czwartek, 25 lutego 2010

Kilka pierwszych efektów...

Przedstawiam kilka ujęć z renowacji i przeróbki jednego z mebelków.
To bardzo stara szafa, jednak taka z duszą (na drzwiczkach zdaje się widnieje coś na wzór herbu...?).
Jeszcze nie jest w pełni ukończona, gdy będzie - zamieszczę zdjęcia.
Pracy było sporo, gdyż w trakcie malowania okazało się, że drewno jest zalane czymś, co je miejscami wypaliło (widać to na zdjęciu, w postaci zacieków). Walczyłam z plamami, jednak i na nie sposób się znalazł ;)
Tak wyglądała szafa...




tu w trakcie pracy...



a to efekt, choć jeszcze nie końcowy ;)






Najważniejsze dla mnie jest to, że spodobała się właścicielce. Myślę, że zrobię jeszcze zdjęcie, gdy mebel zajmie swe docelowe miejsce i gdy K. go zaaranżuje...
Teraz uciekam kochani, bo padam z nóg.
Jutro ciąg dalszy,
ściskam ;)

wtorek, 23 lutego 2010

Miły dzień ;)
O tym, że lubię robić coś dla kogoś, wiadomo. Dziś się bardzo ucieszyłam, bo dostałam nowe zlecenie. Pewna przesympatyczna właścicielka kwiaciarni poprosiła mnie o przerobienie mebelków do nowego lokalu. Cieszę się, gdyż już od kilku dni nachodziła mnie ochota zmalowania czegoś (swojej biblioteczki jeszcze zacząć nie mogę, bo muszę przesuszyć drewno).
Bardzo mi przyjemnie, że ktoś po raz kolejny docenił moją pracę. Również wdzięczna jestem tym, którzy myślą o mnie i pomagają mi w osiąganiu zamierzonych celów (tu ukłony dla E.;) )
Dodam, że właścicielka kwiaciarni ma niesamowite poczucie smaku i gustuje w tym, co ja, więc... Ach, cóż tu więcej mówić... ;)
Zaczynam jutro.
Już zacieram ręce... ;))

niedziela, 21 lutego 2010

Mania fotografowania ;)

Witajcie kochani.
Przepraszam za długą nieobecność, która spowodowana była problemami technicznymi, czy - jak kto woli - złośliwością rzeczy martwych;)
Zaaferowana nieco jestem ostatnio sprzętem, który nabyłam. Wszystko to dlatego, że ulegliśmy z M. pokusie okazyjnego zakupu przez internet. Otóż o co chodzi:
Jakieś dwa tygodnie temu zepsuł nam się aparat. Służył nam bardzo długo, bo prawie 7lat. Był to zwykły kompaktowy, nic wielkiego, jednak dobrej firmy, a zdjęcia jakościowo naprawdę świetne. Ubolewałam więc, gdy któregoś dnia w nim cuś szczeliło i przestał działać... Już od jakiegoś czasu rozważaliśmy kupno nowego aparatu, lecz dotychczas kończyło się na rozmowach.
Chcąc jak najszybciej nabyć nowy aparat zaczęliśmy się rozglądać za cyfrówką, jednak tak nieco po "gamoniowemu", bo zamiast sprawdzić sprzęt w sklepie, zdecydowaliśmy się na zakup w ciemno przez internet. Wydawało nam się, że skoro ma więcej mpx.niż poprzedni, będzie w porządku.
Szybko jednak moje nerwy zostały nadszarpnięte;)
Gdy dostałam aparat, popstrykałam sobie w celu obycia się z nowym. Zależało mi na jakości zdjęć, szczególnie zaś tych wykonanych bez użycia lampy błyskowej. Fotografując swoje wytwory muszę uzyskać odzwierciedlenie koloru. No i o ostrość się rozchodziło, gdyż jestem wariatem, który w górach na szlaku zamiast skał najmniejsze niezapominajki fotografuje;) Szybko więc rozczarowałam się nowym aparatem. Pstryknęłam moje białe lustro, które na zdjęciu okazało się niebieskim :/ natomiast ogólna jakość również pozostawiała wiele do życzenia...
Zdecydowałam się zwrócić cyfrówkę i poszukać - tym razem w sklepie stacjonarnym - naprawdę dobrego aparatu cyfrowego.
Kiedy rozejrzeliśmy się za nowym nabytkiem okazało się, iż sprzęt, który spełniałby moje oczekiwania, kosztuje ok.1600zł!! - aparat cyfrowy Sony, który robi naprawdę rewelacyjne fotki. M. zaproponował wówczas lustrzankę, bo przecież cena podobna... Pooglądałam więc kilka takowych. Pierwsze wrażenie, że nosząc takiego kolosa na pasku u szyji, będę w pół zgięta od jego ciężaru;) W dodatku poprosiliśmy chłopaka z obsługi sklepu, by nam trochę naświetlił zasady działania lustrzanki. Niestety, chłopak był tak biegły w temacie, że połowa słów, którymi do nas przemawiał, nie przemówiła do mnie ;D Stałam i patrzyłam jak cielę w malowane wrota... Pomyślałam: nieeee, to zdecydowanie nie dla takiej mało technicznej kobietki jak ja!!
Omamiona wyszłam za sklepu, a po głowie wciąż kołatały mi się jakieś ogniskowe, iso, kontrolery itp.
Wieczorem weszłam na bloga, którego bardzo lubię przeglądać, traktującego o modzie, a pisanego przez (chyba) Chinkę mieszkającą w egzotycznym miejscu. Lubię kreacje owej osóbki, poczucie smaku, a nadto zdjęcia we wspaniałych plenerach i świetnej jakości. Pomyślałam ze złością: takie to robi tylko lustrzanka...
Następnego dnia wybraliśmy się do sklepu po cyfrówkę. Byłam na nią zdecydowana po tym, jak się nasłuchałam o skomplikowanej lustrzance i czując ciągle w dłoni jej ciężar.
Kiedy przyszło do finalizowania zakupu chłopak za ladą zapytał: a nie chciałaby pani lustrzanki...? To tylko 400zł różnicy.. Zdenerowowałam się, bo w kwestii jakichkolwiek zakupów muszę być w 100%pewna, natomiast w owej chwili zupełnie ogłupiałam. Powiedziałam, by mnie nie kusił, bo ja już sama nie wiem co mam brać. Dodałam, że to zbyt toporny sprzęt jak dla mnie. Odpowiedział: ale to LUSTRZANKA.
Wyszłam ze sklepu.
Z lustrzanką ;))

Nie żałuję zakupu. Myślę, że trochę mnie to będzie zdrowia kosztowało zanim się nauczę, jednak... zdjęcia już na tym biednym etapie mojej wiedzy mnie zaskakują...
Te oto kaczuchy i łabądki złapałam podczas wczorajszego spaceru. Dziecko było zaskoczone, lecz...


jeszcze bardziej niż ptactwem zachwycone było dziwnymi statkami, pływającymi po wodzie...
To moi kochani dowód na to, ze zima powoli daje nura... i nie ważne, że wczoraj znów sypał śnieg, nie dam się zwieść!!

A to mój mały marcepan z polikami jak ruska matrioszka ;))
Ponizej efekty mojego zapoznawania się z nową zabawką ;)
A tutaj coś z dedykacją dla blogowiczek, które do mnie zaglądają...
Teraz biorę się do pracy, bo czeka mnie wykonanie u siebie czegoś na wzór biblioteczki czy kącika czytelniczego;)
Pozdrawiam serdecznie!!

środa, 10 lutego 2010

Wspominki z czasów remontowych... ;)

Uśmiecham się za każdym razem, gdy to wspominam... ;)
Kiedy wykańczaliśmy mieszkanie, większość czynności wykonywaliśmy samodzielnie. Mąż kładł płytki i panele, robił instalacje itd., ja natomiast robiłam fugi, gruntowałam i malowałam całe mieszkanie. Sama też wykonałam tynki ozdobne, które widać na zdjęciu. Nie było to bardzo skomplikowane, za to efekt wspaniały.
Wszelkie prace, w tym również tynki (widać je na poniższych zdjęciach) wykonywałam wówczas po powrocie z pracy. Wychodziłam rano od teściów elegancko ubrana, a po południu leciałam do mieszkanka, gdzie przebierałam się w stare łaszki i... do pracy;) Była to zima, a ja chodziłam wtedy w białym płaszczyku, który wzbudzał u niektórych zachwyt. Nawet siostra prowadząca w szkole religię powiedziała, że w tym płaszczyku wyglądam "tak romantycznie", z kolei mój mąż stwierdził, iż kiedy mnie widzi tak ubraną, wyobraża sobie mnie biegnącą po jakimś romantycznym mosteczku po środku parku... ;)) Piszę o tym celowo, gdyz wiąże się to z pewną śmieszną sytuacją.
Otóż pan, który strużował na naszej budowie (nowa kamienica), widząc, że jesteśmy jednymi z mieszkańców, którzy wyprzedzają innych z pracami wykończeniowymi, spytał mojego męża, czy kiedy skończymy, będzie mógł zobaczyć jak się urządziliśmy. Mąż się naturalnie zgodził.
Kiedy pan struż przyszedł do nas, oglądał ściany, które najwyraźniej przykuły jego uwagę. Zaczął wodzić dłonią po tynku i wyraził swój zachwyt. Powiedział, że jest piękny i bardzo dokładnie wykonany. Zapytał męża o firmę, która go wykonała;) Mój na to, że to żona. Pan się ogromnie zdziwił, otworzył buzię i spytał "Ja to!! Ta?? W tych obcasikach??" ;)))
No tak, codziennie gdy mnie widział, leciałam w szpileczkach i moim romantycznym płaszczyku. W roboczych po dworze nie chodziłam, więc rozumiem jego zdumienie;)
Wyobrażam sobie minę tego pana gdyby usłyszał, że gdy teście budowali domek letniskowy, ja siedziałam na murze na wysokości i szpachelką oraz młotem wyrównywałam pustaki ;D
Cieszę się z tego, że większość prac wykonaliśmy sami. Dzięki temu mieszkanko jest wypieszczone, no i takie bardziej nasze. Mocniej je szanujemy i kochamy.
Szkoda tylko, że osoby, które mnie znają jedynie z wyglądu ( ja, chyba ze względu na artystyczną duszę, lubię fajnie wyglądać), są z reguły zszokowani gdy słyszą, że ja maluję ściany, kładę tynki, czy przerabiam meble...
Pozdrawiam serdecznie wszystkie babeczki, które-podobnie jak ja-nie potrafią żyć bez młotka
;)




sobota, 6 lutego 2010

Tańcowała igła z nitką...

Dopadło mnie. Na całego.
Zaczęło się od kupienia przydługich spodni.
Moja kochana mama zostawiła mi maszynę do szycia, którą dostała pod choinkę. Stwierdziła, że nie ma siły i czasu na rozpracowywanie nowego sprzętu, a sama jest posiadaczką kilkudziesięcioletniej ;)
Korzystając z sytuacji przysiadłam z zamiarem przerobienia kilku ciuszków. Niestety, szybko się okazało, że maszyna, mimo że nowa, tarabani a nie szyje. Złośliwie zrywa nitki, ciągnie materiał i plącze śmiejąc się z mojego nad nią psioczenia:/ Po kilku próbach zostawiłam to to i zaczęłam szperać w internecie. Okazało się, że ten model jest akurat nienajszczęśliwszy, no i że za 400zł to dobrej maszyny po prostu nie ma :D Zastanawiam się więc, ile bym musiała w takim razie wydać...??
Po nieudanych próbach i zepsutych nerwach odstawiłam nową i przywiozłam sprawdzoną, ukochaną maszynę mamy. Wczoraj już jednak nie miałam ochoty, by ją rozkładać.
Pomyślałam sobie, że przydałoby się troszkę pohaftować, co mnie bardzo relaksuje, a czego też daawno nie robiłam. Przyszło więc zastanowić się co możnaby przerobić...
I zaraz wpadł pomysł.
Niedawno pod jednym z postów Ushii pisałam o moim polowaniu w SH, które dla mnie akurat skończyło się całkowitym fiaskiem ;D Natomiast dla córci wyszperałam śliczną katankę, w idealnym stanie, w dodatku za 6zł ;) W pasmanterii znalazłam śliczne kamyki. Spodobały mi się te w kolorze turkusu i soczystej zieleni. Kupiłam 5 i postawnowiłam, iż w domku coś wymyślę.
Zaraz powstał projekt.
Oto efekty...

... z których córunia bardzo zadowolona. Stwierdziła, że będzie wyglądała jak księżniczka;)
Swoją drogą, moja niuńka, choć dopiero 3,5-letnia, zawsze mnie doceni i pochwali (bo mężczyzna to jednak nie zawsze, na niektórych babskich sprawach się po prostu nie zna;) ).
Fajnie mieć w domu takie koło wzajemnej adoracji ;))

środa, 3 lutego 2010

Nowy stary kinkiet

Wreszcie mogę zaprezentować mój kinkiet, o którym niedawno pisałam. Bałam się, że nie da się naprawić kabla, ale się udało;) Podstawa celowo czarna, gdyż większość metalowych elementów w pokoju jest tego właśnie koloru... Teraz wokół lampki jest dość pusto. Na ścianie, którą widać, będą niedługo (mam nadzieję) zamontowane półki.
Sytuacja "senno-spaniowa" zmusiła mnie do przestawienia łóżka. Teraz stoi ono pod ścianką metrową, natomiast biurko zajęło miejsce pod oknem, co też chyba na dobre wyszło. Rzadko zdarza mi się wierzyć w sprawy takie jak żyły wodne... jednak w poprzednim miejscu miałam TAKIE sny, że... ach, koszmary same, noc w noc... nawet po usilnych próbach relaksacji przed snem czy po radosnym dniu... Uznałam, iz tak dalej być nie może. I w nowym miejscu na razie jest ok. Cóz, zobaczymy co będzie dalej;))
A nad kanapą, na metrowej ściance, zamierzam zrobić półki na książki i chcę tam powiesić kinkiet, który będzie pełnił funkcję światełka do czytania...



Jeszcze raz...

Prezentuję ponownie apteczkę w nadziei, że i na nią znajdzie się chętna osoba... ;)
Zaskoczyło mnie i niezmiernie ucieszyło zainteresowanie witrynką. Będąc lojalną wobec pierwszej osoby, która ją zechciała, wysyłam szafeczkę uradowana tym, iż w końcu mebel przeze mnie przerobiony będzie cieszył (mam nadzieję) czyjeś oczy;)



Zainteresowanych proszę o kontakt mailowy;)
Ściskam!!

Udostępnij