środa, 2 grudnia 2015

Czarny kot, cerkiew i dom Ani

   No niby nie wierzę w czarne koty i inne takie... W horoskopy, wróżki i elfy. Jednak czasami życie sprytnie weryfikuje moje poglądy:)
   Tak jak wspominałam w poprzednim poście, przy okazji wyjazdu do Warszawy odwiedziłam jedno magiczne miejsce. Piękną, drewnianą, stareńką chatę Ani i jej uroczej rodzinki, na Podlasiu.
Z Anią umówiłyśmy się z samego rana w sobotę. Jako że na miejsce dotarliśmy ciut za wcześnie, musieliśmy sobie zorganizować czas. Postanowiliśmy pojechać pod samiuśką białoruską granicę, by obejrzeć Cerkiew Prawosławną p.w.Ikony Matki Bożej.
W drodze pod granicę właśnie... drogę przebiegł nam czarny kot:)
Zajechaliśmy na miejsce. Było strasznie zimno, więc w biegu wyskoczyłam z samochodu, chwyciłam aparat i pobiegłam w stronę cerkwi, chcąc uchwycić ją w kadrze. Zrobiłam zdjęcia, pooglądałam, pozachwycałam się... i z nosem czerwonym jak u Rudolfa uciekłam z powrotem do auta. Wsiedliśmy, próbujemy odpalić i.. nic. Silnik wydaje odgłosy, jakby go kto dusił.. Kolejna próba odpalenia, i kolejna... i NIC. Czterokołowiec postanowił się zbuntować na amen.
Pozostało spróbować popchnąć to to... bo wtedy może ruszy. Były to dość nieudolne próby, przeplatane wybuchami gniewu... W końcu na horyzoncie pojawiła się straż graniczna. Dwóch panów podjechało do nas, spoglądając baaardzo podejrzliwie. Na raz przepytali, co tu robimy, czy kręciliśmy się w okolicy, czy przekroczyliśmy granicę. Wytłumaczyłam grzecznie, że ja tylko zdjęcia chciałam...bo taka cerkiew cudna.. Pokiwali głowami i spytali, czy trzeba w czymś pomóc. No ba!! Z nieba nam panowie spadli, bo przecież sama tej kolumbryny nie popchnę...
Panowie strażnicy pomogli, samochód się odobraził i ruszył, a ja zaczęłam się zastanawiać nad tym, czy... to wina rozrusznika..czy może.............tego kudłatego czarnego.... ;)))















   Po krótkiej, aczkolwiek wyczerpującej "przygodzie", trafiłam do domku Ani, który przywitał mnie niesamowitym wręcz klimatem i ciepłem. Ta maleńka przestrzeń została przez właścicieli tak urządzona, że uroku pozazdrościłaby jej niejedna wielka willa. Wszystko tu jakby nie z jednej parafii, wszystko stare, kolorowe...ukwiecone, malowane... ale jakie piękne!!!!! I piec kaflowy stoi, ogrzewając zziębnięte dłonie i serca przy okazji.
U Ani, którą zresztą baaardzo polubiłam, napiłam się pysznej cynamonowej kawy. Spędziłam tu niewiele czasu, bo grafik miałam dość napięty...ale czułam się wspaniale. Aneczka wraz z mężem budują już nowy dom, a ja wyobrażam sobie, jaki będzie piękny!! Koniecznie trzeba tam wrócić za jakiś czas. Dla tych wrażeń estetycznych, fantastycznych, niezmanierowanych, prawdziwych, twórczych ludzi i widoków zapierających dech w piersiach... :))


   Kochani, teraz uciekam do malowania bombek, bo szykuję się na kolejny kiermasz, tym razem głogowski:)

Życzę Wam dobrego dnia!!
:)

7 komentarzy:

  1. no to miałyście przygodę.Piękne miejsca
    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasieńko, cudne ujęcia, takie klimatyczne! Cerkiew wyszła dostojnie, a w sumie jest nie taka duża:)). Było mi bardzo miłooo Was gościć i szkoda tylko, że tak krótko:)))
    buziaki i uściski!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Obiecuję sobie wyprawę na wschodnie rubieże Polski,bo są szalenie interesujące i zupełnie mi nieznane. Zdjęcia robią wrażenie, szczególnie o tej porze roku. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń
  4. Niesamowite zdjęcia, wspaniałe klimaty, pięknie <3

    OdpowiedzUsuń
  5. Nieźle, bardzo mi się podobają zdjęcia, tak ładnie się prezentują, te kolory...

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję Ci za poświęcony czas... :)

Udostępnij