sobota, 31 października 2015

Moja Biała Dama

   Jak co roku dziś moje dziecię przeobraziło się w dziecię nie moje. Tym razem padło na Białą Damę. Od dziś wprawdzie jestem uboższa o jeden biały obrus, ale cóż... czasem trzeba coś poświęcić..dla przedniej zabawy;)

Zdradzę Wam, że osobiście nie mogę się napatrzeć na poniższe zdjęcia. Dlaczego..? Otóż dlatego, że nie widzę na nich już mojej maleńkiej Juleczki. Mojego malucha. Widzę zaś Dziewczynkę. Dorastającą dziewuszkę, ambitną, poukładaną, zwariowaną. Rozpiera mnie duma. KOCHAM. Pomimo, że dziś ciut.... straszy...... ;))))))))))))















Trzymajcie się ciepło i nie dajcie wystraszyć małym domokrążcom łaknącym słodyczy;)))

piątek, 30 października 2015

Jesień w kadrze

   Witajcie jesienie:)
Kilka dni temu wracając do miasta postanowiłam zatrzymać się na chwilę w lesie. Moim oczom ukazały się tak piękne obrazy, że nie sposób było nie zatrzymać ich na dłuższą chwilę...























Do następnego, kolorowego razu:)

środa, 28 października 2015

Zacisznie i sielsko... - mój kolejny reportaż w magazynie "Siedlisko"

   Witajcie kochani!!
Och, co za dzień:) Dziś rano odebrałam swoje najswojeńsze prawo jazdy:) a chwilę później popijałam kawę przeglądając świeżuteńkie wydanie magazynu Siedlisko, w którym pojawił się mój kolejny reportaż:))))))
Tym razem miałam przyjemność (ba, prawdziwą przyjemność!!) pisać o uroczym miejscu, zapewne wielu z Was znanym - agroturystyce Ściborówka. Pisałam już o swoim wspaniałym pobycie w tymże miejscu. Dziś możecie poczytać nieco o jego historii.
Osobiście bardzo się cieszę, że miałam okazję poznać Danusię. Myślę, że jeszcze nie raz ją odwiedzę;)

   Zapraszam Was do lektury, ja zaś wrzucam dodatkowych kilka pstryków ze Ściborówki. Tego, kto nie zna miejsca i bloga Danusi, zapraszam serdecznie do odwiedzenia tegoż miejsca w sieci, o tu, KLIK :)
























Tu oto widzimy Danusię we własnej osobie:) (kochana, ściskam Cię serdecznie!!)



 Życzę Wam miłej lektury!!!!
:)


poniedziałek, 26 października 2015

Grzejemy bez grzejnika - ciepły kolor na jesień i zimę

   Nastały chłodne dni, a wraz z nimi chęć ocieplenia kątów mieszkalnych. Z dna szafy wyciągam  juz ciepłe pledy, futerkowe poduchy i szale w grubych splotach. Mój pokój dzienny nabrał nowych kolorów. Znacie mnie z tego, że kocham zmiany:) Tym razem zatęskniłam za ciepłym błękitem. Moja ściana zyskała nowy look, który pokażę Wam w kolejnych postach. Dziś natomiast będzie... wnętrzarsko i bardzo, bardzo ciepło;))

   Po niewiarygodnie upalnym lecie nastała piękna polska jesień. W niektórych regionach Polski spadł już nawet śnieg, zmyślnie pomijając przejściową porę roku. Sezon grzewczy rozpoczął się na dobre i w całym Internecie zaroiło się od porad na temat tego, jak skutecznie ogrzać dom. Ja dziś chcę Wam pokazać, że dom można "ogrzać” za pomocą ciepłych..barwJ Czy jest coś lepszego niż trochę gorącego koloru w zimny jesienny wieczór?
   Z lekcji plastyki wszyscy świetnie pamiętamy, że mianem kolorów „ciepłych” nazwiemy między innymi żółty, pomarańczowy, czerwony oraz te ich pochodne, które mają w sobie przewagę jednego z powyższych pigmentów. Nazywamy te kolory ciepłymi nie bez przyczyny - kojarzą nam się z ogniem i ciepłym światłem słonecznym. Działają pobudzająco i wywołują radość. Zwróćcie uwagę, że wiele marek, które odniosły największy finansowy sukces, ma logo w ciepłym kolorze, i to najczęściej czerwone! Chłodne kolory mają wprost przeciwne działanie: uspokajają, pomagają nam się zrelaksować, a czasem wprawiają nas w stan melancholii. Sprzyjają także skupieniu: czasem mówi się, że ciepłe kolory są "emocjonalne", a chłodne - "intelektualne".
Kolory mają duże znaczenie w kwestii urządzania wnętrz.  Dekoratorzy chętnie bawią się kolorami, uzyskując pożądany efekt we wnętrzach. Wiadomo Wam zapewne, że ciepłe barwy "przybliżają" powierzchnie, a chłodne je "oddalają". Oznacza to, że jeśli dysponujecie bardzo przestronnymi pomieszczeniami, możecie za pomocą ciepłych barw sprawić, by stały się bardziej kameralne, przytulne.  Dobrym pomysłem będzie udekorowanie jednej lub więcej ścian ozdobami w ciepłych odcieniach. I analogicznie, jeśli urządzamy małe, ciasne wnętrze, powinniśmy rozważyć pokrycie ścian kolorami chłodnymi. To nie przypadek, że łazienki, które zwykle są najmniejszym pomieszczeniem w domu, często są niebieskie;)
   Nietrudno się domyślić, że pokój, w którym zastosowano możliwie dużo elementów w ciepłych kolorach, będzie wydawał się znacznie cieplejszy i bardziej przytulny niż taki, który zaaranżowano w kolorach neutralnych (beże, brązy, szarości i złamana biel) czy innych, chłodnych odcieniach. Jesienią warto „ocieplić” wnętrza. Jeżeli jednak chcemy uniknąć wrażenia, że nasze mieszkanie się pali;)  nie powinniśmy zbytnio nimi szafować: stara zasada, by 80% wnętrza było neutralne, a 20% kolorowe, sprawdzi się idealnie w większości przypadków. Możemy ją zastosować, montując fototapetę o ciepłej kolorystyce w neutralnym wnętrzu - to maksimum efektu przy minimum wysiłku!
   No dobrze, ale jakie kolory wybrać, by uniknąć wrażenia, że nasze mieszkanie udekorował przedszkolak próbujący namalować park jesienią? Warto sięgnąć po nieoczywiste zestawienia. Od jakiegoś czasu na przykład wielką popularnością cieszy się wyrafinowane i bardzo nowoczesne połączenie cytrynowego żółtego z popielatą szarością. Nieco delikatniejszy efekt otrzymamy, łącząc ceglasty pomarańczowy z szarym. Odważnym, ale zdecydowanie wartym ryzyka zestawem jest ciepły różowy z przytłumionym zielonym. Ciemny fiolet o czerwonym odcieniu będzie świetnie wyglądał w połączeniu z brązami i przełamany kolorem kremowym. 

   A może Wy macie swoje ulubione zestawienia ciepłych kolorów, idealne na chłodne i ponure pory roku?











   

   Piszcie kochani, ja zaś uciekam do pracy. 
Za chwilę odbiorę paczkę z nowymi zabawkami (czytaj: zamówienie z materiałami do wyrobu dekoracji kwiatowych;) ).
Trzymajcie się ciepło!!
:)

środa, 21 października 2015

O emocjach i malinowej nalewce

   Wybaczcie moją nieobecność. W ostatnich tygodniach tyle się działo w moim życiu, że musiałam się regularnie wyciszać i stopniować emocje, gdyż ich dodatkowa porcja groziłaby zawałem;)

   Jak wiecie, robiłam prawo jazdy.
Udało się, zdałam egzamin. Sam kurs był dla mnie wspaniałą przygodą. Niełatwo jest uczyć się nowego w moim wieku. Tak tak, wiem, 33lata to nie aż tak wiele, ale biorąc pod uwagę fakt, że w życiu uczyłam się 17 lat, a teraz miałam od nauk wszelkich dłuższą przerwę, ciężko było się zorganizować i skupić;)  Zanim wsiadłam za kierownicę zastanawiałam się, czy dam radę (wcześniej nie siedziałam nigdy). Myślałam, że z moim artystycznym roztrzepanizmem będę miała nie lada orzech do zgryzienia (ba, będą go mieli moi instruktorzy). Bałam się też paniki na drodze. Ot, na przykład podczas wymijania tira. Okazało się jednak, że nie jestem ani nieprzytomna, ani wystraszona. Jazda idzie mi całkiem nieźle. Przyznam, że ją baaardzo polubiłam:) Kiedy już nauczyłam się "ćwiczeń" na placu manewrowym, na każdą jazdę czekałam niczym dziecko na cukierka;)
Egzaminy poszły równie gładko. Zawdzięczam to w dużej mierze moim nauczycielom - osobom profesjonalnym, konkretnym, cierpliwym i niezwykle pogodnym:) Teraz czekam na dopełnienie formalności. No i zaczęłam szukać dla siebie autka. Mini-autka dla mini-kobietki.
  W poszukiwaniach pomagają mi moi znajomi, w szczególności moja psiapsiółka - Anita wraz ze swoim (baardzo cierpliwym) małżonkiem. Oboje zresztą mają do mnie anielską cierpliwość.
Ot, na przykład, tak wyglądała nasza wczorajsza rozmowa telefoniczna:
   "Wisząc" na telefonie buszowałyśmy po stronkach motoryzacyjnych. Oglądałyśmy różne modele samochodów, mniej lub..bardziej.. pogniecione;) Zamysł jest taki, by samochód nie był drogi, był w miarę ekonomiczny, babski, choć...nie przesadnie... ładny, czysty, zgrabny, sprawny, z działającym radiem, w którym lecieć będą moje autowe utwory...etc. W sprawach technicznych pomaga Damian (mąż Anity), który regularnie wybija mi z głowy auta ładne, które w swej charakterystyce mają zaznaczone "drobny problem z odpaleniem, ale jak się odpali, to już jedzie";)
Anita wczoraj (na swoje nieszczęście dodam) zapytała mnie jakiego samochodu ma szukać. Kiedy w skrócie opisałam swój wymarzony model (tak tak, wiem, że on nie istnieje), co jakąś chwilę podsyłała mi wybrane modele.
- O, to jest fajne, zobacz! - mówi Anita z entuzjazmem.
- Anitka...mogę ci coś powiedzieć...?" - pytam.
- No..?
- No bo... ono jest białe.. nie chcę białego..
- Czemu??
- Bo mi się kojarzy z białymi kozaczkami...
W słuchawce słyszę śmiech i ciężkie westchnienie.
- O, to jest świetne, patrz, taki jak chciałaś - proponuje znów moja cierpliwa koleżanka.
- To fioletowe...?
- No.
- Kurcze... ten kolor jakiś taki... bardzo babczyński... nie chcę takiego słodkiego...
- Przecież on wcale nie jest taki słodki!!
- I tam, jest!!
- No nie jest... On nie jest typowo fioletowy Kasia.. ja bym powiedziała, że jest bardziej..niebieski... taki.. nie jest wcale taki babski.. nie..? (to "nie" kierowane było w stronę męża)
W tle słychać głos Damiana:
- No... jest bardzo męski...
Wybuchamy śmiechem:)
I kolejna próba:
- A ten zobacz - fajny, srebrny, mały, ładny i cena fajna..
- Mhm.............. - mruczę z niezadowoleniem..
- Coooo????
- Bo ten to ma takie małe oczka śmieszne...
Cisza w słuchawce.
- Jesteś tam..? - pytam, podejrzewając, że moja psiapsiółka nie wytrzymała nerwowo, zostawiła telefon na stole i poszła jeść kolację.
- Ja mam taki.. - po chwili odpowiada.
- Jaki..?
- No z takimi małymi światłami.
- I tam... ale twój jest ładny! (o mamo...)
- No no no... (śmiech)............

   Tak oto mniej więcej wyglądają moje, nasze, poszukiwania. Przypominają nieco "Niekończącą się opowieść". Dobrze, że moim kochanym znajomym nie brak poczucia humoru...
Biorąc pod uwagę fakt, że śmiech to podobno zdrowie, Anita dzięki mnie będzie na pewno zdrowsiejsza;)
Wczoraj opowiadałam jej o egzaminie z jazdy:
- No tak się zestresowałam, że jak otwierałam bagażnik, to ręka mi się trzęsła jak galareta, ale egzaminator próbował rozładować atmosferę mówiąc o pogodzie i...
- Czekaj czekaj - przerywa Anita - a po co otwierałaś bagażnik..????
- No musiałam pokazać gdzie się znajduje płyn hamulcowy..
- To klapę otwierałaś, nie bagażnik............
RANYYYYY................
:))))))))))))))))))

   Z tego miejsca dziękuję ci losie, żeś mnie obdarzył tak wspaniałymi i cierpliwymi przyjaciółmi...........................................;)))))))))))))))))))))



   No dobrze już, dość o autach. Teraz o nalewce.
Obiecałam Wam przepis na malinóweczkę.
Osobiście robiłam ją już kolejny raz. Uwielbiam ją za słodki smak i bajeczną, karminową czerwień.

Jak ją wykonać..?
Cztery tacki malinek (to około 1kg) wsypuję do dużego słoja (na zdjęciu) i obficie zasypuję cukrem (ok.kilograma). Maliny muszą być w całości pokryte cukrem.
Słój odstawiam na trzy do czterech dni w ciepłe, ciemne miejsce.
Po tym czasie mieszam je dokładnie i zalewam wódką (litr bądź 0,75l.). Nie używam spirytusu, gdyż jest dla mnie za ciężki.
Malinówka z wódką stoi w słoju w ciepłym miejscu miesiąc.
Po miesiącu filtruję ją przez bardzo drobne sito (można przez gazę) i przelewam do butli. Odstawiam w zacienione miejsce, by dojrzała. Można ją pić od razu, ale po czasie (po kilku miesiącach) jest zdecydowanie smaczniejsza:)
 
   W tym roku zamierzam jeszcze zrobić pigwówkę. Jest pyszna i niezwykle aromatyczna. Zrobię w większej ilości, bo świetnie się nadaje do zimowych herbatek.
O, właśnie...a propos malinówki. Miąższ owocowy, który oddzielicie od nalewki, zamknijcie w małych słoiczkach i schowajcie do lodówki. Jak przyjdą pierwsze przymrozki bądź złapie Was jakieś choróbsko, dodajcie go do herbaty. Wspaniale rozgrzewa i niebiańsko smakuje... :)))






   Trzymajcie się ciepło!!!!!!!
:)



środa, 7 października 2015

I znów wianki...

   Tak tak... wiem, że miało być o naleweczce malinowej. Prosiłyście mnie o przepis, który Wam przekażę, ale w następnym, weekendowym poście;)

Dziś znów wiankowo. Aż w głowie mi się kręci od tych kolorów... ;))
Mam nadzieję, że klient będzie zadowolony...









Przesyłam w Waszą stronę ciepły uśmiech...!! :)

Udostępnij