszystko jedno. Wiem, że nie wyrobię się przed rozpoczęciem roku szkolnego Julki. Trudno. Będzie bajzel, jakoś trzeba z tym żyć.
Moje drzwi ostatecznie teoretycznie mają być wstawione do środy. Jak będzie - zobaczymy. Mam jednak nadzieję, że nie będę musiała się ciągać po sądach..bo to nic przyjemnego. I nie czekam już, nie planuję. Żyję z dnia na dzień. Mam też nadzieję, że wygląd drzwi wynagrodzi mi wszystkie złe emocje i czas oczekiwania.

O leśnym słów kilka:
   Projektowanie domku leśnego spędza nam sen z powiek. Na początku wydawało się to proste. W trakcie jednak okazało się, że proste ani trochę nie jest.
Nasz dom musi być niewielki. Głównie za sprawą tego, że działka jest niewielka, poza tym planujemy dobudowanie sporej werandy, którą w przyszłości będzie można zastąpić ogrodem zimowym. No i wiadomo, że skoro dom niewielki - trzeba się przyłożyć, by stworzyć przestrzeń funkcjonalną, widną i żeby (oczywiście!!) było miejsce na artystyczny sznyt ;) Musi być oryginalnie.

W salonie łączonym z kuchnią (przestrzeń otwarta) znajdą się: kominek-koza, szafki kuchenne, jakiś kredens (jakiś, bo nie wiem jeszcze, czy mój antyczek się zmieści), stół, piecyk kaflowy, sofa i fotel, jakaś ława/stolik i schody kręciołkowate ;) Bardzo chciałabym umieścić tam również małą wyspę kuchenną, ale to wyjdzie, że tak kolokwialnie.. w praniu.
Również na dole będzie niewielka łazienka, a także sypialnia gospodarzy ;) Będzie też malutki wiatrołap z wnęką dziwną jak ja sama.. bo w tej wnęce zmieści się zaledwie jakiś odkurzacz, czy inna miotła.. No, ale suma sumarum, gdzieś to ustrojstwo trzymać trzeba.
Po kręciołkowatych schodach mkniemy do góry, gdzie znajdzie się przestrzeń otwarta, która posłuży na moją pracownię. Przewiduję wstawienie dość sporych okien dachowych, ale będzie też okno balkonowe i wyjście na balkon. No i to jest właśnie ten moment, kiedy to trzeba się z siebie zwyczajnie zaśmiać ;) Często, gdy oglądałam domki na wsi, dziwiłam się, po co komu balkon w takim domu, skoro ma ogród?! No i masz babo placek. Sama taki balkon planuję wybudować. Po co? By mieć piękny widok na las. Balkon też będzie dość spory i chcę, by miał osłonięte boki (widok na sąsiadów). Ma być miejscem, w którym będę mogła przycupnąć z pędzlem i farbami ;)
Oprócz pracowni na górze znajdzie się pokoik Julki i mała garderoba. Acha, z kuchni na dole będzie jeszcze wejście do niewielkiej spiżarni, która była punktem obowiązkowym podczas planowania przestrzeni.

  Co do ogrodu, będzie przeorganizowany. Niedługo pokażę Wam zdjęcia, jak to obecnie wygląda. Tam, gdzie obecnie znajduje się bramka wjazdowa, będą posadzone drzewka (tuje i świerki) i będzie wybudowana (za czas jakiś tam..) grillownia z piecem chlebowym. Miejsce postojowe dla auta będzie z drugiej strony działki, gdzie obecnie rosną jeżyny i gdzie jest basenik. Już kupiliśmy bramę. Dziś mieliśmy zacząć montaż, ale monter się ciut potłukł, bo wczoraj miał mały wypadeczek, tak więc trzeba odczekać ;)

Co u mnie..
   Zamknęłam już wystawę i przywiozłam obrazy do domu. Część z nich będę chciała oprawić. No i maluję kolejne, na drewnie i na płótnie.
Moim najnowszym dziełem jest Janioł na płótnie, ale nieco..odmienny od tych, które zawsze maluję. Bo ten jest ciut zirytowany tym, że zawsze musi być święty..i zawsze musi zachowywać spokój..podczas gdy życie bardzo często daje w kość ;))

Oto i on. Ten, który ma tyle kur...na głowie... No bo kto powiedział, że Janioły zawsze muszą być uśmiechnięte..?? ;)
Wielkość: 100cm/50cm







   Tydzień temu odbyłam ekspresową wizytę w Bolesławcu, na Święcie Ceramiki. Nie miałam zbyt wiele czasu na buszowanie w kramach z różnościami-pięknościami, ale zdążyłam przytargać do domu co nieco. Kupiłam między innymi ceramiczne kwiaty do wazonu, który dotychczas stał nie wiedzieć czemu pusty, kupiłam też misę z motywem jesiennych liści (uwielbiam!!) i jak co roku biżuterię u głogowianki Natalii Gendery, której twórczość bardzo, bardzo lubię. No i znalazłam chwilę na się-wymalowanie. Malują się zazwyczaj dzieci... ale ja normalna-inaczej jestem, więc... ;)





   O, poniżej moja misa. Wybaczcie kiepskie zdjęcia, ale muszę uważać gdy fotografuję, bo w każdym zakamarku mojego mieszkania znajdują się jeszcze farby, bejce, młotki i inne tam remontowe przydasie. Mam tylko nadzieję, że nie przyzwyczaję się zanadto do tego wiecznego bałaganu...bo tego bym sobie nie wybaczyła.. ;)




 

   O, jeszcze lifting balkonu planuję, bo zapuszczony jakiś taki już.. a i kafle na podłodze średniawe się wydają w obecnych czasach.. Na total-wyprzedaży w jednym z marketów kupiliśmy drewniany podest. Widzicie..? Normalna to ja nie jestem, bo zamiast kończyć, wciąż dokładam sobie roboty. Ale nie umiałabym stać w miejscu, już nie.. ;)

    Ok, uciekam do... wszystkiego co tam mam do zrobienia, a Wy trzymajcie kciuki za to, żeby mi wreszcie te drzwi wstawiono, bo poślizg już prawie 3-miesięczny.. a ja czuję, że jeszcze trochę i moja "normalność-inaczej" się pogłębi i zwichnie w niebezpieczną stronę... ;)))


sobota, 20 sierpnia 2016

Czeba być wariatem ;)

   Tak, wiem, że pisze się "trzeba" :) Ale tym wybrykiem chciałam nawiązać do jednej sytuacji, która zdarzyła się kilka lat temu..
Jechaliśmy ze znajomymi autem. Nie pamiętam skąd i dokąd. Była z nami Julka, która miała jakieś..może 5 lat.. Dziecko się nudziło, więc zaproponowaliśmy zabawę - zgadywankę pt. "co się znajduje w samochodzie na literę...".
– Jest w samochodzie na literęęęęę.... "cz" !! – krzyczy Jula.
Chwila ciszy. Dłuższa chwila ciszy. Patrzymy po sobie.. i głupio nam, bo starzy, a nie wiedzą...
Zastanawialiśmy się długo, wodząc wzrokiem po każdym zakamarku samochodu, łącznie z szufladami i wnętrzem. W końcu zaczyna nam być wstyd..
– Na pewno na "cz" Julciu?? – pyta zdezorientowana Kasia.
–Taaaak!!!
I znów konsternacja.
Po upływie kilku minut i zachodzenia w głowę, co do licha znajduje się w aucie i zaczyna się na głoskę "cz", poddajemy się.
– Nie wiemy Julciu. Co to?????
Jula nagle pokazuje na uchwyt nad oknem i krzyczy:
– CZYMANKO!!!!
:)))))

   Co do samego tytułu postu - że trzeba być wariatem.. To słowa, które jakiś czas temu usłyszałam od Pana Adama, tego od Galerii Izerskiej. Uznał, że trzeba być wariatem, by robić takie rzeczy jak my, artyści, jak zwał tak zwał..

   Jakiś czas temu, przy okazji wizyty w galerii, zajechaliśmy na chwilę do mojego kolegi - Roberta. Robert jest bibliotekarzem. Takim rodem z filmu o Bibliotekarzu. Bo jego biblioteka jest magiczna.
Kiedy wpadliśmy z krótką wizytą, Robert był w trakcie przeprowadzki (zmiana lokalu). Weszłam do pustego pomieszczenia, pokonawszy wcześniej prawdziwy labirynt. W pomieszczeniu stały oparte o ścianę stare drzwi. Malowane standardowo olejną farbą, w kolorze kremowym. Mi, "normalnej inaczej", od razu zaświeciły się oczyska. Idę o zakład, że na chwilę moje źrenice przybrały kształt sercowaty. Spytałam Roberta, co zamierza zrobić z tymi drzwiami. Stały wyjęte z zawiasów, więc miałam obawy tudzież nadzieję, że może chcą się ich pozbyć.. I potwierdził - zamierzali drzwi wyrzucić, bo stare...
Rzecz jasna, nie mogłam na to pozwolić. Poprosiłam, by przetrzymał je dla mnie.
– Ja je weźmiesz?? – spytał rozbawiony, patrząc na mnie jak na wariata pci żeńskiej.
Na raz zerknęłam przez okno. Nie no... do naszej staruszki się nie zmieszczą..
– Przyjadę z przyczepą!! Na bank.
Dwieście kilometrów.
I przyjechaliśmy z przyczepą po kilku dniach.
Drzwi są piękne i wielgaśne, mają ok.230 cm wysokości. Ja już je widzę.. w saloniku w domku pod lasem.. w kolorze drzewa po renowacji... Na ich odnowienie mam całą zimę...








To nie jedyne drzwi, którym zamierzam przywrócić życie.

Te, które widzicie poniżej, pochodzą już z domku leśnego. Są malowane farbami, ale ja chcę, by znów były piękne i drewniane. Te pierwsze, szare, już zaczęłam opalać. Spod spodu wyziera piękne, frezowane drewno. Kiedyś tylko wymienię klamki na bardziej odpowiednie..




Te z kolei będą drzwiami do łazienki..albo któregoś z pokoików. W szybie namaluję witraż...




Te środki mnie ciut niepokoją.. to pewnie sklejka, która zwilgotniała i spuchła.. ale zastąpię ją drewnem. Jakoś to ogarnę ;) Jakieś elementy z duszą poprzednich właścicieli, pani Marianny i śp. pana Józefa, muszą być i kropka.

Trzeba być wariatem. Ale.. jakoś nie wyobrażam sobie w domku pod lasem nowej stolarki.. przynajmniej nie w całości.
Mamy już projekt. Gdy go zobaczyłam, miałam motyle w brzuchu. Niewielki, z werandą, kuchnio-salonem z miejscem na piec kaflowy, kozę i pianino. I z pracownią z widokiem na las. Mój kochany, kochany, kochanyyy...................................................................... :))))



środa, 17 sierpnia 2016

Za-krótka wizyta w hucie szkła Julia

   Dziś jeszcze nie napiszę Wam o moim szalonym pomyśle, o tym w kolejnym poście. Dzisiaj chcę się z Wami podzielić wrażeniami z wizyty w hucie szkła Julia, w Szklarskiej Porębie.
Trafiliśmy tam przy okazji pobytu w Szklarskiej. Na chwilę, bo pobyt sam w sobie był błyskawiczny ;) Wernisaż miałam w sobotę, a w niedzielę odwiedziliśmy tyle miejsc, że wracając do domu miałam wrażenie, iż w górach spędziłam co najmniej tydzień!!
W hucie szkła Julia byłam po raz pierwszy. I o mało oczopląsu nie dostałam... Może nie jestem fanką kolorowego szkła w klimacie PRL, ale.. mimo wszystko wyroby zrobiły na mnie ogromne wrażenie. Szczególną miłością zapałałam do kieliszków i kolorze kobaltu. No cudne!! Niestety, z uwagi na wydatki remontowe, nie mogłam ich zakupić, ale..co się odwlecze.. ;)
Nasi panowie poszli zwiedzać hutę z przewodnikiem. Z krótkiej wycieczki wrócili z wypiekami na twarzy i minami 6-latków.. :))) My ze szwagierką z kolei trafiłyśmy na warsztaty malowania na szkle. Okazało się, że prowadziła je pani Ewa, która dzień wcześniej była gościem na moim wernisażu :) Uśmiałyśmy się z Luizą (szwagierka), bo tak się wczułyśmy w malowanie, że kiedy pani Ewa oświadczyła, że czas się kończy, my nie byłyśmy nawet w połowie pracy.. Wyprzedziły nas wszystkie dzieci :) Trzęsącymi się dłońmi ukończyłyśmy nasze dzieła. Luiza wymalowała piękną ważkę w kolorze liliowym, pasującą do jej kuchni, ja zaś zmalowałam słoneczniki, które kiedyś staną w domku pod lasem...


   

  Jako że musiałam coś przywieźć ze sklepu hutniczo-Julkowego, postanowiłam poszukać cukiernicy. Moja bolesławiecka, w kolorze granatu, powędruje do domku, bo w mieszkaniu już nie bardzo mi pasuje. No i znalazłam. Zapłaciłam za nią zaledwie 27 zł, a jest taka cudna, że co chwilę na nią zerkam, kiedy krzątam się po kuchni..





W sklepie zakupiłam też wisior szklany, który Luiza skwitowała: "No jest taki.. twój, taki kasiowy" - bo kolorowy i dziwny ;) Niestety nie przeżył długo, bo w domu małe ciekawskie rączki oglądały, wypuściły i stłukły. Zaraz potem powstała wierna kopia, wykonana...z kartonu ;) I jak tu się gniewać...?? :)))))


   Z wieści mieszkaniowo-remontowych:
Nadal jestem w czarnej... dziurze ;) Mój fachowiec od drzwi kuchennych przeskrobał.. Dwa miesiące poślizgu. Drzwi mają być gotowe w poniedziałek, a ja się modlę, żebym nie musiała kończyć w jakiejś prokuraturze czy innym sądzie.. Mam nadzieję, że tego uniknę.. W każdym razie robota jeszcze stoi. W pudłach w pokoju stoją zaś umywalka i wc ;) Ale wyluzowałam.. Nie mam już sił cisnąć i denerwować się, że coś nie wyszło na czas.. Czekam cierpliwie do poniedziałku.


O, a tutaj mała zajawka :) Hortensja z mojego kochanego ogrodu, a w tle... kuchnia ;))))





sobota, 13 sierpnia 2016

Relacja z wernisażu

Kochani, jak cudownie było!!
Zacznę od tego, że nie mogłam wybrać lepszego miejsca na wystawę mojego malarstwa, jak Artystyczna Galeria Izerska. Miejsce z duszą, w którego murach zaklęta jest jakaś magia..
Wernisaż odbył się w minioną sobotę o godzinie 17:00. Nie było może tłumów - wszak trwają wakacje, ale.. byli ze mną ludzie ważni dla mnie, a Ci goście, którzy przybyli na otwarcie wystawy, to byli w 100% moi ludzie :) Strasznie miło było ich wszystkich poznać. Siedzieliśmy wszyscy przy jednym stole zaśmiewając się do łez.. Cudownie!!
A samo otwarcie wystawy.. cóż..
W pewnym momencie o mało się nie popłakałam. Pan Adam, który zarządza Galerią (niesamowity człowiek, który ogarnia tyle spraw, że śmiem twierdzić, że jest magikiem), stworzył niesamowity klimat. Nawet muzyka, która grała cichutko w tle, była taka..moja.. Po pomieszczeniu cichuteńko rozpływały się celtyckie nuty. Słuchało się niebiańsko..bo akustyka w tym miejscu jest wyjątkowa - Galeria jest dawnym kościołem ewangelickim.
Kiedy już uszykowałam poczęstunek dla moich gości, poszłam na górę, gdzie rozwieszone są moje obrazy. Chciałam je jeszcze raz, tak na spokojnie, obejrzeć i co nieco o nich opowiedzieć mojej kochanej koleżance - Kamili. Gdy tak stałyśmy rozmawiając.. rozejrzałam się. Przez wysokie okna budynku do środka wdzierały się promienie popołudniowego słońca. I nagle z głośników, gdzieś na dole, popłynął utwór.. rany..aż mam dreszcze, gdy wspominam.. Utwór też w klimacie celtyckim, ale to była aria.. No i kiedy Kamila wypowiedziała słowa, które brzmiały mniej więcej tak: "Jak tu jest pięknie..jak ja się cieszę, że tu z tobą jestem.. I jak ty tu pasujesz, z tymi obrazami, swoją osobą, i w tej oliwkowej sukience, jesteś tu taka piękna.." - no ugrzęzło mi coś w gardle i łzy się cisnęły..
Dla Takich chwil warto żyć.

Skąd w ogóle pomysł na senną wystawę..?
Otóż od zawsze miewałam interesujące sny. Niektóre z nich tak bardzo zapisały się w mojej pamięci, że potrafiłabym dziś opisać każdy szczegół, będący ich elementem. Jakiś czas temu wpadłam na pomysł, by namalować część z tych obrazów. I tak własnie powstała kolekcja senna, składająca się z 15 obrazów.
Kiedy opowiadałam o nich podczas wernisażu moim gościom, śmiałam się z tego, co musi siedzieć w mojej głowie i co muszą myśleć o mnie inni, kiedy patrzą na moje prace ;) Jednak jest to w istocie właśnie To, co mi się śni.
Wiele obrazów ma coś wspólnego z naturą. Bardzo często śni mi się las, łąka. Śnią mi się kwiaty i wiejskie krajobrazy. Nie bez wpływu zapewne pozostaje fakt, że wychowałam się na wsi.
I śnią mi się rzeczy... Dziwne ;) Ot, na przykład drzewo, na którym rosną papryki..




Zaś najpiękniejszym snem, jaki miałam do tej pory, był sen o spacerze w lesie, podczas to którego spaceru napotkałam na równo wycięty skwer, a na jego środku drzewo, usłane niebieskimi kwiatami..




To moja pierwsza wystawa. Nie było mi łatwo pokazać obrazy. Co innego dzielić się efektami pracy nad meblem, a co innego dzielić się sobą samą ;) Ale przyznam, że widok gości, którzy wpatrywali się moje prace, był strasznie miły.. ;)













Po środku Pan Adam, który przygotował wystawę i wyczarował klimat :) i moja familia..




Tu już ja we własnej małej osobie i Kamila, którą poznałam w redakcji, a która stała się moją bratnią duszą. W podarku z okazji wystawy przyniosła mi - jak stwierdziła - brzydką szkatułkę kupioną na straganie. W niej zaś znalazły się skarby, zebrane rano na szlaku - kawałek gałązki, listek, borówka... Ta kochana istota specjalnie zeszła ze szlaku przed czasem, by być tutaj ze mną. Kochana, sprawiłaś mi ogromną przyjemność, ale Ty wiesz. A szkatułka jest najprzecudowniejszo-najpiękniejsiejsza!! :)



<3 p="">




To raz jeszcze ja. Niespecjalnie lubię się ostatnio fotografować, bo z moim przytyciem jakoś tak jak nie ja się czuję.. ale musiałam. Z pięknym upominkiem od Pana Adama i Galerii. Z Kasiową Filiżanką :)




Tu jeszcze rzut z niebios. Na dole goście, a raczej już Ci, którzy gościli najdłużej. Z prawej strony Pani Ewa, u której to ja gościłam następnego dnia - wylądowałam na warsztatach z malowania na szkle w Hucie Szkła Julia. Ale o tym następnym razem.. ;)





Przypomnę, że wystawę można obejrzeć do dnia 23 sierpnia. A w kolejnym poście udowodnię Wam, że mam coś z głową ;)

Uściski ślę!!

piątek, 5 sierpnia 2016

Odpowiedzi na Wasze pytania i o tym, co...

Plan był ambitny.
Po zakończeniu prac nad przygotowaniem obrazów na wystawę ( wyszło w sumie 15 sztuk ), miałam wrócić do miasta i zabrać się za prace remontowe. Mój organizm jednak zaoponował. Gdy wróciłam do domu, dopadło mnie zmęczenie. I tak oto zamiast malować ściany, przespałam prawie 3 dni :) Dosłownie. Spałam w dzień ( z przerwami na kawę, która i tak nic nie dała ) i spałam w nocy. Najwyraźniej tego mi było trzeba ;)
Później zabrałam się do drobnych prac. Niestety, nie obyło się bez przykrych incydentów. Stoczyłam walkę z wykonawcą moich drzwi, który ma poślizg jak stąd do Ameryki.. Ale ze mną w takich sytuacjach nie ma żartów. Osobiście szanuję każdy grosz i tego samego wymagam. Pan stolarz dostał termin, mam nadzieję, że się wywiąże i nie będę musiała tego nigdzie zgłaszać.. I mam nadzieję, że wygląd drzwi mnie powali, rekompensując smutki i stres...
Jestem zmęczona. Bardzo, bardzo. Ale nie mam już sił na użeranie się z przeszkodami. Wyluzowałam. Drzwi nie zrobione, a i fundusze się kończą, tak więc remont łazienki ciut przesunie się w czasie. Pewnie zabierzemy się wczesną jesienią. Póki co zbieram materiał i robię korytarz i wykańczam kuchnię.


Dziś otwieramy moją wystawę w Artystycznej Galerii Izerskiej. Zdam Wam relacje i pokażę, co zaprezentowałam. W sumie z pracami wyszedł taki misz-masz, bo to w końcu moje sny.. ale osobiście jestem zadowolona. Obrazy miały być takie ciut dziwne, nierzeczywiste.. zupełnie jak moje sny. Zupełnie jak ja ;)


Trzymajcie kciuki!! Ja mam mały stresik... ;) Dziś wernisaż, a wystawę będzie można odwiedzić do 23 sierpnia..




Kochani, odpowiadając na Wasze pytania: relację z kafelkowania kuchni zdam, oczywiście, muszę ją tylko skończyć, a już prawie prawie.. A co do tynku, którego użyłam na ścianach w domku leśnym - to Knauf.

Uciekam. Muszę wypić kawę (jak cudownie się ją pije przy stole barowym!! piję tak dopiero od kilku dni..) i szykuję się na wystawę. Zdradzę Wam, że na tę okoliczność stworzyłam sobie, chyba po raz pierwszy, biżuterię. Wyszywany koralikami naszyjnik/broszę.. no coś w każdym razie ;) i bransoletę. Pokażę pokażę..;) Uściski ślę!!!

Udostępnij