środa, 30 czerwca 2010

Kolejne malowanki..

Witam...
Długo mnie nie było. Nie za sprawą wyjazdu wakacyjnego, nie. O tym mogę w tym roku pomarzyć... Miałam trochę pracy w związku z remontem u mamy, z zaległymi zleceniami no i.. nieco kłopotów zdrowotnych. Cierpienia przysporzył mi ząb, którego miałam wyrwać już dawno, ale jak zwykle zwlekałam... Kiedy się go pozbyłam, dostałam takiego bólu, że jadłam tabletkę za tabletką. Pomimo nie przekroczonej dawki przeciwbólowych, trzeciego dnia zatrułam się na całego. Kiedy już nie mogłam brać tabletek, pozostało mi cierpieć. Leżałam dwa dni z zimnym okładem na policzku. Tych kilka dni było prawdziwym koszmarem... Później dentysta założył lekarstwo i odżyłam. Jakaż to była radość przeżyć dzień bez bólu...
Po odchorowaniu swojego zabrałam się za reklamę, której wykonanie zleciła mi znajoma. Chodziło o tablicę informacyjną z nazwą kwiaciarni. Napis razi w oczy, ale taki był cel, gdyż lokal położony jest w mało widocznym miejscu. Malowanie tablicy zajęło mi 4 dni. Gdyby nie ząbek, byłoby gotowe już dawno. Jestem więc oczywiście do tyłu z pracami domowymi, zamieniam się więc zaraz w gospochę;)

Poniżej mój nowy nabytek - stara waza przytargana ze sklepu ze starociami. To znaczy nie aż taki nowiutki, ale dopiero teraz go sfotografowałam. Wazę zobaczyłam w sklepie około 2 miesiące temu. Oczy mi się zaświeciły gdy ją ujrzałam;) Marzyłam o starej wazie z ładną ornamentyką. Musiałam namawiać męża, który nie przepada za mocno zdobionymi dodatkami. Ku mojemu zdumieniu waza mu się bardzo spodobała. Uśmiecham się, bo gdy ją przytaszczyłam do domu obejrzał ją i zapytał: "kochanie, co zamierzasz w niej trzymać...??" Jemu takie wazy kojarzą się wyłacznie z urnami, więc domyślacie się co miał na myśli... ;)
Cieszę więc oczy wazą, która ciekawie wygląda w towarzystwie znalezionego w piwnicy miedzianego świecznika z domu rodzinnego...



Tutaj już tablica...














Pozdrawiam ciepluchno... ;)

sobota, 19 czerwca 2010

W końcu.Drzwi ;)

Witam po długiej nieobecności;)
Zajęta jestem mocno. Pomagamy mamie w remoncie. Jak to przystało na emerytowaną nauczycielkę, mama musi oszczędzać na fachowcach, dlatego większość prac wykonujemy sami. A jest co robić...
W międzyczasie ukończyłam drzwi, czy - jak niektórzy określają - parawan ;)
Jestem bardzo zadowolona z efektu. Nie byłam pewna czy cały mój pomysł a raczej wymysł sprawdzi się w rzeczywistości, ale się udało. Zdjęcia jeszcze skromne, gdyż nad drzwiami zamontowaliśmy belkę, która też czeka na "szlif"...
Oto efekt mojego wydziwiatrostwa;))







Pozdrawiam wszystkich, którzy do mnie zaglądają
i ściskam wszystkie nowe obserwatorki;)

wtorek, 8 czerwca 2010

Moja historia...

Witam Was serdecznie w pięknym, słonecznym dniu.
Postanowiłam napisać parę słów, choć pokazywać jeszcze nie mam co;) Jestem w trakcie wykańczania drzwi. Jeśli wszystko dobrze pójdzie, skończę je już dziś...
Przez ostatnich kilka dni jeździłam na działeczkę i pracowałam nad swoimi pomysłami. Przycinaliśmy deski, heblowałam, szlifowałam, bejcowałam... Niby nic, a pracy sporo. Mam nadzieję, że już niedługo pokażę efekt mojego kombinatorstwa;)

A dziś chciałabym się z Wami podzielić tym, co mi się przytrafiło jakiś czas temu.
Dotyczy to genezy moich artystycznych ciągot...

O tym, że mój ojciec był bardzo uzdolnionym człowiekiem, już pisałam.
Ja już jako dziecko lubiłam malować, tworzyć. Niemal co roku w szkole podstawowej startowałam w konkursach plastycznych. Lubiłam projektować mebelki dla lalek, wycinałam jakieś cudaki z drewna. I stawiałam, jak to moja mama określała, "ołtarze" ;) Już tłumaczę, o co chodzi. Otóż często zdarzało mi się pochwycić przypadkowe przedmioty, przedstawiające dla mnie jakąś wartość estetyczną, i ustawiać je obok siebie aranżując jakąś ciekawą kompozycję. Brałam na przykład mały obrazek święty w złotej zdobnej ramce, kawałek kwiatka, jakiś wazonik itp. i tak sobie układałam. Ustawiałam to to na półce i tak sobie patrzyłam. Mama się śmiała, nie widząc celu w tym co robiłam;) Teraz, oceniając swoje poczynania z perspektywy czasu, myślę, że miałam po prostu potrzebę aranżowania. Tak mi niestety zostało do dziś, ciągle bowiem odczuwam potrzebę tworzenia czegoś nowego...
Moim pierwszym "poważniejszym" malunkiem był efekt cieplarniany ;) na ścianie mojej klasy w świeżo wybudowanej podstawówce. Do dziś widzę panią wychowawczynię, która trzęsła się na widok mnie kołysającej się na regałach z książkami;)) Miałam wówczas 14 lat. Jakieś dwa lata temu odwiedziłam miejscowość, w której wzrastałam, zajrzałam też do podstawówki. Poprosiłam o klucz do klasy i wzruszona byłam szczerze tym, że po tylu latach malunek nadal widnieje na ścianie... Niesamowicie miłe;) I przyznam, że jak na 14 lat, nie było najgorzej;)
Od początku wszyscy wokół mnie uznawali mnie za uzdolnioną plastycznie. Polecali mi pójść do ASP, obdarowywali albumami malarzy światowych... Poszłam jednak inną drogą, bo życie pokrzyżowało mi ścieżki. Niczego jednak nie załuję. I tak mam szczęście, że mam wspaniałą mamę, dzięki której dziś żyję szczęśliwie. Ach, o swoim dzieciństwie mogłabym książkę napisać... ;/
Moje zamiłowanie również pomogło mi przezwyciężyć trudne chwile. I utarło się, że "talent" mam po ojcu. Jakże miałoby być inaczej, skoro on pięknie malował, a mamusia moja kochana nawet królewnom kwadratowe głowy rysowała...? Och, ile bylo sytuacji, w których najpierw prosiłam ją o namalowanie czegoś, a potem płakałam, bo maszkarony nie odpowiadały moim oczekiwaniom;))
Tak, wszyscy zgodnie twierdzili, że uzdolnienia plastyczne mam po tacie.
Nawet ja nie wiedziałam, że nie tylko po nim...

Kilka lat temu moja mama dowiedziała się, że jej tatuś nie był jej biologicznym ojcem. Zszokowana była tą informacją, to naturalne. Mój Śp.dziadziuś, który ją wychował, był przewspaniały, dlatego nie szukała prawdziwego ojca. Śp.babcia również nie chciała do tego wracać i nie powiedziała mamie, kto był jej ojcem.
Dwa lata temu jednak mama odnowiła kontakt z dawną znajomą. Przez przypadek dowiedziała się, że osoba ta znała prawdę i wiedziała, kto jest moim biologicznym dziadkiem.
I odezwała się ciekawość... ;)
Mamę i mnie zawsze zastanawiało to, do kogo ja jestem właściwie podobna. No bo mama czarnulka o piwnych oczach, ojciec również, Śp.brat mój też był czarny, bardzo ładniutki na buzi, zupełnie inny niz ja. Tłumaczyłyśmy więc sobie, że ja to babcino-dziadkowa jestem. Tylko że... hmm.. babcia wyglądem za młodości daleka ode mnie, a dziadek miał fiołkowo niebieskie oczy. Ja mam szare. Dlaczego więc zawsze ta babcia uparcie powtarzała, ze oczy mam po dziadku...?? ;)
Postanowiłyśmy się spotkać ze znajomą mamy. Zaprosiłyśmy ją do mnie na kawę.
Kochani, tego się nie da opisać. Kiedy mama dowiedziała się w końcu kto był jej tatą rozpłakała się strasznie. Babcia mówiła jej, ze biologiczny ojciec nie interesował się dzieckiem i nie chciał utrzymywać kontaktu z mamą, natomiast mama przypomniała sobie, że widywała Go bardzo często w pobliżu szkoły podstawowej. "Mamusiu, jakiś pan codziennie stoi na naszym boisku i tak się patrzy na mnie i uśmiecha...", opowiadała babci, gdy wracała do domu... Przewijał się często przez wspomnienia mamy... zawsze gdzieś blisko, niby przypadkiem...
Mama powiedziała, że pamięta Go jako bardzo przystojnego mężczyznę, eleganckiego, postawnego i sympatyczego. Postanowiłyśmy się dowiedzieć więcej.
Najpierw odwiedziłyśmy grób. Zaniedbany... Dziadek miał żonę, która już też nie żyje. Nie miał więcej dzieci.
Odnalazłyśmy przez internet starszą panią, która jest daleką kuzykną dziadka i zamieszkuje nadal w Jego miejscowości. Zapytałam, czy byłaby tak miła i opowiedziała coś o dziadku. Zgodziła się i umówiłyśmy się na spotkanie. Pojechałyśmy z mamą pełne obaw.
Kiedy zajechałyśmy pod podany adres, zaczęłyśmy się wycofywać, bo pod domem siedziało kilka dorosłych osób, mnóstwo dzieci i odbywało się grillowanie. Pomyślałyśmy, że to nie tu. Jednak jedna z kobiet wstała i gestem zaprosiła nas do siebie.
Wyszłyśmy z auta.
Kiedy się zbliżyłam do tych ludzi, usłyszałam tylko "Boże, wnusia - cały dziadek!!" ;))
Płakać mi się chciało. Wszystko jasne. Szare oczy po dziadku, no tak... ;)
Starsza pani była z córkami, które też znały dziadka. Wszystkie opowiadały...
Zobaczyłam stare, niedokładne zdjęcie. Mama się uśmiechnęła, a ja się dowiedziałam, skąd ten mój kinolek wielki ;) Pani stwierdziła, że usta też mam identyczne...
I jeszcze jedno.
Kiedy starsza pani powiedziała, że dziadek w swej wsi znany był ze swych artystycznych wyrobów, przeszły mnie dreszcze. Nie wiedziała o moim zamiłowaniu do malowania i majsterkowania. Powiedziała, że pięknie malował, rzeźbił, robił wilkinowe kosze i wypychał ptaki.
Był podobno bardzo zdolnym człowiekiem...
Cieszę się.
Cieszy mnie to, że jestem do Niego podobna, i że moja mama miała takich wspaniałych tatusiów.
I to, że mimo iż dziadek mnie nigdy nie poznał, mogę kontynuować to, co On zaczął...

;)

Udostępnij